Zrodzona z ognia

Kamala, matka Laty, została wygnana z domu nim ta przyszła na świat. Jej mąż miał już dość milczących miesięcy, w których modlitwy nie przynosiły owocu, a zioła i rytuały kobiet z sąsiedztwa nie dawały żadnej nadziei. Wyrzucił ją, jakby pozbywał się rzeczy, która przestała być potrzebna. Dla Kamali było to kolejne z upokorzeń, jakie przyniosło jej życie, lecz tym dotkliwsze, że po raz pierwszy znalazła się na ulicy; naga w swojej bezradności i pozbawiona imienia, które ktoś mógłby wypowiedzieć z troską.

Przez kolejne tygodnie żebrała o jedzenie, a gdy nadchodził zmierzch, owijała się szczelnie w postrzępione ubrania i szukała zaułków, z których nikt nie próbował jej przegonić. Ludzie omijali ją szerokim łukiem, myśląc, że jest trędowata, a ona nie prostowała ich błędu. W samotności było coś bezpiecznego — nikt nie mógł jej już odebrać tego, czego i tak nie miała.

Wieczorami chodziła do świątyni. Nie tej wielkiej, pełnej światła i woni kadzideł, lecz małej, ukrytej między domami, gdzie posąg bogini Kali był czarny jak noc, a oczy z czerwonego kamienia zdawały się patrzeć prosto w serce. Kamala klękała tam długo, czasem do utraty czucia w kolanach, i szeptała słowa, które były jednocześnie modlitwą i przekleństwem. Prosiła o dziecko, o znak, o cokolwiek, co pozwoliłoby jej uwierzyć, że nie została stworzona tylko po to, by być odrzuconą.

Pewnej nocy, gdy monsun wisiał w powietrzu jak ciężka zasłona, kapłanki kultu Kali znalazły ją przed świątynią — wyczerpaną, drżącą, z twarzą mokrą od łez i deszczu. Nie pytały, kim jest. W ich oczach kobieta, którą świat odrzucił, była bliższa bogini niż ta, która żyła w dostatku. Zabrały ją do środka, podały wodę, okryły ramiona szalem, który pachniał dymem i olejkami.

Kamala nie wiedziała, że tej nocy złożono ofiarę z krwi i ciała. Nie wiedziała, że modlono się o nią. Lecz nie jako o kobietę, lecz jak o naczynie, które można napełnić przeznaczeniem. Pamiętała tylko, że świat zawirował, jakby ktoś zgasił wszystkie lampy naraz. A potem nastąpiła ciemność. Głęboka, miękka, jakby ktoś położył jej dłoń na oczach. Przez wiele dni pogrążona była w gorączce wypełniającej jej żyły płynnym ogniem, pozbawiona świadomości.

Kiedy wreszcie się obudziła się w ciasnej izbie, pilnowana przez czujne oczy kapłanek, czuła w sobie coś nowego. Nie radość. Nie nadzieję. Raczej cichy, niepokojący puls, jakby w jej dotąd jałowym łonie tliło się życie, które nie należało do niej.

Kilka miesięcy później jej brzuch zaczął rosnąć. Kamala nie pytała, jak to możliwe.

Wiedziała tylko jedno: że bogini odpowiedziała na jej prośby.

Urodziła w nocy, podczas święta ognia i nadała dziecku imię Lata, które znaczy pieśń. Dziewczyna przyszła na świat, kiedy płomienie tańczyły tak wysoko, że zdawały się dotykać nieba.

Kamala długo patrzyła na dziecko, jakby nie wierzyła, że naprawdę trzyma je w ramionach. Lata była drobna, niemal zbyt lekka, jakby ogień, przy którym przyszła na świat, wypalił z niej część materii. Jej skóra miała barwę mleka zmieszanego z popiołem, a oczy — gdy otworzyła je po raz pierwszy — były zaskakująco ciemne, głębokie jak studnie, w których odbija się noc.

Kapłanki szeptały, że to dobry znak. Że dziecko urodzone w czasie święta niesie w sobie błogosławieństwo bogini. Że płomienie, które tej nocy sięgały nieba, otworzyły drogę dla duszy, która nie należy do zwykłych ludzi.

Kamala nie rozumiała tych słów. Nie chciała ich rozumieć. Dla niej Lata była przede wszystkim cudem — odpowiedzią na modlitwy, które wypowiadała zbyt długo, by pamiętać ich początek.

A jednak już pierwszej nocy wydarzyło się coś, co sprawiło, że Kamala poczuła chłód, jakiego nie powinno się czuć w środku lata. Dziecko nie płakało. Nie domagało się mleka. Leżało spokojnie, jakby nasłuchiwało czegoś, co nie miało dźwięku.

Kamala, zmęczona porodem, zasnęła na chwilę, a gdy się obudziła, zobaczyła, że Lata patrzy w ciemny kąt izby — ten sam, w którym lampka oliwna zawsze gasła jako pierwsza. Jej maleńkie palce poruszały się lekko, jakby dotykała powietrza, które nie było puste.

Kapłanka, która czuwała przy nich, pochyliła się nad dzieckiem i wyszeptała “Ona widzi..”

Kamala nigdy nie zapytała co dostrzega jej córka. Nie chciała wiedzieć. Cieszyła się, kiedy w kolejnych latach Lata rosła spokojnie, chociaż wokół niej działy się rzeczy, których nikt nie potrafił wyjaśnić. Czasem płomień lampy drżał, choć nie było wiatru. Czasem woda w misie falowała, jakby ktoś zanurzył w niej niewidzialną dłoń. Czasem Kamala budziła się w nocy, pewna, że ktoś stoi tuż obok jej posłania.

Kapłanki mówiły, że to dobry omen. Że bogini wysłała dziecku opiekuna. Sama Kamala nie była tego taka pewna. Czuła, że to, co przyszło wraz z Latą, nie jest ani dobre, ani złe. Jest po prostu nieuchronne.

A Lata, choć jeszcze nie potrafiła mówić, zdawała się to rozumieć. Często uśmiechała się do pustej przestrzeni, jakby ktoś opowiadał jej historie, których nikt inny nie słyszał.

To właśnie ona, gdy miała już siedem lat powiedziała jej, że wkrótce umrze. Kamala nawet się nie zdziwiła, jedynie mocno przytuliła córkę pragnąc się z nią pożegnać. Zawsze przeczuwała, że wszelkie cuda zawsze mają swoją cenę.

Jeszcze tego samego dnia kapłanki podały jej strawę, a gdy zasnęła bez oddechu, owinęły ją w szaty i spaliły jej ciało w ofierze.

Lata obserwowała owej nocy w milczeniu jak ciało jej matki pochłaniają płomienie. Oczy łzawiły jej od dymu i ziół, i wtedy po raz pierwszy usłyszała wyraźnie głos, który znała od dziecka: głos, który jak wierzyła należał do jej ojca. Ten sam, który znał przeszłość i przyszłość, lecz zamiast znać odpowiedzi na jej pytania, mówił jedynie rzeczy, których się bała.

Tej właśnie nocy Lata dowiedziała się, że nigdy nikogo nie pokocha; że jej kraj, miejsce, w którym przyszła na świat zostało przeklęte i że umrze pragnąc ocalić kogoś, kto nigdy nie obdarzy jej miłością. Ten sam głos kazał jej uciekać i miał przez lata szeptać tajemnice świata skazanego by skonać w ogniu.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania