Z(n)iszczenie

Z(n)iszczenie

 

Dziś wielki dzień! – pomyślał Jaś Wronkowski otwierając oczy po przebudzeniu; właśnie dziś – po wielu latach wahań – pójdę wreszcie na egzamin wstępny do szkoły muzycznej; pójdę i – choćby nie wiem co – zdam go bardzo dobrze. Ja po prostu muszę zostać pianistą – a czym są przeszkody i ograniczenia wobec tak wielkiej determinacji, jaką przejawiam? – są niczym… Od kilku dni niemal cały zamieniłem się w pewność, że przez egzamin wstępny przejdę wprost przebojowo – znacznie lepiej niż ci, którzy takich ograniczeń ja jak nie mają…

Gdy godzinę później Jasiek wszedł już do szkoły muzycznej stwierdził z zaskoczeniem, że korytarze owej szkoły świecą zupełnymi pustkami; czyżby to nie dzisiaj miała się obyć ta rekrutacja? – zapytał sam siebie z lekkim przerażeniem; podejdę pod pokój egzaminacyjny, tam na pewno czegoś będę mógł się dowiedzieć (pomyślał). Pięć minut później, gdy zatrzymał się pod drzwiami wspomnianego pokoju natychmiast ujrzał wywieszoną na nich kartkę z informacją o takiej oto treści: „rekrutacja do szkoły muzycznej odbędzie się w godzinach 12:00 – 15:00”. Muszę szybko sprawdzić, która godzina – powiedział sobie w myślach i podciągnąwszy lewy mankiet zerknął na tarczę zegarka; wskazówki pokazały, że jest kwadrans do jedenastej… Echhh (westchnął głęboko, choć jednocześnie z wyraźnym uczuciem ulgi) rekrutacja na szczęście będzie dzisiaj (pomyślał), po prostu przyszedłem na nią za wcześnie – to zapewne przez te głębokie emocje tak bardzo się pospieszyłem. Ten pośpiech jednak ma też i dobrą stronę – stwierdził Jaś – pójdę sobie teraz na przechadzkę po okolicy, co na pewno dobrze mi zrobi przed egzaminem. Zgodnie z postanowieniem skierował swoje kroki ku drzwiom wyjściowym – nie przekroczył ich jednak; nie zrobił tego, gdyż tuż przed nimi zaczepiła go pewna pani, która właśnie wyszła z jakiegoś pokoju i sama chciała opuścić na chwilę budynek szkoły. A Pan w jakiej sprawie – zwróciła się do Jasia – wspomniana pani; ja? – pewnym głosem zapytał Jasiek; ja w sprawie egzaminu – dopowiedział po chwili – biorę dziś udział w rekrutacji, ale przez pospiech przyszedłem na nią grubo przed czasem. Ach, jeśli przyszedł pan na egzamin wstępny tak wcześnie to się dobrze składa, powiedziała kobieta; pewnie, że dobrze (odrzekł jej Jaś) gdyż mogę iść teraz na solidny przedegzaminacyjny spacer i wyciszyć się nieco. Nie, nie – powiedziała kobieta – mówię, że „dobrze się składa” z innego względu niż pańskie spacerowe plany; niech sobie pan wyobrazi, że rekrutację do szkoły muzycznej przeprowadzę dzisiaj ja; nazywam się Krystyna Bendewicz, jestem nauczycielem fortepianu i muzykologiem, a w tej szkole nauczam pianina od bardzo wielu lat. Szczęśliwym trafem mam właśnie wolną godzinę i – żeby pan nie czekał – już teraz mogę pana zaprosić na egzamin. Będzie pan pierwszym z przetestowanych dzisiaj kandydatów; zrobię panu coś w rodzaju egzaminu w terminie zerowym – egzamin przed wyznaczonym oficjalnie czasem. Oczywiście ja tylko proponuję – jeśli chce pan czekać na swoją kolej podczas rekrutacji, to niech pan czeka… Oj nie – powiedział Jaś – chętnie skorzystam z tej propozycji. Dobrze, w takim razie widzimy się za pięć minut w pokoju egzaminacyjnym – odrzekła Bendewiczowa.

Testy nie trwały dłużej jak pół godziny – najważniejsze jest jednak nie to, jak one przebiegły, ale raczej to, co się stało po ich zakończeniu; a stało się tak: Jasiu – podsumowała Krystyna Bendewicz – muszę przyznać, że masz dobry słuch muzyczny, całym sobą czujesz rytm, łatwo też zapamiętujesz różnorakie muzyczne treści; jesteś idealnym kandydatem na muzyka, że tak powiem. Została jednak jeszcze jedna ważna rzecz – dopowiedziała nauczycielka – a mianowicie twoje dłonie i palce; muszę się teraz im przyjrzeć. Usłyszawszy te słowa Jaś pewnym ruchem wyciągnął obie swoje ręce w kierunku Bendewiczowej ta natomiast po krótkiej chwili zwróciła na nie swój wzrok; spojrzała na nie z przekonaniem, że de facto jest już po rekrutacji i że Jaś przeszedł ją w pięknym stylu; po chwili jednak zaniemówiła… Jasiu, przecież Ty masz tylko cztery palce, powiedziała z lekka drżącym głosem – jak zatem (dopytała retorycznie) chcesz się uczyć fortepianu w naszej szkole?? Zwyczajnie chcę – odpowiedział Jaś – i nie widzę w tych moich brakach palcowych niczego, co by mi mogło w tej nauce przeszkodzić; wprawdzie przez bardzo długi czas szargały mną wątpliwości, czy w ogóle powinienem na rekrutację do szkoły muzycznej przychodzić, ale – mam nadzieję – raz na zawsze je w sobie pokonałem; to pokonanie (powiem pani) było w gruncie rzeczy kwestią smaku – czyli czegoś, co w szkole muzycznej powinno mieć szczególne znaczenie… Kwestią smaku? – zapytała Bendewiczowa z nutą zdziwienia w głosie; tak (odparł Jaś) kwestią smaku – czyli kwestią estetycznego i etycznego wyrobienia. Niech pani zauważy (kontynuował Jasiek), że w żadnym stopniu nie jest moją winą, iż nie mam wszystkich palców u dłoni; taki się po prostu urodziłem, winić można by tu co najwyżej przypadek, Boga, naturę – cokolwiek lub kogokolwiek zatem, ale (jeszcze raz podkreślę) z pewnością nie mnie. Odmawiać mi miejsca w szkole muzycznej ze względu na moją czteropalcowość to karać mnie tylko za to, że zostałem stworzony czteropalcowym… Karanie kogoś za tylko za to, że urodził się akurat taki, jaki się urodził jest rzeczą budzącą wstręt estetyczny, etyczny – i każdy inny też! W pewnym momencie (po upływnie wielu długich lat) dogłębnie to zrozumiałem i przeżyłem – przeżyłem ów wstręt, znaczy się; przeżyłem (ściślej mówiąc) obrzydzenie na samą myśl o tym, że miałbym nie dostać się do szkoły muzycznej tylko dlatego, że coś kiedyś sprawiło, iż nie mam wszystkich palców. Moja nijak przeze mnie nie zawiniona czteropalcowość nie może sprawiać, bym nie mógł żyć tak jak chcę, robić czego chcę, uczyć się czego chcę – bym nie mógł być szczęśliwym człowiekiem, inaczej mówiąc.

Podziwiam twoją odwagę i silną wolę Jasiu – odparła na to Bendewiczowa – ale uwierz mi, że czteropalcowość jest bardzo poważnym argumentem przeciwko temu, by cię wpisać na listę uczniów naszej szkoły. Ja teraz nie mam czasu w szczegółach tłumaczyć ci dlaczego dłonie z niepełnym opalcowaniem są właśnie takim argumentem – muszę przecież dalej prowadzić egzamin wstępny, na który wciąż czeka spora grupa kandydatów. Zresztą ja przeprowadzam tu tylko testy muzyczne – kontynuowała Bendewiczowa – na ich podstawie rekomenduję (czyli proponuję) szkole takich a nie innych kandydatów. O tym, czy któryś z tych kandydatów na ucznia faktycznie tymże uczniem zostanie musi zdecydować kto inny – w Twoim przypadku (jako że chcesz się uczyć pianina) musi to zrobić nasz główny pianistyczny specjalista profesor Maurycy Lamkiewicz. Natomiast ja w tej chwili wystawię ci rekomendację (czy raczej zaświadczenie) w której tylko opiszę takie Twoje cechy, jak świetny słuch, pamięć – wspomnę też o czteropalcowości; to będzie taki suchy opis bez żadnego wskazania czy popieram twoje zabiegi o uzyskanie statusu ucznia naszej szkoły czy nie – to po pierwsze; a po drugie za krótką chwilę zadzwonię do profesora Lamkiewicza i umówię cię z nim na spotkanie – jeśli on podejmie się prowadzić z tobą lekcje pianina w naszej szkole, to nikt nie będzie mógł przeciw temu oponować. W telefonicznej rozmowie Bendewiczowej z profesorem Lamkiewiczem ustalono, że Jaś zjawi się w gabinecie profesora natychmiast po wyjściu z pokoju egzaminacyjnego… Jasiu – powiedziała nauczycielka – nasze spotkanie dobiegło już końca, teraz głos w twojej sprawie musi zabrać Lamkiewicz – gdy tylko opuścisz mój egzaminacyjny pokój pójdziesz do gabinetu numer 110; tam już teraz oczekuje cię profesor Maurycy…

*

Dzień dobry, dostałem przed chwilą skierowanie na rozmowę z profesorem Lamkiewiczem – powiedział Jasiu otwarłszy wprzódy drzwi gabinetu 110. Dzień dobry –odpowiedział mocny głos ponad pięćdziesięcioletniego mężczyzny – wiem już o wszystkim, zapraszam na rozmowę (dodał). Jasiu zajął stojące przy stole krzesło, profesor natomiast siadł na fotelu pod oknem... Słuchaj Jasiu – wszczął rozmowę Lamkiewicz – cała literatura muzyczna napisana na fortepian, wszystkie techniki gry, jakich używa się na tym instrumencie zakładają, że pianista posiada dziesięć palców… co więcej – kontynuował – i co chyba najważniejsze to fakt, że dziesięciopalcowość zakładają też wszystkie bez wyjątku podręczniki do nauki fortepianu… Cieszę się – podkreślił Lamkiewicz – że bardzo chcesz grać i oczywiście możesz to ze sporym (jak sądzę) powodzeniem robić na przykład u siebie w domu; czemu aż tak bardzo upierasz się na naukę w szkole muzycznej? Bach, Beethoven, Liszt, Chopin – a muzyką tych właśnie autorów w naszej szkole się zajmujemy – komponowali swe utwory przyjmując za oczywistość, że ludzkie dłonie w sumie liczą sobie dziesięć palców. Wiesz Jasiu, taki już jest ten nasz świat – zawsze taki był i zawsze taki będzie – że każdy człowiek czegoś nie może; ten nie może pić alkoholu, tamten wymówić poprawnie głoski „r”, ja nie mogę grać zawodowo w koszykówkę, bo mam tylko metr sześćdziesiąt wzrostu… Powiem ci jednak, że grywam w nią na swoim własnym boisku zawsze kiedy tylko mam czas. Może i ty, Jasiu, urządziłbyś sobie takie swoje własne boisko, czy raczej muzyczną salkę, w której grałbyś na fortepianie, jak to się mówi, „na całego”? Nie, nie i jeszcze raz nie! – odparł Jaś stanowczym głosem; chcę grać w szkole muzycznej i nigdzie indziej; nie rozumiem – kontynuował Jaś – czemu te moje cztery palce mają mi naukę w owej szkole uniemożliwiać? Słyszał Pan – ciągnął dalej pianistyczny zapaleniec – o cygańskim gitarzyście Django Reinhardcie? Django też (dokładnie tak samo jak ja) pięciu palców u dłoni nie posiadał, a grał na gitarze bardzo dobrze, o wiele lepiej niż 90 procent z tych, którzy grają na niej pięciopalcowo. Nie wierzę, żeby taka nie pięciopalcowa gra nie była możliwa na klawiszach… No tak, drogi Jasiu – odparł Lamkiewicz – Django Reinharda znam bardzo dobrze, mimo swej dwupalcowości o cztery głowy przerastał on bardzo wielu „normalnych” gitarzystów, to wszystko prawda; zauważ jednak Jasiu, że od zgonu Djanga minęło dobre pół wieku i jak dotąd nikt nie wysunął myśli, by zmienić zasady szkolnego nauczania gitary tylko dlatego, że wspomniany Django był wybitnym gitarzystą… gitary wciąż uczy się zakładając dziesięciopalcowość, inaczej mówiąc. Jesteś już na tyle dojrzały, że śmiało mogę cię – Jasiu – poczęstować myślą filozoficznej natury; myśl ta (śpieszę z wyjaśnieniem) przedstawia się tak – z faktu, że złamanie normy przynosi czasem lepsze efekty niż mocne się jej trzymanie nijak nie wynika, że można czy (tym bardziej) trzeba ową normę odrzucić; szkolnictwo muzyczne jest tej myśli doskonałym przykładem. Wie pan, profesorze Lamkiewicz – rzekł Jaś z rozgoryczeniem – dla mnie to, co pan mówi (o normach, edukacji) jest po prostu straszne, a co kluczowe, całkowicie sprzeczne z duchem sztuki, z duchem artyzmu… Jak to jest możliwe – ciągnął swe żale Jaś – że sztuka, która od swego zarania ma łączyć ludzi różnych czasów i kultur tak stanowczo wyklucza nas, czteropalcowych? Muzyka łagodzi obyczaje; na pewno zna pan to powiedzenie…; zna pan? (zapytał Jaś z wyrzutem w głosie) „tak znam, odparł Lamkiewicz – no to czemu ma ich nie łagodzić w stosunku do nas, ludzi, którym los, Bóg, czy przypadek pięciu palców u dłoni odmówił? Czemu broni się mi dostępu do oficjalnej edukacji muzycznej… to wstrętne! Ale powiedz, drogi Jasiu, rzekł profesor Lamkiewicz, czemu stawiasz sprawę w tak ostry sposób – kto ci zabrania grać na fortepianie? Ja? (zapytał ze zdziwieniem nauczyciel) Ja! – na pewno nie, (podkreślił emfatycznie belfer); jeśli chcesz grać na fortepianie to graj – żadna szkoła muzyczna nie jest ci jednak do tego potrzebna; możesz grać samodzielnie, odpowiednio dostosowując materiał muzyczny pod twoje własne czteropalcowe potrzeby – gdzie tu widzisz problem? My w szkołach muzycznych – perorował nauczyciel – po prostu nie możemy ćwiczyć gam tylko czterema palcami, nie możemy też w ten sposób ćwiczyć dzieł Chopina; zarówno bowiem on, jak i jego koledzy z muzycznego Olimpu (Bach, Beethoven) pisali swą muzykę za oczywistość przyjmując założenie, że wykona ją człowiek dziesięciopalcowy… Mam nadzieję Jasiu – zapytał drżącym głosem nauczyciel – że nie przyjdzie ci do głowy oskarżać tych kompozytorów o sianie nienawiści; nie powiesz – mam nadzieję – że ich twórczość niesie w sobie pogardę dla każdego, kto zarówno przy dłoni prawej, jak i lewej pięciu palców nie posiada. A właśnie, że powiem!!! – krzyknął donośnym głosem Jaś – Bach, Chopin, Mozart to siewcy nienawiści! powiem nawet więcej, dokrzyczał; powiem, że to, co pan robi nie chcąc mnie (czteropalcowego) przyjąć do szkoły muzycznej jest tym samym co robił Hitler i jego faszyści; tak samo bowiem jak faszyści odmawiali każdej poważniejszej edukacji Polakom i innym „podludziom”, tak dzisiaj pan odmawia jej mnie… Hitler i faszyści odmawiali wykraczającego poza elementarz kształcenia tym uczniom, których jedyną „winą” było urodzić się w nie takiej, jak z faszystowskiego punktu widzenia trzeba rasie czy narodowości – pan zaś odmawia kształcenia ucznia, którego jedyną „winą” jest tylko to, że urodził się mając w sumie cztery palce u obu rąk! ależ – wtrącił się nieśmiało tkwiący od paru chwil w osłupieniu nauczyciel – ja nie odmawiam ci edukacji muzycznej; uczyć się fortepianu możesz przecież u siebie w domu, może nawet znajdzie się wśród nauczycieli ktoś, kto opracuje jakiś specjalnie pod ciebie skrojony program nauczania... No i znowu faszyzm – warknął niepocieszony Jaś; jak polscy uczniowie za Hitlera musieli zdobywać wiedzę na jakichś tajnych kompletach, tak ja – dziś w dwudziestym pierwszym wieku – będę musiał się ukrywać ze swoimi edukacyjnymi planami, to skandal!... Zresztą nie ma najmniejszego sensu tej naszej rozmowy ciągnąć, panie nauczycielu – byłem pewien, że muzyka (sztuka, której pan naucza) otwiera na różnorodność, wpaja miłość wolności, uczy tolerancji i empatii, a z pana ust nie pada nic innego, jak kurczowe (by nie powiedzieć „tępe”) trzymanie się norm, odwiecznych tradycji i przesądów!! (że niby Chopin, Bach itp. komponowali dla dziesięciopalcowych i szlus!). Wykrzyczawszy te słowa Jaś przerwał rozmowę z nauczycielem i po krótkiej chwili wybiegł z pokoju, w którym rozmowa ta się odbywała…Nawet jednak, gdyby Jaś w pokoju owym został nauczyciel nie mógłby odpowiedzieć mu choćby najmniejszym słówkiem; tyrady Jasia wpędziły bowiem nauczyciela w rodzaj umysłowego paraliżu (nazwać ten stan „zdziwieniem” znaczyłoby użyć już nie eufemizmu, ale eufemizmku).

*

Mniej więcej dwa miesiące po starciu z nauczycielem do serca Jasia wkradł się wirus rezygnacji – „chyba rzeczywiście nie będę mógł uczyć się fortepianu w szkole muzycznej”, myślał coraz częściej. Dalszy bieg rzeczy najwyraźniej jednak nie miał zamiaru kierować się Jaśkowym czarnowidztwem… Któregoś razu Jaś zupełnym przypadkiem przechodził obok hali gimnastycznej, gdzie lokalne stowarzyszenie akrobatów akurat trenowało się w swym kunszcie. Widział zatem, jak akrobaci chodzą na rękach, stają na głowach, a nawet (dla żartu) nosem popijają herbatę… Widział też, jak jedna grupa akrobatów urządza sobie wyścigi w biegu na rękach, a druga ich grupa podzieliwszy się na dwie drużyny toczy ze sobą mecz piłki nożnej do gonitw za piłką używając jednak rąk, a nie (jak to jest zazwyczaj) nóg. A gdyby tak (pomyślał w pewnej chwili Jasiu) pozbierać wszystkich dwupalcowych, sześciopalcowych, biegających na rękach, rękami grających w nogę, to powstałaby z nas natychmiast swego rodzaju mocna siła zdolna do takich zmian społecznych, które wprowadzą czteropalcowych nie tylko do szkół muzycznych, ale i na wielkie muzyczne konkursy, takie jak ten chopinowski. Pod wpływem tej siły, żaden belferzyna nie będzie mógł odmówić uczenia instrumentu komuś, którego dłonie ogółem dziesięciu palców nie posiadają; belferzyna, który by na taką odmowę się poważył będzie po prostu zwalniany z pracy… Jaś postanowił, że wykuje żelazo póki gorące, czyli myśl o powołaniu ruchu zmian społecznych zacznie realizować natychmiast. Odczekał zatem dłuższą chwilę aż akrobaci skończą swój trening i podszedł do nich, gdy ci odpoczywając popijali (tym razem ustami) wodę, colę i inne płynne pożywki. Jaś nigdy nie miał trudności w nawiązywaniu kontaktów – pierwsze co zrobił to powiedział akrobatom tak: „słuchajcie, widziałem jak ćwiczycie, to wspaniałe, że można biegać na rękach, stawać na głowie i tak dalej; tego rodzaju umiejętności bardzo by mi się przydały, muszę przyznać; jak widzicie (tu wyciągnął ku rozmówcom obie ręce) w sumie mam tylko cztery palce, po dwa w obu dłoniach, wejście w arkana akrobacji mogłoby mi pomóc – dzięki nim bowiem mógłbym nauczyć się robić czterema palcami to, co inni robią dziesięcioma. Bardzo chciałbym – kontynuował – uczyć się grać na fortepianie w szkole muzycznej, próbowałem nawet do owej szkoły się zapisać, niestety jednak bezskutecznie, właśnie z powodu moich dłoni; słuch, poczucie rytmu, pamięć działają u mnie bez zarzutu, muzyki jednak uczyć się nie mogę, bo natura, przypadek los czy Bóg czy cokolwiek innego postanowiło stworzyć mnie czteropalcowym… No tak – odpowiedział akrobata Karol Kowalski – to jest poważny problem, ale są pewne bariery, których nie przeskoczy nawet mistrz akrobatyki; moja mama jest pianistką-amatorką, sam też próbowałem nieco sił w tej sztuce i dobrze wiem, że mając w obu dłoniach ogółem tylko cztery palce po prostu nie da się zagrać Bacha tak jak sam Bach sobie tego życzył; a nie myślałeś o grze, że tak powiem, domorosłej? – zapytał akrobata Karol – na pewno i ona może być satysfakcjonująca i na swój sposób artystyczna.. Eee, wtrącił się inny akrobata – Artur Tymkowski – ani sztuka, ani tym bardziej edukacja w zakresie sztuki, nikogo nie powinna wykluczać; istotą sztuki jest przecież wolność, otwartość i empatia… Od dawna – wywodził dalej Tymkowski – zresztą uważam, że w ogóle nic nie powinno nas ograniczać… Niby dlaczego – zapytał retorycznie Tymkowski – my, akrobaci, nie moglibyśmy (gdybyśmy tylko chcieli) chodzić na rękach po chodnikach? Czyż to nie piękna wizja? (zapytał znów retorycznie); zobaczcie – zwrócił się przede wszystkim do kolegów, choć i Jaś Wronkowski słyszał te słowa – idziesz sobie po chleb czy masło do sklepu i idziesz na rękach; idziesz sobie po dziecko do szkoły i idziesz na rękach… Kto w zasadzie powiedział? – gdzie to jest napisane? – że człowiek ma się poruszać właśnie na nogach? Nooo, oczyma wyobraźni już to widzę – wtrącił nagle z nutą sceptycyzmu Karol Kowalski; widzę mianowicie chodnik miejski i maszerujące po nim grupy osób ręko-chodzących; zwykła, to znaczy chodząca na nogach społeczność, do owych osób odniesie się z dystansem, delikatnie mówiąc… Ręko-chodzący częstowani będą okrzykami „do cyrku! do cyrku!”, „klauni”, „klauni”; wiesz co? – odpowiedział Tymkowski – to jest właśnie nienawiść, czyli skutek autorytarnego i przez tysiące lat działającego przesądu, że ręce (zasadniczo rzecz biorąc) do chodzenia nie służą… W tej chwili miejsce na głos od siebie ujrzał Jaś Wronkowski i odezwał się tymi oto słowami: „tak, tak! to jest skutek działania autorytarnego przesądu, ale ja bym powiedział ostrzej – to jest to, z czego wyrósł Hitler i faszyzm, nienawiść do wszystkiego, co inne; a może by tak – kontynuował Jasiu – stworzylibyśmy razem jakieś stowarzyszenie, które będzie walczyć z tymi faszystowskimi poglądami, takimi jak ten, że nie-normo-palcowi nie mogą uczyć się w szkołach muzycznych albo ten, że chodzący-na-rękach nie może korzystać z chodników na pełnoprawnych zasadach…

Widzę Jasiu, że nadajemy na tych samych falach – pomysł z antyfaszystowskim stowarzyszeniem uważam za świetny! skomentował Jaśkowe konstatacje akrobata Tymkowski. Następnie akrobata ten zwrócił się do swych kompanów z pytaniem następującej treści – słuchajcie, trzeba kuć żelazo póki gorące! Kto z was, moich kolegów akrobatów, zechce działać w stowarzyszeniu N5-Ch-n-r, czyli nie-pięciopalcowi i chodzący na rękach? (że Jasiu zechce to oczywiste! dopowiedział półgębkiem); stowarzyszenie to będzie zwalczać odwieczne, ale bezsensowne, wydumane „normy” , które nas, „innych” – lecz faktycznie takich samych, jak wszyscy – ograniczają i gnębią!

 

*

 

Dalszy bieg wypadków potoczył się jakby z górki; stowarzyszenie N5-Ch-n-r powstało bardzo szybko, niemal natychmiast zgromadziło też w swych szeregach postacie najróżniejszego autoramentu; nie tylko te, których dłonie nie mają ogółem rzecz biorąc dziesięciu palców, ale też te, którzy mają ich więcej niż dziesięć – jedenaście, dwanaście, piętnaście; dzięki stowarzyszeniu ujawnili się publicznie także ci, którzy na pianinach, gitarach i innych instrumentach, zechcieli w szkołach muzycznych grać palcami u stóp – nie tylko zresztą owymi palcami, ale także językiem i nosem… Kiedy stowarzyszenie N5-ch-n-r obrosło w siłę – uzyskało poważne środki finansowe, jak i siedziby w każdej większej miejscowości – w szkole muzycznej (tej samej, do której nie został przyjęty) zjawił się Jaś Wronkowski. Witaj Jasiu – powiedział ujrzawszy go – profesor fortepianu Maurycy Lamkiewicz; pamiętam, że rozstaliśmy się kiedyś w nienajlepszych nastojach, ale mam nadzieję, że pewne rzeczy już zrozumiałeś… ale o co chciałem cię Jasiu, zapytać przede wszystkim to to, czy uczysz się fortepianu metodą chałupniczą, dostosowaną pod Twoje potrzeby? Drogi Panie, odpowiedział Jaś – z wyczuwalną pewnością siebie w głosie – ja żadnego chałupnictwa nigdy nie miałem zamiaru uprawiać – zamiaru tego zresztą nie mam w dalszym ciągu i przychodzę właśnie w tej sprawie… Znów chcę być uczniem tej szkoły… jak to znów? zapytał nauczyciel. Panie nauczycielu – odpowiedział Jaś – ja dzisiaj nie będę z panem dyskutował, czekam miesiąc, najwyżej miesiąc z okładem na rozpoczęcie lekcji fortepianu w tej szkole; jeśli nie zdecyduje się pan mnie przyjąć odezwiemy się... niby kto się odezwie? – powiedział nauczyciel z nutą zdziwienia w głosie; no my się odezwiemy – my to znaczy grupa N5-ch-n-r… Proszę mnie nie straszyć, do widzenia, odparł profesor.

Od spotkania Jasia z nauczycielem fortepianu miesiąc minął szybko – nauczyciel nie zgodził się na to, by jego pianistyczna edukacja odbywała się w szkole muzycznej. Dokładnie dzień później – dzień po upłynięciu narzuconego przez Jasia miesięcznego terminu – pod szkołą muzyczną zgromadzili się członkowie grupy N5-ch-n-r; niesione przez nich transparenty wszem i wobec głosiły takie hasła, jak „precz z faszyzmem”, „sztuka dla wszystkich”, „żadna sztuka nie wyklucza”, niesiono obrazy z podobizną siedzącego przy fortepianie Chopina i grającego na tymże instrumencie czterema palcami…. Niektórzy z demonstrantów ciągali ze sobą specjalne wózki (takie same jak te jakich używają pracownicy hipermarketów) na których to wózkach siedzieli ludzie wystrojeni w pstrokaciznę i grający na gitarach nogami; akrobaci natomiast demonstracyjnie chodzili na rękach. Swoją manifestację grupa N5-ch-n-r szczelnie obstawiła mediami, zaprosiła opiniotwórcze (a przynajmniej za takie uznane) stacje telewizyjne, portale internetowe i gazety tradycyjne; każde z tych mediów bardzo chętnie na manifestację przybyło – trudno przecież o większy magnes na odbiorców niż manifestacja contra faszyzmowi a zarazem pro równemu traktowaniu wszystkich chcących zażywać dobrodziejstw edukacji muzycznej. Moc takiego magnesu można naturalnie zwiększyć wzmacniając go solidnie pod względem emocjonalnym i obok czteropalcowego Jasia Wronkowskiego walczącego o miejsce w szkole muzycznej, pokazać polskie dzieci z Wrześni strajkujące w 1901/2 roku przeciwko nauczaniu religii w języku niemieckim – taki materiał (nawiasem mówiąc) telewizja pokazała naprawdę. W materiale tym cała Polska zarówno usłyszała i zobaczyła takie oto treści – Jaś Wronkowski i stowarzyszenie N5-ch-n-r (głosił telewizyjny dziennikarz) wpisują się w pewien sposób w liczącą sobie już kilka wieków polską walkę o wolność; przecież niczym innym, jak formą walki ze zniewalającym Polaków rosyjskim i pruskim zaborcą było tajne nauczanie… nauczanie owo (inny słowy) w tamtych zaborczych warunkach było realną walką o wolność; podobne w czasach okupacji niemieckiej, w latach 1939-45 polska walka o wyzwolenie toczona była nie tylko karabinem, granatem i armatą, ale także książką, cyrklem i piórem do pisania. Kontynuacja tej walki miała też miejsce w czasach zniewolenia komunistycznego – nikomu nie trzeba przypominać, że gdyby tej walki nie było (gdyby nie istniał drugoobiegowy opór umysłowy) nikt w PRL-u nie poznałby prawdy o tym, kto zgotował Katyń polskim oficerom. Dzieci z Wrześni, tajne nauczanie, nauczanie domowe za PRL, a dziś Jan Wronkowski i grupa N5-ch-n-r – manifestacja pod szkołą muzyczną jest dalszym ciągiem jednej z piękniejszych polskich tradycji, kończył swą przemowę dziennikarz w telewizji.

Jaś obejrzawszy ten telewizyjny materiał poczuł ogromne zadowolenie – nonsensownością użytych w tym materiale porównań w ogóle się nie przejął. Albo nie pamiętał, albo najzwyczajniej w świecie pamiętać nie chciał o tym, że nauczyciel fortepianu – w odróżnieniu od zaborców – nie tylko nie miał zamiaru za uczenie się czegokolwiek poza oficjalnym szkolnictwem karać, ale (jako się rzekło) najszczerzej do działalności tej namawiał… Takie problemy w ogóle nie zakrzątały uwagi Jasia; ważne dlań było tylko jedno – to, że zdanie „czteropalcowy Jaś walczy o to, by stać się uczniem w szkole muzycznej” w telewizji skojarzono ze zdaniem „polska tradycja edukacji podziemnej była tradycją walki o wolność” i zbitkę złożoną z tych dwóch zdań wypuszczono w medialny eter… Telewizyjny materiał oddziałał na miliony ludzi, bardzo wielu z nich zaczęło zarówno Jasia, jak i ruch N5-ch-n-r darzyć szczerą sympatią; nie mogło zresztą być inaczej, wspomniany materiał celował przecież w najbardziej czułe miejsca ludzkich dusz – celował mianowicie w polską martyrologię, rolę jaką w niej odegrała sprawa wychowania i nauczania dzieci, walkę o niepodległość.

Zdając sobie sprawę z rozgłosu, jaki nadano manifestacji i widząc, jak pozytywnym echem się ona odbiła wśród wielu społecznych kręgów Jaś Wronkowski postanowił odwiedzić szkołę muzyczną, a ściślej rzecz biorąc nauczyciela fortepianu, który w rzeczonej szkole pracuje. To jak to będzie z moimi lekcjami, panie nauczycielu? – zapytał Lamkiewicza Jaś z nonszalancją; a nijak nie będzie, panie Janie, odpowiedział belfer – ja swojego stanowiska nie zmieniam; chcesz grać na fortepianie, to graj u siebie w domu! – szkoła muzyczna jednak nie może dla ciebie unieważnić odwiecznych reguł sztuki wykonawczej… Jeżeli znowu stawia pan sprawę w taki sposób – powiedział Jaś – to spotkamy się w sądzie; ja po prostu mam prawo do oficjalnej edukacji, wynika ono w prostej linii z praw człowieka i obywatela; do widzenia w sądzie – niemal krzyknął Jaś – i spotkanie dobiegło końca.

*

Na rozprawie sądowej jako pierwszy zabrał głos Maurycy Lamkiewicz, który zarówno sądowi jak i zgromadzonej na sali publiczności zobowiązany był wyjaśnić, dlaczego tak nieugięcie broni decyzji o nieprzyjęciu Jasia do szkoły muzycznej. Jan Wronkowski – rozpoczął swą sądową przemowę Lamkiewicz – jest osobą czteropalcową i tylko czteroma palcami będzie mógł uderzać klawisze fortepianu. Nigdy nie przeczyłem temu, że mimo tej osobliwej przypadłości Jaś może zostać całkiem niezłym pianistą – musi tylko porządnie przysiąść nad klawiaturą i traktować ją najpoważniej jak umie; musi po prostu jak najwięcej grywać, najprościej mówiąc. Jeśli będzie tak robił u siebie w domu czy też w na jakimś prywatnym kursie muzycznym, to będzie mógł liczyć na zupełnie przyzwoite pianistyczne osiągnięcia. Dlaczego jednak nie pozwoliłem na to, by Jasiek pobierał nauki w szkole muzycznej i w dalszym ciągu stanowczo na to nie pozwalam? Czynię tak – proszę sądu – choćby z tego względu, że w naszej szkole obowiązują określone podręczniki do nauki gry na pianinie. Zawierają one – powstałe w oparciu o długoletnie doświadczenia najlepszych pianistów – reguły tej sztuki, jaką jest gra na pianinie. Reguły te dotyczą między innymi tak zwanego palcowania – naprawdę nie jest obojętne, czy w danym utworze grający używa wszystkich dziesięciu palców, czy nie używa… Jeśli nie używa – a utwór składa się na przykład z akordów pięciodźwiękowych – to z pewnością postępuje niezgodnie z regułami sztuki, choć tok solidnych ćwiczeń z pewnością może tu wiele skorygować. Co jednak powiedzieć o grającym, który nigdy nie będzie mógł zagrać żadnego pięciodźwięku, czyli takim jak właśnie Jaś? Na tak zwanego upartego można by co prawda te pięciodźwięki trochę odchudzić i zamiast pięciu grać na przykład tylko dwa dźwięki. Ale miejscem na takie odchudzanie jest na przykład prywatne szkolnictwo muzyczne; my w szkole muzycznej nie możemy na takie posunięcia pozwalać – naszym zadaniem jest bowiem naśladować kompozytorów tej rangi, co Bach i Beethoven, a nie dostosowywać ich zamysły pod własne potrzeby; powtarzam: naśladować – powiedział Lamkiewicz z emfazą – co znaczy, po pierwsze na bazie ich utworów kształtować muzyczne gusta uczniów, po drugie zaś niczego w tych utworach nie zmieniać, a więc nie dopisywać do nich choćby jednej nutki i ani jednej nutki z nich nie odejmować. W przypadku Jasia natomiast trzeba będzie nie tylko z akordów pięciodźwiękowych robić dwudźwięki, ale przykładowo dzieła Chopina trzeba będzie najzwyczajniej w świecie upraszczać, to znaczy okrajać je z poszczególnych dźwięków, fraz i taktów. Nawet jeśli zdecyduję się na takie rozwiązania i wezmę Jasia pod swoje skrzydła w szkole muzycznej – to jasne jest, że na lekcjach z Jasiem nie będę mógł realizować tego, co dla nauki w owej szkole jest najbardziej charakterystyczne; tego (inaczej mówiąc) co odróżnia naukę w tejże szkole od nauki domorosłej czy prywatnej – czyli ścisłego naśladowania takich kompozytorów jak Bach czy Chopin. Naprawdę nie widzę sensu w tym, żeby nauczać kogoś pianina w szkole muzycznej, nie mogąc jednocześnie zastosować metod nauczania najbardziej owej szkole właściwych. Wartość szkolnictwa muzycznego tkwi w zasadach, na jakich ono stoi – wierności określonym regułom pracy z instrumentem, dokładnym wykonywaniu dzieł genialnych twórców etc. Gdzie tej wartości nie ma tam faktycznie nie ma też szkoły muzycznej – nawet jeśli okazały jest przytwierdzony do jakiegoś gmachu szyld z napisem „szkoła muzyczna”. Szkoła muzyczna to nie budynek, instrumenty, to nawet nie nauczyciele – szkoła muzyczna to są w głównej mierze zasady, na których uczy się muzyki. Jaś tych zasad stosować nie może – nie będzie on zatem uczył się w szkole muzycznej, nawet jeśli codziennie będzie przychodził do niej na lekcje… Z punktu widzenia pianistycznego rozwoju Jasia (kontynuował Lamkiewicz) nie ma (jak widać) różnicy czy podejmie on naukę w szkole muzycznej czy będzie on się uczył w sposób domorosły. Przyjęcie Jasia do naszej szkoły miałoby jednak znaczenie dla samej szkoły – zgubne znaczenie, koniecznie muszę dopowiedzieć; zgubne dlatego, że szkoła musiałaby zrobić wyjątek i nie wymagać od Jasia zasad muzykowania, których wpajanie jest samym sensem istnienia owej szkoły. Nie muszę też chyba dodawać – podkreślił Lamkiewicz – że taki wyjątek pociągnąłby za sobą lawinę: oczyma wyobraźni już widzę tę kolejkę uczniów, którzy nachodziliby mnie z prośbą bym i ich uczył na jakichś wyjątkowych (prostszych!) zasadach niż te, które za całą plejadą najlepszych pianistów od lat stosuję (skoro dla Jasia można to czemu dla nas nie – mówiliby).. Z tych właśnie powodów zmuszony jestem ponownie odmówić Janowi Wronkowskiemu miejsca w naszej placówce.

Chwilę po tym, jak skończył przemawiać nauczyciel głos na sali sądowej zabrał reprezentujący Jasia mecenas Andrzej Bodnarowski. Wysoki sądzie! szanowni Państwo zgromadzeni! – odezwał się swym tubalnym głosem wspomniany mecenas – podstawowym prawem człowieka jest prawo do edukacji. Nie rozumiem – naprawdę nie rozumiem, powtórzył mecenas – dlaczego temu wspaniałemu, odważnemu chłopcu, Jankowi Wronkowskiemu, prawo to jest tak kategorycznie odmawiane? Niech mi nikt nie mówi, że główną przeszkodą dla Janka na jego drodze ku edukacji muzycznej jest fakt, iż obie jego dłonie liczą sobie po dwa, a nie – jak to jest zazwyczaj – po pięć palców. Kto widzi w tej czteropalcowości przeszkodę rozumuje tak samo jak swego czasu rozumowali antyfeminiści, którzy nie chcieli dopuścić kobiet do zawodów prawniczych, lekarskich i naukowych; wiadomo dobrze, że jeszcze w XIX wieku w dostępie do edukacji wielu strażnikom odwiecznych porządków przeszkadzała kobiecość – wszyscy jednak dziś się zgodzimy, że przeszkadzać ona w niej nie powinna; dlaczego więc w edukacji muzycznej dziś w wieku XXI ma przeszkadzać czteropalcowość? Czy nie słyszeliście szanowni państwo o Django Reinhardcie, gitarzyście, który na swym instrumencie grał o wiele lepiej niż zdecydowana większość „normalnych” gitarzystów, mimo że sam „normalny” w żadnym stopniu nie był, gdyż (o paradoksie, tak samo jak Janek) de facto posiadał tylko dwa palce u prawej dłoni. (Z faktu, iż czasem złamanie normy prowadzi do dobrych efektów wcale nie wynika, że normę powinno się zanegować – pomyślał nauczyciel fortepianu słysząc ostanie wypowiedziane przez mecenasa zdanie…). Pan Maurycy Lamkiewicz – ten, który z takim uporem odmawia Jankowi oficjalnej muzycznej edukacji – mówił tu przed paroma minutami, że szkolnictwo muzyczne stoi na barkach takich gigantów, jak Beethoven czy Chopin i czteropalcowość Jasia wymagać będzie mocnego „krojenia” dzieł, jakie giganci owi napisali; „krojenia” – dopowiem – to znaczy pozbawiania tychże dzieł całych partii określonych dźwięków, akordów, artykulacji… Pozbawianie owo – przyznawał mecenas – będzie oczywiście w przypadku Janka koniecznością; ale przecież każdy z tych muzycznych gigantów sam często zmieniał swoje dzieła – raz grał je w sposób zgodny z zapisem nutowym, innym razem już nie; w czym więc problem z edukacją muzyczną Janka? Żadnego problemu być tu nie może – wprost przeciwnie! chwila refleksji starczy, by zauważyć, że Jankowa czteropalcowość nie jest z punktu widzenia jego edukacji artystycznej wadą, czy (nie daj Boże) przeszkodą, ale jest najczystszej wody zaletą. Właśnie bowiem czteropalcowość będzie zmuszać Janka do tego, by grać Chopina w sposób twórczy (po swojemu, najprościej mówiąc) to znaczy inaczej niż chce tego zapis nutowy, inaczej niż radzą podręczniki – a im bardziej gra się Chopina po swojemu tym bardziej gra się go po Chopinowsku... Sam Chopin bowiem niewiele przejmował się muzycznymi kanonami – przypomnę tylko (powiedział mecenas), że właśnie on, ten wielki Fryderyk, nie stosował się do tego, co w jego czasach uczyły muzyczne podręczniki na temat takich form muzycznych, jak preludium, scherzo, czy polonez… Przykładowo preludium – tu mecenas błysnął erudycją – w muzyce baroku i klasycyzmu nie było niczym innym, jak utworem-wstępem do jakiegoś innego utworu względnie cyklu utworów; wszyscy jednak wiemy, że Chopin niewiele się przejmował tą uświęconą wiekami ideą „preludium-wstępu” i słowem „preludium” nazywał muzyczną miniaturę, której celem jest zatrzymanie chwili. Przyjęcie Janka do szkoły muzycznej uważam zatem za w pełni uzasadnione po pierwsze prawnie, po drugie moralnie, po trzecie artystycznie…

*

Wyrok sądu był jednoznaczny i łatwo przewidywalny – Jaś Wronkowski ma być w trybie natychmiastowym przyjęty do szkoły muzycznej, a każdy nauczyciel, który będzie przeciw temu protestował najzwyczajniej w świecie nauczycielem być przestanie.

*

 

Jeszcze w tym samym miesiącu, w którym ogłoszony został korzystny dla Jasia wyrok sądu, Jaś rozpoczął lekcje fortepianu w szkole muzycznej. Dzień dobry, panie nauczycielu – powiedział Jaś – wszedłszy do szkolnej salki; dzień dobry, dzień dobry – odrzekł profesor Lamkiewicz po czym dopowiedział: „myślę, że będzie najlepiej, jeśli nie będziemy w żaden sposób poruszać waśni, jakie zdarzyły się nam w przeszłości; co było to było – teraz jest teraz, skoncentrujemy się na muzyce i to na pewno wyjdzie nam obu na dobre; oczywiście! – skomentował słowa nauczyciela Jaś.

Pierwszy kwartał nauki zarówno Jasiowi, jak i uczącemu go mistrzowi upłynął w zadziwiająco dobrej atmosferze. Ćwiczenia na jednej strunie, piosenki w rodzaju Wlazł kotek na płotek, wprawki – można było szybko i prosto dostosować do potrzeb czteropalcowego ucznia; nauczyciel z początku wprawdzie musiał zwalczać w sobie opory przeciwko takim dostosowaniem, lecz już po dwóch miesiącach współpracy z Jankiem dostosowania owe czynił prawie że naturalnie. Przez chwilę nawet zdało się nauczycielowi, że cała Jaśkowa nauka pójdzie bardzo gładko… Rzeczywistość jednak (muzyczna rzeczywistość) gdy pokazała już swe poważniejsze oblicze – otrząsnęła belfra ze złudzeń w dość bolący sposób. Okazało się, że aby Jaś mógł zagrać najprostszego choćby chopinowskiego poloneza (poloneza B-dur), tego którego Fryderyk napisał będąc zaledwie ośmiolatkiem, cięć jakich trzeba dokonać w tym utworze musi być przeogromnie wiele – o wiele więcej niż w swoim czasie dawało się przewidzieć. Tak samo przedstawiała się sprawa z najłatwiejszymi utworami Bacha, chociażby tymi, które wprawdzie napisał sam Bach, ale które wydano jako notatnik muzyczny jego żony Marii Magdaleny. Ciąć z owych utworów – jak pokazały lekcje z Jasiem – trzeba było nie tylko co trudniejsze frazy, ale także frazy, które ktoś ze zwykłymi dłońmi uznałby za banalnie proste; wykreślenia też wymagała praktycznie cała artykulacja – czteropalcowość Jasia nie pozwalała mu na to, by ją opanować. Z jedną tylko techniką artykulacyjną Jaś dawał sobie radę naprawdę dobrze – z graniem krótkimi dźwiękami, czyli fachowo mówiąc, ze staccatem. Staccato – dzięki czteropalcowości – pojawiało się w jego grze bezwysiłkowo i naturalnie. Nauczyciel nic nie powiedział, gdy słuchał Jasia grającego staccatem krótki menuet Bacha – przeszła mu jednak przez myśl taka oto treść: mój Boże, Jan Sebastian się w grobie przewraca. Staccato i muzyka Bacha to jakby pięść i nos… Niemniej (pamiętając o sądowym wyroku) nauczyciel wciąż prowadził lekcje Jasia – potrzebne do owych lekcji utwory Bacha czy Chopina prawie cały czas przerabiał tak, aby mógł poradzić sobie z nimi czteropalcowy uczeń; prawie zawsze z utworów tych zostawały fragmenty… czas jednak biegł, Jasia trzeba było uczyć coraz trudniejszych kompozycji; trudniejszych jednak tylko z punktu widzenia autora podręcznika – w praktyce wyglądało to tak, że im trudniejszy był dany utwór tym więcej uproszczeń i zmian trzeba było w utworze owym przeprowadzić. Nauczanie Jasia zaczęło zatem przebiegać wedle zasady, którą można by streścić w następujący sposób – „im trudniej, tym łatwiej”… Coraz trudniejsze rzeczy nauczane są jednak po to, by uczniowie umieli coraz więcej; jeśli opanowuję (naprawdę opanowuję) materiał, którego trudność rośnie z miesiąca na miesiąc, to znak to niedwuznaczny, że naprawdę rozwijam się w dziedzinie, w jakiej jestem edukowany. Żadnego takiego rozwoju nie będzie, jeśli tylko biorę udział w lekcjach, od biedy opanowałem podstawy, a każdy w założeniu wyższy etap nauki faktycznie wyższym etapem być nie może – gdyż trzeba go symplifikować do oporu.

*

Któregoś razu do szkoły muzycznej zaszedł Henryk Leszkowski, człowiek doświadczony, zawodowy pianista i bliski znajomy profesora Lamkiewicza; zaszedł – dopowiem – akurat w tej godzinie, w której rzeczony profesor prowadził lekcję z Jasiem. Siedząc na korytarzu przed lekcyjną salką Leszkowski z uwagą owej lekcji słuchał… Słuchał, choć nie mógł wierzyć własnym uszom… To, co słyszę brzmi wprawdzie trochę tak, jak najłatwiejszy polonez Chopina, ale tylko trochę – skąd tyle „dziur”, opuszczonych dźwięków, zmienionej melodii? zapytał sam siebie Leszkowski w myślach; to tak się dziś uczy fortepianu? przecież na taką grę nie może być miejsca w oficjalnym szkolnictwie muzycznym – nie można w nim hodować najzwyklejszej partaniny; tak skażonej błędami gry jeszcze nigdy w szkole muzycznej nie słyszałem… Cześć Heniu! Niemal krzyknął z entuzjazmem profesor Lamkiewicz, gdy – po skończonej lekcji z Jasiem – wyszedł na korytarz i ujrzał starego znajomego; cześć! cześć! z równym entuzjazmem odparł pan Henryk – miło Cię widzieć, dopowiedział. Czekam tu na ciebie – wyznał pan Henryk – dobre pól godziny, przysłuchiwałem się lekcji i nie mogłem uwierzyć w to, co słyszę; to aż na tak wielkie psy zeszło dziś szkolnictwo muzyczne, że tniecie całe partie dźwięków w klasycznych utworach i zostawiacie z nich tylko fragmenty, nierzadko raptem kilka taktów, a reszta albo przepada, albo jest (pożal się Boże) dokomponowywana? Aaa, wiesz Heniu – odparł Lamkiewicz – mam świadomość tego, że ta lekcja może wyglądać na parodię edukacji muzycznej, ale ja naprawdę nie miałem wyjścia, po prostu musiałem podjąć się uczenia w taki sposób; jak to musiałeś? – zapytał Henryk ze zdziwieniem; najdosłowniej w świecie – musiałem!, nakazał mi tego wyrok sądu i gdybym się tego uczenia (czy raczej pseudo-uczenia) nie podjął to najzwyczajniej w świecie straciłbym pracę… Wybacz, ale niewiele rozumiem – rzekł Henryk; wiesz, to była lekcja z uczniem niepełnosprawnym, takim któremu natura dała tylko cztery palce u obu dłoni; długi czas mocno na mnie naciskał bym przyjął go na lekcje, ja równie długo się temu opierałem, mówiąc mu, że może z powodzeniem grywać w sposób domorosły; nie dawał jednak za wygraną – wraz z jakąś grupą anormalnych (chodzących na rękach, grających muzykę nogami) zrobił przed szkołą demonstrację, którą mocno nagłośniły media, a gdy wciąż nie ustępowałem pozwał szkołę do sądu; właśnie wyrokiem sądu musiałem się podjąć tego nauczania i to koniec historii. I co – zapytał Henryk – satysfakcjonują cię te lekcje, jakie prowadzisz z tym chłopakiem? Wyobraź sobie – odpowiedział nauczyciel – że z początku wyglądało to nawet nieźle, ale teraz… teraz sprawa idzie w kierunku jakiejś parodii; porzucić tego ucznia jednak nie mogę, wyrok sądu był jednoznaczny. Ale dobrze już – powiedział nauczyciel – chodźmy do bufetu, wypijemy jakąś kawę, pogadamy o czymś przyjemniejszym.

Ani Henryk, ani Lamkiewicz tocząc wtedy na korytarzu tę rozmowę nawet przez chwilę nie przypuszczali, że Jaś ich rozmowę słyszał i utrwalił ją skrzętnie przy użyciu mobile phona. Gdy lekcja dobiegła końca Jaś wprawdzie salkę opuścił, ale stwierdziwszy po krótkim momencie, że zapomniał portfela, zdecydował się pójść do niej z powrotem, czego zajęty rozmową z Henrykiem Leszkowskim nauczyciel najzwyczajniej w świecie nie dostrzegł. A więc to tak – pomyślał Jaś ze złością – on wciąż myśli po staremu… wciąż nic do niego nie dotarło; no to przekona się co to znaczy potęga nowoczesnego, nie zatrutego przesądami, myślenia oraz podejścia do ludzi, muzyki i edukacji …

Jasiu w trybie natychmiastowym wybrał się w odwiedziny do dyrektora szkoły muzycznej i chwilę po tym, jak przywitał się z owym dyrektorem oschłym „dzień dobry”, powiedział do niego tak – panie dyrektorze, chciałbym panu pokazać jaką mową nienawiści posługuje się pana pracownik, a mój nauczyciel, po czym natychmiast uruchomił mobile phona; gabinet dyrektora wypełniły nagrane na nim wypowiedzi dwóch mistrzów pianistyki – o tu, tu, niech pan dyrektor sucha, nauczyciel mówi, że lekcja ze mną wygląda na kpiny z edukacji muzycznej; a znowuż tu – słuchaj pan, panie dyrektorze – nauczyciel nazywa mnie „niepełnosprawnym” (no rzeczywiście, potwierdził dyrektor), natomiast tu (o zgrozo) ten belfer mówi, że lekcje ze mnę idą w kierunku parodii… No tak – potwierdził szef szkoły – na takich nauczycieli, stosujących mowę nienawiści i pracujących z łaski miejsca w naszej szkole być nie może; nie martw się jednak Jasiu – rzekł dyrektor – on już więcej nikogo w naszej szkole (przybytku otwartości i empatii) nauczał nie będzie; po czym sięgnął po odpowiednią dokumentację i wystawił nauczycielowi fortepianu dyscyplinarne zwolnienie z pracy… Może zresztą dyrektor nie postąpiłby w tak radykalny sposób, gdyby nie obawy jakie zawładnęły nim na myśl o tym, że znowu mogą się pojawić demonstracje grupy N5-ch-n-r oraz rozprawy w sądzie. Profesor Maurycy Lamkiewicz przestał w szkole muzycznej uczyć innych – nie przestał jednak się w niej uczyć Jaś Wronkowski; edukację jego chętnie zgodził się prowadzić nowy mistrz, Alex Hutnowski nadzwyczaj otwarty na wszelkiego rodzaju nowinki… Mimo tych zmian rzeczona edukacja Jasia wciąż faktycznie opierała się na zasadzie „im trudniej, tym łatwiej”, czyli inaczej mówiąc na zasadzie, że im trudniejszy jest proponowany uczniowi utwór, tym więcej śmiałych cięć można w utworze tym dokonać. Jasiu sam po pewnym czasie zauważył, że jego gra jakością nie dorównuje grze uczniów pięciopalcowych – ani myślał jednak z nauki w szkole muzycznej rezygnować; aby poprawić sobie samopoczucie (wiadomo, że gdzie sami swoi, tam zawsze raźniej) wpadł na pomysł, by na listę uczniów szkoły muzycznej wpisać znane mu osoby z grupy N5-ch-n-r, które na gitarach i klawiszach grają nogami… Jeśli ja mogę być w tej szkole uczniem, to czemu oni nie mogą? – zapytał sam siebie retorycznie Jaś. Jeśli ktoś zaprotestuje (kontynuował swe myśli Jasiu) powiemy (my z grupy N5-ch-n-r) że działa jak rasista czy faszysta i tak samo jak oni dokonuje jakichś selekcji wśród ludzi. Już wkrótce poczet uczniów szkoły muzycznej zapełnili uczniowie grający nogami, nosem, językiem… Oczywiście o realizacji jakiegokolwiek bazującego na instrumentalnych kanonach programu w ogóle nie mogło być mowy. Zresztą po co komu Chopin, Bach, Beethoven czy Mozart? – pytali ci używający nóg do dobywania dźwięków; my nie chcemy w naszej szkole tych propagujących nienawiść do odmienności kompozytorów! Zamiast stworzonych przez nich menuetów, mazurków i sonat żądamy muzyki afrykańskich plemion i szamanów – tylko bowiem ich muzyka jest naprawdę egalitarna i wolna, co znaczy, że może grać ją każdy i nie ma w niej niczego, co choćby tylko przypominałoby słuszność i błąd… Oczywiście dyrektor szkoły nie miał wyboru – w końcu głos ludu jest głosem Boga – i nauczanie plemiennej muzyki afrykańskiej uznał za rzecz najważniejszą z ważnych.

*

Niecałe dwa lata później zwolniony z pracy nauczyciel fortepianu – Maurycy Lamkiewicz – odwiedził mury szkoły muzycznej; zrobił to, by zabrać resztę swoich rzeczy – stary metronom, podniszczone książeczki z nutami do wszystkich etiud fortepianowych Czernego oraz ołówkowy portret z podobizną profesora, u którego sam dawno temu uczył się zasad sztuki pianistycznej. By dojść do gabinetu, w którym przez tak wiele lat pracował pokonać musiał bardzo długi korytarz, w którego ścianach mieściły się drzwi do salek dydaktycznych, czyli takich, w których na co dzień odbywają się lekcje. Obywały się one także tego dnia, w którym profesor Lamkiewicz, że tak powiem, wizytował szkołę. Czyżby jakieś warsztaty perkusyjne prowadzili dzisiaj? - zapytał sam siebie profesor słysząc dochodzące z owych salek dźwięki; nie, perkusyjne chyba nie – coś go skontrowało natychmiast – bo przecież słychać też klawisze, struny innych instrumentów, a nawet jakieś szmery; jakby ktoś darł papier na strzępy… gdy wszedł już na dobre w przestrzeń korytarza, zauważył, że drzwi do wspomnianych dydaktycznych salek tu i ówdzie stoją otworem. Zaciekawiony dobiegającymi go dźwiękami przystanął we framudze jednych z takich drzwi i już chciał zadać odpowiednie pytanie, kiedy po prostu zaniemówił… Zaniemówił, kiedy zobaczył toczącą się lekcję; odbywała się ona w ten sposób, że uczeń jedną stopą na chybił trafił uderzał w klawiaturę fortepianu, a drugą stopą okładał bok owego instrumentu, czemu w najlepsze przyglądał się prowadzący tę lekcję nauczyciel; prowadził ją – nawiasem mówiąc – w taki sposób, że nieustannie pokrzykiwał do ucznia „mocniej, głośniej!”. Po kilku minutach profesor Lamkiewicz otrząsnął się ze zdziwienia i w nadziei, że lekcja, którą widział, była tylko kuriozalnym wyjątkiem zaczął szukać innych otwartych drzwi. Trafił do nich bez trudu – tu na pewno będzie lepiej (pomyślał); znów więc przystanął – tym razem jednak naszło go wrażenie snu, czy (ściślej mówiąc) koszmaru; zobaczył bowiem dwóch nastoletnich uczniów, z których pierwszy naprzemiennie raz językiem, raz nosem bezładnie szarpał struny leżącej na podłodze gitary a drugi uczeń udawał, że zjada arkusze nut z utworami Chopina i Bacha; wykładał sobie bowiem rzeczone arkusze po kawałku do ust, a potem odgryzłszy te kawałki niczym swego rodzaju kęsy, bez żenady wypluwał je na posadzkę. Maurycy Lamkiewicz w pewnej chwili jakby przebudził się z owego snu – to już nie jest moja sprawa, co się wyrabia w tej szkole, pomyślał; muszę iść do mojego dawnego gabinetu po metronom, nuty i portret. Gdy – po kilku chwilach – Lamkiewicz zapukał i otworzył drzwi do swojej dawnej salki ujrzał nowych nauczycieli muzyki, którzy siedząc na krzesłach słuchali nagranych na płytę śpiewów afrykańskiego plemienia Azande i toczyli ze sobą rozmowy… Dzień dobry – przywitał się z nimi Lamkiewicz; nie odpowiedział mu jednak ani jeden, ani drugi – spojrzeli tylko na niego z lekceważeniem; no tak (pomyślał) w ich oczach jestem faszystą, a z faszystami się nie rozmawia… Przyszedłem tylko na chwilę – powiedział Lamkiewicz – już prawie dwa lata jak tu nie pracuję, a jeszcze nie zabrałem z tego pokoju wszystkich moich rzeczy; znajdę je i szybko się ulotnię, bardzo proszę nie zwracać na mnie uwagi, panowie koledzy; ci kurtuazję tę potraktowali zupełnie obojętnie – odniósł nawet wrażenie, że w ogóle go nie widzą… Podszedł szybko do jednego z segmentów; gdzie mogę być te moje precjoza? (zapytał sam siebie); może tu, w tej dolnej szufladzie? – po czym natychmiast zaczął przeszukiwać jej zawartość. Wyjmując z niej kolejno poszczególne rzeczy mimowolnie zaczął przysłuchiwać się dialogom prowadzonym przez jego kolegów po fachu. Te afrykańskie śpiewy są lepsze niż Bach, powiedział jeden do drugiego – jasne, że lepsze, przytaknął ów drugi; w nich tkwi prawdziwe serce muzyczności – czyste, szczere, swobodne emocje i ulotne wrażenia; tu każdy zaśpiew jest dobry – każdy o ile jest zgodny z tym, co zamierzał śpiewający (dopowiedział rozmówca). Chcesz śpiewasz tak, chcesz śpiewasz inaczej – wszystko jest poprawne, o ile śpiewasz jak czujesz… Czucie jest tu miarą słuszności! Taką muzykę na dobrą sprawę może uprawiać każdy, czyż nie? No tak – potwierdził interlokutor. Czy to nie dziwne, że po to, by muzyka mogła pełnić swą rolę – krzewienia wśród ludzi empatii, równości i otwartości – trzeba nam było sięgnąć po śpiewy plemienia Azande… Bo europejskie tradycje muzyczne (te wszystkie Bachy, Chopiny, Mozarty) okazały się fatalne; dobrze, że my w naszej szkole od nich odeszliśmy… Te tradycje po prostu dzielą ludzi – na tych z talentem i tych bez talentu; co więcej – uczniom w szkołach muzycznych każą nie tylko dużo ćwiczyć, ale (o zgrozo) robić to nie na utworach, a więc żywej muzyce, ale na wprawkach, gamach, skalach; wielogodzinne ćwiczenie takich rzeczy zabija w uczniach spontaniczność i nie uczy ich swobodnego wyrażenia swych uczuć przez dźwięki…. Uczniowie zamiast cieszyć się wolnością wyrazu artystycznego i wdrażać się do niego od dziecka – męczą się nad nikomu do niczego nie potrzebnymi gamami i wprawkami, przez co gaśnie w nich radość luźnego muzykowania… Te europejskie tradycje muzyczne – nie tylko zresztą muzyczne, inne też! – są po prostu zamordystyczne (powiedział w pewnej chwili jeden z nauczycieli); zgadzam się z tobą w pełni – potwierdził drugi. Nie powinno nas dziwić (kontynuował drugi) że to właśnie w Europie powstały totalitaryzmy – zwłaszcza zaś faszyzm. Od dawna zresztą mówi się o tym, że holokaust to było swego rodzaju haniebne zwieńczenie dwóch tysięcy lat chrześcijańskiego (a więc jednocześnie w wielkiej mierze także europejskiego) antysemityzmu… Chyba jednak nikt nie zbadał jeszcze tego (oczywistego dla mnie) faktu, że na powstanie faszyzmu musiała też wpłynąć tak zwana muzyka klasyczna, która (jak sam zauważyłeś) dzieli ludzi i jest opresyjna. (Usłyszawszy te słowa poszukujący swych rzeczy Lamkiewicz jeszcze bardziej wytężył słuch z nadzieją na pikanterię dalszej część wywodu – nie zawiódł się). Muzyka klasyczna – kontynuował swój wywód nauczyciel – na pewno miała poważny wpływ na powstanie i rozwój faszyzmu; wystarczy przypomnieć jakich kompozytorów słuchali na co dzień faszyści; sam Hitler często słuchał Ryszarda Wagnera… W Chopinie natomiast prawdziwie kochał się niejaki Hans Frank; to przecież on sprowadził fortepian Chopina do Krakowa; faszyści chcieli też – nawiasem mówiąc – ogłosić światu, że Chopin był Niemcem… Czy trzeba czegoś więcej, by wiedzieć, ze muzyka klasyczna to podglebie, na którym rośnie krwiożerczy potwór faszyzmu; dziś słuchasz Chopina i Wagnera – jutro budujesz obozy koncentracyjne… Otwartości będziemy uczyć propagując muzykę z Afryki – zakończył swą perorę nauczyciel. Lamkiewicz znalazł w końcu swoje pamiątki – metronom, nuty i portret – choć nie było ich w tej pierwszej w przeszukanych przez niego szuflad. Wychodząc ze swojego dawnego gabinetu, powiedział dwóm rozmawiającym panom „do widzenia” – aliści tylko głucha cisza była mu odpowiedzią. Wychodząc ze szkoły, w której przepracował niemal całe zawodowe życie pomyślał: „może to i dobrze, że już tu nie pracuję; dobrze z pewnością, że nie muszę na to wszystko patrzeć”.

*

Niewiele ponad miesiąc po tej ostatniej wizycie w szkole do domu nauczyciela fortepianu przyszła w sąsiedzkie odwiedziny jego dobra znajoma Elwira Wiśniewska. Usiedli razem przy stole, pili herbatę, zajadali się ciastem i rozmawiali… W pewnym momencie Elwira przełamała tkwiące w niej opory i zadała mistrzowi pianina pytanie o szkołę muzyczną; opory te nie mogły się w jej psychice nie odzywać – dobrze przecież wiedziała, jak trudnym tematem jest dla nauczyciela temat szkoły muzycznej. Jednak – jak ostatecznie uznała Elwira – atmosfera spotkania była na tyle dobra, że jedno krótkie pytanie nie powinno chyba mistrzowi zaszkodzić… Pytanie owo, ściśle rzecz biorąc, nie brzmiało inaczej jak tak: „Maurycy, powiedz co myślisz o szkole muzycznej, tej w której sam tak długo pracowałeś; słyszałam, że bardzo się zmieniła od czasów tej afery z Wronkowskim? Droga Elwiro – powiedział po chwili refleksji Lamkiewicz – tej szkoły już po prostu nie ma; najzwyczajniej w świecie przestała istnieć…. A wiesz, czego najbardziej się obawiam, droga Elwiro? no czego? – natychmiast odparła rozmówczyni; obawiam się, że już wkrótce przestanie istnieć całe szkolnictwo muzyczne; upadnie zresztą sama idea „wykształcenia muzycznego”. Skąd te czarne myśli – powiedziała Elwira z nutką dystansu w głosie – na pewno aż tak źle nie będzie; będzie! – stanowczo nie zgodził się z rozmówczynią Lamkiewicz; już za chwilę szkoły muzyczne w innych miastach do grona swoich uczniów zaczną przyjmować tych, co nogami kopią w instrumenty i nazywają to graniem muzyki.. gdzie wywoływane przez te kopniaki trzaski mogą być „muzyką”, tam muzyką może być wszystko – nawet odgłosy jakie swym młotem wywołuje kowal kując podkowy w kuźni; a gdzie wszystko jest muzyką, tam w istocie nic nią nie jest…. Już niedługo – kontynuował Lamkiewicz – szkoły muzyczne zapełnią się tymi, którzy Bacha i Chopina nazywają siewcami nienawiści; tymi co ich muzykę mają za faszystowską; wreszcie tymi co muzyką ową po prostu gardzą zastępując ją śpiewami plemion afrykańskich, gdyż wykonać może ją każdy.

Tak rzeczywiście być może – powiedziała Elwira – ale w dalszym ciągu nie widzę w tym powodu do załamywania rąk i defetyzmu…. Powody do tego, jak najbardziej są – odparł Lamkiewicz; gdzie szkoła muzyczna uznaje, że znajomość nut jest tyle samo warto co ich nieznajomość; gdzie szkoła muzyczna uznaje, że grać z błędami i grać bez błędów to rzeczy sobie równe; gdzie szkoła muzyczna uznaje, że walenie nogą w fortepian jest takim samym muzykowaniem jak przykładowo wykonanie mazurków i walców Chopina – tam szkoły muzycznej tak naprawdę nie ma; tam po prostu nie można mówić, że się czegoś uczy… Szkolnictwo muzyczne ulegnie zniszczeniu. Ziszczenie marzenia Jana Wronkowskiego przepoczwarzy się w zniszczenie idei szkoły muzycznej... zatrze się różnica między muzykowaniem profesjonalnym a amatorskim; zatrze się różnica między poprawnym wykonawstwem muzycznym, a tym splamionym błędami; wreszcie zatrze się różnica między muzykowaniem a tym, co co muzykowaniem nie jest... Oznaczać to będzie upadek kultury muzycznej. Ech, jak bardzo szkoda... Westchnąwszy tak usiadł przy fortepianie i nieukrywaną przyjemnością dziesięcioma palcami zagrał Preludium BWV 1007 Jana Sebastiana Bacha…

 

[7 VIII 2019 – Grzegorz Klicki]

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (9)

  • Trzynaście stron! Ło Jessu! - nie mogleś/łaś dać w odcinkach po dwie? Mało kto przeczyta...
  • Grzecki rok temu
    Byłem pewien, że ciągła lektura jest lepsza niż fragmentaryczna, gdyż przy tej ciągłej od razu dane są wszystkie konteksty... szkoda, że czytelników będzie niewielu (może jednak nie będzie tak źle z tą czytelniczą frekwencją).
  • Grzecki, Byłeś w błędzie, tu się serwuje próbki:(
  • Grzecki rok temu
    yanko wojownik 1125 a Ty przeczytasz (przeczytałeś)?
  • Grzecki, Za długie - nie podchodzę (nikt nie podejdzie), wrzuć tu: https://t3kstura.eu/
    tam bardziej czytają i merytoryczni...
  • Grzecki rok temu
    yanko wojownik 1125 dziękuję za nowy trop - za linka..
  • Grzecki, Za linka nie m za co - tam jest cool - very powodzenia!
  • Zaciekawiony rok temu
    Teraz tekst jest bezładny. Zwłaszcza pogarsza czytelność upchanie dialogów w jednym bloku bez podziału na linijki.

    "- Dzień dobry, dostałem przed chwilą skierowanie na rozmowę z profesorem Lamkiewiczem – powiedział Jasiu otwarłszy wprzódy drzwi gabinetu 110.
    - Dzień dobry – odpowiedział mocny głos ponad pięćdziesięcioletniego mężczyzny – wiem już o wszystkim, zapraszam na rozmowę - dodał.
    Jasiu zajął stojące przy stole krzesło, profesor natomiast siadł na fotelu pod oknem.
    - Słuchaj Jasiu – wszczął rozmowę Lamkiewicz – cała literatura muzyczna napisana na fortepian, wszystkie techniki gry, jakich używa się na tym instrumencie zakładają, że pianista posiada dziesięć palców… "
    itd. Tak jest po prostu czytelniej.
  • Grzecki rok temu
    No dobrze - mogę się zgodzić z tym, że jakieś tam usterki redakcyjne da się w tym tekście znaleźć; ale Pan pisze tak - jakby jedna taka usterka świadczyła o bezładności całego tekstu... Może powie Pan coś o ideowym przesłaniu opowiadania?

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania