Zwycięstwo kanapy, czyli fobia przed niespodziewanym dzwonkiem do drzwi
Gdyby przeszczepić współczesnego trzydziestolatka w realia lat dziewięćdziesiątych, z pewnością przeżyłby wstrząs kulturowy o sile małego trzęsienia ziemi, ale najgorszym możliwym doświadczeniem, absolutnym szczytem egzystencjalnego terroru, okazałby się dla niego widok sąsiada stojącego w progu bez zapowiedzi. Kiedyś wizyta „bez krępacji”, z partyzanta, z siatką pełną pomidorów albo po prostu pożyczyć kubek cukru, była naturalnym elementem sąsiedzkiego folkloru. Dzisiaj? Dzisiaj spontaniczne odwiedziny to zamach stanu na naszą świętą strefę komfortu, akt agresji porównywalny z wejściem w brudnych butach do opery.
Ewolucja naszych relacji towarzyskich zmierza w stronę bezpiecznego, kontrolowanego dystansu. Komunikacja cyfrowa rozleniwiła nas do tego stopnia, że każda rozmowa w cztery oczy wymaga teraz co najmniej trzydniowego harmonogramu i oficjalnego potwierdzenia w kalendarzu Google. Dzwonek do drzwi, zwłaszcza niespodziewany, wywołuje u współczesnego człowieka reakcję stresową: serce podchodzi do gardła, oddech przyspiesza, a po mieszkaniu pełznie paniczne pytanie: „Kto to do cholery jest i czego ode mnie chce o tej porze?!”.
Przez lata doprowadziliśmy do perfekcji sztukę odwoływania spotkań. Majstersztykiem logistycznym współczesności stało się odkładać umówione wyjście na piwo z użyciem niezawodnego, uniwersalnego argumentu: „w sumie to mi coś wypadło”. Co dokładnie wypadło? Zazwyczaj nic. Wypadła wizja opuszczania ciepłego dresu, konieczności założenia dżinsów z twardym paskiem oraz udawania, że interesuje nas opowieść znajomego o jego hipotece. Prawdziwym skarbem stał się dom, który zamieniliśmy w nowoczesną pustelnię, bunkier przeciwatomowy przed bodźcami ze świata zewnętrznego.
Najbardziej fascynujący w tym procesie jest moment, w którym, jakimś cudem, damy się namówić na wyjście. Przez pierwsze pół godziny marzymy tylko o tym, żeby uciec do domu. Ale gdy już przełamiemy ten początkowy opór, nagle okazuje się, że rozmawia się całkiem miło, czas mija szybko, a wino smakuje wybornie. Wracamy do domu z refleksją: „Człowiek to jednak zwierzę społeczne, częściej powinienem wychodzić”. Po czym wracamy do punktu pierwszego i przez kolejne trzy miesiące odpisujemy na wiadomości ze statusu „zaraz odkopię się ze spraw”.
Żyjemy w epoce, w której tak bardzo cenimy własną wygodę, że każde wyjście z domu urasta do rangi wyprawy górskiej, a zaproszenie kogoś na kawę czy herbatę wymaga psychicznego przygotowania jak przed egzaminem na prawo jazdy.
Może więc czasami warto zaryzykować. Odłożyć telefon, nie odwoływać spotkania na ostatnią chwilę i sprawdzić, co się stanie, gdy wpuścimy do naszego idealnie poukładanego świata odrobinę zdrowego chaosu.
Komentarze (1)
Zgrabnie napisane i wszystko się zgadza 👍
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania