Znaleźli mnie, a szkło, które włożyłem na skórę, pękało spokojnie.

Pragnąłem uciec, ale słowa wepchnęły mnie z powrotem. Spójrz na mnie - krzyczałem - spójrz, jaki jestem i ile czuję. Spójrz na mnie - myślałem - jak ciężko jest być tutaj i nieraz pragnę wylać się ze środka, ale oczy są wiecznie zuchwałe, abym przypadkiem, nie musiał się poniżać. Dziesiątki razy przerosło mnie coś, co na pozór wydaje się banalne i resztki sił ledwo starczyły, by się nie rozpaść, jak szkło, które zakładam na skórę.

 

Resztki sił trzymały w ryzach i strach trzymał na uwięzi, i stres trzymał mnie sztywno, a ja myślałem: nie będę przecież płakał, tutaj, pośród tych ludzi, w niedzielne popołudnie, przy rodzinnym stole, gdy wszyscy się tylko śmieją i cieszą, a ja czuję, że albo pójdę rzygać albo się rozpłaczę. Lecz siedziałem tak jedną i drugą godzinę, niby to człowiek, niby posąg. Emocje, która przechodziły mi przez głowę, były dla mnie jak kot na ruchliwej drodze. A ja? Wcale nie próbowałem się zatrzymać.

Średnia ocena: 4.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (2)

  • onasama wczoraj o 22:58
    świetne!
  • Sokrates godzinę temu
    Mistrzostwo! Gratuluję

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania