Zrobiłem zdjęcie osoby, którą będę.
Zrobiłem zdjęcie osoby, którą będę.
Osoby, którą nie jestem, osoby której znać nie będę.
Trzyma kogoś za rękę, kim jesteś nieznajoma?
Białe twoje ramiona, skryta twoja głowa za rogiem fotografii.
Zniknęła twoja żałoba, jak para wodna uciekła spod miecza katowskiego.
Jesteś gdzieś tam w niebie, nie wrócisz do mnie na ziemię.
Jak patrzę na siebie przez lustro fotografii, czuję łaknienie.
Kim jesteś?
Że twoje ciało jak żelazo zbrukało ołtarz moich marzeń.
Stoisz teraz za mną, przenikające czas łaknienie.
Córki Babilonu zakorzenione głęboko w moje nieobrzezane serce.
Szepczesz do mnie, mówisz słodkim głosem.
Jak to zdrapiesz smołę, niech utonie.
Mojego serca kamieniu potknięcia, zło kuszenia, najsłodszy miodzie egipskich sarkofagów.
Piękne rzeczy obiecujesz, to wszystko jest kłamstwem.
Za tobą idzie pragnienie, nienasycone umysłu skażenie.
Nie wiem, co będzie, jedyne co mam to zdjęcie.
Nie wiem, co widzę, nie wiem co myślę.
Nie wiem, co on myśli zza lustra przyszłości.
Oczy zdradliwe, języki zawistne liżące dno mojej czaszki.
Wywyższając słowami, namawiając bym głowę, wystawił ponad firmament niebiański.
Myślą, że nie wiem, że nie zauważyłem?
Że moja ciało kamieniem, a dusza parą?
Że ja odejdę, liczba 41, a oni zostaną.
Myślą, że ich kamienie zburzą wierzę w niebie, do której wejdę.
Że ich ogrody przerosną do niej schody?
Że wejdą mi do głowy nienasycone hydry łaknienia?
Ale serce mnie zwodzi, jak patrzę na fotografię.
Ciągnie za mną zniszczenie, orze kobieta mi serce.
Karmić się tym dłużej nie będę, tą osobą nigdy nie będę.
I nie wrócę na ziemię, moje miejsce jest w niebie.
Odmówić sobie jednak nie mogę.
Pożera mnie łaknienie, że łaknę więcej.
Oplatają moje ciało klejące sukna pogrzebne.
Wiążą moje ramiona, skórę mi oplatają.
Skąd ta euforia, czyja dusza szlocha nad otwartymi grobami?
Jak nienawidzę, to oplatają mocniej, tym bardziej kwitnie w moim sercu nienawiść.
Złości cierpkie drzewa, a to zdjęcie, pragnienia korzeniem.
Koszule ma zmiętą, jej biel czerwienią splamiona.
Potargane ma spodnie, paska nie nosi, bo szkoda.
Rozporek otwarty bez wstydu dla całego świata.
A skarpetek mu brak, podłoga świętą ziemią.
Złoty zegarek, piękna kobieta.
Jego oczy przykryła fotografii rama.
Moja krew jest ołowiana, dumnie mój umysł gorączką owładnęła.
Dyby drewniane złamała, wór żałobny pożarła.
Mówi, żebym stał dumnie, ja posąg stulecia.
Mój umysł rtęcią wypełnia, myślą niczyją, pustą nadzieją.
Obietnicą, że posąg wytrzyma, że nie muszą go zmieniać.
Obietnica przyszłości, obietnica wieczności w fotografii odbiciu.
Komfort palących się domów i ich miękkich łóżek.
Gdziekolwiek ulecisz, ja z tobą nie pójdę.
Nic w końcu nie należy do mnie.
Przyszłość została mi obiecana,
przyszłość której nie chcę, przyszłość której łaknę.
Życie, którego nigdy nie wybrałem.
Czego nie zrobię i gdzie nie pójdę, skończę w lustrze fotografii.
Kim jesteś?
Nosisz moje imię, ale mną nie jesteś.
Czemu zrobiłeś sobie to zdjęcie?
Ufam jednak, że idę dobrze, choć nie wiem gdzie.
Ufam, że nie spłonę, że będą ze mnie dobre owoce.
Drogi Boże, oświeć mi drogę przed moją duszą.
Z tobą się nie boję.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania