Zmiana ról - Rozdział pierwszy
Obudził się z krzykiem. A bardziej – krzyk obudził jego. Całkiem inny, nie tak głośny jak zwykle, bo jego struny głosowe zdążyły już się zedrzeć po wielu dniach budzenia się w ten sam sposób. Złapał się za przepoconą szyję i odkaszlnął kilka razy. Na jego pościel poleciało kilka kropel śliny wymieszanych z ciemną krwią. Nawet nie zwrócił na to uwagi. Jego łóżko było pokryte tysiącem takich plam.
Wstał i poszedł w stronę łazienki. Czuł, że ma coraz mniej energii na to wszystko. Coraz ciężej stawiało mu się kroki i musiał opierać się o szafki żeby dotrzeć do toalety. Stanął przed umywalką, włączył kurek i zaczął przepłukiwać metaliczny posmak. Kątem oka dostrzegał swoje odbicie w lustrze wiszącym tuż przed nim, a raczej tym co z niego pozostało. Nie przyglądał się. Dobrze wiedział co by tam zobaczył. Ciemne włosy, poszargane, znajdujące się w nieładzie, rozdwojone i zdecydowanie zbyt długie; stres ukazujący się w postaci kilku siwych kosmków. Zielonoszare wory pod przekrwionymi oczami, spuchnięte, jakby trzymał w nich swoje łzy. Zapadnięte policzki wołające o coś do jedzenia, innego niż ryż. I zarost, który już od dłuższego czasu nie widział żyletki do golenia. Unikał tego widoku jak tylko mógł. Dlatego wszystkie okna zasłonił, a resztę szklanych rzeczy – rozbił.
Z lustra został tylko jeden duży i ostro zakończony kawałek, zaczynający się u prawego dolnego rogu, sięgający do środka szafki, na którym kiedyś wisiało. Reszta leżała potrzaskana na podłodze. Kiedyś starał się w nią nie wchodzić, teraz mu było wszystko jedno, czy upuści trochę więcej krwi czy nie. Pomiędzy tymi etapami w jego życiu był jeszcze jeden – gdy specjalnie w nie deptał i rozmazywał ciecz po kafelkach. Ta fala gniewu dawno z niego uszła. Teraz nie miał już siły jej generować i uwalniać. Teraz chciał tylko leżeć i próbować zasnąć, by oderwać się o tej rzeczywistości. Rzeczywistości, w której...
Usłyszał pukanie do drzwi. Z początku delikatne, później coraz gwałtowniejsze, mocniejsze i szybsze. Przez chwilę się zawahał. Przecież Carl był u niego kilka dni temu z jedzeniem, nie miał przychodzić jeszcze przez trzy tygodnie. I która jest godzina? Przez ten mrok w mieszkaniu tracił poczucie czasu. Powoli podszedł do drzwi, a za nim ciągnęły się czerwone ślady stóp. Chciał spojrzeć przez wizjer, ale go też zniszczył. Usunął krzesło blokujące drzwi oraz kilka desek, prawdopodobnie pozostałości po jednej z szaf. Nie pamiętał już. Uchylił lekko drzwi i przycisnął głowę do framugi by przyjrzeć się kto na niego czeka na zewnątrz.
– Witam sąsiada, przyniosłem zapasy ! - oznajmił chłopak z uśmiechem na ustach. Głośny młodzieniec. Ale co zrobić, Carl był jedyną osobą, która go odwiedzała. Wiedział, że potrzebuje jedzenia i picia, w końcu on nigdy nie wychodził na zewnątrz. Byłby mu wdzięczny, jeśli tylko umiałby wykrzesać z siebie jakieś emocje.
Jeszcze przez chwilę spoglądał na jego uśmiech po czym bez słowa wpuścił go do swojego mieszkania. Carl rozejrzał się po bałaganie i musiał przez chwilę przystosować oczy do takiego mroku. Położył zakupy na stoliku nocnym znajdującym się po lewej stronie łóżka i chciał na nim usiąść, ale w porę zdał sobie sprawę, że nie chce brudzić swoich ubrań. Żeby sąsiedzi nie pytali. Nikt nie wiedział, że tu przychodzi i go dokarmia. Wszyscy myśleli, że mieszkanie jest opuszczone, w końcu nigdy nie świeciły się tam światła. A jego imię wszyscy znali. I wszyscy znali jego niesławne poczynania.
Przynajmniej do czasu. Teraz już nikt o nim nie mówi. Ale jeszcze niedawno krążyły plotki, że uciekł z miasta, lub że popełnił samobójstwo. Obie wersje były bardzo prawdopodobne, zdarzało mu się nawet nad nimi rozważać. Byłyby to łatwiejsze wyjścia.
Chłopak śledził wzrokiem jak kieruje się w stronę łóżka i siada na nim opierając łokcie na kolanach i zasłaniając twarz dłońmi.
- Powinieneś opatrzyć nogi - prawie podskoczył, gdy usłyszał ponownie głos Carla, jakby myślał, że dawno sobie poszedł.
- Może wdać się zakażenie.
Wstał od niechcenia i posłuchał jego rady. Umył stopy, ale nie miał ich czym opatrzyć, więc tylko odetchnął i delikatnie stawiał kroki do swojego łóżka.
– A teraz nie dam ci spokoju dopóki nie zjesz obiadu. Wyglądasz jakbyś nie jadł od kilku dni - to powiedziawszy otworzył konserwę rybną znajdującą się na jego stoliku, urwał kawałek chleba i podał go mu. Wziął je od niechcenia, i przyłożył do ust, gdy rozległo się kolejne pukanie.
– Nie wiedziałem, że sprosiłeś gości - odparł Carl wstając i udając się w stronę drzwi. Mógłby przysiąc, że jego miły uśmiech, przez sekundę przyjął jadowity wyraz. - mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? - spytał, wskazując palcem na drzwi.
A on tylko patrzył się pusto przed siebie.
Carl pociągnął za klamkę i chciał uśmiechem powitać osobą po drugiej stronie, lecz jego twarz przyjęła poważny wyraz. Potem otworzył szerzej oczy z przerażenia.
– Nie mnie się spodziewałeś, prawda? - rzekła osoba z zewnątrz.
Carl zaczął się cofać w głąb mieszkania, a postać pozwoliła sobie na wejście tuż za nim.
Gdy znalazła się na dogodnym dla niej miejscu, zamknęła za sobą drzwi. Jej oczy były przyzwyczajone do mroku i bardzo jej odpowiadało spotkanie się tutaj.
– K-kim jesteś? - spytał Carl łamiącym się głosem.
– Nie udawaj, że mnie nie znasz - odrzekła postać sięgając obiema rękami za przeciwległe strony pasa. - Dobrze wiesz kim jestem.
Podeszła do niego wystarczająco blisko by zadać śmiertelny cios w serce. Trzymając noże ostrzem do dołu, jedną ręką złapała chłopaka za włosy, a drugą wycelowała w klatkę piersiową. Czuł zimno metalu na swojej skroni. Wtedy jej głos się zniżył.
– Mówiłam, że masz go zostawić w spokoju. Ostrzegałam cię, a ty dalej tu przychodziłeś. Nie słuchałeś mnie, więc nasze spotkanie dobiega końca.
Spodziewała się ujrzeć przerażenie w jego oczach, ale nic bardziej mylnego. Ten znów się uśmiechnął.
– Będziemy musieli to rozegrać inaczej - oznajmił.
Błyskawicznie odskoczył do tyłu, zostawiając w rękach kobiety strzępki swoich włosów. Sięgnął po stolik i rzucił nim przez pokój rozrzucając całe jedzenie i picie po i tak zabrudzonym mieszkaniu. Stolik nie był duży, ale i tak zadziwiła kobietę jego siła i szybkość. Uchyliła się i odskoczyła, a tuż za nią drewno roztrzaskało się na drobne kawałki. Kilka drzazg wbiło się w jej plecy, reszta utkwiła w drzwiach. Poczuła piekący ból, nie mocny, ale na tyle duży by przez chwilę odciągnąć jej uwagę. To wystarczyło, by chłopak zdążył podbiec w jej stronę i z krzykiem złapał ją za ręce pchając do tyłu. Kobieta nadziała się jeszcze bardziej, ale nie zwolniła uścisku z dłoni. Trzymała noże jakby były częścią jej ciała. Tak ją zawsze uczono.
Pokonując ból skupiła się na celu. Kopnęła chłopaka w krocze, a on puścił jej ręce i skurczył się w bólu. Uderzyła go łokciem w plecy i padł na ziemię. Kobieta przytrzymała go nogami, podciągnęła jego głowę do góry i przyłożyła nóż do jego szyi. Przez chwilę się wahała, po czym z szybkim ruchem przecięła mu gardło. Krew leniwie sączyła się z cienkiej kreski powstałej na jego skórze. On zaczął się dusić, ale szybko przestał się ruszać. Dziewczyna zeszła z niego i strzepnęła krew z ostrza.
Rozejrzała się po pokoju i dostrzegła jego. Przez cały ten czas nawet się nie ruszył, a jego twarz wyrażała tylko jedno. Znudzenie.
Podeszła do niego i chwyciła go za rękę.
– Musimy stąd iść. Teraz.
On dalej się nie ruszał.
– No chodź! Nie możemy tu dłużej być. Jest środek dnia, na pewno ktoś widział jak tu wchodzę. I hałas z tego mieszkania na pewno nam nie pomoże.
On jednak dalej siedział.
– Wstawaj! Nie rozumiesz, że on chciał cię zabić?!
On? Zabić? Przecież znał go dobrze, przynosił tylko jedzenie.
– Wyświadczyłby mi przysługę- oświadczył chrobotliwym głosem. Dawno nie używał swojego gardła do innych rzeczy niż krzyczenia do samego siebie.
– Natychmiast przestań! Wiem, że jeszcze się nie pozbierałeś, ale ludzie zaczynają dowiadywać się gdzie jesteś. Wszyscy chcą twojej głowy. A ja nie mogę na to pozwolić, przynajmniej na razie, więc rusz tą swoją kościstą dupę i wynosimy się stąd!
Pociągnęła go za ramię i ruszyła w stronę okna. Odsłoniła je wpuszczając światło, którego on nie widział od kilku dni. A może to było kilka miesięcy?
Otworzyła je i stanęła na parapecie wciąż trzymając go za ramię. Spojrzała na niego i przełknęła ślinę.
– Boże, co oni z tobą zrobili? - powiedziała cichym głosem, bardziej do siebie niż do niego.
Stracił tyle masy, że dziewczyna mogła spokojnie go przerzucić przez okno. Spadł na rusztowanie i poczuł że będzie miał siniaka. Ona upadła tuż koło niego przytrzymując się ręką.
– Znam bezpieczne miejsce, gdzie wszystko ci wyjaśnię. Ale musisz iść ze mną. Może i wyglądasz jak chodzący szkielet, ale nie zdołam cię tam zanieść.
Tak więc szli w dół, kobieta dalej trzymała go za rękę i poganiała. Gdy w końcu znaleźli się na wystarczająco daleko od jego domu, pociągnęła go w jedną uliczkę i weszła do jakiegoś domu. Usiadł na podłodze i się nie ruszał. W tym czasie ona zaryglowała drzwi i zasłoniła wszystkie okna. Włączyła lampkę oświetlając cały pusty pokój. Promień padał na niego tak, że widział przed sobą swój cień. Z początku go nie poznał, lecz umysł, mimo spaczenia, podpowiadał mu, że to co widzi jest prawdą.
Kobieta odwróciła się i mogła się bliżej i dokładniej mu przyjrzeć. Uklęknęła tuż koło niego i zasłoniła usta i nos dłonią. Nie wiedział czy od widoku, czy od smrodu. Mógłby przysiąc, że widział łzę w jej oczach jak wstała i udała się do innego pokoju zostawiając go samego. Po chwili wróciła z miską wypełnioną wodą i fioletowymi mydlinami, pod pachą ściskała gąbkę. Usiadła naprzeciwko niego, miskę postawiła tuż koło siebie, zamoczyła gąbkę i zabrała się do szorowania jego ciała. Z początku mocno, by zetrzeć cały brud, później coraz lżej, by nie podrażnić za bardzo skóry. Jakby bała się, że lekkim ruchem mogłaby ją zedrzeć odsłaniając same kości, bo po tłuszczu i mięśniach raczej mało zostało.
Dotarła do jego twarzy i starała się nie patrzeć mu w oczy. Gdy dotknęła gąbką jego policzka, on słabym i wolnym ruchem złapał jej dłoń. Dalej nie skupiając swojego wzroku na żadnym punkcie, rzekł:
– Poradzę sobie z resztą.
Kobieta skinęła głową i bez słowa udała się do pokoju obok pozwalając mu na chwilę prywatności.
Spodziewała się, że będzie wyglądał przerażająco, ale to co zobaczyła... Jak mogła do tego dopuścić?
Odetchnęła głęboko. To nie twoja wina, mówiła sobie. Sam sobie to zrobił, a nie tylko on przy tym ucierpiał.
Przez całe pół roku tak sobie powtarzała. Czemu jednak dzisiaj się przemogła? Czemu poczuła za niego odpowiedzialność?
Powoli adrenalina uwolniona wraz z walką zaczęła zanikać, a wraz z jej spadkiem we krwi poczuła, jak mięśnie na jej plecach się spinają. Skóra naciągnęła się na wbitych drzazgach. Syknęła i podążyła do toalety. W lustrze mogła dokładnie obejrzeć swoje plecy. Próbowała sięgnąć dłonią do wystających szpikulców, ale przy takiej pozycji jej ruch był zdecydowanie ograniczony – nie mogła wykonać delikatnych ruchów, by nie naruszyć bardziej skóry. O zdjęciu koszulki też nie było mowy. Zajmie się tym później.
Otworzyła szafkę i wyciągnęła z niej kilka rolek bandaży. Mimo, że w jej mieszkaniu przeważnie panował brud, narzędzia pierwszej pomocy zawsze miała czyste i bardzo dbała o ich jałowość. Wiedziała, że zakażenie może dokończyć pracę niedoszłego zabójcy, który wykonywał zamach na jej życie. A podobne sytuacje miały miejsce aż za często.
Wzięła też spirytus i wróciła do mężczyzny. Wydawał się... spokojny. Ale nie apatyczny. Zostawił gąbkę w mydlinach, ale nie wyglądało na to, by za dużo jej używał. Dalej był brudny.
- Jeśli myślisz, że będę twoją niańką...
Mimo wszystko usiadła koło niego i zajęła się opatrywaniem jego stóp. Gdy tylko alkohol zetknął się z ranami, złapał ją za ramię i ścisnął, ale ten ucisk był tak słaby, że poczuła ukłucie w sercu.
Był taki bezsilny, taki... żałosny.
Delikatnie zawijała bandaż wokół jego stóp. Jej ręka na chwilę się zatrzymała, gdy poczuła delikatne uszczypnięcie na plecach. Później znowu lecz w innym miejscu. Uśmiechnęła się lekko i dokończyła bandażowanie.
Wstając wzięła do rąk miskę z brudną wodą i udała się z powrotem do łazienki. Odkręciła wodę i spłukała mydliny. W końcu też mogła zdjąć koszulkę. Odwróciła się i spojrzała na swoje pokiereszowane plecy. Wyglądały strasznie, ale nie powinny długo się goić. Kątem oka zobaczyła odbicie jego szarej twarzy przyglądającej się jej. Kiedy zdążył wstać?
Kobieta zasłoniła się i chciała założyć koszulkę, ale przerwał jej cichy głos:
- Czekaj.
Podszedł a ona cofnęła się i prawie wpadła na umywalkę.
- Co? – spytała speszona.
- Twoje plecy.
Odetchnęła.
- Przecież widziałeś co się działo. Sam przed chwilą wyciągnąłeś mi wszystkie drzazgi.
- Nie. To pod nimi.
Kobieta spuściła wzrok.
- To ma związek z tamtą nocą, prawda?
- Ja... – zająknęła się. – Proszę, wyjdź.
- Pozwól mi chociaż opatrzyć...
Tak, pomóż mi.
- Nie. Poradzę sobie.
Odprowadziła go wzrokiem aż usiadł z powrotem na ziemi, dokładnie w tym samym miejscu, na którym go wcześniej posadziła.
- Możesz zająć kanapę – rzuciła.
Posłuchał jej.
Przemyła plecy i chciała jakoś nakleić plaster... z marnym skutkiem. Już wiedziała, że dzisiaj będzie spała na brzuchu. Ubrała się w zwiewną koszulę, a zniszczoną koszulkę i brudne spodnie wrzuciła do kosza.
Ułożyła się w łóżku, z niego miała dobry widok na mężczyznę. Siedział przez chwilę, po czym też się położył.
Zagryzła wargi. Czyżby miał poczucie winy? Dlatego się w ogóle poruszył i zaproponował pomoc? Czyli jednak coś w nim jeszcze było... Niedobrze. Bardzo niedobrze. On nie mógł czuć. Nie gdy ona miała mu zrobić coś takiego. Czemu musiał to dodatkowo utrudniać?
Zamknęła oczy, jakby to miało sprawić, że on zniknie i będzie potrafiła teraz normalnie zasnąć.
Z tą świadomością, że teraz to ona musi go zdradzić.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania