Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Żniwiarz Ciepła. rozdział 1. Lód, Ostrza i Księżyc

Nazywam się Żniwiarz. Skąd to wiem? Księżyc mi powiedział. Kim byłem? Nie wiem. Nie pamiętam. Pamiętam jedynie, że coś mi odebrano, czuję to. Taką pustkę w piersi. Czarnoszkarłątną pustkę, która raz jest spokojną, lecz zimną czarną otchłanią, do której uciekają wszystkie moje myśli, a raz ognistą plamą pochłąniającą całe ciepło z mojego ciała.

 

Klęczę na środku zamarzniętego jeziora i staram się zatrzymać tyle ciepła, ile jestem w stanie. Wszędzie były tylko drzewa, śnieg i wiatr, przeraźliwie zmiany wiatr. Jednak okolica wydawała mi się dziwnie znajoma, jakbym już ją kiedyś widział. Te drzewa, jezioro, gwiazdy..

Czemu nie zejdę z jeziora? Księżyc. Jego blask, krwawy... W dziwny i niewytłumaczalny dla mnie sposób ogrzewał mnie. Choć trafniej byłoby powiedzieć, że sprawia, że nie czuję zimna. Dziwne to uczucie. Moje ręce jak i cała skóra lekko zmieniły kolor, zauważyłem że to samo stało się z włosami, zarówno skóra zbladła na podobieństwo jasnego popiołu a włosy wchodzące mi na oczy stały się czarne.

 

Mijała godzina za godziną a ja powoli oswajałem się z otoczeniem. Księżyc powoli i jakby niechętnie zaczynał kłaniać się ku zachodowi. Wyprostowałem się i rozejrzałem. Dobrze przeczuwałem, byłem już tutaj, tylko kiedy?

Za moimi plecami znajdowały się dwa ostrza w pochwach z czarnej skóry przeplatanej gdzieniegdzie czerwoną nicią. Jedno z ostrzy miało długość mojego przedramienia, drugie długości mojej dłoni. To krótsze było gładkie bez zadziorów w przeciwieństwie do dłuższego. To miało ząbkowanie z jednej strony do połowy długości.

Zastanowiłem się skąd się wzięły. Po oględzinach zauważyłem, że nie posiadają żadnych sygnatur cechowych. Nikt ich tu na pewno nie zostawił przez przypadek. Spojrzałem na ostatni blask księżyca i poczułem, że powinienem je zabrać, do czegokolwiek byłyby mi potrzebne. Każde z ostrzy miało swój własny pas, dłuższy był dostosowany do noszenia na plecach, krótszy był mocowane do pasa. Założyłem je i poczułem drobny przypływ sił. Dziwne uczucie. Niemniej, musiałem znaleźć jakiś ludzi i dowiedzieć się, co to za miejsce.

 

Rozejrzałem się i zauważyłem, że daleko nad drzewami leniwie sączy się dym z kominów.

Decyzja była oczywista.

Idę tam.

W drodze do celu, która biegła przez las złożony z sosen, świerków i gdzieniegdzie rosnących cisów, przestałem odczuwać jakiekolwiek zimno. Nawet siekące płatki śniegu i wiatr nie były w stanie wywołać jakiejkolwiek reakcji. Po raz kolejny się zastanowiłem, tym razem pytanie brzmiało, co się ze mną dzieje?

Parę godzin wcześniej umierałem z zimna a teraz nie odczuwałem niczego. Gdy zbliżałem się do źródła dymu zza niskich krzewów stopniowo dało się widzieć więcej szczególów.

Była drobna osada złożona z paru domów, a dym pochodził z dopalających się palenisk w domach. Postanowiłem poczekać chwile na dworze aż ktoś z osadników przyjdzie, nie będę niepokoił ludzi bez potrzeby. Czekałem z dobrą godzine aż pierwszy z mieszkańców wyszedł z domu naprzeciwko pieńka na którym siedziałem. Rozglądał się przez chwilę, lecz najwyraźniej mnie nie widział gdyż nasze spojrzenia spotkały się, a on mnie nie zauważył. Był średniej postury, z krótkimi czarnymi włosami, miał gęstą brodę i ciemnobrązowe wręcz czarne oczy. Ubrany był w baranicę sięgającą mu aż do kolan przewiązaną w pasie wąskim paskiem z klamrą.

Gdy wkońcu mnie ujrzał przestraszył się i nakreśli ręką na swoi ciele krzyż. Wstałem a on odruchowo cofnął sie o dwa kroki, jednak nie wbiegł do domu, stał i widać było w jego oczach lęk. Zobaczywszy to powiedziałem do niego że nic złego mu nie zrobię i chcę się tylko dowiedzieć gdzie jestem. Gdy usłyszał mój język, lekko się skrzywił ale po chwili chyba zrozumiał co powiedziałem. Poprosił mnie o to bym został tu jeszcze chwilę i że zaraz po mnie wyjdzie, tylko musi posprzątać w domu. Gdy usłyszałem jego głos zrozumiałem dlaczego się skrzywił, mówiłem podobnym co on językiem, jednak ze znacznie twardszym akcentem. W międzyczasie słyszałem odgłosy krzątaniny w domu. W tym czasie paru innych mieszkańców opuściło swoje mieszkania, jednak nie zauważyli mnie.

 

Podobało mi się to, i zastanawiało z drugiej strony. Ubrany byłem w dość ciemne odzienie, cienki płaszczyk do kolan z głębokim kapturem gęsto tkanym z wełny. Koszulę miałem podobnego koloru, tylko lekko przetartą w paru miejscach. Spodnie cienkie z wzmocnieniami na kolanach buty zrobione z cienkiej skóry. No i cera, nieco ciemniejsza od wszeobecnego śniegu jednak nie do odróżnienia z daleka.

W tym czasie gospodarz wrócił i zaprosił mnie do środka. Wstałem i zauważyłem że ludzie wzdrygnęli się trochę na mój ruch. Nie wiem dlaczego ale wzbudzanie strachu u ludzi sprawiało mi niezrozumiałą satysfakcję.

Dom był zrobiony z bali okolicznych drzew z niskim kominem z kamienia i dachem krytym strzechą. Kiedy przechodziłem przez próg, uderzyło mnie ciepło palaniska. Gdy usiadłem na wskazanym przez gospodarza miejscu na ławie, pod ścianą zastawioną stołem, poczułem jak śnieg na moim ubraniu zaczyna topnieć. W domu prócz właściciela była zapewne jego żona i jeden chłopiec, wyglądający na osiem może dziewięć lat. Ubrani byli podobnie jak gospodarz, tylko lżej. Lekkie pledy z płótna, półkożuszki a pod nimi cienkie koszule. Gospodarz zauważył że śnieg zaczyna topnieć na moich ubraniach i poprosił, bym zdjął płaszcz. Nie oponowałem. Musiałem najpierw odłożyć ostrze. Gdy luzowałem pasy na ramionach, a zaraz potem krótkie ostrze, mieszkańcy izby lekko się zdziwili. Zapewne nie zauważyli ostrza, a gdy je odstawiłem pod ścianę, dziwnie na nie spojrzeli. Jakby ze strachem?

Zapytałem gospodarza, co to za miejsce i gdzie ja w ogóle jestem. Znów lekko się zdziwił, jednak odpowiedział. Okazało się, że osada w której się znalazłem, nie miała nazwy a najbliższe ludzkie zabudwania znajdowały się sto mil dalej. Wyznał również, że miał przeczucie, że stamtąd pochodzę. Kiedyś między tymi wioskami wędrowali kupcy, którzy mieli podobny co ja język, stąd gospodarz myślał, że jestem jedym z nich albo kimś w charakterze pomocnika. Spytałem również dlaczego tak dziwnie spojrzeli na moje ostrze. Żona gospodarza odpowiedziała, że ostrze wygląda jak z ich miejscowej legendy, mówiącej o człowieku bez uczuć, który miał nadejść w księżycową noc. Tym razem to ja się lekko przeraziłem. Czyżby legenda mówiła o mnie? Pytałem więc dalej, czy ów człowiek miał jakieś cechy szczególne. Gospodarz na to odrzekł, że pójdzie do starszych wioski po księgę, w której była zapisana legenda. Siedzieliśmy chwilę bez niego, a jego żona nie zadawała mi pytań. Jedynie ich syn wpatrywał się we mnie dziwnym wzrokim, jakby mnie skądś znał... Światło poranka powoli zaczynało wlewać się do pomieszczenia, odsłaniając więcej szczegółów. Na palenisku stały rzeźbione drewniane figurki, przedstawiające zapewne tę rodzinę. Były topornie ciosane, rozmiarów otwartej dłoni, a po dłuższym wpatrywaniu się w nie widać było jak dużo serca zostało włożone w ich wykonanie. Coś mnie zabolało. Taką czarną pustkę odczułem przez chwilę w sobie, ale po chwili znikła. Żona gospodrza podążyła za moim wzrokiem. Opowiedziała, że mąż wystrugał je, gdy zamieszkali w tym domu, a figurkę syna, gdy się urodził. Uśmiechnąłem się lekko.

Tymczasem gospodarz już wrócił z księgą. Gdy zdmuchnął z niej kurz i otworzył, ukazały się misternie spisane litery, równe niczym igły na gałęziach drzew. Wertował księgę przez chwilę w poszukiwaniu konkretnego fragmentu. Znalazł i podał swojej żonie, by odczytała. Dziwne, skoro potrafił odnaleźć fragment, zapewne potrafił czytać, jednak czemu tego nie zrobił?

Żona zaczęła czytać o człowieku którego nadejście zwiastował krwawy księżyc, któremu za nic będą mrozy oraz niepogoda. Który nie znał uczuć i był zimny jak noc, w którą nadejdzie. Nie będzie posiadał daru mowy, a twarz jego nie będzie skalona emocjami, niczym w kamieniu wyrzeźbiona.

Było jeszcze parę opisów cech charakterystycznych, jednak tylko jedna z nich do mnie pasowała, konkretnie ubiór i jego kolor. Ciemny bez żadnych zdobień gęsto tkany. Dowiedziałem się jeszcze, że sporo ludzi z co bogatszych wiosek w okresie zimowym nosi takie ubiory, między innymi mieszkańcy oddalonego, jak to określił gospodarz sioła. Co do ostrzy powiedziałem że, dostałem je jako nagrodę za eskortowanie wyjątkowo cennego ładunku do Królewskiego Miasta. Nawet nie słyszeli o czymś takim, naturalnie było to kłamstwo, ale musiałem jakoś odciągnąć ich uwagę od mojej osoby. Choć dalej patrzyli na mnie wilkiem, poprosiłem ich o jeden nocleg i spytałem, czy nie ma czegoś, w czym mógłbym im pomóc. Po chwili zastanowienia zgodzili się mnie przenocować. Pracy, jak mówili, zawsze jest pełno, a mi przypadło porąbanie drew na opał. I tym razem nie oponowałem. Jakoś musiałem im się odwdzięczyć.

Postanowiłem od razu zabrać się do pracy, jednak powstrzymali mnie, gdyż nie miałem żadnego grubszego ubrania. Zgodziłem się i dali mi półkożuch z baraniej skóry. Gospodarz zabrał ksiągę i powiedział, bym za nim poszedł. Ruszyliśmy w stronę najsolidniej zbudowanego i najładniejszego domu w wiosce. Przed wejściem przykazał mi, bym nie wchodził, stanąłem więc pod ścianą i czekałem. Przyjemny ten kożuch, miękki ciepły. Szkoda tylko, że nic z tego nie czułem. Gdy wrócił, poszliśmy w stronę niewielkiego domu, obok którego spoczywał sporych rozmiarów stos z kłód. I tym razem musiałem chwilę zaczekać, jednak po chwili z domu wyszedł sporych rozmiarów mężczyzna. W barach miał z dobry metr, a na wysokość z dwa co najmniej. Twarz miał nieprzeniknioną a oczy o ciężkim i spokojnym tonie. Spojrzał na mnie krytycznym wzrokiem, złapał mnie za ramię, potem za rękę. Zastanowił się chwilę i wszedł do chaty, by po chwili wyjść z niej z niewielką siekierą i piłą. Wszedł do domu nie powiedziawszy ani słowa, a gospodarz kazał zabrać mi narzędzia i poprowadził mnie za dom. Stał tam stojak na pnie i sporych rozmiarów hałda trocin. Mój przewodnik powiedział że za nocleg i trochę ich zapasów muszę pociąć i porąbać dwa pnie. Czemu nie, lubię drewno.

Drwal odszedł do domu zakładając że, wiem jak korzystać z danych mi narzędzi.

Wybrałem zatem pień, ułożyłem na stojaku i systematycznymi ruchami zacząłem ciąć. Następnie odcięty kawałek drewna przenosiłem na pień, rąbałem na szczapy i odnosiłem na sztapel. Nudna, ale dająca satysfakcję praca.

Po jakiejś godzinie zrobiłem sobie przerwę, w tym czasie chyba cała miejscowa gawiedź przyszła zobaczyć, kto zawitał do ich wioski. Wszyscy przychodzili patrzyli na mnie chwilę i odchodzili. Zastanawiające. Gdy kończyłem ciąć trzeci pień, zjawił się mój pracodawca, praca szła mi łatwo więc czemu by nie zrobić więcej, mi to różnicy nie robiło, a i tak nie czułem wielkiego zmęczenia... Usiadł na pieńku pod ścianą i obserwował z założonymi rękami i fajką w ustach. Gdy skończyłem i chciałem brać się za następny pień powstrzymał mnie ruchem ręki i zaprosił do swojego domu. Nie chciałem być nieuprzejmy więc poszedłem za nim.

Pomieszczenie było urządzone schludnie i skromnie. Ot, łóżko, palenisko, stół i dwa krzesła. Oraz niewielka skrzynia w kącie pomieszczenia, z której wyjął szklaną butelkę z jakimś bordowym płynem w środku i postawił ją na stole, zapraszając mnie, bym usiadł razem z nim. Przez chwilę patrzył na mnie tym swoim świdrującym spojrzeniem, po czym spytał kim, jestem. Miałem wrażenie, że lepiej będzie nie kłamać, więc postanowiłem powiedzieć jedynie półprawdę. Powiedziałem, że przyszedłem od strony jeziora. Dalej pytał, skąd dokładnie, jednak nie mogłem powiedzieć że, z samego jeziora. Sam nie wiedziałem, skąd, po prostu się pojawiłem... Powiedziałem, że byłem na szlaku tak długo, że w pewnym momencie najwyraźniej zasłabłem, gdyż obudziłem się w niewielkiej ziemiance otoczonej śniegiem, w której zauważyłem mojego wybawcę. Przedstawił się jako Traper i podobnie jak drwal chciał wiedzieć skąd pochodzę i dokąd zmierzam. Spytał, zapewne żeby sprawdzić moją pamięć, gdyż chwilę później, gdy nie byłem w stanie odpowiedzieć skąd, powiedział mi, że gdy mnie znalazł miałem rozbitą głowę, straciłem pamięć - podsumowałem krótko. Chyba nie bardzo chciał mi wierzyć, ale nie mogłem być pewny, nie dał poznać po sobie żadych emocji. Pociągnął z butelki i podał mi. Nie lubię specjalnie alkoholu, ale w tym wypadku wypadało wypić. Pociągnąłem łyk, a moje gardło zalała fala ognia. Samogon był mocny i ciężko było się nie skrzywić. Uśmiechnął się, a jego uśmiech był równie ciężki jak jego spojrzenie. Pytał dalej, dokąd mam zamiar się udać, odpowiedziałem, że do najbliższej wioski w poszukiwaniu pracy, by mieć na konia i wędrować po świecie. Kiwnął tylko głową i pociągnął kolejny łyk. Podziękowałem tym razem za kolejkę, uśmiechnął się i schował butelkę. Podsunęliśmy sobie krzesła pod palenisko i tak siedzieliśmy do wieczora.

Gdy słońce zaszło, podziękowałem mu za rozmowę i spytałem jeszcze na odchodne, jak ma na imię. Odparł, że nikt tu nie ma imion i zwracają się do siebie po przezwiskach. Spytałem więc, jak na niego i tego który mnie tu przyprowadził, wołają. Powiedział, że mówią na niego Sowa a na człowieka, u którego będę nocował wołają Gospodarz. Tym razem i ja się lekko uśmiechnąłem i pożegnałem się z nim.

 

Ludzie już zaczynali zbierać się do domów, a każdy, który mnie zauważył, pozdrawiał mnie zdawkowo. Uśmiechałem się za każdym takim pozdrowieniem, i gdyby tylko nie chęć ucieczki z tego miejsca i poznania prawdy o sobie, zostałbym tu na stałe. Jednak musiałem dowiedzieć się, kim jestem i skąd pochodzę, a pozostając w jednym miejscu, nie byłem w stanie tego ustalić. Zapukałem do domu Gospodarza i wszedłem, przywitali mnie jak starego znajomego, mimo tego że byłem tu ledwie dzień. Usiadłem za stołem, a żona Gospodarza postawiła na nim półmisek z baraniną i dzban naparu ziołowego. Obok mnie usiadł Gospodarz, naprzeciwko jego syn i żona. Jedliśmy w milczeniu popijając napar, który smakował chmielem i jeszcze jakimś innym ziołem. Domownicy rozmawiali między sobą, ignorując moją obecność, ale nie przeszkadzało mi to.

Obserwowałem dom i jakieś nieprzyjemne uczucia mnie naszły. Ci ludzie, rodzina Gospodarza, przypominali mi o czymś. Tylko o czym? Znowu czułem czarną pustkę w piersi i postanowiłem się przewietrzyć. Gospodarz zgodził się i przepuścił mnie do drzwi.

Myślałem... Długo myślałem, bolało mnie to i wiedziałem, że muszę przestać. Nie potrafiłem, nie mogłem. Siadłem w śniegu i nacierałem nim głowę. Muszę przestać myśleć... Muszę przestać myśleć... Muszę przestać myśleć... Powtarzałem jak mantrę, ale nic to nie dawało. Minęło pół godziny a ja wciąż nacierałem się śniegiem. Moja głowa wyglądała, jakbym dopiero co wyciągnął ją z jeziora na którym klęczałem. Siedziałem tak dłuższą chwilę, aż w pewnym momencie z jednego z domów wyszła dwójka młodych ludzi, dziewczyna i chłopak. Na oko mieli po szesnaście siedemnaście lat, a ich wyjście jak zaobserwowałem po kierunku w którym idą, nie miało skończyć się jedynie przewietrzeniem się Widać było jak głębokimi i gorącymi uczuciami do siebie pałają, co było piękne i bolesne jednocześnie.

 

Patrzyłem tak na nich, gdy wchodzili do domu myśląc, że nikt ich nie widzi, zajęli się sobą. Patrzyłem i cierpiałem, pragnąłem i nienawidziłem, czułem zimno i ciepło. Ale przede wszystkim gniew i złość, nie wiem nawet dlaczego coś pchało mnie, by to przerwać. Tu i teraz. Szkarłatna dziura w piersi urosła na dobre, serce zaczęło szybciej bić, ręce się ochłodziły, światło stało się ostrzejsze i bardziej rażące. Wzrok utknął mi na nich i nie byłem w stanie widzieć nic innego, niczym wytrawny łowca widziałem tylko swoją ofiarę. Teraz naprawdę nie czułem nic. Absolutnie nic.

Ruszyłem w ich stronę jak zahipnotyzowany a w mojej dłoni jakby znikąd pojawiło się krótkie ostrze. Widziałem ich, ten festifal uczuć który widać było w każdym ich ruchu, pożądanie miaszało się w tym tańcu z podnieceniem, które aż tryskało z nich. Oni jednak mnie nie zauważyli, mimo tego, że stałem w futrynie i patrzyłem chwilę, karmiąc szkarłatną otchłań. Po czym poderżnąłem im gardła, tak by nie wydali żadnego dźwięku podczas umierania. Następnie wyciąłem ich serca i ułożyłem je na ich piersiach. Na głowach nakreśliłem symbole, które miały sprawić by zostali zapomnieni. Krew zaczynała płynąć po klepisku, wsiąkając w nie niechętnie. Wyczyściłem ostrze o śnieg i ruszyłem do domu Gospodarza. Szkarłatna otchłań zniknęła...

 

Wchodząc zapowiedziałem, że chciałbym już teraz wyruszyć w drogę, tłumacząc że w nocy lepiej mi się idzie. Zachęcali, bym został jeszcze choć na noc, ja jednak nie mogłem tego zrobić z przyczyn wiadomych. Nalegałem i przekonywałem, że muszę koniecznie się dowiedzieć, kim jestem i skąd pochodzę. Kręcili głowami, ale zgodzili się w końcu. Dali mi na odchodne małą skórzaną torbę, trochę suszonego mięsa, małą butelkę grzańca oraz trochę orzechów. Dostałem również czapkę uszatkę i rękawice jednopalczaste, zabrałem swój miecz. Podziękowałem za wszystko, co mi dali. Gospodarz uścisnął moją dłoń i życzył powodzenia na szlaku, dając mi tym samym swoje błogosławieństwo, jego żona również mnie pobłogosławiła. Tylko ich syn nadal dziwnie na mnie patrzył, jakby wiedział, co zrobiłem. Wyszedłem czym prędzej z domu i ruszyłem w stronę księżyca.

 

Co ja właściwie zrobiłem, pytałem sam siebie, nie mogąc dojść do wniosku co było przyczyną mojego czynu. Jakbym stracił kontrolę nad sobą. W głowie miałem tylko jedną myśl ,,żeby to znikło i nigdy więcej się nie pojawiło". I jeszcze ten symbol, skąd ja go znam. Skąd w ogóle pojawiła się w mojej głowie chęć zabicia ich? Ostatnie, co pamiętam, to czarna poświata wnętrza domu Gospodarza, potem nic już nie pamiętałem, do momentu schowania ostrza. Teraz zastanawiam się, czemu wziąłem to drugie ostrze. Co jeżeli znowu będę musiał zabić? Muszę się dowiedzieć, kim jestem, a co ważniejsze... kto lub co jest we mnie?

 

Rozmyślałem tak całą noc, dzień, kolejną noc i kolejny dzień. Nie spałem, bo i się nie męczyłem, nie jadłem, bo i głodny nie byłem, tylko te myśli uporczywie do mnie wracały. Nie mogłem się od nich uwolnić, i czułem, że powoli popadałem w obłęd. Jednak jednak gdy osiągały szczyt jakby się zapadały w sobie, ginęły w pustce. Nie wiem, czy to przez ich nadmiar podświadomie usuwałem nadmiar czy to czarna, pustka w mojej piersi nie pozwalała na przerost złych myśli. Tak wiele pytań a znikąd odpowiedzi. Gospodarz wraz z resztą wioski najpewniej już dawno znaleźli zwłoki. Mogłem tylko się domyślać, co zrobili, ale miałęm nadzieję że przez tych dwoje nie poślą za mną by mnie ukarać. Nie chcę ich zabijać. Możliwe też, że gdy ich znaleźli popadli w trwogę i zaczeli się modlić do swoich bogów o ochronę i opiekę. Taki scenariusz bawił mnie lekko i... cieszył?

 

Po trzech dniach nieprzerwanego marszu doszedłem do wioski, o której mówił Gospodarz. Była znacznie większa i bogatsza w porównianiu do tej, do której nie chciałem już wracać. Główna droga była wyłożona dużymi kamieniami rzecznymi a wzdłuż niej znajdowały się rozmaite zabudowania. Widać było szyld w kształcie buta, zaraz obok podobny, tylko że w kształcie szpuli z nicią. Karczma, na końcu drogi świątynia i kapliczka parę metrów dalej. Ludzie mieli grube futrzane płaszcze i gęsto tkane pledy na sobie, oraz nakrycia głowy z pojedynczymi piórami jakiegoś nieznanego mi ptaka. Byli jednak i tacy którzy mieli bardzo podobne płaszcze do tego który dostałem. Jeden z nich przywitał mnie pozdrowieniem w języku niezwykle zbliżonym do mojego, odpowiedziałem i zapytałem, co to za miejsce. Odparł, najpewniej jakąś lokalną gwarą, że nawet najstarsi górle tego nie wiedzą. Następnie spytał skąd jestem, bo jakoś nie przypomina mnie sobie, a mamy podobny krój ubrań. Odparłem że nie wiem, straciłem pamięć, a żyje jedynie dzięki pomocy człowieka który jest znany jako Traper. Ten uśmiechnął się smutno i odparł, że czasami, raz na rok tu zaglądał i opowiadał o ciekawostkach z lasu i gór, jednak od paru lat nikt go nie widział. Spytałem, kto z mieszkańców może mieć spis na przykład chrztów czy drzew genealogicznych rodzin sprzed dwudziestu lub czterdziestu lat. Odparł że najpewniej pleban, jednak warto byłoby spytać się karczmarza. Ruszyliśmy więc w stronę karczmy.

 

W samym pomieszczeniu nie było dużo ludzi, ot pięciu wyglądających tak samo jak mój przewodnik i jeden w kącie pomieszczenia, ubrany znacznie lepiej, spożywający późny obiad. Tych pięciu najpewniej rozpoznało swego pobratymca i wesołymi okrzykami zapraszali go do stołu, gdzie jak zauważyłem, stały trzy flaszki, dwie już puste. Zapytali o zdrowie rodzinę, a po krótkiej wymianie zdań uczcili spotkanie kolejką, do której mnie zaprosili. I tym razem nietaktem byłoby odmówić, więc pociągnąłem solidnie. Samogon był o wiele mocniejszy niż ten u Sowy i zaniosłem się kaszlem. Przewodnik i jego towarzysze zanieśli się chóralnym śmiechem i klepnęli mnie zdrowo w plecy. Ten lepiej ubrany uśmiechnął się lekko pod wąsem. Postawiłem na stole wyciągnięte z torby orzechy w małym woreczku i powiedziałem, że to za poczęstunek. Podziękowali mi i zaprosili do jeszcze jednej kolejki, jednak podziękowałem i odparłem, że na dziś mi starczy.

Rozmawiali jeszcze jakiś czas, ale przewodnik szybko się wykręcił tłumacząc, że tylko jak mi pomoże, wróci do nich. Ruszyliśmy w stronę lady i celu naszego pobytu tutaj, czyli karczmarza. Miał krótkie brązowe włosy i sporych brzuch, twarz jego nie zdradzała wiele, ale dało się poznać, że jest to człowiek, którego trudno jest wyprowadzić z równowagi. Spojrzenie miał lekkie i analizujące. Nie poznał mnie, choć byłem ubrany podobnie jak reszta, jednak najwyraźniej uznał mnie za przejezdnego szukającego pracy. Góral jak pozwoliłem sobie nazywać mojego przewodnika zapytał się kto może mieć spis ludzi sprzed dwudziestu lub więcej lat. Karczmarz odparł że pleban albo ktoś z inkwizycji. Góralowi nie odpowiadało to najwyraźniej, gdyż splunął przez lewe ramię. Zawyrokował że lepiej będzie pójść do plebana. Karczmarz przytaknął i spytał, kim jestem. Odpowiedziałem, że straciłem pamięć na szlaku, i że uratował mnie Traper. Zasmucił się na dźwięk tego imienia i jakby... przycichł? Powiedział byśmy już szli gdyż możemy już nie spotkać plabana dzisiaj. Wyszliśmy dziękując za informację a ja w ramach podziękowania zostawiając grzańca. Podziękował i dał mi w zamian koc.

 

W drodze na plebanię zacząłem się rozglądać za wspomnianą inkwizycją, z jakiegoś powodu nie miałem miłych skojarzeń z tym słowem. Po drodze widziałem mnóstwo ludzi podobnych do Górala i paru żebraków. Nikt nie zatrzymywał się, by im pomóc lub choćby zabrać ich do domu, by mieli chociaż suche miejsce do spania. Gdy dochodziliśmy do plebani, zauważyłem pod kaplicą pewną parę żebraków.

Był to starszy mężczyzna i jakiś młody, ubrani byli bardzo skromnie, żeby nie powiedzieć biednie. Cienkie płaszcze nie dawały ochrony przed zimnem, tym bardziej przed wiatrem. Odszedłem od Górala, by porozmawiać z nimi. Przystanął i zaczekał przy bramie na plebanię. Gdy podszedłem, stary pobłogosławił mnie na przywitanie, nie wiedziałem jak zachować się w tej sytuacji, więc odpowiedziałem tym samym. Spytałem czy ten chłopak to jego wnuk, odparł że tak. Pytałem dalej, jak to się stało, że muszą żebrać, odpowiedział że ojciec młodego przepił wszystkie pieniądze i wyrzucił ich z domu. Następnego dnia, kontynuował, dowiedzieli się, że poszedł nad rzekę, przywiązał kamień do szyi i się utopił. Matka zmarła podczas porodu i ojciec wraz z dziadkiem zmuszeni byli samotnie wychowywać młodego. Nie mieli tu żadnych przyjaciół ani znajomych, ojciec czasemi miał pracę, ale po miesiącu lub dwóch zawsze go wyrzucali. Wiecznie przychodził pijany i się awanturował, nie mógł się pogodzić ze śmiercią żony i obwiniał o to syna. Młody spał w tej chwili, więc nie mógł słyszeć naszej rozmowy. Postanowiłem im pomóc, dałem staremu płaszcz i rękawice, a czapkę naciągnąłem na głowę młodego, który uśmiechnął się przez sen. Dałem im również torbę z całą zawartością. Na twarzy dziadka zawitał chyba najszczerszy uśmiech jaki wdziałem. Zadziwiające, ma tak mało, a jego radość jest szczersza niż innych ludzi, posiadających choćby dach nad głową. Ludzie nie przestaną mnie zaskakiwać.

 

Kątem oka zauważyłem inkwizytorów, i czym prędzej ruszyłem z Góralem w stronę plebani. Sama plebania miała kamienny fundament oraz dach kryty gontem i darnią zupełnie jak kościół. Przewodnik zapukał do drzwi a po chwili otowrzył je mężczyzna średniego wzrostu z lekkim zarostem i krótkimi włosami. Przywitał nas i zaprosił do środka, następnie spytał jak może nam pomóc. Powiedziałem, że będąc na szlaku straciłem pamięć i chciałbym się dowiedzieć, kim jestem. Poprosił, byśmy szli za nim. Prowadził nas do małego pokoju, najpewniej swojego rodzaju archiwum i wyciągnął stamtąd grubą na trzy palce księgę. Pytał, czego dokładnie ma szukać, na to odpowiedziałem że osób zaginionych lub uznanych za zmarłe. Przewrócił kilkadziesiąt stron i przelaciał wzrokiem listę. Niestety, powiedział, ale to rejestr sprzed prawie dwudziestu lat, i bardzo możliwe, że nie ma w nim żadnej wzmianki która by mnie interesowała. Spytałem więc, czy nie ma starszego egzemplarza. Odparł że inkwizycja zabiera te spisy do swojej siedziby dokładnie co dwadzieścia lat. W tym momencie rozległo się głośne walenie do drzwi. Pleban zamknął szybko księgę i wybiegł otworzyć drzwi. Za nimi czekało dwóch inkwizytorów, jeden na oko czterdziestolatni z łysą głową i mnóstwem blizn oraz młodsza od niego o dwadzieścia lat kobieta. Archiwistka? Łysy pozdrowił zdawkowo plebana i nakazał wydanie aktualnego rejestru ludności. Pleban przyniósł księgę i podał archiwistce, a ta wręczyła mu identyczną księgę, tylko wyglądającą o wiele lepiej. Inkwizytor spytał, kim jesteśmy. Pleban odpowiedział że ten z piórem to miejscowy, a wskazując na mnie powiedział że utraciłem pamięć na szlaku i zostałem uratowany przez jednego z tutejszych myśliwych. Kim on jest, powtórzył pytanie. Nie pamięta, w rejestrze nie było żadnej wzmianki o kimś podobnym do mnie ani w zaginonych ani zmarłych. Łysy powiedział, że w takim razie wracam z nimi do ich siedziby, by ustalić, kim jestem. Zgodziłem się i podziękowałem moim towarzyszom za pomoc. Widać było w ich oczach drobny lęk lub nawet przerażenie, ale nie wiedziałem, jak zareagować, więc tylko uścisnąłem im ręce i wyszedłem.

Przechodząc przez bramę terenu świątyni inkwizytor spytał mnie, gdzie mam swoje rzeczy, lub jakiekolwiek wyposażenie. Powiedziałem, że oddałem tym żebrakom przed nami, a nowe chciałem kupić lub odpracować u mieszkańców. Przyznał, że to bardzo szlachetne z mojej strony, ale skoro ja mogę pracować, to i ci wszyscy żebracy też. Potem coś bredził jeszcze o pomocy bliźnim, owocach pracy, talentach czymś takim. Udawałem, że słucham i tylko przytakiwałem. Przyglądałem się przez ten czas kątem oka archiwistce, gdyż zauważyłem że i ona czasami na mnie spogląda. Dziwne to było uczucie. Po drodze przechodziliśmy koło stajni i inkwizytor rzucił tylko mieszkiem w stajennego, osiodłał konia i kazał mi go porowadzić w stronę bramy po drugiej stronie wioski. Przy niewielkiej drewnianej bramie zauważyłem dwa uwiązane konie, najpewniej moich towarzyszy. Inkwizytor nakazał mi bym wsiadł na swojego, po czym nastała ciemność.

 

Ostatnimi przebłyskami świadomości zauważyłem jak inkwizytor przywiązuje mnie do siodła. Wtedy na dobre zemdlałem...

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Baba Szora wczoraj o 11:19
    Bardzo fajny pomysł na opowiadanie :-)
    Tylko musisz jeszcze popracować nad techniką i zastanowić się czy wszystko się zazębia.
    Podam przykład:
    "Klęczę na środku zamarzniętego jeziora i staram się zatrzymać tyle ciepła, ile jestem w stanie. Wszędzie były tylko drzewa, śnieg" - jesteśmy z bohaterem na środku jeziora, a naraz jest napisane że wszędzie są drzewa. Czytając ma się wrażenie, że drzewa są na środku jeziora :-)
    Jeśli chcesz mogę Ci wypisać co mniej więcej razi w trakcie czytania, ale to na wyraźną prośbę, bo nie każdy to dobrze znosi :-P
    Pozdrawiam,

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania