ZŁOTE RUNO

ROZDZIAŁ 1: Gruby zwierz z Warszawy

W warszawskim kinie „Relax” właśnie kończył się wieczorny seans, gdy w kabinie projekcyjnej znaleziono zwłoki kierownika kina. Facet wisiał na pętli z taśmy filmowej 35 mm, na której puszczał właśnie zakazanego przez cenzurę amerykańskiego westernu. W jego ustach tkwił wetknięty banknot stuzłotowy z wizerunkiem Waryńskiego, a na piersi miał wydrapany brzytwą znak – literę „V”.

– To robota „Szulera” – mruknął porucznik Olgierd Żurawski, poprawiając kołnierz wymiętego prochowca. W kabinie było zimno, bo ogrzewanie miejskie znów wysiadło. – Ten skurwiel nie lubi konkurencji w handlu nielegalnymi kopiami filmów i złotem.

Obok niego, tupiąc z zimna w wielkich, filcowych walonkach, stał sierżant Edek Bęben. Edek trzymał w ręku nadgryzioną parówkę z musztardą, zawiniętą w kawałek gazety „Trybuna Ludu”.

– Obywatelu poruczniku – zaczął Edek z pełną buzią. – Moim zdaniem ten cały Szuler to patriota. No wie pan, zostawił stówkę. Inny by ukradł, a ten dołożył do interesu.

Żurawski spojrzał na swojego pomocnika wzrokiem, który mógłby ciąć szkło.

– Edek, ty masz w tej głowie mózg czy trociny z państwowego tartaku? On mu tę stówę wbił w gardło, żeby pokazać, co robi z tymi, którzy za dużo kłapią dziobem. Zbierz tę musztardę z protokołu i idziemy do „Krokodyla”. Szuler ma dziś tam układ z cinkciarzami.

ROZDZIAŁ 2: Edek idzie w tango

Restauracja „Krokodyl” na Starym Mieście pękała w szwach. Przy stolikach warszawska elita – cinkciarze, badylarze w skórzanych kurtkach i luksusowe panienki pachnące Pewexem.

Żurawski dał Edkowi jasny rozkaz:

– Siedzisz przy barze, pijesz oranżadę i udajesz, że nie jesteś z milicji. Jasne?

– Jak słońce, szefie! – zameldował Edek i natychmiast podszedł do baru, poprawiając pas z kaburą tak niezdarnie, że pistolet P-64 z głośnym hukiem uderzył o podłogę.

W sekundzie w restauracji zapadła cisza. Wszyscy spojrzeli na Edka, który z czerwonymi ze wstydu uszami podniósł broń, chuchnął w lufę i rzucił do barmana:

– No co się tak gapicie? To tylko... zapalniczka nowej generacji z Radomia! Daj no, kolego, czystej. Służba nie drużba!

Żurawski tylko ukrył twarz w dłoniach. W tym samym momencie z loży na zapleczu wyszedł wysoki facet w nienagannym, szarym garniturze. To był Szuler. Gdy jego wzrok napotkał wymięty prochowiec Żurawskiego, bandyta nie czekał ani sekundy. Wyciągnął zza pazuchy rewolwer i strzelił prosto w kryształowy żyrandol.

Żyrandol runął na parkiet z potwornym hukiem, a w lokalu wybuchła panika.

ROZDZIAŁ 3: Pościg za uciekającą Wołgą

Szuler wypadł przez okno kuchenne na zaśnieżony bruk. Żurawski ruszył za nim, depcząc po piętach, a za nim gnał Edek, gubiąc po drodze jeden walonek.

Bandyta wskoczył do zaparkowanej w bocznej uliczce, lśniącej, czarnej Wołgi. Silnik zaryczał, opony zabuksowały na lodzie i auto ruszyło z kopyta w stronę Wisłostrady.

– Edek, do wozu! – wrzasnął Żurawski, dopadając do ich milicyjnego Fiata 125p.

Edek wskoczył na miejsce pasażera, trzymając w ręku... wielką, zamrożoną gęś, którą w locie ukradł z restauracyjnej kuchni, żeby mieć broń obuchową.

– Szefie, gazu! Mam dowód rzeczowy! – ryczał Edek.

Fiat ruszył w szaleńczy pościg. Na zakręcie przy moście Śląsko-Dąbrowskim Wołga Szulera szła bębnem, zarzucając tyłem i spychając z drogi nocny autobus linii 100. Żurawski kręcił kierownicą jak wściekły, próbując utrzymać grata na drodze.

– Edek! Strzelaj w opony! – darł się porucznik.

Edek wystawił głowę przez okno, wycelował pistolet, ale zapomniał, że pęd powietrza przy trzydziestu stopniach mrozu potrafi zdziałać cuda. Zamknął oczy, pociągnął za spust, a potężny odrzut sprawił, że pistolet wyślizgnął mu się z zamarzniętych palców i poleciał prosto w zaspę śnieżną.

– Obywatelu poruczniku! Broń mi dokonała aktu autodestrukcji! – zameldował spanikowany sierżant.

– Ja ci zaraz zrobię akt autodestrukcji, bęben! Użyj gęsi! – ryczał Żurawski, zbliżając się do zderzaka Wołgi.

ROZDZIAŁ 4: Finał na zamarzniętej Wiśle

Szuler widząc, że Fiat nie odpuszcza, skręcił gwałtownie na zjeździe dla barek i z pełną prędkością wjechał prosto na... zamarzniętą Wisłę. Gruba warstwa lodu zatrzeszczała, ale utrzymała ciężką Wołgę. Żurawski wjechał tuż za nim.

Rozpoczął się najbardziej absurdalny taniec w historii warszawskiej milicji. Oba auta kręciły bączki na gładkim jak stół lodzie, sunąc bokiem w stronę otwartej przerębli, którą warszawscy rybacy wyrąbali rano.

Wołga Szulera obróciła się tyłem. Bandyta otworzył drzwi i zaczął strzelać w przednią szybę Fiata. Kule dziurawiły szkło, sypiąc odłamkami prosto w twarz Żurawskiego.

– Edek, teraz albo nigdy! – krzyknął porucznik, dając po hamulcach. Fiat poszedł w poślizg kontrolowany i zrównał się z drzwiami Szulera.

Edek Bęben, nie myśląc wiele (co zresztą przychodziło mu z łatwością), wychylił się z auta i z całej siły cisnął zamrożoną, pięciokilogramową gęsią prosto w otwarte okno Wołgi.

Trzask był niesamowity. Zamrożony drób trafił Szulera prosto w skroń z siłą pocisku artyleryjskiego. Bandyta natychmiast stracił przytomność, opadając na kierownicę. Wołga skręciła gwałtownie i z impetem wbiła się w wielką zaspę piachu przy brzegu, gasnąc z głośnym sykiem.

EPILOG: Zasłużony odpoczynek

Godzinę później. Szuler, z wielkim siniakiem w kształcie gęsiego kupra na czole, siedział już w milicyjnej suce.

Żurawski i Edek stali na moście, paląc papierosy. Edek stał boso na jednej nodze, bo drugi walonek został w „Krokodylu”.

– No, Bęben – powiedział Żurawski, wypuszczając chmurę dymu ze „Sporta”. – Nie powiem, to była celna riposta. Drobiowy zamach stanu. Myślę, że komendant wojewódzki wpisze ci pochwałę do akt.

– Ku chwale Ojczyzny, szefie! – uśmiechnął się dumnie Edek. – Tylko jedno mnie gryzie...

– Co takiego?

– Ta gęś, szefie. Została w środku Wołgi. A była taka ładna, tłuściutka. Myślałem, że na święta żonie przyniosę. A teraz prokurator zabezpieczy ją jako narzędzie zbrodni i przepadło.

Żurawski popatrzył na niego, westchnął ciężko i poklepał go po ramieniu.

– Nie martw się, Edek. Od Szulera zabezpieczyliśmy trzy kilogramy czystego złota w monetach. Myślę, że prokurator przymknie oko na jedną mrożonkę. Chodź, stawiam ci flaszkę. Zasłużyłeś na miano pierwszego snajpera garnizonu warszawskiego.

KONIEC.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania