Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Zinneke cz. 1

PPamiętam, kiedy czytałam „tę” książkę. W 2014 roku, pięć lat po tym, jak jej autorka ją napisała, cztery lata po tym, jak ją wydała i jeden rok po tym jak jej czytelniczka, czyli ja, odkryła, że jej były już wtedy mąż, ją zdradził. „Ta” książka opowiadała o zdradzie.

Poleciła mi ją napotkana na imprezie u sąsiadów z naprzeciwka i jednocześnie znajomych z dawnych lat, rudowłosa dziewczyna. Rudowłosa to nie jest jedyne określenie, którą można by ją opisać. Była także zgrabna, bardzo ładna i przeokropnie inteligentna, a nawet błyskotliwa. Można by o niej powiedzieć jeszcze jedno, była bardzo oryginalna. Rozmawiałam z nią o życiu, głównie moim, bo wtedy nie umiałam jeszcze słuchać o życiu innych. Poza tym, po byciu zdradzoną i rozwiedzioną uważałam, że mam większe prawo do mówienia niż do słuchania. Ona miała odwrotnie. Słuchała pięknie, patrząc na mnie swoimi dużymi i mądrymi oczami, od czasu do czasu odgarniając rude i bujne pukle włosów, to znad jednego ramienia to znad drugiego. Zadawała mi też pytania. Były one dla mnie bardzo niewygodne, bo zmuszały do odejścia od mojej ukochanej wówczas narracji, bycia ofiarą potwora, który skrzywdził mnie przecież okrutnie. Czułam lekki dyskomfort, ale jednocześnie gdzieś głębiej coś we mnie mówiło mi, że może to szczęście, że ktoś odważył się zadać mi te „niestosowne” pytania. Rudowłosa widocznie miała połączenie z moją głębią, bo pod koniec rozmowy zaproponowała, że pożyczy mi „tę” książkę. Podjedzie następnego dnia po imprezie, zostawi ją u sąsiadów. Oddam także przez nich jak skończę czytać. Czytać lubiłam. Poza tym, rudowłosa dziewczyna zasiała we mnie sporą ciekawość, a ona, jak wiemy z życia nie zawsze prowadzi do piekła.

 

Następnego dnia odebrałam książkę i już bez poimprezowego kaca z popołudniową kawką i słodyczami położyłam się z nią na kanapie. Zanim zaczęłam czytać wpatrywałam się w okładkę. Była dla mnie wtedy nieco kontrowersyjna. Dwie prawie nagie postaci bez widocznych twarzy. Kobieta z przodu, mężczyzna z tyłu obejmujący ją w pasie, ona lewą ręką przytrzymywała sobie zsuwający się seksownie z ramion czarny sweterek albo jego koszulę. Dzięki czemu nie było widać dołu piersi ani sutków. Piersi były duże. Takie jak tej, z którą zdradził mnie były mąż. W myślach zadałam sobie pytanie, czy wszystkie kochanki mają większe piersi od zdradzanych żon. Tytuł też był dość mocny dla mnie. Z jednej strony sugerował, że relacje na boku są nielegalne, ale z drugiej potwierdzał, że to jednak związki a nie „byle co”.

 

„Nielegalne związki" Grażyny Plebanek (ta książka) to powieść obyczajowa osadzona w wielokulturowej Brukseli, śledząca zakazany romans między polską prawniczką a pisarzem-ojcem na urlopie tacierzyńskim. Książka jest psychologicznym studium zdrady, samotności i buntu przeciwko społecznym rolom, w tym kontrowersyjnemu wówczas dla mnie, pragnieniu wolności ponad stabilizację rodzinną. Mniej więcej taki opis znalazłam z tyłu książki i zaraz potem, jak się domyślacie, chciałam ją oddać bez czytania. Ale wtedy w mojej głowie pokazała mi się rudowłosa dziewczyna, taka mądra, błyskotliwa, zainteresowana mną, ale też poszerzeniem mojej jakże bardzo subiektywnej perspektywy. Nie chciałam jej zawieść. Zaczęłam czytać.

 

To jak pisze Grażyna Plebanek część z Was wie a część nie. Spośród tych pierwszych jednym się podoba, innym mniej. Mimo, że broniąc swojej perspektywy biłam się z każdą literą, z każdym słowem, to jednak z każdą kolejną stroną ulegałam coraz większemu zachwytowi. Jest coś wyjątkowego w stylu jej pisania. Z jednej strony logika, znajomość historii miasta, polityki, sztuki a z drugiej ogromna wrażliwość, rozumienie głębiej, niesamowite obserwacje i metafory. I do tego wszystkiego fantastyczne i bliskie mi bardzo poczucie humoru oraz dystans do siebie.

Zatem czytałam dalej, na kanapie w moim porozwodowym mieszkaniu na Poznańskiem Łazarzu. Czytałam szybko i zachłannie, dokładnie tak jak główny bohater konsumował swój nielegalny związek. Ja łapczywie przewracałam kartki, on łapczywie zdzierał z kochanki ubranie. Ja z rozdziawionymi z niedowierzania oczami penetrowałam kolejne poziomy innej perspektywy, on penetrował inną płeć, inną - niż jego żona - kobietę. Łączyło nas tak wiele a jednocześnie przecież tyle dzieliło. On symbolizował zdradę, zło, krzywdę, nieetyczny popęd, ja wszystkie te rodzinne i moralne wartości strzegące porządku i harmonii na świecie. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Niemniej gdzieś w połowie książki rozumiałam tego mężczyznę całą sobą, co więcej, ja rozumiałam mojego byłego męża. Czyż sama nie miałam chwili słabości w trakcie naszego małżeństwa? Czyż nie pociągał mnie nikt inny poza ex? Byłabym okropną hipokrytką zaprzeczając. Plebanek, wbrew społecznym regułom czy zasadom współżycia społecznego, pokazała, że mimo, że je stworzyliśmy, by uporządkować świat, ludzie mają w sobie popędy, pokusy, słabości, braki, szaleństwo etc. etc., którym czasem ulegają. I jest to ich święte prawo, mimo że mogą w ten sposób zranić innych. Z tego co pamiętam bohatera spotyka swego rodzaju kara, gdy obiekt jego zwierzęcego pożądania zachodzi z nim w ciążę i tym samym staje się kimś podobnym do jego żony, która urodziła dziecko po tym jak z nim w ciąży była. Ze skulonym ogonem powraca do swojej rodzinnej stabilizacji a wszystko co działo się przedtem pozostaje niesmacznym wspomnieniem. Można by uznać, że to zakończenie było dla mnie takim jakby zadośćuczynieniem. Dawało nadzieję, że i mojego byłego męża spotka przejście ze stanu absolutnego haja do stanu „fuj, po co mi to było”.

 

Ale dzisiaj już nie o tym chcę pisać. Czytałam tę książkę niedługo po rozwodzie, więc wtedy te rozkminy były jak najbardziej na miejscu. Dzisiaj, dwanaście lat później, jestem już w innym związku, nie rozpamiętuję tamtego małżeństwa. Refleksje i troski mam inne. Dzisiaj jestem od kilku dni w Brukseli, w mieście, w którym toczyła się akcja „tej” książki, w mieście, w którym od 2005 roku mieszka jej autorka, w mieście, o którym podświadomie marzyłam od 2014 roku czytając opisy ulic, placów, skwerów i kamienic, zgrabnie i zachwycająco wplecione przez Plebanek pomiędzy opisy aktów erotycznych. Pamiętam, że wyobrażałam sobie je, wręcz wizualizowałam każdy szczegół i marzyłam, by kiedyś znaleźć się w tym mieście i odwiedzić miejsca, które dla bohaterów Nielegalnych związków były teatralną sceną rozgrywającego się między nimi dramatu. Później, w moim życiu działo się tak wiele, że zapomniałam o tej fantazji. Nie zapomniałam tylko o Plebanek i jej książce, ani o rudowłosej dziewczynie, która miała odwagę mi ją polecić.

 

Tak się złożyło, że w minioną sobotę przyjechałam do Brukseli na prawie dwa tygodnie. Nie, nie na wakacje, na tzw. workation. Wraz z moim partnerem opiekujemy się pieskiem znajomych, którzy w tym czasie będą eksplorować inne miasta na świecie. Poczułam miętę z Brukselą od pierwszych przecznic, skwerów, ulic, estakad, tuneli i widzianych z samochodu ludzi poruszających się po chodnikach czy drogach rowerowych, spokojnie, prawie miarowo, mimo rozkręcającej się ulewy. Gdy dojechaliśmy do mieszkania znajomych mój zachwyt sięgnął zenitu, bowiem okazało się, że mieszkają w jednej z piękniejszych dzielnic Brukseli, Ixelles, przy ulicy Louis Lepoutre. Ulicę tworzą wzniesione po jej dwóch stronach obłędne kamienice, z pięknymi szklanymi wykuszami zapraszającymi przechodniów do podglądania a ich właścicielom oferujące nieograniczoną ilość jasnego, mimo częstego deszczu, światła. Pośrodku, pomiędzy dwoma pasami ruchu biegnie podłużny skwer, który rzadziej służy do przechadzania się, do tego wykorzystywane są raczej chodniki, za to pięknie zdobi aleję. Sama kamienica, numer 83, to kamienica mieszczańska (maison bourgeoise) zaprojektowana przez architekta Léona Janleta w 1910 roku, w stylu Beaux-Arts. Pewnie zupełnie nieintencjonalnie jest początkiem całej spójnej pierzei kamienic w stylu Beaux-Arts, ciągnącej się aż do numerów 99–10 - wszystkie zbudowane w tym samym czasie, z białego kamienia, z kutymi żelaznymi balustradami. W takiej oto kamienicy przyszło mi spędzić dwa tygodnie bez dwóch dni. Ta liczbowa dokładność jest ponoć irytująca, ale nie umiem tego, póki co „przeskoczyć”.

 

W środku wychodzą nam na powitanie znajomi oraz ich przesłodki piesek Gustavo, rasy Shih Tzu. Po powitaniu przez jakąś mniej więcej godzinę nie jestem w stanie robić niczego innego niż zachwycać się mieszkaniem, tarasem, widokiem z niego na zieleń tuż obok i dachy oraz budowle Brukseli w oddali. Mieszkanie jest białe, szklane i ekstremalnie jasne. Chce się żyć! A ja chcę żyć. W ostatnich tygodniach miałam bardzo dużo pracy, stresu, presji, a tej ostatniej mój wysoko wrażliwy mózg nie znosi dobrze, żeby nie powiedzieć nie cierpi. Siedziałam całymi godzinami przy komputerze usiłując oszukać czas i tę okropną presję. Nie udało mi się ani jedno, ani drugie, ale maj dobiegł końca i koszmar też. W największych marzeniach nie spodziewałam się takiej nagrody jak mieszkanie w tak obłędnym apartamencie, dzielnicy i mieście. Nie dlatego, że nie śmiałam, ale dlatego, że nie miałam czasu.

 

Nasi znajomi to przemili ludzie. Ona Polka, On Włoch, powitali nas mieszanką swoich narodowych gościnności. A Ona, dodatkowo, uszykowała dla mnie książkę Plebanek, „Bruksela - zwierzęcość w mieście”. Zauważyłam nie tylko książkę, ale i cały gest pamiętania, jak kiedyś opowiadałam jej o tamtej książce, pamiętania o tym, że lubię stare kamienice, że lubię czytać i czasem także pisać. Wzruszyło mnie to niezmiernie! Dziękuję Aniu!

 

Pierwszego poranka, podobnie jak kiedyś na Łazarzu, usiadłam z zaparzoną kawą na, tym razem, nie swojej kanapie i zaczęłam czytać. Tak oto zatoczyło się koło. Wróciły wspomnienia tamtej książki, tamtych czasów, tamtej mnie. Przypomniało mi się o czym marzyłam wtedy, a marzyłam o bliskości z mężczyzną, fantazjowałam o karze dla byłego męża, marzyłam o wydaniu swojej książki, którą wtedy jeszcze pisałam, marzyłam o pięknym, lepszym życiu, o znalezieniu swojego miejsca na ziemi. Czyżby po dwunastu latach trochę przypadkiem a trochę nie, bo przecież ich nie ma, są tylko znaki, znalazłam je?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania