Złota Kresa i wieża Gorliwych
Dawno temu, za lasami i trzema rzekami, stała wieś, w której ludzie coraz mniej mieli jedzenia, a coraz więcej powodów, by siedzieć cicho.
Zboże zgniło na polach, deszcze zabrały most, a młynarz umarł, zanim zdążył oddać dług. Wtedy przybyli Gorliwi. Przyjechali na dwóch wozach, przywieźli mąkę, sól i beczki z suszonym mięsem. Mieli szare płaszcze, dobrze utrzymane buty i klucze noszone na żelaznych kółkach przy pasach. Każdy z nich posiadał też cienką księgę, w której zapisywał cudze winy.
Na początku wydawali się pożyteczni. Naprawili studnię, rozdzielili mąkę i kazali uprzątnąć drogę. Potem zażądali zapłaty.
Nie chcieli pieniędzy. Chcieli posłuszeństwa.
Zabraniali tańców w dni powszednie, śpiewania przy pracy i gromadzenia się po zmroku. Dzieci miały odpowiadać tylko wtedy, gdy je pytano. Kto nie miał z czego oddać długu, oddawał kozę, krowę albo syna do służby. Kto się sprzeciwiał, trafiał do szopy przy gospodzie, gdzie nie było okien, a drzwi zamykano od zewnątrz.
Na wzgórzu stała stara kamienna wieża. Gorliwi uznali, że będzie dobrym miejscem dla tych, którzy nie umieją zachować porządku.
Mieszkał pod nią ubogi ojciec z dwojgiem dzieci, Jasiem i Małgosią. Kiedy nie miał już czym zapłacić za mąkę, starszy Gorliwy pokazał mu księgę.
— Możemy zabrać ci ostatnią kozę — powiedział. — Albo oddasz dzieci do wieży. Będą tam miały chleb i dach nad głową.
Ojciec spojrzał na dzieci. Jaś miał rozdarte buty, a Małgosia od trzech dni kaszlała w nocy.
— Na jak długo? — spytał.
— Na tak długo, jak będzie trzeba.
Ojciec wiedział, że nie jest to odpowiedź. Mimo to się zgodził.
Powiedział sobie, że robi to dla dzieci. Człowiek potrafi wiele znieść, jeśli nazwie swój strach troską.
Zaprowadził Jasia i Małgosię na wzgórze. Wieża miała grube mury, jedne drzwi od strony północnej i okna, przez które trudno było wyciągnąć rękę. Gorliwi zamknęli dzieci w środku, a ojcu dali kwit potwierdzający spłatę długu.
Potem kazali mu podpisać, że dobrowolnie powierzył im opiekę nad dziećmi.
Od tej chwili przynosił im chleb raz w tygodniu. Za każdym razem stawał przed drzwiami i słuchał, czy płaczą. Kiedy nie słyszał niczego, wracał do wsi, mówiąc sobie, że przynajmniej nie cierpią.
Nie wiedział, że Jaś przestał płakać, bo nauczył się, iż płacz nie przynosi jedzenia.
───
W tym samym czasie drogą na zachód jechała Złota Kresa.
Miała czterdzieści trzy lata i była piękną kobietą, choć nie taką, jaką malowano na obrazkach w kościołach. Jej twarz była smukła, oczy ciemne i uważne, a usta miały zwyczaj układać się w uśmiech, który nie zawsze oznaczał życzliwość. Czarne włosy nosiła splecione w gruby warkocz, przewiązany czerwoną wstążką. W uszach błyszczały złote kolczyki, na palcach miała miedziane obrączki, a spódnice — czerwone, żółte i zielone — szeleściły przy każdym ruchu.
Jej lewa noga była krótsza i sztywna po dawnym zmiażdżeniu. Chodziła z trudem, opierając się na mocnym kiju dereniowym, a na długich drogach korzystała z małego, niskiego wózka, który sama przerobiła tak, by mogła nim poruszać się po ubitych ścieżkach. Wózek miał jedno koło nowe, drugie stare, a skrzynia pod siedzeniem mieściła narzędzia, igły, lekarstwa, suszone zioła, kawałek osełki i trzy noże.
Cdn
Komentarze (6)
Będzie w odcinkach, jeszcze robię. I komiks 😋
Albo komiks, nie. Jeszcze zobaczę ?
Zrób. Tego tu jeszcze nie było. A komiksy zawsze na propsie
No baja jak siemasz. Czekam na morał, jak przystało.
- Proszę Ja Ciebie -
:) fajne chłopaki ! 💘
A ta babka z Kung fu szał to Sigma
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania