Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ZMORA
Działo się to w krainie, gdzie ziemia była podzielona, a jednocześnie spleciona wstęgami modrych wód. Żyła tam uboga rodzina: matka, ojciec oraz córka na wydaniu. Pracowali ciężko, zwłaszcza ojciec, pańszczyznę odrabiając. Matka z córką dzieliły jego los – tak u pana na dworze, jak i w domu.
Ojciec był szorstki, pracowity. Matka – wyrozumiała i łagodna. Natomiast córka… córka była jak ten paproci kwiat. Dziewczyna, której na imię było Maria, trzymała się matki, mimo iż obie wiedziały, jaka pisana była jej dola. Takie czasy, tacy ludzie, taki los.
Nadszedł czas żniw. Ojciec podawał snopki, a matka na wozie wysoko je układała. Dziewczyna natomiast prowadziła wołu, który ciągnął tę furę. Żar lał się z nieba. Trzeba się było spieszyć, lecz jak to powiadają: „Gdzie człowiek się spieszy, tam diabeł się cieszy”. Ojciec rzucał, matka snopki łapała, a Maria… Maria niestety rogatego bydlęcia nie utrzymała. Nie wiedzieć czemu, wół znienacka szarpnął furę. Matka straciła równowagę i wprost na ostre ściernisko upadła, rękę parszywie łamiąc. Niestety, ni „mądra baba”, ni owczarz poskładać kończyny rady nie dali. Odcięto więc rękę tuż przy łokciu, by życie kobiecie ratować.
Matka nieprzytomna w ciasnej izdebce leżała. Męża przy żonie nie było, bo pana chłopska tragedia mało obchodziła. Natomiast córka doglądała jej, gdy tylko miała czas. Nocami dziewczyna przy matce czuwała i, obwiniając się o nieszczęście, modlitwy do Boga wznosiła.
Każdy opadłby z sił.
Pewnej nocy, gdy córka przy chorej zasnęła, ojciec stanął za nią. Spojrzał na nią, na żonę, westchnął i wyszedł [ tu westchnienie odpowiadające scenie]. Marysia, mimo iż spała, nadal bezwiednie zdrowaśki klepała: „Zdrowaś Mario… Zdrowaś Mario…”. Po czym wyszeptała przez sen to, czego robić nie powinna: „Zdrowaś Mario… Zmoraś Mario… Zmoraś Mario…”.
To była szczególnie zła godzina.
Następnej nocy wyczerpana dziewczyna poszła spać do komory. Ojciec obiecał, że tym razem on będzie żony doglądał. Dała się namówić nie tylko przez potworne zmęczenie, ale głównie dlatego, że to był pierwszy raz, gdy ciało matki nie było rozpalone gorączką. Komora, jak to komora – ciemna, zimna, wypełniona zapachem czosnku i cebuli. Lato było tą jedyną porą roku, w której Maria mogła choć na chwilę zostać sama, z dala od wiecznego ścisku w izbie.
Dziewczyna położyła się na swojej posagowej skrzyni, zaścielonej uprzednio świeżą słomą. Gdy noc była pochmurna, w komorze panował mrok. Tej nocy jednak czyste niebo sprawiło, że przez dziurę w poszyciu dachu wpadał blady jak trup blask księżyca. To wszystko, połączone z ciężkim zapachem piołunu i bagna, sprawiało, że zmęczony, chłopski kark mógł tu wreszcie zaznać rzadkiej wygody. Kilka głębokich wdechów, westchnęła i zasnęła.
Nastała upiorna godzina.
Bezwiednie wypowiedziane słowa uprzedniej nocy odnalazły nieboraczkę i przyszły po nią najgorzej, jak tylko mogły.
Coś czaiło się w kącie, tam gdzie nie docierało światło księżyca. Wydało się wychudłe, wyniszczone — tylko ręce miała za długie, jakby palce wlokły się po klepisku. Wbijało w śpiącą swój wzrok. Pusty. Zimny.
Zaczęło wyłaniać się z ciemności. Szło cicho, jakby słoma zjadała krok. Z każdym ruchem powietrze w komorze stawało się gęstsze, cięższe, pełne stęchlizny i mokrej ziemi. Lodowaty oddech szedł przed nim i osiadał na skórze niczym szron.
Wlazło pokracznie na skrzynię. Najpierw jedno kolano, potem drugie. Okrakiem usiadło na jej piersi. Ciężar był taki, jakby wóz na nią wjechał. Maria poczuła, jak coś zgniata jej klatkę, jak powietrze ucieka z płuc. Otworzyła oczy. I ujrzała.
Tuż nad sobą — twarz bladą jak trup, zapadnięte oczodoły i ten uśmiech, którego nie powinno być. Zjawa wyciągnęła łapska ku jej szyi. Palce zacisnęły się na gardle dokładnie w chwili, gdy próbowała krzyczeć. Krzyk stanął jej w gardle.
Chciała wstać. Chciała uciec. Chciała choćby odwrócić głowę. Ciało nie słuchało. Leżało jak kłoda. Bladła z każdą chwilą. Czuła, jak duch powoli odrywa się od ciała, jakby ktoś ciągnął go za włosy ku belkom. Nic nie mogła.
A jednak jakimś ostatnim, rozpaczliwym wysiłkiem uniosła rękę. Palce niemal musnęły zimny, wklęsły policzek — szorstki, jakby nie z mgły. Wtedy ta odpuściła. Zlazła z niej tak samo cicho, jak przyszła, i cofnęła się w mrok.
Marysia złapała powietrze. Pierwszy oddech był jak nóż. Skóra odzyskała kolor. A potem spadł na nią sen głębszy niż wcześniej — sen, w którym już nic nie bolało. Odeszło.
Gdy się obudziła, nie wiedziała, gdzie jest. Tarła ręką po szyi, zachodząc w głowę, czy to był sen, czy jawa. Słyszała ojca w izbie, więc wiedziała, że nie ma czasu na zastanawianie. Trzeba oporządzić woła, nim ojciec wyjdzie w pole. Pierwsze kroki sprawiły jej wielki ból – była strasznie obolała. Czy sen mógł wyrządzić takie spustoszenie?
Wyszła do sieni, zaglądając do izby. Matka leżała na ławie tam, gdzie ją zostawiła. Ojciec siedział obok, gryząc kawałek czerstwego chleba. Podeszła do chorej, przyklękła i sprawdziła czoło. Gorączki nie było, nawet lico stało się lekko rumiane. Zwilżyła matce usta. Ojciec położył dłoń na głowie córki:
— Będzie dobrze. Zimna, to i wyżyje. Szykuj woła, bo czas w pole.
Dziewczyna wyszła. Przez cały dzień rozważała, czy to, co pamiętała, faktycznie się wydarzyło, czy to może zwykłe majaki.
W polu było gęsto od ludzi. Wielu pracowało u szlachcica. Cóż, wyboru wielkiego nie mieli.
Takie czasy, tacy ludzie, taki los.
Między nimi była „mądra baba”, starsza kobieta. Mieszkała w małej lepiance w środku głuszy, lecz w takich okresach jak żniwa przychodziła między ludzi, by się nimi opiekować. Zwała się Jagna, choć dzieci, jak to dzieci, ją przedrzeźniały, przez co przylgnęło do niej „baba Jaga”.
W południe, gdy ekonom na chwilę odwrócił wzrok, Jagna podeszła do dziewczyny, co ledwo stała. Ta opowiedziała jej wszystko. Stara zielarka przypatrywała się jej bacznie, po czym bez słowa chwyciła Marię za podbródek i lekko uniosła jej głowę, badając palcami obolałą szyję.
— To nie majaki, dziewko — wyszeptała. Głos miała chrapliwy, jakby od dymu i ziela. — Nocą nawiedziła cię zmora.
Dziewczynę przeszedł dreszcz. Chciała się wyrwać, lecz stara nie puściła.
— Nie drżyj. Skoro dłoń uniosłaś i jej dotknęłaś, a ona uciekła — to marna, młoda mara. Dopiero się uczy dusić. Czyjaś żywa dusza, co nocą błądzi. Jeszcze słaba. Łatwo ją oszukać.
— Jak, Jagno? — wykrztusiła Maria.
— Dziś nie kładź się na wznak. Zmora musi usiąść na piersi, by dech zabrać. Połóż się na brzuchu, twarz w słomę wtul, a poduszkę rzuć tam, gdzie stopy trzymasz. Wejdzie po ciemku, pogubi się i odejdzie z niczym. Zobaczysz.
Dziewczyna trochę się uspokoiła i dokończyła dzień pracy w spokojności.
Nastała noc. Stan matki się poprawiał. Nadal nie otworzyła oczu, lecz już lekko się poruszała. Ojciec odesłał dziewczynę spać, gdyż matka już nie wymagała takiej opieki. Udała się więc do komory i wszystkie słowa mądrej baby — tak dla bezpieczeństwa — wypełniła. Zapach ziół i warzyw wypełniał całe pomieszczenie, dając spokój i ukojenie… do czasu.
Marysia poczuła, że coś ją szarpie za nogi. Otworzyła oczy i spojrzała wzdłuż ciała. Zmora trzymała ją za łydki, szarpiąc wściekle — bo zamiast głowy napotkała stopy. Nagle uniosła pusty wzrok i ich oczy się spotkały. Ta chwila trwała wieczność.
Ono nie puściło.
Wybijając się, wskoczyło na posłanie, wyprostowało się jak struna i padło kolanami w pas dziewczyny. Znów nie mogła się ruszyć.
„Boże… nie działa…”
To była ostatnia jasna myśl, zanim zmora chwyciła ją za ramiona i jednym mocnym szarpnięciem przerzuciła na wznak. Tym razem nie usiadła. Kucnęła na niej. Marysia ledwo łapała powietrze, choć mara jeszcze nie dusiła. Potwór nachylił się i przeciągnął po jej twarzy czymś mokrym, zimnym. Łzy napłynęły same. Głosu nie było.
Palce znalazły piersi i ścisnęły — nie jakby sprawdzały, czy pod spodem jest jeszcze żywa. Jak ktoś, kto wie, gdzie leży. Potem zacisnęły się na gardle i zaczęły szarpać głowę to w jedną, to w drugą stronę. Ból szedł aż do karku.
Walczyła tylko w myślach. Chciała krzyknąć, poruszyć choćby palcem — nic. Czuła, jak życie uchodzi, jak wzrok ciemnieje. Z ostatniego tchu wydusiła rzężące:
— Nie!!!
Zamknęła oczy i krzyknęła jeszcze raz, już pełnym głosem. Władza nad ciałem wróciła nagle. Zerwała się, ale sił starczyło tylko na to, by paść na kolana. W komorze nikogo nie było.
Drżała cała. Ręce miała lodowate, gardło piekło. Dotknęła szyi — bolało diabli. Na skórze został zapach — nie tylko piołun i bagno. Przez chwilę siedziała tak, dysząc, niepewna, czy jeszcze żyje. Potem osunęła się na słomę i długo nie mogła przestać szlochać bezgłośnie. Już nie zasnęła. Po prostu omdlała.
Wczesnym świtem ojciec wszedł do komory. Zastał dziewczynę leżącą na polepie. Przykucnął przy niej i poruszył ją za ramię.
— Nie leż tak na ziemi, bo wilka dostaniesz — powiedział, przeżuwając skórkę od chleba. — Czas oporządzić bydlęcie rogate.
Wstał i udał się w stronę sieni, lecz na progu się zatrzymał i rzucił przez ramię:
— Idź przywitać się z matką. Oczy otworzyła.
Marysia zerwała się na równe nogi i do matki pobiegła, z bólem się nie licząc. Matka leżała z otwartymi oczyma i wpatrywała się w jeden punkt. Gdy córka padła na kolana, by się przywitać, matka nie zareagowała. Otworzyła oczy – to było najważniejsze. Choć jedna dobra rzecz po takiej nocy. Dziewczyna pobiegła do obowiązków, obiecując, że jak tylko znajdzie chwilę, wróci i strawę poda.
Tym razem Maria sama szukała na polu „mądrej baby”. Siedziała ona w cieniu starej jarzębiny, ucierając zioła.
— Babulu Jagno… — wyszeptała Maria, chwytając starą za rękaw zgrzebnej koszuli. — Pomóżcie, na rany Chrystusa, bo słońce zejdzie, a ja... a ja nocy nie przeżyję…
Opowiedziała wszystko, od początku do końca, jak na spowiedzi. Jagna słuchała dziewczyny, powoli miażdżąc w ustach cierpkie jagody jarzębiny. Gdy Maria skończyła mówić, stara splunęła na wysuszone kłosy sokiem czerwonym niemal jak krew, jakby wraz z nim wyrzucała z siebie nocny urok.
— To nie jest młody byt, dziewko. — Głos miała chrapliwy, jak szelest suchej słomy. — Mara, co cię nawiedza, nie szuka otwartego okna. Ona szuka kogoś, kto ją wpuści. Zmora nie bierze się z powietrza ani z leśnej głuszy. To żywa dusza. Dusza kogoś, kto za dnia z tobą chleb łamie. Ale nocą… nocą ta dusza ucieka z ciała przez usta, bo za dnia nie pomieści swojego jadu.
Stara dała krok bliżej, aż Maria poczuła ziele i gorycz jarzębiny.
— Wspomnij no dobrze. Komuś w drogę weszła? Parobek, któregoś z kwitkiem odprawiła? Sąsiad, co na twoją młodość wilkiem patrzy? Bo zmora rzadko idzie do niewinnego. Idzie tam, gdzie żal uwiązany, a wygadać się go nie da.
Maria poczuła, jak gardło znowu się ściska, a piekący ból po nocnym duszeniu powraca ze zdwojoną siłą. Gorąca, ciężka łza spłynęła po jej policzku. Spuściła głowę, nie potrafiąc wytrzymać wzroku starej zielarki.
— Nikomu… — wykrztusiła cicho, a jej głos załamał się jak sucha gałązka. — Nikomu złego słowa nie rzekłam, nikomu ziemi nie odebrałam... Jedyna dusza na tym świecie, której krzywdę wyrządziłam... najstraszniejszą, bo przez moją nieuwagę... to moja matka. To przeze mnie wół szarpnął... przeze mnie na to parszywe ściernisko upadła. Przeze mnie teraz bez ręki na ławie leży. Jeśli kto ma prawo moją duszę z ciała wycisnąć, to tylko ona..
Dziewczyna była zrozpaczona, świadoma, że bez pomocy ranka nie dożyje.
— Krew z krwi... Jeśli to matczyna dusza cię pije, zwykłe sztuczki nie pomogą. Zmora, co z bliskiej krwi pochodzi, przejdzie przez każdą ścianę. Musisz uwięzić jej ducha w ciele, zanim przyjdzie noc.
Stara rozejrzała się czujnie i chwyciła Marię za ramię.
— Gdy wrócisz do chałupy, wsuń pod ławę śpiącej matki żelazną siekierę, ostrzem ku górze. Żelazo przetnie drogę wyjścia, zwiąże jej moc. A ty schowaj w dłoni nóż. Jeśli mara i tak się przedrze, nie krzycz. Czekaj, aż nachyli się nad tobą, i z całej siły tnij ją w ramię. Zmora pisnąwszy ucieknie w mrok, a o świcie zobaczysz tę samą ranę na ciele człowieka, który cię dusi. Idź i zrób, jak mówię.
Nastał czas możliwie ostatniego rozrachunku. Dziewczyna zrobiła wszystko tak, jak poradziła Jagna. Gdy ojciec głośno chrapał na zapiecku, dziewczyna wślizgnęła się do izby. Drżącymi dłońmi wsunęła ciężką, żelazną siekierę pod ławę, prosto pod bezwładne ciało matki. Ostrze skierowała ku górze. Potem zamknęła się w komorze. W prawej dłoni zaciskała stary, ostry nóż kuchenny.
Zapach piołunu uderzał do głowy. Księżyc znów wlał blady, zły blask przez dziurę w dachu. Maria leżała na posagowej skrzyni. Czekała. Miała nadzieję, że żelazo pod ławą matki zadziała. Że ta noc przyniesie spokój.
Wtem, w najgłębszym mroku nocy, drzwi komory otwarły się bez szelestu.
Powietrze zgęstniało. Lodowaty oddech osiadł jej na skórze. Bose stopy przeszły po klepisku. Z mroku wyszło to samo wychudłe coś — ręce za długie, krok bez pośpiechu. Cień padł na skrzynię. Ciężar runął jej na pierś i wycisnął z płuc resztkę powietrza.
Nachyliło się. Po policzku przeciągnęło czymś mokrym, zimnym. Potem palce znalazły piersi i ścisnęły. Znowu nie jak mara, co sprawdza, czy żywa. Jak ktoś, kto wie, gdzie leży.
Tatarak, który żuła przed snem, zbił odrętwienie. Maria uniosła prawą rękę i z całych sił wbiła nóż. Ostrze weszło w gardło, aż coś chrupnęło. Zjawa rzuciła głos — nie krzyk, nie pisk, coś pośrodku, chrapliwe — odskoczyła, trzymając się za szyję, i sycząc uciekła z komory.
Maria łapała powietrze. Serce waliło jak dzwon. Ręce wracały powoli.
Z sieni dobiegł inny dźwięk. Tępy chrobot metalu ciągniętego po klepisku. Potem krzyk ojca, pełen strachu. Zaraz głuchy, mokry trzask, jakby ktoś rąbał suche pieńki. Potem nic.
Dziewczyna, wciąż miękka w kościach, pełzła na kolanach ku sieni, nóż mokry w pięści. Blask księżyca ciął szpary w drzwiach.
Najpierw zobaczyła matkę. Stała ciężko dysząc, w dłoni siekiera — ta sama, którą wsunęła pod ławę.
Ojciec leżał w czarnej kałuży. Czaszka rozłupana. Na szyi, tam gdzie cięła zmorę, znajdowała się ta sama rana.
Maria dobrnęła i uwiesiła się matce u koszuli.
— Matko… coście uczyniła?
Matka spojrzała tępo.
— Myślał, żem nie słyszę. Wychodził. Wracał. Twój krzyk też doszedł. — Splunęła na trupa. — Niech go diabli szarpią.
Nagle drzwi do chałupy ustąpiły ze zgrzytem. Słabe światło nędznej świecy rozproszyło mrok. Do sieni weszła Jagna. Ujrzała truchło mężczyzny w samej koszuli, z rozbitą głową i głęboką raną na szyi. Spojrzała na zakrwawioną siekierę w ręku matki i nóż w dłoni dziewczyny. Podeszła powoli, bez słowa wyszarpnęła siekierę z zesztywniałych palców kobiety i wyjęła nóż z dłoni Marii. Popatrzyła na nie głębokim, mądrym wzrokiem i zawiesiła głos:
— Strzygi… utopce… zmory… Na samą myśl zęby zaciskamy. Gdy ciągną mężów w topiel, gdy do kołysek chodzą — klniemy mrok, płaczemy nad dołami, ziele palimy, żelazo kładziemy. Tego się uczyłam. Tego się bałam. Tego uczyłam innych.
A tu…
Tu bies nie wyszedł z bagna. Wyszedł z izby. Z chleba. Z rąk, co za dnia snopki podawały.
I to mnie, dziewczyno, więcej trwoży niż wszystko, co wiem o niechrzczonej ziemi. Na tamtą mam ziele. Na to — nie mam. Na to i biesy za słabe.
Jagna zdmuchnęła płomień świecy i ruszyła w stronę wyjścia z chałupy.
— Dokąd idziecie, babulu? — jęknęła w mroku dziewczyna, tuląc się do kalekiej matki.
— Jeśli życie wam miłe, powiedzcie przed sądem i panem, żem ja to uczyniła. — Głos zniżyła do chropawego szeptu, siekierę i nóż trzymając mocno. — Choćbyście prawdę rzekły, nie uwierzą. On był gospodarzem. Wy — niewiasty. Panu szkoda rąk do pańszczyzny i ładu w chałupie, nie waszego jęku. Sama z tym piętnem nie ustoicie: kat was weźmie, a mnie i tak na stos łatwiej posłać. Wezmę tę krew na stare kości. Mnie już ani bicz, ani loch nie straszny — i tak bliżej mi do ziemi niż do słońca. Daję wam życie, dziewczyno. Oddacie, gdy mnie braknie.
Starucha wyszła, zostawiając za sobą tylko ciężki zapach piołunu i skrzypienie starych drzwi.
W tym miejscu historia Marii i jej zmory się kończy. Lecz historia Baby Jagi dopiero się zaczyna... ale to już zupełnie inna opowieść.
Komentarze (6)
Hmm... no właśnie nie. Ponieważ: nie ma się przecież do czego przypierniczyć, skoro to mroczny Thriller o Ludowym Upiorze. 🙄😳😏
Mam nadzieję że połączenie naszej mitologii z racjonalizmem nie spowoduje że będą tu ludzie we mnie kamieniami rzucać :]
Krew i Kałamarz : może nie tyle kamieniami, co ninirjsza Czcigodna Gawiedź: obrzuci Cię błotem, ponieważ: " masz treściĄ ujętĘ zbyt nieestetycznĘ pochyleniĘ przĘcinka: nieproporcjonalniĘ wĄbec średnicy kropki. Dlatego: jednogwiazdkujĄ. ".. 🙄😳😂
PS. Powyżej widniejące Przekleństwo Wiedźmy: nie wiem, czy masz świadomość: jest Autentycznym, dotycząc: nie śmierci obdarowanego przez Wiedźmę: w momencie Jej zgonu, a życia Duszy Przeklętej: w ciele owym życiem obdarowanym. 🙄😌
Tak zgadza się... gdyby takowe tu było.
Krew i Kałamarz Jak Obaj wiemy: nie istnieje, więc: pozwólmy im zwać Imieniem Bożym: Ciało Chrystusa.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania