„Złoty cielę” z Pewexu

Grudzień, 1976 rok. Warszawa, Hotel Victoria.

Kapitan Marek Kowalski nie lubił Victorii. Zapach zachodnich perfum i drogiego tytoniu gryzł go w nos, przypominając, że świat dzieli się na tych, co mają paszporty, i na całą resztę. Wezwano go do pokoju 402. Na łóżku leżał „Cinkciarz” – znany w całej stolicy jako „Baryła”. Nie żył, a na jego piersi ktoś położył pustą puszkę po szynce „Polish Ham”.

– Ironia losu, co? – mruknął kapitan do sierżanta Nowaka. – Król czarnego rynku kończy jako reklama eksportu.

Ślad numer jeden: Katalog „Neckermann”

Wiktor, który tym razem oficjalnie pomagał ojcu w archiwum (a nieoficjalnie węszył tam, gdzie nie wolno), znalazł w kieszeni płaszcza ofiary coś dziwnego. Nie były to dolary ani bony PKO. To była wycięta kartka z zachodniego katalogu z zaznaczonym czerwonym kółkiem magnetofonem szpulowym.

– Tato, spójrz na to – Wiktor pokazał ojcu papier. – Na odwrocie jest napisane długopisem: „Wtorek, 19:00, pod kolumną”.

– Pod kolumną Zygmunta? – zapytał Nowak.

– Nie – uciął Kowalski. – W Warszawie jest tylko jedna kolumna, przy której robi się takie interesy. Kolumna w kawiarni „Antyczna”.

Pułapka w oparach kawy

Wieczorem Wiktor siedział przy stoliku w „Antycznej”, udając, że odrabia lekcje i pije oranżadę. Kapitan Kowalski, w cywilnym płaszczu, czytał „Trybunę Ludu” dwa stoliki dalej.

Nagle do kawiarni wszedł mężczyzna w ortalionowym płaszczu. Rozejrzał się nerwowo i podszedł do stolika, przy którym zazwyczaj siadał „Baryła”. Zamiast niego zastał tam... Wiktora.

– Gdzie jest gruby? – syknął nieznajomy.

– Ma... grypę – wypalił Wiktor, starając się, by głos mu nie zadrżał. – Przysłał mnie po „szpule”.

Mężczyzna zawahał się, ale wyciągnął spod płaszcza ciężką paczkę owiniętą w szary papier. W tym momencie Kowalski odłożył gazetę.

– Milicja! Ręce na stolik!

Rozwiązanie zagadki

Nieznajomy nie uciekał. Usiadł ciężko na krześle i zaczął się śmiać.

– Za późno, kapitanie. To nie są żadne szpule z muzyką.

Kowalski rozdarł papier. W środku nie było taśm magnetofonowych. Były tam matryce do druku kartek na cukier.

– „Baryła” nie zginął przez dolary – wyjaśnił Kowalski godzinę później na komendzie, przesłuchując mężczyznę, który okazał się pracownikiem państwowej drukarni. – Zginął, bo chciał przejąć kontrolę nad czymś cenniejszym niż waluta. Nad reglamentacją. Chciał drukować własną rzeczywistość.

Mordercą okazał się portier z hotelu Victoria, który usłyszał za dużo podczas serwowania koniaku. Zabił „Baryłę”, bo ten nie chciał podzielić się zyskiem z fałszywych kartek.

Epilog: Smak zwycięstwa

Gdy wychodzili z komendy, śnieg sypał prosto w światła Fiata.

– Dobra robota, młody – powiedział Kowalski, klepiąc Wiktora po ramieniu. – Bez tego skrawka z katalogu szukalibyśmy wiatru w polu.

– Tato, a co z tymi matrycami?

– Pojadą do huty. System musi działać, nawet jeśli jest na kartki. A teraz chodź, mama zrobiła kolację. I tym razem żadnych zagadek przy stole.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Starszy Woźny godzinę temu
    Na placu trzech krzyży była "antyczna"
    Tyrmand i inni literaci tam przebywali.
    NO!

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania