Zosia

W małej wiosce, gdzie wiosna rozkwitała na polach, a życie toczyło się spokojnym rytmem, nie działo się nic, co mogłoby zakłócić ten harmonię. Wszyscy się znali, wszyscy byli sobie bliscy. W każdym domu palono ogniska w zimowe wieczory, a latem spotykano się na rynku, by wymienić plotki i świeże warzywa. Słońce, jakby na zawsze zawisło nad tym miejscem, dawało poczucie bezpieczeństwa. Wszystko zmieniło się jednak pewnego dnia, kiedy zaczęły znikać osoby, a z nimi zniknął spokój, który od zawsze towarzyszył mieszkańcom.

 

Pierwszym zniknięciem była pani Kazimiera, starsza kobieta, która codziennie siadała na ławce przed swoim domem, z parasolką w ręku, śledząc przechodzących ludzi. Zniknęła w ciągu jednej nocy. Nikt nie zauważył, kiedy dokładnie, bo nie było śladów. Po kilku dniach jej córka zgłosiła sprawę na policję, ale nic nie udało się znaleźć.

 

Kolejny był Bartek, chłopiec w wieku ośmiu lat, który często bawił się w ogrodzie, ścigając się z kolegami. Pewnego dnia, tuż przed zmierzchem, zniknął. Nikt nie zauważył, że coś było nie tak. Ludzie myśleli, że może poszedł do lasu lub zaginął w nieznanym kierunku. Jednak gdy nastał dzień drugi, trzeci i piąty, a chłopca nadal nie było, atmosfera zaczęła gęstnieć. Po Bartek był już tylko strach.

 

Mieszkańcy zaczęli rozmawiać o tych zniknięciach, próbując znaleźć jakąś wspólną przyczynę. Mówili o nieznanych ludziach, o przypadkowych zgonach, ale coraz bardziej zaczęli zastanawiać się, czy to nie jest coś innego. Czymś, co czaiło się w cieniu.

 

– „A widzieliście ją?” – zapytała Maria, jedna z kobiet, która nie mogła przestać martwić się o bezpieczeństwo swojej rodziny. – „Zosię?”

 

– „Zosię?” – zdziwił się jej mąż, Michał, przerywając rąbanie drewna. – „Chyba masz na myśli małą dziewczynkę, nie?”

 

– „Tak, małą. Często ją widuję tu i tam, zawsze w tych samych miejscach, gdzie znikają ludzie… jakby ich szukała” – odpowiedziała Maria, rozglądając się nerwowo wokół. – „Zawsze tam jest, jakby czekała na coś.”

 

Zosia była dzieckiem, które pojawiało się wszędzie tam, gdzie nikt nie zwracał uwagi. Niewielka, o jasnych oczach, zawsze uśmiechnięta i pełna energii, poruszała się jak cień, nie przyciągając zbytnio uwagi dorosłych. Na pierwszy rzut oka była po prostu zwykłą, wesołą dziewczynką, której świat składał się z kwiatów, drzew i tajemniczych miejsc, które lubiła odkrywać.

 

Jednak jej zachowanie było coraz bardziej dziwne. Widok, który niepokoił coraz więcej ludzi, to była jej postawa po każdej kolejnej zbrodni. Kiedy mieszkańcy znajdowali ciało, Zosia zawsze była w pobliżu, najczęściej bawiąc się z martwymi zwierzętami, które znajdowała w lesie. Czasem chodziła po polach z widocznymi plamami krwi na ubraniu, a jej uśmiech był jakby zbyt szeroki, jakby w ogóle nie rozumiała, czym jest strach.

 

Pewnego dnia, podczas poszukiwań po kolejnym zaginięciu, mieszkańcy znów spotkali Zosię. Tym razem, była sama. Nikt nie widział jej towarzyszy, jak wcześniej. Podbiegli do niej szybko, a jej reakcja była... nieoczekiwana.

 

– „Zosiu, co ty tutaj robisz?” – zapytała pani Aniela, starsza kobieta, która zawsze troszczyła się o dzieci w wiosce.

 

Zosia spojrzała na nią z dziwnym, prawie zimnym spojrzeniem, po czym wskazała na ślad krwi, który wiódł do lasu.

 

– „Tam” – powiedziała spokojnym, nieco za spokojnym głosem. – „Ciało.”

 

– „Jaka krew? Co ty mówisz, dziecko?” – spytał pan Marek, który podszedł do niej z rosnącym niepokojem.

 

Zosia tylko się uśmiechnęła. Jej oczy były zimne, a uśmiech zdawał się nie pasować do sytuacji.

 

– „Ciało w lesie. Wiem, gdzie jest” – odpowiedziała, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym.

 

Po tej rozmowie mieszkańcy zaczęli się niepokoić. Kiedy Zosia szła przed nimi, widzieli, że jej stopy były brudne, a na ubraniach widniały niepokojące plamy. Ale to, co zaniepokoiło ich jeszcze bardziej, to fakt, że dziewczynka wydawała się być nieświadoma swojego działania. A może właśnie była świadoma, ale w zupełnie inny sposób?

 

Wkrótce mieszkańcy zaczęli łączyć fakty. Wspomnienia, rozmowy, widoki. Zosia była wszędzie, gdzie pojawiały się ciała. Gdzieś głęboko w sercach wiedzieli, że muszą coś zrobić. Przypadek? Czy może coś gorszego? Czymś, czego nie potrafili zrozumieć?

 

Rada wioski zebrała się na tajnym posiedzeniu, by podjąć decyzję. Wójt, pan Adamowski, siedział przy stole, spoglądając na resztę z niepewnością.

 

– „To niemożliwe” – mówił prokurator Jerzy, kręcąc głową. – „Zosia to tylko dziecko. Nie możemy jej oskarżyć o morderstwo. Prawo nie przewiduje czegoś takiego.”

 

– „Ale to nie jest zwykła sytuacja!” – wybuchł pan Michał, rolnik, który miał syna w podobnym wieku do Zosi. – „Nie możemy pozwolić, by ta dziewczynka dalej tu żyła! To zło. Widzieliście jej oczy. To nie jest dziecko.”

 

– „Zgadzam się” – odpowiedziała Maria, która do tej pory milczała. – „Ale co z nią zrobić? Zatrzymać ją w wiosce? Uwięzić? Zabić?”

 

Wszyscy patrzyli na siebie z rosnącą paniką. Po chwili milczenia wójt Adamowski wstał.

 

– „Musimy ją zabrać stąd. Jeśli nic nie zrobimy, będziemy żyć w strachu do końca naszych dni. Wyślemy ją do specjalnego ośrodka. Tam będą wiedzieli, co z nią zrobić.”

 

Zosia została zabrana z wioski kilka dni później. Nikt nie rozumiał, co się z nią działo. Nie było odpowiedzi. Czy była opętana? Zła? Czy to tylko nieznany, niewidzialny cień, który zniszczył jej duszę?

 

Ludzie powrócili do swoich codziennych spraw, ale strach pozostał. A w sercach tych, którzy widzieli Zosię, wciąż drżało pytanie:

 

„Co się dzieje, kiedy niewinność staje się maską?”

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania