Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Zło które zostało odrzucone

Była zazwyczaj wesoła. Tak pięknie potrafiła cieszyć się życiem, że nawet choroba bała się jej jak ognia. Niestety, w końcu ją pochłonęła - miała białaczkę.

Gdy Gloria umarła, jej chłopak był już tak przytłoczony tym wszystkim, że nie potrafił myśleć racjonalnie, jak przeciętny człowiek. Wszystko nagle straciło sens w jego oczach. Ciągle się zataczał i próbował podnieść, ale i tak spadał na samo dno. Chciał zobaczyć ją jeszcze jeden, ostatni raz i powiedzieć to piękne słowo: „kocham cię". Nic już jednak nie mógł zrobić, by ją uszczęśliwić i ujrzeć ten piękny uśmiech, który pozostał najpiękniejszym obrazem w jego głowie. Wartością, której nigdy nie zapomni.

Jak żebrak dorzucający swoje ostatnie trzy grosze do skarbonki, tak on oddał wszystko, co miał. Zaczął pić, palić, a czasami nawet brać narkotyki, żeby tylko zapomnieć o Glorii. Nie pojawił się na pogrzebie. Próbował po prostu wymazać to ze świadomości, ale to nic nie dało - wciąż pamiętał jej uśmiech, najpiękniejszy krajobraz szczęścia, jaki widział w życiu. Niestety, teraz czuł, że takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach.

Nic nie wskazywało na to, że w jego głowie odwiedzi go jeszcze Gloria - w innej postaci, by pomóc mu przejść przez trudny czas wieczornej rozłąki na zawsze. Po jej śmierci próbował coś zjeść, ale nie potrafił; pozostały mu tylko okruchy dawnego życia i nic więcej. Wybuchał gniewem, a jego twarz nabrała chorobliwego odcienia. Ciągle gnał przed siebie, jakby się gdzieś spieszył, usilnie próbując odnaleźć w pamięci to, co było najbogatsze i najpiękniejsze, czego doświadczył. Gnał bez zatrzymania, by odnaleźć szczęście.

Włączył zapalniczkę, licząc, że to coś da. Pomyślał raz jeszcze o Glorii, a w jego oczach przygasła kolejna iskierka. Uświadomił sobie, że nie potrafi bez niej żyć. Ciągle tracił grunt pod nogami, niczym pod wodą - próbował zaczerpnąć powietrza, ale ciężar go przygniatał, nie dając dostępu do upragnionego tlenu. Próbował i próbował wziąć oddech chociaż na minutę, lecz stres tak bardzo go zżerał, że każdy wdech wywoływał olbrzymi ból w klatce piersiowej i brzuchu. Sam organizm się bronił.

Zastanawiał się, czy kiedykolwiek znajdzie jeszcze szczęście. Uciekał od myśli o Glorii tak gwałtownie, że nawet nie zauważał własnych, tragicznych błędów. Spadał w dół, w dół i w dół, próbując na samym dnie odnaleźć chociaż odrobinę dobra i moralności.

Tuż przed zaśnięciem - przed tak pięknym snem - pomyślał po raz kolejny o swojej najukochańszej. Nagle usłyszał w głowie jej głos:

„Kochany, nie martw się. Ja jestem już tam, gdzie światło jest najpiękniejsze i gdzie gwiazdy tańczą na niebie. Tęsknię za tobą bardzo, ale wiem, że kiedyś się tam spotkamy. Wydaje mi się, że bardzo ci się tu spodoba. Jest tu tyle kwiatów! Nic mnie nie boli - to najważniejsze. Nie czuję bólu, tylko wszechobecną radość. Nie czuję gniewu, nie czuję smutku ani niczego, co złe."

Przed pójściem spać myślał, że to tylko fikcja. Jednak tak naprawdę to była Gloria. Zasnął z myślą, że to jedynie sen i zaraz się wybudzi. Wtedy ukazała mu się ona - piękna jak nigdy dotąd, rozświetlona blaskiem tysiąca gwiazd. Jej oczy lśniły niczym tysiące oceanów, a na plecach miała najwspanialsze skrzydła, jakie kiedykolwiek widział na świecie.Mrok w pokoju gęstniał, powoli przeobrażając się w lepki, cmentarny całun. Szept Glorii nie dobiegał już ze świata żywych - płynął z samego środka tej lodowatej otchłani, czuły i słodki niczym trucizna podana w złocistym pucharze.

„Jestem tak blisko, zaraz obok ciebie..." - muskała jego świadomość aksamitnym oddechem. - „Na zewnątrz panuje wieczny chłód. Otwórz mi wrota swojego wnętrza, wpuść mnie. Pozwól, byśmy znów stali się jednym ciałem, jedną duszą."

Jego złamane serce, skąpane w oparach alkoholu i obłędu, nie potrzebowało rozważności. Wycieńczony cierpieniem, spragniony choćby iluzji miłości, otworzył na oścież najcichsze zakamarki swojego istnienia. Bez wahania wzniósł bezgłośny krzyk: „Wejdź i zamieszkaj we mnie. Bądź moim światłem!"

I wtedy bajka roztrzaskała się w drobny pył.

Świetlista postać Glorii pękła niczym pusta, szklana maska, a z jej pęknięć wybiła gęsta, smolista ciemność. To nie była anielska dziewczyna. W progu jego duszy stanął pradawny, żarłoczny cień - zły duch, który cierpliwie czekał, aż rozpacz wypali w nim ostatnie bastiony woli.

Początkowo otulony fałszywym ukojeniem nie pojął, jak straszliwą transakcję przypieczętował. Poczuł jedynie, jak jego krew zamienia się w płynny lód, a w klatce piersiowej osiada ciężar cięższy niż grobowy kamień. Łudził się jeszcze, że to tylko kolejny mroczny majak umęczonego ciała, powracający koszmar zatrutego umysłu.

Jednak zło wdzierało się głębiej, wplatając swoje czarne ciernie w każdy jego nerw. W jego własnej głowie rozbrzmiały obce, prześmiewcze głosy, a w żyłach zapłonął czysty, bezprzyczynowy gniew. Krok po kroku tracił władzę nad swoimi dłońmi, nad oddechem, nad spojrzeniem. Mroczny byt rozgościł się w jego wnętrzu, spijając z niego ostatnie krople ludzkości, podczas gdy chłopak - uwięziony i niemy we własnym ciele - z przerażeniem patrzył, jak zepchnięty w głąb sam staje się tylko cieniem samego siebie.Matka patrzyła na niego przez łzy, a jej serce krwawiło z przerażenia. W oczach jedynego syna nie widziała już dawnego chłopięcego blasku ani nawet czystego, czarnego smutku po stracie Glorii. Zamiast nich w jego spojrzeniu osiadła martwa, bezdenna próżnia - obca i drapieżna. Zrozumiała z przerażającym dreszczem, że w jego ciele zamieszkał nieproszony gość, że jej dziecko pożera mrok, z którym żaden człowiek nie wygra o własnych siłach.

Wyciągała do niego drżące dłonie, błagała o jeden gest, o pójście po ratunek, o jakikolwiek cień dawnej więzi. Próbowała osłonić go modlitwą i miłością, lecz on odpychał ją z nienaturalną, zimną siłą.

Nie chciał pomocy. Nie potrafił jej chcieć. Trwając w potężnym, bezustannym obłędzie, całkowicie stracił zdolność pojmowania własnego losu. Nie wiedział, gdzie kończy się jego własny umysł, a gdzie zaczyna władza szepczącego w nim demonicznego cienia. Każda próba ratunku ze strony matki wydawała mu się tylko niemym szumem, dalekim echem z zaświatów, z którego nie potrafił wyłowić sensu. Sam był uwięziony na dnie własnej duszy, podczas gdy obca wola zaciskała wokół jego gardła coraz ciaśniejszą pętlę, zamieniając jego egzystencję w wieczny, mroczny sen bez możliwości wybudzenia.Mroczna siła przestała się ukrywać w cieniach, przechodząc do pełnego, bezlitosnego ataku. Na martwej, blednącej skórze chłopaka zaczęły wykwitać potworne, pulsujące bruzdy. Niewidzialne, demoniczne pazury rozrywały jego ciało, kreśląc na nim bluźniercze znaki i prastare symbole potępienia. Rany otwierały się gwałtownie, wybuchając ciemną krwią, by po chwili znów się gładzić, pozostawiając jedynie palący ból.

A on czuł absolutnie wszystko. Każde cięcie sztyletu ciemności, każdy pożar w swoich żyłach i każdy rozrywany nerw przeżywał z pełną, brutalną świadomością. Mimo okrutnego cierpienia jego ciało pozostawało sparaliżowane - uschnięte niczym martwe drzewo. Nie mógł wydać z siebie niemiłosiernego krzyku, nie mógł nawet drgnąć ani zasłonić się przed ciosami. Był jedynie biernym świadkiem katowania własnej powłoki, więźniem we własnym mięsie.

Wreszcie na jego piersi wyryte zostało ostateczne piętno - cyfra sześć, płonąca czerwoną, niespokojną łuną. Zrozumiał wtedy z porażającą jasnością, że czas uciekł, że drzwi do jego duszy zatrzasnęły się od środka. Czuł, jak jego własna świadomość dogasa, jakby nadchodził moment, by pożegnać się ze światem żywych, z własną tożsamością, z resztkami ludzkiego istnienia.

Widząc tę makabryczną udrękę, przerażona do granic obłędu matka nie mogła już dłużej czekać. Płacząc z rozpaczy, ze drżącymi dłońmi sięgnęła po telefon. Zaczęła gorączkowo dzwonić po egzorcystę - ostatnią deskę ratunku w walce o duszę syna, która stała już na samym skraju wiecznej otchłani.Egzorcysta przybył w opary mroku z krzyżem w drżącej dłoni i świętą wodą, lecz mrok, który zastał w tym pokoju, przerażał swoją dojrzałością. Rozpętało się piekło, w którym ludzkie słowa modlitwy brzmiały jedynie jak cichy, bezsilny szum walczący z potężną burzą.

Obecność demona w ciele chłopaka osiągnęła punkt kulminacyjny. Byt ten nie był już tylko cieniem chowającym się po kątach - stał się pełnym, niszczycielskim żywiołem. Kapłan, choć prowadzony głęboką wiarą, nie był przygotowany na starcie z tak pierwotną, czystą nienawiścią. Z każdym wypowiedzianym słowem Latinum air w pokoju gęstniał, stając się ciężki jak ołów, a temperatura spadała poniżej zera, mrożąc łzy na policzkach matki.

Chłopak - a raczej to, co z niego zostało - uniósł się, prowadzony siłą niewidzialną dla ludzkich oczu. Jego oczy zamieniły się w dwie czarne, bezdenne studnie, z których bije potężna, profanacyjna siła. Egzorcysta podjął ostatnią, desperacką próbę narzucenia świętych więzów, lecz jego głos zaczął dławić się w gardle. Demon okazał się zbyt silny, a naczynie, które opętał, było całkowicie przepełnione żalem i oddane bez walki.

Złym dotknięciem - niewidzialną falą uderzeniową mrocznej potęgi - duch złamał opór kapłana. Nim ksiądz zdążył dokończyć ostatnie błogosławieństwo, siła demona cisnęła nim o ścianę z taką furią, że serce duchownego zatrzymało się na zawsze, a krzyż rozpadł się na drobny pył na zakrwawionej podłodze.

Cisza, jaka zapadła po śmierci egzorcysty, była gorsza niż najgłośniejszy krzyk. Na placu boju pozostała tylko przerażona, bezsilna matka oraz jej syn - spowity w całun mroku, z którego nie było już absolutnie żadnej drogi ucieczki.Cisza po śmierci kapłana stała się nagle tak gęsta, jakby sam czas wstrzymał oddech. I w tej krótkiej, kruchej szczelinie między jednym uderzeniem serca a drugim, mroczna obecność nieoczekiwanie wycofała się w głąb. Demon puścił swoje więzy - tylko na chwilę, by dać swojemu naczyniu poczuć cały ciężar ruin, jakie z niego zostały.

Ciało chłopaka bezwładnie opadło na zimną podłogę. Czarne jak noc oczy nagle odzyskały swój dawny, ludzki odcień - choć spowity mgłą niepojętego cierpienia. Z jego piersi wyrwał się cichy, drżący szloch, tak pełen bezradności, że mury pokoju zdały się drżeć od tego żalu.

- Mama... - szepnął z trudem, a każdy oddech parzył jego płuca niczym płynne żelazo. - Ja tak okropnie cierpię... Tak bardzo się boję...

Matka, zamarła do tej pory z przerażenia, rzuciła się na kolana i osłoniła go ramionami. Czuła, jak jego ciało płonie gorączką i dygocze w niemocy. Chłopak wtulił się w nią z resztek sił, niczym małe dziecko szukające schronienia przed burzą, ale jego wzrok, pełen dzikiego panicznego strachu, wpatrywał się w mroczny kąt pokoju.

- On tam stoi... - wykrztusił, a z jego oczu potoczyły się gorące łzy, zmywając zaschniętą krew z policzków. - Widzę go, mamusiu. On patrzy na mnie i śmieje się... On znowu po mnie idzie. Nie pozwól mu... proszę cię, nie pozwól mu wrócić...

Ale w jego głowie ciemność zaczynała już na nowo pęcznieć. Słyszał, jak cień pod ścianą wydłuża się, gotowy, by znów zacisnąć swoje zimne pazury na jego duszy. To nie była długa pauza - to była najokrutniejsza z tortur: dać mu na sekundę przypomnieć sobie, kim był, zanim znowu pochłonie go wieczny, głęboki mrok.

Ta chwila słabości i jasności umysłu była tylko okrutnym wstępem do kolejnego aktu męki. Niewidzialny cień pod ścianą drgnął, a w powietrzu znów rozlał się odór siarki i spalonego mięsa. Demon powrócił, złośliwie mszcząc się za ten krótki odruch ludzkiego żalu.

Nagle, bez żadnego dotyku, ciałem chłopca wstrząsnął potężny, paraliżujący skurcz. Na jego prawym udzie tkanina spodni pękła, a pod nią rozdarła się żywa skóra - gwałtownie, głęboko i bezlitośnie. Rozcięcie było tak przerażająco głębokie, że niewidzialne ostrze przebiło tętnicę udową. Z rany buchnęła gęsta, ciemnoczerwona krew, zalewając podłogę niczym rozerwany jaz. Płynął z niej strumień tak obfity, że w odsłoniętym, poszarpanym ciele ukazał się przerażający, bielały w mroku kształt kości.

Chłopak nawet nie zdołał krzyknąć - z jego ust wybił się tylko niemy, dławiący świst. Ból, który rozlał się po jego ciele, przekraczał granice ludzkiego pojęcia. Widok własnej krwi spływającej aż do samej kości był jak ostateczne przypieczętowanie jego zagłady. Matka krzyczała z rozpaczy, próbując dłońmi zatamować ten krwawy wodospad, ale płyn przeciekał przez jej palce, znacząc podłogę znamieniem nieuchronnej śmierci.

I wtedy wydarzyło się coś jeszcze bardziej złowrogiego.

Gdy wydawało się, że życie całkowicie z niego ucieknie, a tętno wygaśnie na zawsze, krew nagle zastygła w miejscu. Płynąca rzeka czerwieni zaczęła się cofać i gęstnieć. Brzegi rozprutej rany - poszarpane i sięgające białej kości - ruszyły ku sobie, prowadzane bluźnierczą, nienaturalną siłą. Skóra zaczęła się sklejać i zrastać na oczach przerażonej matki. Mięśnie łączyły się ze sobą w głośnym, obrzydliwym syku, a pęknięta tętnica zamknęła się, jakby nigdy nie została tknięta.

W przeciągu kilku sekund głęboka do kości rana zniknęła. Na udzie pozostał jedynie ciemny, lśniący ślad, a demon - gnieżdżący się wewnątrz jego ciała - dał mu w ten sposób jasny znak: nie pozwoli mu umrzeć ze wykrwawienia. Jego ciało przestało należeć do praw natury, stając się wiecznym, niedostępnym dla śmierci więzieniem dla uwięzionej w nim duszy.

To okrutna, wieczna pętla bez wyjścia. Zły duch grał z nim w najstraszliwszą z możliwych gier - czasami nagle go porzucał, puszczał pętajce go więzy i uciekał w mrok, pozostawiając go w lodowatej, martwej ciszy. Nie robił tego jednak z litości. Wycofywał się tylko po to, by chłopak na powrót stał się w pełni człowiekiem i z całą mocą odczuł zniszczenia, jakich dokonano w jego ciele i duszy.

Gdy demon znikał, chłopak zwijał się na podłodze w kłębek, bezsilny i złamany. Każdy skrawek jego ciała płonął niemaskowanym już bólem, a w sercu panował paraliżujący, przeraźliwy strach.

- Mamusiu... to tak okropnie boli... - szeptał dławiącym się, wycieńczonym głosem, wtulając się w drżące dłonie matki. - Ja już nie mam sił... Ja czuję, jak umieram, gubię się... Proszę, niech to się wreszcie skończy...

Matka całowała jego zimne czoło, płacząc z bezsilności i próbując dać mu chociaż kropelkę nadziei. Lecz ta chwila czystej, ludzkiej rozpaczy nigdy nie trwała długo. Gdy tylko chłopak zdołał zaczerpnąć głębszy oddech i uświadomić sobie swoją ucieczkę z piekieł, mrok pod ścianą znów zaczynał pęcznieć.

Demon wracał. Zawsze wracał.

Wdzierał się w niego z powrotną, zdwojoną furią, zrywając ledwo zrośnięte rany umysłu i na nowo przejmując kontrolę nad jego cieniem. A chłopak, tuż przed ponownym utratą własnej woli, zdążył jedynie widzieć błysk przerażenia w oczach matki i czuć, jak po raz kolejny wypada ze świata żywych prosto w bezdenną otchłań.Przez siedem długich dni cienie w kątach pokoju trwały w niemym, bezruchu. Mroczny pasażer opuścił jego ciało tak niespodziewanie, jakby był tylko złym snem, rozpływając się w porannej mgle. Z dnia na dzień powietrze stało się lżejsze, a zniszczone rany na ciele chłopca powoli zaczęły pokrywać się bladą cykatrysem.

W jego poturbowanym sercu zakiełkowała dzika, wręcz naiwna radość. Chłopak znów zaczął dostrzegać światło słoneczne tańczące na ścianach i głęboko wierzył, że jego udręka dobiegła końca na zawsze. Zmęczony uśmiech powrócił na jego twarz, a w rozmowach z matką znów pojawiało się słowo „jutro". Złudne poczucie bezpieczeństwa uśpiło jego czujność - myślał, że niosący śmierć cień odpłynął w bezdenną nicość, pozostawiając go wreszcie w spokoju.

Lecz ta siedmiodniowa cisza nie była wyzwoleniem. Była tylko głębokim, podstępnym wstrzymaniem oddechu przez otchłań.

Ósmego dnia, tuż przed świtem, kiedy świat spowijała najbardziej aksamitna, gęsta ciemność, zegary w domu stanęły bez żadnego dźwięku. Płomienie świec zgasły, a powietrze w mgnieniu oka zastygło w ciężką, lodowatą bryłę. Chłopak obudził się z uczuciem gwałtownego dławienia - jego ciało opasał niewidzialny, cmentarny Całun.

Z wolna, z najgłębszych mroków podłogi, poczęła wyłaniać się bezkształtna, dymna sylwetka. To nie był powrót gwałtowny - demon wkraczał powoli, celebrując każdą sekundę niemego przerażenia w oczach swojej ofiary. W jego tajemniczej, nienaturalnej obecności nie było już gniewu; była w niej przerażająca, wieczysta pewność posiadania.

Chłopak chciał wykrzyczeć swoje rozczarowanie, chciał błagać niebiosa o ratunek, lecz jego głos został skradziony, nim zdołał przekroczyć wargi. Cień przytulił się do jego piersi niczym dawno niewidziany, zły brat, wlewając się w jego żyły spienionym, czarnym strumieniem. I wtedy chłopak pojął najokrutniejszą z prawd: demon nie uciekł na zawsze. On tylko dał mu posmakować wolności, by jej ponowna strata bolała całą wieczność.

W tej samej chwili, gdy czarny strumień miał ostatecznie zalać resztki jego duszy, w głębi umęczonego serca drgnęła ostatnia, najczystsza iskra. Chłopak nie był już tylko bierną naczynią dla mroku. W miejscu, gdzie cierpienie spotkało się z granica ludzkiej wytrzymałości, narodziła się siła, jakiej demon się nie spodziewał.

Zdmuchnął powracające obłoki opętania i z samym środkiem tej pożerającej go ciemności wykrzyczał w myślach jedno, potężne słowo: STOP.

Pędzący cień zamarł na ułamek sekundy, zaskoczony oporem uschniętego drzewa. Chłopak, nie marnując ani chwili, skupił całą swoją rozbitą wiarę, wznosząc w dół duszy gorącą, desperacką modlitwę do Boga. Błagał nie o ocalenie własnego ciała, ale o czystość swojej dowiezionej na skraj przepaści duszy.

Nagle mroźny całun w pokoju rozerwało oślepiające, złote światło. Niebo odpowiedziało na ten cichy, samotny krzyk. Bóg natchnął chłopca czystym, niebiańskim darem - światłem tak potężnym, że w jego żyłach zamiast płynnego lodu zapłonął ogień łaski. Dłonie chłopca, jeszcze przed chwilą sparaliżowane strachem, rozjaśniły się blaskiem, który zaczął palić dymną sylwetkę oprawcy.

Demon wydał z siebie nieludzki, przeraźliwy wrzask. Prastary byt, który powalił kapłana i rozrywał ciało chłopca do samej kości, teraz kurczył się i wije w mękach pod naporem niewidzialnej, boskiej potęgi. Zniknęła jego pewność, zniknęła duma. Światło wypływające z piersi chłopca otworzyło pod nogami demona bezdenną, pękającą otchłań piekieł. Mroczny pasażer został wciągnięty w głąb czarnej próżni, a wrota do jego świata zatrzasnęły się raz na zawsze z ogłuszającym hukiem.

Zapadła cisza. Czysta, głęboka i absolutna.

Cienie zniknęły z kątów, a do pokoju wpadły pierwsze, prawdziwe promienie porannego słońca. Chłopak opadł na ziemię, oparty o ramiona płaczącej ze szczęścia matki. Mrok minął. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów pozostał całkowicie sam ze swoim własnym, wolnym umysłem - gotowy, by w spokoju opłakać Glorię i na nowo nauczyć się żyć.

Mijały lata, a straszliwe rany na jego duszy powoli powlekały się bliznami. Chłopak dorósł, wyrósł z dawnego cienia i obrał w życiu cichą, niepozorną drogę. Został pracownikiem sprzątającym w hospicjum - miejscu, gdzie światło dnia nieustannie miesza się z mrokiem, a ludzkie życia powoli dobiegają końca.

Dla innych była to tylko ciężka, smutna praca pośród zapachu leków i mijającego czasu. Lecz dla niego miała ona absolutnie święty wymiar. Pamiętając swój własny spacer po krawędzi otchłani i bezcenną wartość czystej duszy, patrzył na odchodzących staruszków z niezwykłą czułością. Gdy co wieczór cicho wchodził do ich pokoi, by sprzątnąć niepotrzebne rzeczy, zmienić pościel czy wynieść odpady, czuł, że robi coś znacznie głębszego niż tylko porządki.

Za każdym razem, gdy odbierał te codzienne „śmieci" - pozostałości po lęku, bólu, zużytych krokach i ziemskich ciężarach - czuł w sercu dziwny, łagodny spokój. Szeptał w duchu ciche modlitwy za każdego z nich. Miał nieodparte, głębokie przeczucie, że poprzez swoją pracę oczyszcza przestrzeń wokół ich łóżek, zdejmuje z nich chociaż odrobinę ziemskiego brudu i pomaga im bez strachu, w czystości i ukojeniu, przejść na tę drugą, jaśniejszą stronę - tam, gdzie nie ma już ani bolesnych wspomnień, ani łez.Z czasem jego cicha obecność w hospicjum przestała być tylko pracą. Stawał się niewidzialnym stróżem w momentach, gdy światło życia u staruszków zaczynało już powoli dogasać. Czuwał przy nich bezgłośnie, wyczuwając chwile, gdy nadchodziła śmierć - nie jako groźny potwór z mroku, ale jako cichy, nieuchronny cień.

​Pewnego wieczoru w jednym z pokoi zastał starszą panią. Jej drżące dłonie kurczowo ściskały prześcieradło, a w rozszerzonych ze strachu oczach malowało się przerażenie. Bała się postawić ten ostatni, najważniejszy krok i przejść na drugą stronę. Nieznanego lękała się tak bardzo, że każdy oddech stawał się dla niej ciężką walką.

​Chłopak podszedł do niej powoli. Sam przeżył w swoim życiu najgorszy mrok i wiedział, jak smakuje samotność na krawędzi otchłani. Teraz stał się dla niej bezpiecznym, łagodnym światłem, które rozpraszało niewidzialne cienie i wskazywało prostą drogę do nieba.

​Usiadł przy jej łóżku, ujął jej drżącą, dłoń i pomyślał o Glorii oraz o słowach, które kiedyś przywróciły mu nadzieję. Spojrzał starszej pani prosto w oczy z niezwykłym spokojem i powiedział cicho:

​- Tam już nie ma bólu. Tam jest tylko radość. Proszę się nie bać, niech pani po prostu odejdzie z tego pokoju...

​Jego słowa podziałały jak kojący balsam. Strach w oczach kobiety powoli ustąpił miejsca głębokiemu ukojeniu. Rysy jej twarzy się wygładziły, dłoń delikatnie opadła, a z ust uszedł ostatni, cichy oddech. Odeszła w spokoju, prowadzona blaskiem dłoni kogoś, kto sam kiedyś wrócił z ciemności, by wskazywać innym drogę do światła.Pewnego deszczowego wieczoru, gdy wracał z hospicjum, los przypomniał o swojej tragicznej przewrotności. Zza zakrętu wypadł samochód prowadzony przez pijanego kierowcę. Pisk opon rozerwał cichą noc, a potężne uderzenie rzuciło ciałem młodego mężczyzny na mokry asfalt.

​Leżąc w kałuży, czuł, jak jego własne życie nieuchronnie wycieka, a ziemia pod nim staje się zimna. Lecz zanim nadeszła absolutna ciemność, tuż obok niego zdarzył się wypadek kolejnego auta. Z wraku wyczołgała się młoda kobieta - sparaliżowana nie tyle bólem, co mroczną, nienaturalną siłą. W jej przerażonych oczach zapłonął ten sam cmentarny, dobrze mu znany blask. Zły duch, wykorzystując jej słabość i strach przed śmiercią, próbował wślizgnąć się do jej wnętrza, by zawładnąć jej duszą.

​Chłopak, choć sam stał już na progu własnego końca, nie zamierzał na to pozwolić. Zmobilizował ostatnie iskry gasnącej w nim życiowej energii. Nie czuł już nienawiści ani strachu; w jego sercu pozostała jedynie czysta, bezgraniczna miłość do świata i ludzi, której nauczył się przez lata cierpienia.

​Unosząc drżącą dłoń w stronę dziewczyny, skondensował całą moc swej miłości - tego samego niebiańskiego światła, które kiedyś ocaliło jego samego. Potężna, niewidzialna fala dobrotliwego blasku buchnęła z jego piersi, uderzając w dymną sylwetkę demona. Zły duch wydał z siebie skowyt pełen wściekłości i bezsilności, po czym został bezpowrotnie rozerwany i wypędzony w otchłań, wyrwany z ciała niewinnej dziewczyny.

​Kobieta opadła na ziemię, biorąc pierwszy, czysty, wolny oddech.

​Chłopak uśmiechnął się lekko. Jego misja na tym świecie dobiegła końca - uratował ostatnią duszę przed mrokiem. Zamknął oczy z poczuciem spełnienia, a jego własny duch uniósł się lekko ponad mokry asfalt. A tam, w gorącym, złocistym blasku tańczących gwiazd, czekała już na niego Gloria, by ująć go za dłoń i zaprowadzić do domu, gdzie nie ma już bólu, a jest tylko wieczna radość.

Amen

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania