Źli Ludzie, rozdział 1
CYNAMON I ODWIEDZINY BABCI
Tamtego dnia położyłam się do łóżka wcześniej niż zwykle. Widziałam jak za oknem rozhuśtane przez wiatr sosny, których jest tak wiele w Józefowie oraz okolicach, były zalewane przez istną ulewę. Rudy kocur imieniem Cynamon, który zwykł przesiadywać całymi dniami na parapecie mojego pokoju wzrokiem śledząc ptactwo, teraz zwiną się w kłębek na moich przykrytych puszystym kocem kolanach, prawdopodobnie uznając krople deszczu za niegodne jego kociej uwagi. Upiłam łyk ciepłej i zdecydowanie przesłodzonej herbaty z mlekiem, zwanej bawarką, i mimo iż prawdopodobnie powinnam uczyć się do sprawdzianu z fizyki, to wyciągnęłam szkicownik i za pomocą ołówka starałam się czmychające myśli zagnać na kartkę.
Nie jest to nigdy proste bowiem tak samo jak przy opowiadaniu snów po przebudzeniu - im bardziej próbujesz chwycić obraz i przeciągnąć do świata gdzie rzeczy się nazywa tym większej deformacji on ulega. Nie da się złapać myśli, czy to w mowę czy w obraz, nie deformując jej.
W moim pokoju panował półmrok. Słyszałam jak krople stukały w blaszany dach, jak kocur pomrukiwał podsypiając, jak wiatr smagał młode sosny i jak ktoś biegł na górę po drewnianych schodach, które skrzypiały pod jego nogami.
- Jagna, Jagna!- moja mała siostra Żywia wpadła do pokoju jak tornado z tą jedynie różnicą, że moja siostra podskakiwała na paluszkach z podniecenie czego, z tego co mi przynajmniej wiadomo, tornada nie praktykują zbyt często. Cynamon dyskretnie schował się pod koc w uzasadnionej obawie przed nagłym przypływem czułości ze strony podskakującego tornada.
-Żywia, puka się! - odłożyłam szkicownik na bok nie łudząc się, że chaos uosobiony w postaci mojej siostrzyczki pozwoli mi na dalsze gryzmolenie. - O co chodzi?
- Babcia przyjechała i Mama mówi że masz zejść na dół się przywitać. - I tak samo jak nagle wpadła tak samo nagle Żywia wypadła z mojego pokoju.
- Drzwi - burknęłam pod nosem niechętnie wygrzebując się spod ciepłego koca. Cynamon spojrzał na mnie z wyrzutem machając końcówką ogona wystającą z pod kocyka. Nie byłam do końca pewna kto jest bardziej niezadowolony - ja bo musiałam wygrzebać się z ciepłego posłanka, czy kocur, który został co prawda może i w ciepłym posłanku ale za to sam (czytaj narażony na ataki krwiożerczej miłości Żywi).
Babcia zawsze przychodzi po zmroku, gdy pierwsze puszczyki zaczną pohukiwać, uważa że to dodaje jej tajemniczości i grozy toteż późna pora jej przyjścia wcale mnie nie zdziwiła. Zastanawiało mnie jedynie skąd wiedziała, że puszczyki zaczęły swe koncerty skoro w tę ulewę nie było absolutnie nic słuchać gdyż szelest drzew, pluskanie kropel i trzask łamanych gałęzi zagłuszyłyby nawet całą armię sów. Tak po prawdzie wątpiłam żeby tej nocy jakiekolwiek szanujące się ptaki wychynęły z swych dziupli czy gniazd i przemoczyły sobie pióra tylko po to by zdzierać sobie struny głosowe.
Matka twierdziła, że prawdziwie złe osoby nie potrzebują żadnej określonej pory, pogody czy zapowiedzi jakiś istot żeby budzić grozę i przestrach gdziekolwiek się pojawią. Ona jednak była jedyną taką osobą, mi znaną, która samym swym istnieniem budziła przestrach nic dziwnego więc, że śmiertelnicy tacy jak ja czy babcia muszą się uciekać do zjawiania się w porach z swej natury złowrogich żeby chociaż w połowie nadrobić zaległości.
Wzułam na stopy grube, dziergane skarpety i otuliłam ramiona fiołkowym kocem w gwiazdki po czym zbiegłam na dół po trzeszczących, drewnianych schodach.
Cały nasz dom był drewniany. Na ścianach wisiała masa starych zdjęć ludzi, których nigdy nie poznałam ale doskonale wiedziałam kim byli. Cała masa fotografii i starych szkiców ludzi żyjących jeszcze przed erą aparatów. Umiałam powiedzieć czym się zajmowali, co lubili jeść, co porabiali w leniwe popołudnia i jakich głupot się dopuścili jako małe dzieci. Wychowywano mnie w przekonaniu, że przodkowie to coś więcej niż tylko imię i nazwisko wyryte na kamieniu, który widzisz raz na rok jeśli nie rzadziej. Oni wszystko to co my czujemy przeżyli dawno temu a ich wybory po dziś wpływają na nas ale są też jednocześnie wskazówką. Zuchwałością jest przekonanie, że człowiek niezwiązany jest ze swoimi korzeniami i może być od nich wolny i sam podejmować niezależne decyzje. Nieznajomość historii przodków jest zwyczajną głupotą bo zazwyczaj podejmujemy decyzję bliźniaczo podobne do tych podejmowanych od pokoleń ale nie potrafimy lub nie chcemy tego dostrzec. W efekcie próbujemy wymyślić koło na nowo. Załamująca jest ta niedbałość współczesnych o swe korzenie oraz ta arogancja z którą uważają, że imię paru najbliższych im przodków w zupełności im wystarczy. Stare legendy jednak przyznają im odrobinę racji. Ponoć nasze imię jest pewnego rodzaju, drobną przepowiednią. Każde imię ma jakieś znaczenie i ponoć jest małym proroctwem dotyczącym tego do czego zostałeś stworzony, po co jesteś na tej ziemi. W sumie fajna legenda choć moja Matka uważa, że to czysta głupota.
Przebiegłam przez korytarz, którego ściany podobnie jak na schodach zawalone były jakimiś wizerunkami nieboszczyków. Portrety przodków były przysłonięte przez stare szkice i notatki, z których niewiele można było wyczytać w panującym w domu półmroku gdyż przez kolorowe szybki w oknach przysłonięte z zewnątrz bluszczem nie dostawało się tak wiele światła nawet w dzień a co dopiero o tej porze. W całym domu z sznureczków zamocowanych do belek podtrzymujących sufit zwisały pęczki ususzonych już ziół i kwiatów a na półkach prócz książek były całe masy drewnianych i glinianych figurek zwierząt, pomalowanych szyszek, bażancich lub sokolich piór, baranich rogów czy kamyków naznoszonych przez pokolenia przez najmłodszych domowników. I choć pewnie wielu ludzi nazwałoby to bałaganem to według mnie nadawało to tylko naszemu domostwu charakteru, duszy.
Przy ciemno drewnianym stole, który pewnie pamiętał jeszcze czasy gdy bóstwa słowiańskie wyganiane były przez chrześcijan z ziem Polskich, jeśli jeszcze nie dawniejsze, siedziała na przeciwko matki babcia trzymając w dłoniach kubek, o pojemności dorównującej nie jednej misce, z parującą herbatą. Ogień płonący w kominku znajdującym się po lewej od stołu przed wejściem do przytulnej kuchenki, rzucał na ich twarze ciepłe światło, które zdawało się takie przyjazne w obliczu panującego półmroku.
Przystanęłam w progu salonu i skryta w cieniu przyglądałam się babci i mamie. Lubiłam takie późne wieczory jak ten: gdy za oknem padał deszcz i szalała wichura natomiast w środku panowało ciepło i spokój. Odgłosy deszczu mieszały się z dźwiękiem trzeszczącego drewna w kominku i wody gotującej się w przystarym czajniku gdzieś za mną w ciasnej ale i przytulnej kuchence.
Babcia żywo dyskutowała z mamą zapewne na jakiś porywający temat jak to czy dwa lata temu na urodzinach Żywi była jakaś konkretna ciotka, czy prowadziły spór na jakiś równie intrygujący temat.
Usłyszałam jak po skrzypiących schodach próbuje się przekraść na dół Cynamon, nie byłam jednak jedyną osobą, która usłyszała te marną próbę bowiem cztery sekundy i pół później usłyszałam pisk Żywi biegnącej do koteczka. Uniosłam brwi zdziwiona tym opóźnieniem w reakcji, zazwyczaj zajmowało to mojej siostrze co najwyżej trzy sekundy i pół. Ewidentnie straciła formę.
Wychynęłam z za progu kuchni i przeszłam obok kominka podchodząc do rozmawiających kobiet.
- Babciu!
- O, Jagna! Ty kochana ropuszko moja - Babcia obróciwszy się do mnie schwytała mnie w swoje szpony i przyciągnęła mnie do siebie, ucałowała w policzki i zaczęła mi się przyglądać - No ,no twarz ci wysmuklała, wyładniałaś dobrze, dobrze.
Mama wywróciła oczami i prychnęła:
- Matko, przecież wy się widziałyście wczoraj, ja wszystko rozumiem ale już bez przesady.
Z twarzy babci, starej, zgarbionej kobiety z haczykowatym nosem i dwoma choć siwymi to niezwykle grubymi warkoczami natychmiast zniknął szczerbaty uśmiech i zamiast niego pojawiło się oburzenie:
-A co dziewczyna nie mogła się zmienić? Dajże spokój i się nie czepiaj - Babcia puściła moją twarz - Co tam porabiasz moja ropuszko?
Uśmiechnęłam się:
- Siedzę i się uczę, z resztą jak zwykle- nie musiałam się przyznawać, że to czego się uczę to rysunek. Mama słuchała a ja miałam jeszcze instynkt samozachowawczy.
- O masz ci los!- babcia pokręciła głową - Siadaj, siadaj - wskazała ruchem ręki krzesło, na którym posłusznie usiadłam - Powiedz mi dziecko po co ci ta cała nauka?
Moja rodzicielka zgromiła babcię morderczym wzrokiem. Matki to jednak naprawdę niezwykłe stworzenia: potrafią bez najmniejszego trudu obrzucić spojrzeniem zawierającym zdanie podrzędnie złożone a to tylko jedna z ich nadprzyrodzonych zdolności. To konkretne spojrzenie było uniwersalne dla wszystkich ras, kultur i języków oznaczające w wolnym tłumaczeniu mniej więcej: ,,Albo natychmiast przestaniesz albo …“
Babcia odłożyła kubek i uniosła wyzywająco brwi do góry. Uśmiechnęłam się pod nosem. Rękawica podjęta, czyli dzisiaj nie będę się nudzić. Szkoda jedynie, że tego nie przewidziałam i nie zrobiłam sobie popcornu. W szafce chyba są jeszcze jakieś pistacje, chyba też się nadadzą na przekąskę do seansu. Tylko wypadałoby się pośpieszyć zanim się na siebie rzucą, w końcu nie chciałabym niczego przegapić.
- No co? Chyba mi nie powiesz, że nauka pierwiastkowania przyda jej się do czegoś w życiu. - Babcia upiła łyk herbaty nie przerywając groźnego spojrzenia kierowanego w kierunku swojej córki.
- Mamo, dajesz Jagnie pretekst żeby się nie uczyła a z resztą przyda jej się to do matury.
- Ależ ja nie mówię, że ma się w cale nie uczyć, tylko że na się uczyć rzeczy życiowych a nie do jakiejś matury. No szanujmy się! Czegoś co jej się w życiu przyda na przykład o podatkach, gospodarstwie, kamieniach czy ziołach. Właśnie Jagna jak tam idzie ci lektura zielnika prababci Patrycji?
- Dobrze, jestem praktycznie w połowie.
Moja mama skrzywiła się nieznacznie. Babcia była czymś w rodzaju szeptuchy - uprawiała zielarstwo oraz ziołolecznictwo i choć się do tego publicznie nie przyznawała to wierzyła w takie śmieszności jak moc kamieni czy faz księżyca. Chciała mi jak najwięcej jak tylko była w stanie przekazać ze swojej wiedzy o rytuałach, ziołach, tradycji i przyrodzie co nie do końca podobało się mojej mamie.
Matka uważała to za zagrożenie dla mojego rozwoju duchowego. Jako rasowa wiedźma obawiała się, że przez zafascynowanie ziołami czy tradycją stracę istotę sprawy i stanę się pół wiedźmą albo co gorsza zwykłą czarownicą.
Wiedźma bowiem to ktoś kto nie tylko sprzedał swoją duszę diabłu - sam ten akt jest tak właściwie nie wiele warty, wbrew zdaniu literatury, bo sprzedajemy ją za każdym razem popełniając grzech. Prawdziwą wartość ma zło, które jak uczona jestem od małego dziecka - nigdy nie ginie. Zły uczynek rodzi stratę i ból, za którymi idzie Zemsta, a jak wiadomo na zemstę zemstą się odpowiada. I tak po wieczność krąży cały czas to sama krzywda jedynie zadawana przez innych ludzi.
Takie prawdziwe wiedźmy to ludzie, którzy zobowiązali się regularnie czynić zło czcząc w ten sposób demony. W zamian za to oczywiście mają pewne… hmm…korzyści.
Czy jest to najlepszy system? Prawdopodobnie nie i my wiedźmy również zdajemy sobie sprawę, że potęgowanie tego zła na świecie nie polepsza sprawy jednak my jako jedyni zdajemy sobie sprawę, że nasz los nie należy do ludzi i tak właściwie nie mamy nad niczym co się w naszym życiu dzieje kontroli. Ludzie są zbyt słabi, zbyt krusi i ulotni żeby mieć wpływ na cokolwiek.
Człowiekowi zdaje się, że ma kontrolę nad kamieniem nadrzecznym czy lasem bo może go zbadać, nazwać a nawet zniszczyć. Ale żadna to kontrola. Nie może rozkazać kamieniowi nadrzecznemu opowiedzieć co widział przez stulecia nad rzeką ni kazać drzewom leśnym tańczyć. W istocie człowiek był tylko sekundą w historii kamieni nadrzecznych czy lasów szumiących nawet jeśli była sekundą kończąca ich historie to i tak była to jedynie sekunda. Człowiek związany jest już prawami ziemi, prawami społeczeństwa, prawami czasu a do tego dochodzą jeszcze wpływy istot niepotycznie bardziej wiążących niż prawa nam znane i przez śmiertelników nazywane.
I tylko my wiedźmy jesteśmy tymi którzy stwierdzili, że chcą odzyskać kontrolę i wolność nie zależnie od ceny a ten świat i tak jest już zbyt zepsuty by można było go naprawić. Jak znajdujesz się na ziemi, na której przemawia się językiem siły to się go lepiej naucz i swe myśli nim wyrażaj a nie oczekuj, że zostaniesz zrozumiany w obcym języku. To kwestia dostosowania się do świata, w którym przyszło nam żyć, zwyczajne przetrwanie i uważam, że nikt nie powinien być karany za to, że stara się przeżyć nawet jeśli przy okazji zabija. Kwestia priorytetów. My wiedźmy stawiamy po prostu na wolność.
Ustaw sobie priorytety Ty czy inni? Jeśli inni to giń, w jakże honorowym duchu poświęcenia, a jeśli ty to walcz o życie.
Do salonu weszła moja starsza siostra Jaśmina. Ona wyglądała zupełnie inaczej niż ja czy mama. Jaśmina miała mocno kręcone włosy w śnieżnobiałym kolorze. Choć była ode mnie starsza zaledwie półtorej roku to wyglądała na zdecydowanie starszą przez swój styl ubioru i ogólnie bycia. Nosiła za duże bluzy do miniówek albo dresy i do wszystkiego szpilki oraz pomalowane na czerwono usta jednak żeby podkreślić swój wiedźmi charakter nosiła też do wszystkiego kabaretki lub jakiś kabaretkowany element. Moją starsza siostra tak samo jak cała nasza rodzina miała zaczerwienioną skórę do okoła oczu. Ot, taki znak rozpoznawczy naszej rodziny-Lisickich.
Miałam trzy siostry: Starszą Jaśminę oraz dwie młodsze Myślibore zwaną Myślą i Żywie. Myśl była w uciążliwym wieku, w którym nastolatki są najbardziej zbuntowane i była czymś w rodzaju Emo a Żywia zaś była kaszojadem, który brodą nawet nie sięgał stołu toteż nic dziwnego, że najlepiej dogadywałam się ze starszą siostrą (nie licząc tych awantur o podkradanie sobie nawzajem kosmetyków czy jakże luksusowych skarpet do pary).
Kochałam swoje wszystkie siostry jednak miłością nie równomierną były bowiem między nami powody do niezgody a tak właściwie jeden powód: miłość matki. Mama z nas wszystkich paradoksalnie kochała najbardziej mnie. Miała o wiele bardziej podobne do siebie córki jednak to ja byłam jej faworytką. Oczywiście kochała też moje siostry ale nie tak. Jaśmina była dla niej ważna co było widać jednak bywała też w stosunku do niej chłodna. Żywię jako malutkie dziecko też bardzo kochała i opiekowała się nią bardzo starannie jednak miała też córkę, której powiedzieć, że nie kochała jest jak nie powiedzieć nic. Myśl odkąd pamiętam była przez nią w prost odrzucana i pogardzana. Mama znajdowała byle powód żeby się jej wytykać okropny wygląd, brak inteligencji, paskudny gust czy w sumie wszystko co akurat wpadło jej na myśl. Wiele razy się zastanawiałam dlaczego ją tak traktowała, być może robiła to w ramach, którejś z obietnic złożonej diabłom lub po prostu Myśl nie miała predyspozycji psychicznych czy duchowych na wiedźmę co odstręczało Matkę. Za dobrze jednak znałam ten świat by zignorować opcje, że Myśl miała po prostu predyspozycje tak wielkie, że Matka traktowała ją jak inną wiedźmę, diabelskie nasienie.
Trzeba wam bowiem wiedzieć, że prawdziwe wiedźmy nie są w stanie ścierpieć siebie nawzajem. Jeśli są to wiedźmy z jednej rodziny, które mieszkają z sobą pod jednym dachem i jest po między nimi duża różnica siły a jedna z wiedźm jest w prost uległa w stosunku do drugiej to raczej się nie pozabijają. Z naciskiem na słowo “raczej”. Jednak jeśli wiedźma wyczuwa inną wiedźmę nie znaną sobie lub znaną lecz nie uległą czy o podobnej sile rodzi się konflikt kończący się śmiercią przynajmniej jednej z nich (no i ofiar składanych przez nie aby uzyskać większą siłę od demonów, liczonych w dziesiątkach). Niestety potencjał na zbliżoną siłę też się zalicza jako sygnał ostrzegawczy w tym hmmm… bezpośrednim świecie.
- Mama, czy mogę…- zaczęła Jaśmina i zatrzymała się w połowie kroku gdy zobaczyła babcię - Babcia!
Starsza kobieta roześmiała się serdecznie i wyciągnęła szpony do mojej starszej siostry żeby ją przytulić. Jaśmina przecisnęła się przeze mnie i uściskała Babcię a potem usiadła po jej drugiej stronie.
Mama upiła łyk kawy i odłożywszy kubek z namalowanymi ręcznie owieczkami. (Z tego co pamiętam kubek ten należy do Myśli więc lepiej żeby tego nie zobaczyła bo się wkurza niemiłosiernie gdy ktoś go bierze). Nasza rodzicielka posłała Jaśminie spojrzenie z rodzaju ogólno pytających.
- Nie pamiętam czego chciałam… Wiedziała, wiedziałam i zapomniałam…- moja starsza siostra zmarszczyła brwi i spojrzała w bok jak to ma w zwyczaju gdy usilnie próbuje sobie coś przypomnieć - A no tak! Chcieliśmy wypaść ze znajomymi do galerii w Otwocku i czy chciałabyś mi dać trochę kasy?
- A ile mniej więcej potrzebujesz?
- Tak około sto złotych?
- Dam ci osiemdziesiąt tylko masz odkurzyć i umyć wszystkie podłogi, te na górze też -Mama spojrzała wymownie na Jaśminę żeby dać jej znać, że poprzednim razem gdy nie sprzątnęła to się zorientowała.- A kto tam będzie?
Moja starsza siostra jest bardzo towarzyska i ma wielu znajomych, z którymi wiecznie gdzieś znika. Wszyscy od międzylesia po Otwock ją znają. Naprawdę nie wiem jak ona to robi.
- Hmmm… na pewno Milena i Jagoda. Ma też przyjść Basia ze swoim chłopakiem. Jak mu było? Jestem pewna ,że coś na “K”
-Hubert- uśmiechnęłam się - No co? Opowiadałaś.
- A racja Hubert.
- No to rzeczywiście na “K”. “K” jak Hubert - Babcia szturchnęła moją starszą siostrę łokciem.
- Do tego na pewno przyjdzie Janek i Franek. A i Franek powiedział ,że przyprowadzi młodszego brata Lucjana. Chyba o nikim nie zapomniałam - Jaśmina potarła nos i spojrzała się w bok.
- A mnie możesz zabrać?- starsza siostra odpowiedziała mi zaskoczonym spojrzeniem- no jak Franek zabiera swojego młodszego brata to Ty weź mnie! Chciałabym poznać twoich znajomych a z resztą nudzi mi się potwornie.
Istotnie nudziło mi się strasznie bo nauki do porywających rozrywek nie zaliczałam.
-Jak tak bardzo ci zależy to mogę cię zabrać - stwierdziła Jaśmina radośnie bardziej niż wskazywałyby na to jej słowa.
-Tylko się ich zapytaj czy im to nie przeszkadza jeśli zabierzesz Jagnę- powiedziała mama upijając kolejnego łyka kawy z kubka w owieczki.
-Jeśli im to przeszkadza to mają problem - fuknęła moja siostra dumnie. Uśmiechnęłam się pod nosem. Sama nie jednokrotnie mnie wyzywała i biła jednak gdy tylko ktoś z zewnątrz spojrzał na mnie krzywo to ona od razu robiła się kochającą starszą siostrą. Takie trochę wilcze prawo albo raczej siostrzane prawo. Matka wychowała nas w przekonaniu, że siostrzeństwo to nie tylko przypadkowe więzy krwi, to więzy o wiele bardziej nierozerwalne. Nasze dusze są splecione razem jak nici na gobelinie zwanym losem.
-Dobra idźcie to sobie ustalić na górę a ja jeszcze chwilę pogadam z babcią - mama odgoniła nas ruchem ręki - no już, sio sio!
Jaśmina poszła na górę a ja za nią. Kiedy doszłyśmy do drewnianych schodów to obie przeszłyśmy na czworaki w tym samym czasie, spojrzałyśmy się na siebie i roześmiałyśmy się. Niby poważne nastolatki a jednak. Lubiłam się czuć tak jak teraz - jakby czas w tym domu nie płyną, byłyśmy dziećmi wdrapującymi się po schodach na czworakach, jesteśmy i będziemy. Wdrapując się spojrzałam na drewniany sufit, z którego zwisały leciutko kołyszące się pęczki ziół. Przystanęłam i uniosłwszy głowę zawąchałam się zapachem. Przymknęłam oczy i starałam się to poczuć: ten zapach ziół, fakturę desek pod moimi dłońmi, ciepło rozchodzące się od kominka. Gdzieś tam z tyłu dochodziła mnie rozmowa z salonu. Stałam tak i stałam po prostu trwając i chłonąc czas jak tkanina wodę. Wyczuwałam obecność Jaśminy parę stopni wyżej ode mnie. Uśmiechnęłam się i usłyszałam lekko drżący głos babci więc wytężyłam słuch żeby usłyszeć co ją tak niepokoi. Byłam po prostu ciekawą intrygi nastolatką… Teraz wiem ,że za tę ciekawość byłam zmuszona zapłacić cenę.
-…Jagną jest coś nie tak. Nie chodzi mi o nic złego po prostu jest… inna. Jakby… Trudno mi to wytłumaczyć. To trochę tak jakby była taka niewinna jak owieczka a my…
Mama ucięła babci poddenerwowana:
- Wiem, jakbyśmy były drapieżnikami a ona ofiarą. Nie musisz mi tego mamo powtarzać, dobrze to wiem. Czuję to. - Mama westchnęła ciężko.
Zastygłam w bezruchu i wstrzymałam oddech. Coś zakuło mnie w klatce piersiowej. Jak to nie drapieżnikiem? Jak to ofiarą? Poczułam w sercu ukłucie zdrady. Mama całe życie powtarzała, że jestem silna, okrutna i jak dorosnę będę świetną wiedźmą. A wiedźmy to drapieżniki a nie niewinne owieczki. Ja też czułam, że jestem inna ale to nie tak, że czułam się owcą w śród wilków. Po prostu moja dusza była bardziej tęskna. Umysł próbował to wielokrotnie wytłumaczyć a emocje odciągnąć od tego ale się nie dało. W końcu się z tym po prostu pogodziłam. Resztą rodziny nie czuła czegoś takiego o ile to coś można nazwać uczuciem. To było coś leżącego niemal u podstaw mojej duszy wręcz stapiającego się z jej istotą. Czułam, że nie mogę znaleźć szczęścia. To chyba to mnie różniło od reszty rodziny; ja nie potrafiłam znaleźć tutaj szczęścia. Kochałam myśleć, pytać i szukać. Ale nic to nie zmieniało w kwestii mojego drapieżnictwa. Dalej czułam się wilkiem a nie owcą. Ba, ja nim byłam. W końcu tego uczyła mnie od kołyski mama, wręcz wyssałam to z jej mlekiem.
- Nie przejmuj się, wyrośnie z tego - pocieszyła mamę babcia.
- Przecież wiesz ,że nie.
Babcia westchnęła ciężko.
- Wiem.- Babcia po dłuższej chwili ciszy kontynuowała- Nie wiem tylko z kąt. Ty jesteś wiedźmą i wszystkie twoje córki prócz Jagny zdają się być takie jak ty. Skąd wzięła się ta “inność” Jagny?
Mama znowu westchnęła:
- Ja też nie wiem, choć zastanawiałam się nie raz. To się bardzo wyraźnie wyczuwa w powietrzu, tą jej “inność” jak to nazwałaś. Ale nie od razu jak się urodziła była inna. Parę tygodni po narodzinach poczułam jakby nie była moim dzieckiem, jakbym wychowywała podrzutka. Z tym, że to była ona.
- Może zaczęły w niej kiełkować cechy, które to sprawiły, że tak to odczułaś?
- O czym ty mówisz matko? - fuknęła mama.
- Nic, nic tak tylko pomyślałam, że jeśli to nie po tobie, z jej siostrami po innych facetach wszystko jest dobrze to chodzi pewnie o ojca Jagny. To on przekazał pewnie ten gen czy jakieś tam inne licho. Może był nosicielem jakiejś choroby psychicznej, którą ma Jagna i dlatego wyczuwamy wiedźmim zmysłem, że z nią jest coś nie tak. A może był z rodu obciążonego klątwą?
Ani ja ani żadna z moich sióstr nie poznałyśmy swojego taty. Tak naprawdę byłyśmy przyrodnimi siostrami; wszystkie miałyśmy innych ojców z tond tak byłyśmy od siebie różne. Kiedyś marzyłam, że jak będę dorosła to znajdę mojego tatę i go poznam, on opowie mi o sobie a ja mu o sobie i on będzie zachwycony jaka ja jestem wspaniała. Moje dziecięce marzenia dosyć szybko zdeptała Jaśmina mówiąc, że gdybym ojca interesowała to bym już dawno go poznała i że to nie przypadek, że nigdy się nie pofatygował. Na początku bardzo cierpiałam a potem zdałam sobie sprawę, że nie potrzebuję taty. Wiedźmy nie potrzebują mężczyzn. Jednak zdziwiła mnie wzmianka o nim gdyż mama rzadko choćby wspominała swoich partnerów.
- Być może masz rację. To może być jego wina, on jeden był hmmm … wyraźny? Rzeczywiście on też był inny, nie wiem co prawda czy tak jak ona ale to może być jakiś trop. Do tego ta wersja z klątwą by pasowała. Tylko jaka to miałaby być klątwa? Że każdy członek tej rodziny stanie się ofiarą? Albo, że zostanie zabity przed ukończeniem pełnoletności? Kiedyś słyszałam o podobnej klątwie.
Poczułam na ramieniu rękę i usłyszałam cichy szept Jaśminy:
- Jagna…
Strąciłam jej rękę i przytknęłam jej palec do ust.
- Co masz na myśli mówiąc że wersja z klątwą by pasowała pomijając już fakt samej treści klątwy?
Coś ścisnęło mnie w brzuchu. Nie wiedziałam czy jest to bardziej oburzenie, gniew czy smutek. Już w tedy czułam, że powinnam wbiec po schodach i przestać słuchać. Co miało oznaczać, że nie ukończenie pełnoletności by się zgadzało?
- Demony się nią bardziej interesują, cały czas są przy niej, z resztą wiesz to jest proste do wyczucia myślę, że Jaśmina może to powoli zacząć czuć- Po odgłosach wnioskowałam, że mama westchnęła ciężko i upiła łyka pewnie już letniego napoju.
Mama była potężną wiedźmą i na co dzień widziała demony jak my innych ludzi. Czasem kazała nam się z nimi witać jak wchodziliśmy do kuchni albo salonu. Spędzała całe noce na pogawędkach z nimi mimo, że my nic nie widzieliśmy.
Gdy Mama była bardzo mała jej babcia złożyła ją w ofierze. Jednak nie była to ofiarą ze śmierci a z życia. Czyli zamiast ofiarować czyjąś śmierć ofiarowujesz życie. Potem mama zaczęła widzieć demony a jak być wiedźmą to one ją już poinstruowały. Wcześniej w rodzinie nie było żadnych wiedźm całkowicie nauczonych jak być wiedźmami przez demony, które by przekroczyły próg dorosłości. Wiele dziewczynek po prostu nie dawało rady ze zwyczajną wiedźmią tradycją, były zbyt słabe psychicznie a co dopiero szkolenie przez diabły. Zwykle dziewczynki, którym w sposób szczególny pomagały siły piekielne wariowały przed ukończeniem dwunastu lat, nasilała się schizofrenia, którą choć każda z nas ma to nie odbiera ona nam rozumu. Według opowieści potem te dziewczynki chodziły po ścianach i wygłaszały przepowiednie z potem skakały z okien. Pierwszą, która przeżyła była moja Matka. Kiedyś babcia mówiła mi, że kosztowało to mamę stanie się ze swej natury czymś złym, niemal tak złym jak same diabły. Może dlatego je widziała i była w stanie stwierdzić, że zawsze są przy mnie.
Po plecach przeszedł mnie zimny dreszcz na myśl, że teraz obok mnie i Jaśminy na drewnianych stopniach przycupnęły demony dysząc mi do ucha a ja nawet nie jestem w stanie ich wyczuć.
- To dobrze dla niej, może będzie potężną wiedźmą będzie jej prościej w życiu - Babcia starała się załagodzić sytuację.
Czułam w jej głosie nieszczerość i zacisnęłam mocniej szczękę. Co oni się tak do mnie przyczepili, poza tym, że jestem marzycielem wszystko ze mną w porządku.
- Nie sądzę, one chcą żebym złożyła ją w ofierze.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania