Zwykły Człowiek

Prolog

 

- Nie sądzisz, że czekamy tu trochę za długo? – spytał mężczyzna w garniturze.

- Nie marudź, pomyśl sobie o pieniądzach, jakie za to dostaniemy – odpowiedział drugi elegancik potrząsając skórzanym neseserem.

 

Stali tak w deszczu przy dworcu autobusowym, czekając na to, co miało się wydarzyć.

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY: Zwykły człowiek

 

Światła pociągu powoli zaczynały gasnąć w oddali, dało się jeszcze usłyszeć ciche stukotanie kół. Młody mężczyzna wpadł na stację wrzeszcząc w niebogłosy:

- Znowu! Zawsze ja!

 

Był wysokim 32 letnim pracownikiem Wytwórni Opakowań Blaszanych. Mimo, że w sobotę pracę kończył o godzinie 15:30, zdążenie na pociąg odjeżdżający o 16:05 było dla niego sporym wyzwaniem. Adam, bo tak miał na imię mężczyzna pracował na hali produkcyjnej przy obsłudze sprzętu do formowania opakowań blaszanych. Punkt 15:30, na hali produkcyjnej dzwoniły syreny wieńczące koniec pracy, należało jeszcze z grubsza uprzątnąć miejsce pracy, aby szef działu znany ze swojego pedantyzmu nie miał zastrzeżeń.

W szatni mężczyzna zjawiał się o 15:45, musiał jeszcze poczekać na odebranie kluczyka do szafki, który na czas pracy oddawał do depozytu szatniarce, strasznie wrednej babie. Kiedyś wiedząc, że Adam śpieszy się specjalnie udawała, że nie może znaleźć jego kluczyka. Wtedy przyszedł na stacje z półgodzinnym spóźnieniem, nie miał nawet złudzeń, że jego pociąg nadal stoi na peronie.

Po zmianie kombinezonu na codzienny strój, mężczyzna rozpoczynał szalony bieg chodnikiem na położony 500 metrów od hali, dworzec kolejowy. Pod drodze musiał jeszcze podbić kartę zakładową. Godzina podbicia karty prawie zawsze skazywała go na porażkę. 15:58, ma siedem minut. Prawie nigdy nie zdążał i widział tylko tył pociągu w oddali. Poza przypadkami, kiedy lokomotywa uległa awarii, bądź zimą, gdy opóźnienia trwały całymi godzinami.

Co sobotę prowadził nie równą walkę z czasem i zarządem kolei.

 

Mężczyzna rzucił tanią podróbkę skóry na peron, chciał kopnąć ją ze złości, lecz zamachnął się w powietrzu i tylko nadwerężył kolano. Nie rozumiał, kto ustawia godziny pociągów. Następny odjeżdżał dopiero o 22:00. Sześć godzin czekania, było niewyobrażalną udręką. Bez grosza przy duszy, z rozładowanym odtwarzaczem mp3, nie miał co ze sobą zrobić. Miewał już myśli, które namawiały go do samotnego wyruszenia w trzydziesto kilometrową przeprawę torami. Pociąg przejeżdżał ją w 20 minut, a jemu zajęłoby to na pewno mniej niż wspomniane sześć godzin, jednak w październiku nie lada wyzwaniem byłoby samotne przejście przez trzydziesto kilometrowy las, co jakieś 10 kilometrów oddzielony stacją kolejową.

Jedynym wyjściem było poczekanie na dworcu. Prawie, co sobotę, drzemał na dworcowej ławce, często mylony z bezdomnym. Przeczesał palcami rozwichrzoną czuprynę mysich włosów, podniósł z ziemi skaje i ruszył z opuszczoną głową w stronę drzwi wejściowych.

Stacja kolejowa podzielona była na dwa pomieszczenia, tak zwaną poczekalnię i pomieszczenie gdzie znajdowały się kasy biletowe. Adam zawsze wybierał to drugie. Zapach był tam bardziej znośny, poza tym mógł popatrzeć na młodą kasjerkę, która to podobała mu się już dłuższy czas. Oczywiście był zbyt nieśmiały, aby zaprosić ją na randkę, jednak nikt nie zabronił mu patrzeć.

Usiadł na ławce, wyciągnął telefon, zegar wskazywał 16:15, a wskaźnik baterii 16%. Schował telefon do kieszeni jeansów, spuścił głowę na klatkę piersiową i bardzo szybko zapadł w sen.

 

Obudziły go otwierane drzwi, mężczyzna, który nimi wszedł wyglądał na biznesmena. Garnitur z błyszczącego materiału, lakierki na nogach, a w ręku skórzany neseser. Adam nie mógł odwrócić wzroku od eleganta. Odkąd pamiętał, chciał być prezesem ogromnej korporacji, zarabiać trzydzieści tysięcy złoty miesięcznie i jeździć maybachem. Niestety los zadrwił z jego planów. Pracując w fabryce, nie stać go było nawet na wynajęcie mieszkania w mieście, musiał mieszkać ze swoją matką na wsi, której szczerze, całym sercem nienawidził.

Kiedy zrozumiał, że nie jest bogaty tak jak jego koledzy, z ogromnym trudem zmienił swoje marzenia i chciał zostać znanym na cały świat detektywem. Było to jeszcze trudniejsze do zrealizowania niż fotel prezesa. Nie miał po prostu żadnej smykałki do zagadek, choć je uwielbiał. Będąc w ósmej klasie podstawówki przegrywał w podchody z trzecioklasistami, kalambury były dla niego straszną udręką, a gra w wisielca po trzecim powieszeniu zwyczajnie go nudziła.

Elegant niecierpliwie spoglądał na zegarek, co chwilę przystępując z nogi na nogę. „Wygląda jakby śpieszyło mu się do łazienki” zaśmiał się w wyobraźni Adam. Mężczyznę interesowała również kasjerka, z ciekawością z daleka próbował zajrzeć do okienka kasowego.

Drzwi wejściowe ponownie się otworzyły. Adam zauważył błysk w oku elegancika. Do poczekalni wszedł kolejny biznesmen, ten miał matowy garnitur, a w rękach nie trzymał skórzanego neseseru. Pierwszy biznesmen podszedł do parapetu w najdalszym koncie dworcowej hali, drugi podążył za nim. Położył walizkę na parapecie i otworzył ją. Zaczęli rozmowę. Adam słyszał tylko niektóre słowa.

- Pamiętasz… akcja…ten człowiek…będą śledzić…daj…zrozum, że nie…pamięta nas…ktoś inny…TYLKO TAM!

Mężczyzna był strasznie zdziwiony zachowaniem biznesmenów. Jeden z nich przejął walizkę i podał przedmiot z bocznej kieszonki drugiemu. Następnie zamknął walizkę i niespiesznie opuścił dworzec. Biznesmen w błyszczącym garniturze został teraz sam w kącie stacji, jego wzrok, który przez większość czasu uparcie wpijał w okienko kasowe w jednym momencie przeszedł na mężczyznę siedzącego na ławce, jedyną osobę przebywającą w tym czasie na stacji kolejowej, który uparcie próbował udawać, że nie istnieje.

Adam zaczął się pocić pod ciężkim wzrokiem eleganta, przez krótką chwilę przyjrzał się jego twarzy. Nie była to twarz osoby spędzającej całe dnie przed komputerem i jeżdżącej na wakacje do ciepłych krajów z żoną, z nienaturalnie wielkimi piersiami i twarzą pełną botoksu. Elegant przypominał mu raczej pierwszego lepszego człowieka spotkanego pod budką z piwem, ubranego w garnitur, który zupełnie do niego nie pasował. Twarz mężczyzny pokryta była wieloma bruzdami, na prawym policzku miał bliznę długości pudełka zapałek, cienką, lecz widoczną. Adamowi od razu wpadł do głowy atak nożem. Jego włosy były posiwiałe po bokach, a na czubku głowy zaczęła pojawiać się łysina. „Nie powinienem oceniać człowieka, którego nie znam” pomyślał.

Biznesmen z blizną ciągle spoglądał na zegarek. Pewnie gdzieś mu się spieszyło nie było, więc dziwne, że po chwili czekania ruszył do drzwi wejściowych. Szedł pewnie, aż do pewnego momentu. Momentu, którego Adam bał się najbardziej. „ Nie podchodź do mnie, nie podchodź, nie podchodź” myślał jak oszalały pocąc się coraz bardziej na swojej szczupłej bladej twarzy. Zastygł jak słup soli, kiedy biznesmen zatrzymał się przy jego lewym boku. „I podszedł”

Mężczyzna nachylił się do jego ucha i spytał oschłym głosem:

- Długo pan tu będzie siedział?

Adam spojrzał na zegarek, była 16:45, potem na eleganta.

- Nooo…- zająknął się – Mam pociąg za 5 godzin – odpowiedział ledwo słyszalnym głosem, który jakby nie należał do niego.

- To wspaniale się składa, bo mam dla pana zadanie – odrzekł pewnie elegancik.

Nachylił się do ucha, szepnął kilka słów, wcisnął do ręki pewien przedmiot.

-Zrozumiał pan? – spytał ze zrezygnowaniem w głosie, widząc przerażoną twarz Adama – Musiał pan zrozumieć – powiedział pewnie – i mam nadzieję, że już nigdy nie będziemy musieli się zobaczyć – dodał odchodząc, drzwi skrzypnęły, a mężczyzna zniknął na dworze.

 

Adam nerwowo przełknął ślinę, ręce spociły mu się bardziej niż czoło, spojrzał w dół… W dłoni trzymał kluczyk i notatkę z zapisem: Skrytka nr 37.

 

Z nerwów nie zauważył, że piękna czarnowłosa kasjerka, przez cały czas z zaciekawieniem oglądała zdarzenie zza okienka biletowego.

 

Adam zaczął powoli rozumieć otaczającą go rzeczywistość. Jakiś zupełnie obcy podejrzany mężczyzna, dał mu kluczyk do skrytki bagażowej na dworcu. Co ma zrobić? Iść tam? Miliony pytań kłębiły się w jego głowie. Przecież chciał być najlepszym na świecie detektywem, poszukiwaczem skarbów, czy nawet Indianą Jones’em.

- Raz się żyje – powiedział na głos, a potem rozejrzał się wokół czy nikt go nie słyszał i czy nie widzi gdzie idzie, raczej nikt nie mógł go zobaczyć, z racji tego, że budynek stacji był pusty. W pseudo-konspiracyjnym stylu detektywa z nisko-budżetowego filmu wstał z ławki i rozglądając się na boki, zaczął skradać się do drugiego pomieszczenia dworca kolejowego, poczekalni.

Poczekalnia pokryta była zieloną farbą olejną, mieściły się tam trzy rzędy niewygodnych ławek, jakby zbitych z desek, z przerwami na kilka centymetrów, pod ścianą stał automat z napojami, wszędzie rozlepione były plakaty reklamujące koleje. Adam zawsze denerwował się widząc te bzdurne hasła, nic z tego nie było prawdą. Bezprzewodowy Internet na dworcach i w pociągach widział, ale rzecz jasna w reklamie telewizyjnej, wygodne wagony są, ale w kolei niemieckiej, tanie bilety, już taniej wyszedłby mu lot do Londynu i z powrotem niż bilet miesięczny na jego trasę.

W najdalszym kącie poczekalni rozstawione były skrytki bagażowe. Adam podszedł do nich nieśmiało, lecz z pewną dozą ciekawości. Znów wyciągnął karteczkę i na głos odczytał:

- Skrytka 37

Odszukał ją, była to najmniejsza skrytka ze wszystkich, godzina wykupu kosztowała tylko 50 groszy, zmieściłby się w niej zeszyt osiemdziesięciu kartkowy w formacie a5 i to tylko wsunięty bokiem.

Mężczyzna wsunął powoli klucz do dziurki trzęsącą się dłonią, był dumny z siebie, że trafił za pierwszym razem. Nie chciał otworzyć zamka, znów zaczął nie potrzebną gonitwę z myślami.

„A co jak będzie jak w puszce Pandory? Całe zło świata skumuluje się właśnie na tej stacji. Nie. Jestem skończonym idiotą. Ale przecież on mówił, że więcej mamy się nie zobaczyć, może rozpylę jakiś wirus otwierając tą skrytkę”

Stał tak chwilę pocąc się niemiłosiernie, dawno już zdjął tanią skaje i zawiązał ją w pasie, został w zgniło zielonej koszulce z niezrozumianymi napisami, na której pojawiły się już niewielkie plamy potu.

 

- Jestem walnięty – powiedział głośno, miał szczęście, że był sam w poczekalni.

 

Chwycił kluczyk i szybko go przekręcił, zamykając oczy, jeśli miała to być bomba, lub toksyczny wirus, chciał to mieć już za sobą. Lecz nic się nie wydarzyło. Otworzył oczy i spojrzał na skrytkę nr 37. Nic. Pusto.

Ogarnęła go jeszcze większa niepewność, włożył rękę bokiem do skrytki i wyczuł coś pod małym palcem. Wysunął rękę, razem z nią wysunęła się mała kartka z odręcznie napisanym zdaniem.

 

Przeczytał zdanie, nic nie zrozumiał. Postanowił wrócić do pomieszczenia z kasami pomyśleć o tym, co właśnie mu się przydarzyło.

 

- Pieprzone korki, zawsze to samo, kiedy spieszę się do pracy. Cholera, no. Przepraszam, że musiałaś tyle czekać. To miasto o tej porze, jest nie do przejechania – usłyszał Adam wchodząc do części dworca z kasami biletowymi. Głos należał do kobiety, lecz nie do młodej kasjerki.

- Działo się coś ciekawego, kiedy mnie nie było? – spytał skrzeczący głos. Mężczyzna teraz zauważył, do kogo należy, za okienkiem kasowym stała niska kobieta, wyglądała na jakieś pięćdziesiąt lat, krótkie włosy w kolorze burgund były starannie pospinane wsuwkami. Na nosie miała okulary w stylu bibliotekarek z lat 50.

- Nie, tu się nigdy nic nie dzieje, Grażynko – usłyszał spokojny, aksamitny głos, młodej brunetki.

„ Dlaczego ona kłamie? Przecież to, co się tutaj stało było nie tylko ciekawe, ale nawet strasznie dziwne”

- To jak, poradzisz sobie sama? – spytała śliczna kasjerka.

- Pewnie, leć już do domu, pewnie masz plany na dzisiejszy wieczór – odpowiedziała kobieta w okularach.

Adam właśnie ponownie siadał na ławce, chcąc chwilę zastanowić się nad tym, co ma dalej zrobić. Włożył głowę w dłonie, opierając oba łokcie na kolanach. Nie był zbyt inteligentnym człowiekiem, więc zagadka na karteczce mogła go przerastać. Siedział tak jakiś czas, myśląc zupełnie o niczym, nie mógł skupić się na sytuacji, która go spotkała. Był przecież zupełnie zwykłym człowiekiem, oczy same zaczynały mu się zamykać. Nagle usłyszał chrząknięcie, powoli otworzył oczy, zobaczył obok swoich butów trekkingowych, w których chodził, na co dzień, czarne wiązane tenisówki w różnokolorowe kwiatki. W miarę podnoszenia wzroku widział coraz więcej. Nad tenisówkami były zgrabne nogi w czarnych obcisłych jeansach, w połowie uda rozpoczynał się długi chabrowy sweter, na końcu swetra, a to zaskoczenie, była głowa. I to nie byle, jaka bo młodej kasjerki. Czarne włosy z grzywką na bok sięgały do ramion, twarz była pociągła z małym nosem, wydatnymi ustami i hipnotyzującymi piwnymi oczami. Nie mógł nie poznać tej osoby, przecież była to śliczna kasjerka, która jeszcze przed chwilą siedziała w okienku biletowym.

Mężczyzna otworzył usta ze zdumienia.

- Dzień dobry – usłyszał

- Yyyyyy – brzmiała jego odpowiedź, nadal wpatrywał się w twarz kasjerki z szeroko otwartymi ustami. Naprawdę komicznie wyglądała teraz jego długa twarz z fryzurą na Richarda Hammonda z Top Gear w kolorze przeciętnej polnej myszy. Nic, więc dziwnego, że kasjerka wybuchła śmiechem. Rozładowało to trochę napięcie pomiędzy nią a Adamem, który z kilkusekundowym opóźnieniem odpowiedział: - Dzień dobry – drżącym głosem.

W jednej chwili ton głosu kasjerki uległ druzgocącej zmianie, jej twarz spoważniała a duże oczy zmieniły się w dwie kreski.

- Znał pan tych mężczyzn? – spytała poważnym tonem

- Nie – odpowiedział – oni też z pewnością nie znali mnie, nie są typem ludzi, z którymi zadaję się, na co dzień.

- Wie pan, widziałam całe zdarzenie, jeśli on panu groził, mogę być świadkiem na policji – powiedziała z troską w głosie.

Adam zrobił ogromne oczy. „ Groził mi, czy mi nie groził?” Sam nie wiedział, co odpowiedzieć.

Wreszcie zebrał się w sobie:

- Nie, nie groził mi, po prostu spytał mnie o coś… - i tu załamał mu się głos. Jest przecież jeszcze ta karteczka i klucz, które podarował mu mężczyzna.

- Dobrze, więc mam rozumieć, że nic panu nie grozi i że poradzi pan sobie sam? – spytała kasjerka, a wręcz spytała twierdząco.

- Nie koniecznie – odpowiedział Adam – jest jeszcze jedna taka, mała sprawa – napomknął z każdym kolejnym słowem ściszając głos.

Nadal siedział na ławce, patrząc w górę na twarz kasjerki. Udało mu się wykrzesać z siebie ostatnie pokłady odwagi. Błyskawicznie wstał z ławki, był teraz wyższy od brunetki o głowę, to dodało mu pewności siebie.

Jego wzrost, był jedyną rzeczą, która mu się, w sobie podobała. Kiedy miał 15 lat, jego wzrost wynosił już 1,75m, wszyscy powtarzali mu, żeby zaczął grać w koszykówkę. Pierwszy trening skończył ze złamanym nosem, nie zdążył złapać piłki. Na drugi trening już nie poszedł.

Matka ciągle szukała mu dyscypliny, dzięki której jej samotny synek, mógłby wreszcie znaleźć przyjaciół. Kiedy pojawiła się szansa gry w siatkówkę, uznała że to idealny sport dla Adasia, nie tak brutalny jak koszykówka, prawie bezkontaktowy. Zapisała go na zajęcia. Pierwsze jakoś poszły, Adam wydawał się podekscytowany, ale już na drugich upadając po skoku do bloku, złamał nogę w kostce. I tak skończyła się jego przygoda ze sportem.

- Słuchaj, powiem ci o wszystkim, jeśli tylko dasz się zaprosić na kawę – powiedział głębokim głosem, który jakby nie należał do niego. Sam zdziwił się jak mógł tego dokonać.

Brunetka spojrzała na niego i odpowiedziała:

- Nie pójdę na kawę z nieznajomym.

Mężczyzna wyciągnął przed siebie rękę i powiedział:

- Adam Szczot, 32 lata, pracownik fizyczny, a pani?

Kasjerka uśmiechnęła się, wyciągnęła rękę i odpowiedziała.

- Monika Hoss, a resztę zachowam na później.

- Czyli teraz pójdzie pani, oj przepraszam – zająknął się – Moniko, teraz pójdziesz ze mną na kawę?

- Teraz tak, ale pod warunkiem, że wszystko mi opowiesz – odpowiedziała dziewczyna.

Adam nigdy nie przepuściłby takiej okazji. Podniósł z ławki swoją kurtkę i ruszyli w stronę drzwi wejściowych, do położonej po drugiej stronie ulicy kawiarni.

 

W tym samym czasie stara kasjerka podniosła czarną słuchawkę telefonu stojącego na biurku. Wcisnęła dziewięć cyfr i z nerwów zaczęła stukać pomalowanymi na czerwono paznokciami w blat. Kiedy w słuchawce odezwał się głos, ryknęła:

- Gdzie to jest? Miał tu być? I co teraz? Za cholerę nie można wam ufać!

Rzuciła słuchawką, wstała z krzesła i poszła zaparzyć sobie trzecią już tego dnia kawę.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI: Zaginiony

 

Inspektor policji Andrzej Braciak siedział na wygodnym obrotowym fotelu w swoim biurze. Popołudnie zapowiadało się spokojnie. Na służbie razem z Braciakiem, było tylko dwóch policjantów, do tego właśnie przed chwilą pojechali na akcję. Można to nazwać akcją, jak zwykle w bloku komunalnym przy szpitalu sąsiedzi wezwali policję do awanturującej się rodziny. W tym miejscu funkcjonariusze byli praktycznie trzy razy w tygodniu, zawsze kończyło się to pouczeniem i mandatem w wysokości 100zł, którego rozrywkowa rodzina i tak nie zapłaci. Libacje, zakłócanie ciszy nocnej, drobne rabunki, to sprawy, do których najczęściej wzywani byli podopieczni inspektora. Nigdy nie działo się nic wartego uwagi. Braciak jednak nie narzekał, Trzy i pół tysiąca złotych na rękę co miesiąc, służbowe trzy pokojowe mieszkanie, w którym mieszkał z żoną i 18-letnią córką, wcześniejsza emerytura, ot to uroki życia policjanta spędzającego dwadzieścia cztery godziny za biurkiem. Kiedy ma się pod sobą paru ludzi, nie trzeba robić już nic aby utrzymać pozycję społeczną.

Inspektor spojrzał na zegarek, wskazywał 17:30, podrapał się po gęstej czarnej brodzie, rozpiął guziki w mundurze uwalniając opasły brzuch, następnie sięgnął prawą ręką pod fotel masujący, który dostał od pracowników posterunku na 50 urodziny i zaczął kręcić pokrętłem, które to układało go do pozycji leżącej. Co tu innego robić w chłodne październikowe popołudnie?

Policjanci wrócą z akcji pewnie za godzinę, zanim doproszą się otwarcia drzwi od pijanych domowników. Jednym razem nie było ich aż dwie godziny, był to, więc najlepszy czas na drzemkę.

Kiedy tylko Braciak zamknął oczy, usłyszał dźwięk telefonu, natychmiast próbował podnieść się z fotela, ale znów upadł do pozycji leżącej, wyglądał jak Wańka-Wstańka, rosyjska zabawka z czasów komuny, ta jednak po każdym położeniu podnosiła się, a on po każdym podniesieniu znów się kładł. Wreszcie chwycił się dłońmi za poręcze i całą siłę włożył w podniesienie wielkiego cielska. Chwycił za słuchawkę telefonu i przycisnął ją do ucha.

W słuchawce dało się usłyszeć zmodulowany nienaturalnie głos:

- Mężczyzna zaginął, może się ukrywać, ma powiązania z bandytami, potraktujcie to poważnie, to jego numer telefonu – głos podał tu dziewięciocyfrowy numer – nie mogę nic więcej powiedzieć – długi sygnał zabrzmiał w słuchawce.

Inspektor odłożył słuchawkę. „Pieprzone gówniarze” – pomyślał – „robią sobie żarty z policji”

Braciak wciąż miał w pamięci sytuację, która zdarzyła się miesiąc temu, około trzeciej w nocy odebrał telefon z wezwaniem, o włamaniu do domu, dzwoniła ponoć kobieta, która ukryła się w szafie. Policjanci migiem zebrali się i pojechali na miejsce zdarzenia. Na miejscu nie zastali jednak żadnych bandytów, ani nawet śladów włamania. Była za to obudzona przez funkcjonariuszy rodzina. Okazało się, że ktoś zrobił głupi żart. W dobie możliwości całkowitego ukrywania numeru, jednorazowych starterów i telefonów wykonywanych za pomocą programów komputerowych, takie żarty są na porządku dziennym. Przynajmniej raz w miesiącu mają zgłoszenie o alarmie bombowym, według ustawy żadnego zgłoszenia o zamachu nie mogą zignorować. A co jeśli akurat gdzieś jest bomba? Komisarz ma mieć do końca życia wyrzuty sumienia, że przez jego lekceważącą postawę zginęło kilka setek ludzi?

Może właśnie, dlatego nie wierząc w głupie dowcipy, wpisał numer zaginionego przestępcy do policyjnego lokalizatora. Kiedy tylko mężczyzna skorzysta z telefonu, lokalizator da znać. A teraz inspektor spokojnie mógł się zdrzemnąć.

 

 

Kawiarnia przy dworcu nie była sterylnie czysta, żółte PRL-owskie ściany odpychały na samym wejściu. Na parapetach stały paprotki i kaktusy, a z okien widać było wszystkie trzy perony stacji kolejowej. Naprzeciwko drzwi stała obskurna lada rodem z wiejskich sklepów lat 80. Za ladą otyła ekspedientka w czepku przyjmowała zamówienia.

Adam zamówił czarną kawę a Monika latte macchiato, które w tym lokalu przypominało raczej zwykłe capuccino. Mężczyzna sięgnął do najgłębszego zakamarka kieszeni wypłowiałych jeansów i wyciągnął z niego pomięty banknot dziesięciozłotowy, jego ostatnie pieniądze.

Usiedli w najdalszym koncie lokalu, którego nikt by nie wybrał, naprzeciwko drzwi do toalety.

Chwilę popijali kawę w milczeniu słuchając najnowszych przebojów lecących z głośnika nad ich głowami. Ta muzyka zupełnie nie pasowała do wystroju.

Nagle Monika podniosła głowę znad kubka z kawą i zaczęła rozmowę:

- Chyba po coś tu przyszliśmy – powiedziała pewnie, wymownie patrząc na Adama.

Mężczyzna w ciągu spaceru ze stacji do kawiarni, zupełnie zmienił swoje zachowanie, nie był już tym odważnym człowiekiem, który zaprosił piękną kasjerkę na randkę. Znów stał się mieszkającym z matką, życiowym nieudacznikiem, który nie potrafi zacząć tematu. Nie rozumiał, co się z nim działo w kontaktach z nowo poznanymi ludźmi. W domu zawsze był rozmowny, wręcz brylował wśród swojego rodzeństwa od najmłodszych lat, wszystko go interesowało, choć nic nie potrafił, zapamiętywał najgłupsze szczegóły z filmów, które oglądał w telewizji, za to w szkole nie mógł nauczyć się na pamięć nawet najkrótszego wierszyka. Nie miał żadnych zdolności manualnych, poza obsługą maszyny do formowania opakowań blaszanych, której uczył się od kilku lat. W szkole podstawowej na plastyce w ósmej klasie, nauczycielka załamywała ręce nad jego szkicami, zawsze kończył klasę z trójką z rysowania, to samo było z muzyką, kiedy tylko miał wyjść przed klasę i zaśpiewać choćby najprostszą kolędę ręce mu się trzęsły, nogi nie chciały iść, a plecy i czoło zalewały się potem, w taki sposób stawał się pośmiewiskiem klasy, zapominając tekst, lub strasznie fałszując. Wracając do domu zakładał ogromne słuchawki, włączał walkmana i śpiewał na cały głos.

- Yyyyyy, no przyszliśmy, no, więc, ten, co ja miałem… - zaczął jąkać się Adam.

- Miałeś powiedzieć mi jakąś tajemnicę – powiedziała z niedowierzaniem w głosie Monika, nie liczyła na to, że wyciągnie cokolwiek od nieudacznika po drugiej stronie stołu. Nieudacznika, który coraz bardziej zaczął ujmować ją swoją bezradnością.

- Bo… jest taka sprawa, że ten facet zostawił mi jakąś kartkę i kluczyk i powiedział że… - nie zdążył dokończyć

- Wziąłeś coś od obcego, podejrzanego faceta!? – krzyknęła Monika, czym zwróciła uwagę ekspedientki, która jeszcze przed chwilą kiwała się w rytm popowego kawałka, a teraz patrzała już na parę z oczami wybałuszonymi jak sowa i dwa razy większymi uszami.

Adam całkiem zapomniał, co miał powiedzieć, więc próbował jeszcze bardziej ściszyć głos i przejść do sedna rzeczy:

- Słuchaj, ja poszedłem do skrytki na stacji, do której pasował ten kluczyk i znalazłem tam kartkę – wyciągnął z kieszeni jeansów pomiętą karteczkę i po cichu przesunął ją po stole, do siedzącej naprzeciwko niego Moniki.

Dziewczyna wzięła kartkę, na której widniało odręcznie napisane zdanie: 12 Czasem jeden klucz otwiera wiele drzwi 25/b.

- Rozumiesz coś z tego? – spytał Adam

- A żebyś wiedział, że coś rozumiem – uśmiechnęła się Monika – chodziłeś, choć raz po naszym mieście?

- Często włóczę się bez celu – odpowiedział. Częściowo było to prawdą, często włóczył się po mieście, jednak miał w tym jakiś cel, liczył na to, że wpadnie na jakąś śliczną dziewczynę, która z miejsca się w nim zakocha, wezmą ślub, zamieszkają w domu na przedmieściach i będą mieli przynajmniej dwójkę wspaniałych dzieci.

Monika wstała od stołu, dosunęła krzesło, chwyciła oparcie obiema dłońmi i powiedziała:

- Gdybyś nie bujał w obłokach, chodząc po mieście, więcej byś dostrzegł. Widziałeś kiedyś tabliczkę na budynku poczty? Jest niebieska i piszę na niej…? – spytała dziewczyna, w taki sposób oczekując od Adama odpowiedzi

- Hmm – zastanowił się – piszę na niej POCZTA! – powiedział z ogromną pewnością w głosie.

- Mam nadzieję, że żartujesz. Niebieskie tabliczki to oznaczenia numerów budynków, na poczcie piszę 25/b.

 

Adam nie żartował.

 

 

Po wyjściu z lokalu, para zaczęła kierować się główną ulicą, na pocztę. Budynek był niedaleko, jednak zegar wskazywał już godzinę 17:45, żeby zdążyć na pocztę i odnaleźć skrytkę musieli przyśpieszyć kroku.

- Nie sądzisz, że to trochę niemożliwe, aby jeden klucz pasował do dwóch zupełnie różnych skrytek? – spytała Monika, spoglądając na zegarek

- Wiesz, naprawdę nie musisz iść tam ze mną – Adam zupełnie zmienił temat – masz pewnie swoje własne sprawy, może narzeczony czeka w domu.

Monika domyśliła się, o co chodzi jej towarzyszowi, po prostu chciał dyskretnie spytać czy ma kogoś. Nie miała, ciągle powtarzała, że jest zbyt zajęta na związki. Niedawno przeprowadziła się do zupełnie obcego miasta, od 3 miesięcy nie miała żadnego kontaktu z dawnymi znajomymi, do rodziców zadzwoniła może 2 razy. Była bardzo zajęta. Pracowała całą noc, przynajmniej tak mówiła rodzinie.

- Daj spokój – odpowiedziała – nie mam czasu nawet na opiekowanie się psem.

Adam zdziwił się. Przecież pies spokojnie mógłby zostać sam w domu nawet 12 godzin.

- Co cię tak pochłania? Chyba nie praca w kasie. – zażartował mężczyzna.

Odpowiedzią na jego pytanie było tylko niezadowolone spojrzenie.

- Przyśpiesz, bo naprawdę się spóźnimy.

Doszli do budynku poczty, znajdowała się na skrzyżowaniu dróg. Była to budowla z początku XX wieku, pełna wspaniałych zdobień. Nad drzwiami wejściowymi widniała wielka niebieska tabliczka z nazwą ulicy i ogromnym napisem, 25/b, Adam poczuł się strasznie zażenowany. Kiedyś zapewne nie była pocztą, przynajmniej tak myślał mężczyzna przechadzając się po chodnikach, kiedy to nie miał, co robić, a pogoda była zadowalająca. Nigdy jednak nie zainteresowało go to tak bardzo, aby poszukać jakiejś wzmianki w archiwach o dawnym przeznaczeniu budynku, który teraz służy mieszkańcom do odbierania i nadawania przesyłek.

Weszli po trzech, dość nowocześnie wyglądających schodkach, podwójne drzwi rozsunęły się same z dziwnym skrzypnięciem. „To dopiero profanacja zabytku architektonicznego” pomyślał Adam. Ogromny pocztowy zegar wskazywał godzinę 17:55. Udało im się, zdążyli. Jedyna kobieta siedząca jeszcze w kasie wyraziła swoje niezadowolenie z zaistniałej sytuacji, głośno wypuszczając powietrze przez nos i przewracając oczami.

Monika od razu skierowała się do dość nie mile wyglądającej osóbki zza okienka pocztowego.

- Dzień dobry – przywitała się uprzejmie – gdzie znajdziemy skrytkę nr 12?

- Dobry, tam – burknęła kobieta i pokazała krzywym palcem na rząd granatowych skrytek z przyklejonymi numerami.

- Bardzo dziękuje – odpowiedziała Monika, jakby nie zauważając zgryźliwości zdenerwowanej pocztowej.

 

Podeszli do całej ściany skrytek. Monika wyciągnęła z kieszeni swoich czarnych obcisłych spodni klucz, który włożyła tam w kawiarni, i włożyła go do zamka.

Przekręciła mechanizm, skrytka cicho brzdąknęła i otworzyła się. Oboje spojrzeli do środka. W środku znajdował się owalny pojemnik z nierdzewnej stali. Monika i Adam wymienili zdziwione spojrzenia, kiedy za swoimi plecami usłyszeli głośne chrząknięcie:

- Ekhm, długo Państwu zejdzie? Jest już 18:00 – powiedział ponaglający, złośliwy głos poczciarki.

- Już wychodzimy – odpowiedział Adam.

Pracownica schowała się w swoim okienku i zaczęła porządkować papiery, przed zamknięciem urzędu.

Monika chwyciła za kluczyk, żeby zamknąć skrytkę, kiedy to w oczy rzuciła jej się karteczka. Chwyciła ją i włożyła do kieszeni. Pociągnęła Adama za rękę, w której trzymał nierdzewną tubę i ruszyli do wyjścia.

 

Zatrzymali się przed pocztą, aby ustalić dalszy plan. W zasadzie Monika mówiła, a Adam oczarowany patrzał w jej piwne oczy, nie rozumiejąc ani słowa.

- Rozumiesz? – spytała Monika

- Ale co? – odpowiedział zdziwiony

- Mówiłam, musisz mnie słuchać! – wrzasnęła.

Przechodząca drugą stroną ulicy staruszka popukała się w czoło i zawołała, jakby do siebie:

- Przed wojną to baby się chłopów słuchały, a teraz przyszła Unia i porobiła zamieszania.

Adam roześmiał się, jedno zdanie babci rozrzedziło gęstą atmosferę między nimi.

- Powiedziałam, że ta kartka to opłacony z góry kwit do hurtowni materiałów chemicznych, na nasze szczęście w soboty otwarte jest do 20:00. To jak idziemy?

- Z tobą zawsze – odpowiedział rozochocony Adam i zdawało mu się, że przez ułamek sekundy widział również błysk w oczach Moniki.

 

- Nie baw się, bo zepsujesz – powiedziała rozkazującym tonem do mężczyzny, który próbował znaleźć zastosowanie dla metalowego pojemnika.

- Słuchaj, już ty mnie nie ucz jak mam postępować z puszkami – odpowiedział zadowolony, akurat ten dowcip mu się udał. Przecież już trzeci rok obsługiwał maszynę do formowania blaszanych opakowań.

- No dobra, specu. Powiedz nam, więc co się za tym kryje. – Monika zadała mu zadanie.

- Już, już, prawie…

Oboje usłyszeli klik. Adam z całej siły przekręcił pojemnik, który rozpadł się na dwie części. Jedną trzecią długości pojemnika stanowiła przykrywka z wytłoczonym gwintem, do zakręcania. Na dnie drugiej części znajdował się zaśniedziały zielonkawy osad.

- Aluminium – powiedziała Monika – tylko, po co nam to – rzekła pokazując kwit.

Byli właśnie w połowie drogi do hurtowni. Szli malowniczą alejką, obok rzeczki, która cicho spływała w dół tworząc mały wodospad. Nad nimi rosły lipy, teraz prawie wszystkie pozbawione były liści, które to leżały pod ich nogami tworząc wielobarwny dywan. Z lewej strony, za malutkim mostkiem znajdowały się obiekty handlowe, w większości zamknięte w sobotni wieczór. Z prawej strony biegła ulica, o tej porze zupełnie cicha. Dało się słyszeć każdy, nawet najmniejszy dźwięk. Przeszli przez most, lampy zaczęły się zapalać. Miasto o tej porze wyglądało hipnotyzująco.

Z daleka widzieli już hurtownie, która była celem ich wędrówki.

- Czemu tak milczysz? – spytała Monika

- Wiesz.. – zawahał się Adam – jestem zupełnie nieciekawym człowiekiem.

Dziewczyna spojrzała na niego zmartwiona.

- Każdy ma w sobie coś ciekawego, może po prostu jeszcze nie odkryłeś swojego powołania – powiedziała, próbując go pocieszyć.

- Moim powołaniem, jest czekanie, co sobotę na stacji kolejowej przez sześć godzin… - odpowiedział. Nie lubił użalać się nad swoim losem, jednak były takie dni, kiedy wychodziło mu to przez przypadek. Jesień była właśnie tą porą roku, w której ledwo podnosił się z łóżka, a później przez cały dzień wciskając dwa guziki i posługując się jedną wajchą, myślał o swoim życiu nieudacznika.

Monika poklepała go po plecach uśmiechając się promiennie:

- Może to czekanie przyniesie ci kiedyś coś dobrego…

Adam już nie odpowiedział, przed ich oczami znalazły się drzwi do hurtowni.

Mężczyzna chwycił klamkę i pociągnął ją do siebie, przepuścił dziewczynę przodem, a później sam wszedł do środka zamykając za sobą drzwi.

Pomieszczenie było przestronne, z obu stron ciągnęły się długie regały zastawione przeróżnymi substancjami, od najprostszych rozpuszczalników po odczynniki chemiczne zamknięte w gablocie, na której widniała czerwona naklejka z trupią czaszką.

Kasa była pusta, lecz nagle zza regału wyszedł mężczyzna w gumowych rękawiczkach i białym kitlu. Miał kruczoczarne włosy, wzrost około metra i osiemdziesięciu centymetrów i mógł podobać się kobietom. Adam z zazdrością spojrzał na mężczyznę, który wyglądał jak model z czasopisma dla kobiet. On zawsze miał ogromne kompleksy związane ze swoim wyglądem. Nie był brzydki, lecz nie wyglądał też jak mister kraju. Największą jego udręką były okropnie długie i chude ręce i nogi. Nic w tym dziwnego przy wzroście niemal dwóch metrów. Przez jakiś czas chodził nawet na siłownię, jednak gdy po kilku treningach nie zobaczył wzrostu masy mięśniowej, a jedynym efektem był ogromny ból w chudych bicepsach, zrezygnował. Nikt nie mógł go przekonać, nawet koledzy, którzy tłumaczyli mu, że najlepszym sposobem jest znaczne przytycie, a później wyrzeźbienie ciała wytrwałą pracą. Również to nie było wykonalne. Adam już od dziecka jadł bardzo dużo, jednak nie mógł przytyć. Jego waga zatrzymała się na 78kg, kiedy skończył 25 lat. Od tamtego czasu ani drgnęła.

„Model” spojrzał zawadiacko na Monikę, uśmiechnął się i powiedział:

- Dzień dobry, rzadko odwiedzają nas takie piękne kobiety

- Dzień dobry, proszę sobie darować ten podryw, ta pani jest ze mną – powiedział Adam, znów zmieniając swój charakter o 180 stopni.

Sprzedawca cofnął się o krok:

- W takim razie, w czym mogę państwu pomóc? – spytał, słowo „państwu” wypowiadając drwiącym głosem. Dobrze wiedział, że dziewczyna na pewno nie jest w żadnej relacji z mężczyzną. „Nikt o tak pięknej urodzie nie spotykałby się z kolesiem o wyglądzie slendermana” – pomyślał model, przez co sam uśmiechnął się do siebie.

- Przyszliśmy odebrać zamówienie – powiedziała Monika, nie wykazując przy tym żadnych emocji. Praca nauczyła ją nie pokazywać zdenerwowania.

Podała mu kwit. Sprzedawca wziął go i wpisał numer do komputera. Spojrzał na osobliwą parę, potem znów w ekran zdziwionym wzrokiem.

- Dobrze, a więc potrzebny będzie jeszcze pański podpis – powiedział podając Adamowi wydrukowane właśnie pokwitowanie odbioru.

„Cholera, co ja mam tam napisać, przecież nie ja to zamawiałem, a jak podpiszę się złym nazwiskiem, koleś wezwie gliny i będziemy mieli przesrane” Z nadmiaru negatywnych myśli zaczęły pocić mu się ręce. Wycierał je o spodnie, kiedy sprzedawca podawał mu długopis z logo hurtowni.

- Czy ja mogłabym podpisać? – spytała Monika modela, który coraz bardziej zaczął się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi.

- Proszę bardzo, potrzebny nam po prostu podpis odbiorcy.

Dziewczyna wzięła długopis i podpisała się. Sprzedawca w tym czasie podszedł do gabloty z naklejką trupiej czaszki. Sięgnął z niej około 100 mililitrową plastikową buteleczkę płynu.

Podał go Adamowi, mówiąc:

- Proszę tylko obchodzić się z nim ostrożnie.

Mężczyzna spojrzał z wyższością na modela.

- Myśli pan, że nie wiem, co robię? Korzystam z takich substancji, na co dzień. – próbował udawać naukowca.

Spojrzał na butelkę, napis głosił: Kwas Fluorowodorowy.

Adam nigdy nie słyszał o takiej nazwie.

Wziął Monikę za rękę i opuścili hurtownię nie żegnając się.

 

Kiedy doszli do mostu, sprzedawca chował właśnie różne papiery z biurka do odpowiednich aktówek. Spojrzał na kwit odbioru. Na nim, zamiast czytelnego nazwiska, zrobionych było tylko parę kresek i kropek, nieukładających się w żadne słowo. „Spieprzyłem” pomyślał sprzedawca, podrabiając podpis odbiorcy na kolejnym kwicie.

 

Nieznana sylwetka wyłoniła się zza hurtowni, jej głowę okrywał czarny kaptur. Wyglądało to jakby para była śledzona.

 

- Rozumiesz coś z tego? – spytał Adam – spotkałaś się chociaż raz z taką nazwą?

Monika wyglądała na zaniepokojoną. Pociągnęła Adama za ramię, tak aby jego głowa znalazła się na wysokości jej twarzy, a następnie szepnęła mu do ucha, ciągle nie zwalniając kroku.

- Jestem prawie pewna, że ktoś nas śledzi.

Adamowi zaświeciły się iskierki w oczach. W śledztwach, które odgrywał w głowie, zawsze był śledzony. Najczęściej przez służby specjalne, lub rosyjski wywiad. Czasem też przez innych detektywów, którzy tak jak on chcieli cieszyć się splendorem i sławą. Teraz nie umiał określić, kto go śledzi. Nie działo się to w jego głowie, wszystko było prawdziwe. Wiedział tylko, że nie mógł to być nikt, kto miał czyste intencje. Przypomniał sobie słowa elegancika na stacji kolejowej: będą śledzić, brzmiały te wyrwane z kontekstu rozmowy słowa.

 

Chwycił Monikę za rękę, drugą ręką przytrzymywał butelkę z kwasem, tak aby nie wypadła mu z kieszeni kurtki i zaczął biec. Dziewczyna dotrzymywała mu kroku, a nawet wyprzedzała go, w zasadzie nie było to takie trudne, Adam zupełnie nie potrafił biegać.

Ruszyli w dół schodami, które prowadziły do deptaku nad rzeką. Nie słyszeli za sobą kroków, więc zatrzymali się na ławce w parku. Monika nie wykazywała żadnych oznak zmęczenia, lecz mężczyzna ledwo oddychał. Kucnął obok ławki, aby zaczerpnąć zimnego październikowego powietrza.

- Nic ci nie jest? – spytała zmartwiona dziewczyna

- Nie, wszystko w porządku. – odpowiedział Adam przerywając co słowo, aby głośno wypuścić powietrze – Ciekawe kto to był... – Zadał pytanie jakby w powietrze.

- W co my się wpakowaliśmy – zaczął lamentować mężczyzna.

- W przygodę życia – odpowiedziała – Pamiętasz jak pytałeś mnie czy kojarzę taką nazwę?

- Tak, kojarzysz?

- Pamiętam ją ze szkoły, z lekcji chemii, ten kwas coś robił, tylko teraz, chociażbym wytężyła umysł do granic możliwości, nie przypomnę sobie co – odpowiedziała Monika.

Adam siedział, jakby wpatrzony w przestrzeń. Wydawało się jakby wyłączył swój organizm i był skupiony tylko na odpoczynku, lecz było to złudne. Mężczyzna myślał intensywnie.

- Wiem! – krzyknął nagle

- Cicho bądź, skąd wiesz, że nie ma tu tego kogoś? – skarciła go dziewczyna.

Adam wyciągnął telefon, teraz wskaźnik naładowania baterii wskazywał osiem procent, a godzina 19:05. Szybko wszedł do książki telefonicznej, wybrał numer telefonu, podpisanego w kontaktach jako Michał. Wcisnął zieloną słuchawkę i włączył tryb głośnomówiący:

- Cześć stary – usłyszeli – chyba z miesiąc się nie odzywałeś, od czasu kiedy chciałem wyswatać cię z Sylwią.

- Siema, mamy taki problem, to znaczy ja i moja znajoma – zaczął komplikować Adam.

- Haha, będę wujkiem? – spytał głos w słuchawce.

- Po prostu potrzebujemy rady chemika, na wczoraj.

- Wpadaj Indy, zrobię, co będę mógł, tylko nie oczekuj za wiele. Mety ci nie wyprodukuje. – Odpowiedział głos i zakończył rozmowę.

 

- To był mój kolega, Michał. Uczy chemii w gimnazjum, myślę, że mógłby nam pomóc. – powiedział Adam, zainteresowanej Monice.

- To co idziemy Indy? – rzuciła dziewczyna z uśmiechem.

- Przestań. Zawsze jak byliśmy mali bawiliśmy się w tropicieli zagadek, zawsze byłem Indianą Jonesem a Michał porucznikiem Colombo. Zgrana para, nie sądzisz? - Adam uśmiechnął się.

- My chyba jesteśmy lepszą parą. – powiedziała Monika. Chwyciła mężczyznę pod rękę i oboje ruszyli do domu chemika.

 

Inspektora Braciaka wybudziło z drzemki piszczenie komputera. Podniósł opasłe brzuszysko z fotela masującego, poruszał myszką, ekran zaświecił się. Na mapce okolicy mrugała czerwona kropka.

- No to mamy cię, panie zaginiony – powiedział do siebie inspektor. Chwycił za policyjną kurtkę i ruszył w stronę radiowozu.

W GPS-ie wpisał nazwę parku miejskiego.

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI: Dwie twarze

 

Adam wcisnął guzik domofonu obok numeru 14, w głośniku zabrzmiało skrzeczące: Właź. Następnie drzwi otworzyły się ze stuknięciem. Mężczyzna wraz z towarzyszką wspięli się stromymi schodami starego budownictwa na trzecie piętro, po drodze mijając klatki schodowe pełne bohomazów na ścianach. Adam stanął przed brązowymi drzwiami ze sklejki i bez pukania nacisnął na klamkę. W korytarzu unosił się zapach prażonego popcornu i piwa. „ No tak, przecież dzisiaj mecz” pomyślał. Nawet nauczyciel musi się czasem wyluzować.

Nagle jak spod ziemi wyrósł przed ich oczami Michał. Był zupełnym przeciwieństwem Adama, mimo to był dla niego jak brat, którego stracił 10 lat temu, w dość niewyjaśnionych okolicznościach. Niski brunet z wyraźną nadwagą, lecz jego twarz mówiła: zaprzyjaźnij się ze mną. Michał od zawsze miał tę umiejętność, której jego przyjaciel nie mógł w sobie odnaleźć. Ludzie do niego lgnęli. Nie wiedział, dlaczego, nie był ani specjalnie zabawny, ani przystojny, a inteligencją w czasach szkolnych niewiele można zdziałać.

- O proszę, cóż za piękna kobieta. Nie pomyślałbym, że kiedyś taką mi przyprowadzisz – powiedział Michał z rozbrajającym uśmiechem.

- Monika – przedstawiła się dziewczyna – miło mi. Adam dużo mi o tobie opowiadał.

Mężczyzna spojrzał na swoją rozmówczynię zdziwionymi oczami.

- Dużo opowiadał? Przecież on prawie w ogóle się nie odzywa, chyba, że coś się zmieniło przez ten tydzień, kiedy się nie widzieliśmy – powiedział.

- Hej, ja też tu jestem – zawołał Adam

- Widzę – Michał podał mu rękę – To jak stary, już coś planowałeś co robimy na twoje urodziny? – spytał.

- Teraz to nie jest istotne …

Michał nie dał mu skończyć.

- Jak nie, jak tak. Przecież to już w poniedziałek, myślałem, że zrobimy coś razem w ten weekend, ale widzę że masz lepszą zabawę - spojrzał na Monikę.

- To sprawa życia i śmierci – powiedział najpoważniej jak potrafił Adam.

- No dobra, to skoro tak, to zapraszam – pokazał im salon – Podać coś do picia?

- Poproszę wodę – powiedziała Monika

Gospodarz poszedł do kuchni i usłyszał krzyk Adama:

- Proszę Cię, potraktuj mnie poważnie chociaż raz, to naprawdę ważne.

- Już idę – odkrzyknął.

Przyniósł przynosząc wodę dla Moniki, a dla siebie zimnego Calsberga. Otworzył puszkę i powiedział:

- Więc w czym rzecz?

Adam zaczął opowieść:

- Siedziałem na stacji kolejowej i czekałem na pociąg, kiedy na stacje weszło dwóch kolesi, jeden z nich dał mi coś i powiedział…

- Wziąłeś coś od obcego człowieka? Cholera, z tobą jak z dzieckiem. – powiedział Michał.

- To samo mu mówiłam – zgodziła się Monika.

Adam, zgubił wątek, więc od razu przeszedł do rzeczy.

- Wskazówki zaprowadziły nas do hurtowni materiałów chemicznych gdzie dostaliśmy to – powiedział Adam i wyciągnął z kieszeni butelkę z kwasem i metalowy pojemnik – to za to znaleźliśmy w skrytce na poczcie, myślę, że to może być nierdzewna stal, a w środku jest śniedź.

Oczy Michała z miejsca zrobiły się ogromne:

- To nie jest stal nierdzewna – powiedział – to platyna.

Odkręcił pojemnik i zobaczył śniedź, rzucił okiem na butelkę i cały plan zaczął układać mu się w całość.

- Kwas fluorowodorowy – mruknął pod nosem – usuwa osady z metali, nie topi tylko złota i platyny.

- Tylko co teraz z tym zrobić? – spytał Adam

Michał odkręcił platynowy pojemnik, spojrzał na śniedź, po czym wlał całą zawartość butelki do rurki. Zakręcił go szczelnie i zaczął szybko potrząsać, po chwili potrząsania otworzył pojemnik. Spod śniedzi zaczęły pojawiać się napisy.

 

* * *

- Olaf, do nogi! Co ty robisz piesku? – krzyknęła starsza kobieta, do brzydkiego kundelka grzebiącego łapkami w gęstej trawie. Olaf nie przychodził.

Kobieta szybkimi krokami przeszła przez parkową ścieżkę. Spojrzała na pieska. – Zostaw to!!! – wrzasnęła bez opamiętania. W nieskoszonej przez całe lato trawie leżał mężczyzna w garniturze z raną postrzałową w klatce piersiowej, a Olaf ciągnął go za bezwładną rękę.

* * *

 

Sygnał telefonu rozległ się w kieszeni komisarza:

- Inspektorze, w parku miejskim znaleziono zwłoki mężczyzny z raną postrzałową. Zawiadomiłem już policję wojewódzką, mają przysłać nam wsparcie. Nie miał przy sobie dokumentów, nie mamy też żadnego punktu zaczepienia – powiedział głos w słuchawce

- Jestem w drodze i wydaje mi się, że wiem o co chodzi – odpowiedział pewnie komisarz – nie kłamał, tylko 5 minut dzieliło go od dojazdu do parku. „Oby to nie był nasz zaginiony”

 

Inspektor Braciak dojechał do parku miejskiego, od razu spostrzegł grupkę policjantów wpatrujących się w trawę.

- Miał przy sobie telefon? – spytał komisarz.

Funkcjonariusze byli zdziwieni pytaniem. Zazwyczaj pyta się o inne sprawy przyjeżdżając na miejsce zbrodni.

- Nie znaleźliśmy przy nim nic – powiedział młody policjant.

Komisarz pochylił się nad ciałem, zamordowany mężczyzna miał około 50 lat, ubrany był w elegancki garnitur, który jednak rozpięty był na klatce piersiowej. Spod niej widoczna była biała koszula, na której widniał okrągły czerwony ślad, przypalony na krawędziach.

- Strzał z bliskiej odległości, wygląda na jakąś egzekucje, może to mafia – mówił na głos, ale jakby do siebie Braciak.

Nagle odezwał się sygnał lokalizatora, z którego korzystał mobilnie.

- Cholera – krzyknął komisarz, spoglądając na ekran swojego smartfona. Zaginiony, a być może i nasz morderca był dwie przecznice stąd i właśnie korzystał z telefonu. Komisarz skierował się do samochodu.

 

- Co tam piszę? Pokaż! – aż zakrzyknął Adam usiłując zajrzeć przez ramię do pojemnika. Nagle zadzwonił jego telefon. Na ekranie widniało tylko jedno słowo: zastrzeżony. Nie lubił rozmawiać przez telefon, tym bardziej kiedy dzwoniły do niego osoby których nie znał. Szybko odrzucił połączenie, miał teraz ważniejsze rzeczy na głowie.

Adam wyrwał przyjacielowi pojemnik z ręki, po czym usiłował włożyć do niego dłoń.

- Przestań!- krzyknął na niego Michał.

Adam zatrzymał dłoń, przed otworem pojemnika.

- Jak włożysz tam rękę, to możesz się z nią pożegnać – powiedział ostrzegawczo- Kwas fluorowodorowy jest silnie żrący, jedno dotknięcie go palcem spowoduje bolesne oparzenia, które mogą sięgnąć samej kości.

Adam posłusznie wycofał dłoń i odstawił pojemnik na stół. Widać było, że złapał już bakcyla. Nic nie przeszkodziłoby mu teraz przerwać tej mrocznej zabawy w detektywa, nawet wyjące za oknem syreny policyjnego samochodu.

 

Monika spojrzała przez okno, wszystko wskazywało na to, że opasły policjant zmierza właśnie do mieszkania Michała.

- Musimy uciekać – wrzasnęła przestraszona.

- Może zostaniecie i wytłumaczycie temu policjantowi, o co chodzi, że to wszystko wydarzyło się przez przypadek? – spytał Michał

Adam spojrzał zdenerwowanym wzrokiem na przyjaciela:

- Monika ma rację, to już zaszło za daleko musimy uciekać. Jest tu jakieś drugie wyjście? – spytał.

- Są schody pożarowe, tylko musielibyście wyjść przez okno, biegną po zewnętrznej stronie budynku.

Adam mocno zakręcił platynowy pojemnik i szybko schował go do kieszeni, następnie chwycił Monikę za rękę i gwałtownie pociągnął w stronę zasuwanego okna kuchennego. Mężczyzna wyszedł pierwszy, potem pomógł znajomej przedostać się na kładkę prowadzącą do schodów. Kiedy Monika zmierzała już w stronę blaszanych schodów, Adam cofnął się jeszcze do okna i powiedział do przyjaciela:

- Dzięki za wszystko i pamiętaj, nie było nas tu.

Para szybko zbiegła po schodach i skierowała się w stronę lasu. Uznali, że będzie to najlepsze miejsce do ukrycia się.

 

Andrzej Braciak po trudach pokonał wreszcie trzy klatki schodowe, wszedł bez pukania do domu Michała.

- Dostałem sygnał, że w tym mieszkaniu ukrywa się zaginiony przestępca – powiedział przerywanym astmatycznym głosem.

- Nikogo tu niema, poza mną – powiedział spokojnie mężczyzna siedzący na kanapie i popijający spokojnie piwo – dochodzi dwudziesta, chce pan obejrzeć ze mną mecz? – spytał.

- Gdzie jest ten człowiek? – spytał inspektor – wiem, że tu był.

- Dobra, dobra. Poszedł tędy – powiedział Michał wskazując kuchenne okno i wewnętrzne schody.

Komisarz spojrzał przez okno, wycofał się do drzwi wejściowych i wyszedł klasyczną drogą nie odzywając się nic do właściciela mieszkania.

 

„Nie tak to miało wyglądać, to trochę zbyt niebezpieczne” pomyślał skonfundowany Michał „ Umawialiśmy się na coś innego” Po czym spokojnie wstał z kanapy i otworzył drugie piwo.

 

Elegancki mężczyzna otworzył drzwi prowadzące do budynku dworca kolejowego. Rozejrzał się wokół, na dworcu nie było nikogo, również okienko, w którym jak zwykle powinna być kasjerka było zamknięte. Mężczyzna szybkim krokiem podążył do drzwi na zaplecze. Był to mały pokoik, obecnie cuchnący dymem papierosowym i kwaśnym zapachem kawy. Po lewej stronie były drzwi do toalety, a na wprost drzwi ewakuacyjne prowadzące na zewnątrz. Szare drzwi z zieloną naklejką przedstawiającą piktogram biegnącego człowieka, były uchylone. Można było podejrzewać, że ktoś tędy wychodził, jedyną osobą, która mogła to zrobić była kasjerka.

Mężczyzna usiadł na krześle przy ekspresie do kawy i postanowił na nią poczekać. Drzwi ewakuacyjne otworzyły się, a po chwili znów zamknęły, klucz zachrzęszczał w zamku.

- Kim jesteś? – spytał kasjerka, z lekką dozą przerażenia, patrząc na oparcie krzesła i czarno siwą czuprynę.

Mężczyzna bez odwracania się odpowiedział:

- Dobry wieczór, Barbaro, myślę, że już wiesz kim jestem.

Kobieta otworzyła oczy z przerażenia, doskonale znała ten głos, może włosy mężczyzny pokryły się siwizną, jednak jego głos, który tak często słyszała nie uległ żadnej zmianie.

- Gruda… - powiedziała jakby z przerażeniem – Ile to już lat?

- Co ile lat? Ile lat muszę ukrywać się przed policją? Czy może ile lat policja ukrywa Ciebie? Pięć. Pięć pierdolonych lat. – wrzasnął opętańczo.

Kasjerka wzdrygnęła się.

- Nie rozumiem, przecież Cię nie wydałam…, Ciebie jedynego..

- Bo trzymałem nasze pieniądze i towar. To był jedyny powód. – odpowiedział już spokojnie elegant zwany Grudą.

- Dobrze wiesz, że nie chodziło tylko o to – powiedziała kasjerka.

- Przestań pierdzielić głupoty, mieliśmy się więcej nie zobaczyć, ale mój kumpel – zawahał się mężczyzna – mój były kumpel – dodał – spierdolił robotę.

Zastopował na chwilę swoją wypowiedź, oblizał usta i kontynuował:

- No więc, rozmawialiśmy o pewnych tantiemach, za Twoją lojalność, miałaś dostać pewne wskazówki.

- Nikt się nie pojawił, zgłaszałam to – przypomniała mu kobieta.

Gruda przewrócił oczami:

- To czy się pojawił, to kwestia względna. Można powiedzieć, że ktoś nie pożądany przejął twoją zabawę. Chciałem dać Ci pół tego co udało nam się zarobić, plus towar za drugie tyle. Mogłabyś wyemigrować gdzie tylko byś chciała – mówił elegant głosem, który w ogóle do niego nie pasował, był miękki i głęboki.

- Z tobą… - powiedziała z wahaniem kasjerka.

Gruda zaśmiał się dość głośno i przerażająco:

- Dobre sobie – powiedział jak szaleniec – Nie ma już Grudy jakiego znałaś, mam rodzinę, inne dane, a tu nikt mnie nie zna. Dziwię się, że przez tyle lat nie spotkaliśmy się w tym zapyziałym miasteczku. A teraz spotykamy się po pięciu latach po raz ostatni w życiu, przynajmniej Twoim – powiedział z nienaturalnym uśmiechem, wyciągając zza paska glocka, kaliber 19mm.

Mogła się tego spodziewać. Rzuciła się do drzwi ewakuacyjnych, obok szafek pracowniczych, lecz Gruda nie wystrzelił. Chciał to zrobić powoli, tak jak zastrzelił kumpla w parku.

„ Głupia, zamknęłam drzwi na klucz, a klucz leży na stoliku” pomyślała, po czym kucnęła między drzwiami a rzędem starych blaszanych szafek, przypominających wyglądem te z podrzędnych licealnych korytarzy.

 

Dochodziła godzina 21:00, na dworze było zupełnie cicho, a stacja kolejowa oraz jej okolice wypełniała pustka, tak gęsta, że strzał z pistoletu przestraszył jedynie siedzące na gałęziach kruki, za dnia czyhające na odpadki wyrzucane przez podróżnych.

Nagle drzwi stacji kolejowej otworzyły się, co zakłóciło ciszę, która znów trwała w najlepsze po tym jak przestraszone ptactwo rzuciło się do ucieczki.

Ze stacji wyszła postać. Ruszyła w stronę parkingu, na którym stały tylko dwa samochody. Co najmniej 15 letni, opel corsa w kolorze zgniłego błota. Postronna osoba widząc samochód w takim kolorze, pomyślałaby: „Hmm, wspaniałe zagranie, przynajmniej nie będzie widać ewentualnej rdzy”

Obok zaparkowane było zupełne przeciwieństwo, ekskluzywny mercedes, który wyglądał jakby dopiero kilka minut temu opuścił salon sprzedaży.

Postać ruszyła do drugiego samochodu, otworzyła drzwi i usiadła w pokrytym skórą, fotelu kierowcy.

„ No skurwysynu, teraz tylko trzeba dorwać Ciebie i przejąć notatkę” pomyślała postać przeczesując ręką włosy w kolorze burgundu. Pomalowany paznokieć wcisnął guzik z napisem START, a czarny kozak na lekkim obcasie przydusił z całej siły pedał gazu. Samochód ruszył z piskiem opon, w nieznanym nikomu kierunku.

 

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY: Zawodny sprzęt

 

Michał otrzeźwił swój umysł, polewając się zimną wodą. Czy to na pewno była prawda? To co się wydarzyło. Czy właśnie z jego mieszkania wybiegł, a raczej wytoczył się policjant, poszukujący jego najlepszego przyjaciela z dzieciństwa, który to miał tak niebezpieczną substancję, mogącą jedną kroplą wypalić dłoń do samej kości. Kto pozwolił na coś takiego temu debilowi.

- Muszę do nich zadzwonić – pomyślał, wycierając głowę w ręcznik.

Jednak szybko porzucił ten pomysł. Słysząc gwizdek arbitra w salonie. Zaczął się mecz jego ulubionej drużyny.

 

Adam i Monika wreszcie przestali biec. Serce mężczyzny biło tak mocno, że niemal wyrywało się z piersi. Zamiast przejmować się zaistniałą sytuacją, myślał tylko o tym, czy jego puls nie jest za wysoki. Był cały czerwony na twarzy, a nogi trzęsły mu się, jak osika na wietrze. Zawsze reagował tak na sytuacje stresowe, często też bolał go brzuch, chyba że akurat nic nie zjadł, a dzisiejszego dnia nie jadł od przerwy obiadowej o 15:00.

Dlaczego jego głowę zaprzątały właśnie takie myśli, zamiast tego co było naprawdę ważne? Zawsze próbował bagatelizować sytuacje, nie przejmując się niczym poważnym. „Jakoś to będzie” brzmiało chyba, jego życiowe motto, i o dziwo zawsze jakoś to było. Kiedy potrzebował pieniędzy w dzieciństwie, zawsze z niezapowiedzianą wizytą przyjeżdżał wujek z drugiego końca kraju, albo znajdywał większy nominał na chodniku. Jak to mówią: Głupi ma szczęście. Rzadko był stateczny, ostatni raz kiedy próbował taki być, zdarzył się na jego maturze. Mógł podejść do niej mniej zasadniczo, może wtedy by zdał.

 

- Tutaj – krzyknęła Monika, ciągnąc go za rękę. Jego oczom ukazały się gęste krzewy a wśród nich jakby na prędce zbita ławka.

„No tak” pomyślał „ pewnie jakieś miejsce spotkań, zakochanych”

Ostatnio na prawdziwej randce był w wieku dwudziestu pięciu lat, prawie siedem lat temu, a to był już zbyt dojrzały wiek, żeby pić piwo na ławce skrytej w krzewach dzikiej róży na skraju drogi prowadzące do lasu.

Obok ławki porozrzucane były różnego rodzaju butelki po alkoholach. Królowały piwa, jednak uważny obserwator dostrzegłby też plastikowe pojemniki po winach różnej maści, których cena nie przekraczała 10 zł. To wskazywał na fakt, że nie tylko nastolatki lubiły to miejsce.

 

Adam zdyszany usiadł na ławce, ledwo łapiąc oddech.

- Dawno się tak, nie zmęczyłem – powiedział do Moniki która zajęła miejsce bardzo blisko niego. Dziewczyna nie była zmęczona, nawet nie wykazywała takich oznak, choć przebiegli tempem biegacza ponad kilometr.

- Nie wiem co tu się dzieje, ani w co się wplątaliśmy – zaczęła nie kryjąc powagi – ale czuję, że muszę cię chronić i przejść przez to z tobą. Powiedziała kładąc mu rękę na kolanie spranych jeansowych spodni.

Adam nie mógł zrozumieć, jak kobieta, niższa od niego o głowę może go ochronić. Może była o wiele mądrzejsza, tego nie dało się ukryć, ale ciągle była to tylko drobna, łatwa do zranienia istotka i to on powinien chronić ją. Mężczyzna spojrzał na nią zdziwionymi oczyma i położył na jej dłoni swoją, z okropnie długimi palcami. Zawsze śmiał się, że ma cztery paliczki, a nie trzy jak normalny człowiek. Jej ręka był lodowata.

- Rozumiesz? – spytała patrząc na niego pobłażliwie – może niedługo zrozumiesz – powiedziała i pocałowała go w usta.

Nic wielkiego, po prostu zwykły buziak, lecz na tyle znaczący, aby Adam zaczął trzeźwo myśleć.

- Puszka! – wykrzyknął, ściskając jej dłoń tak mocno, że twarz kobiety wykrzywiła się w grymasie bólu. Sam nie panował nad swoimi odruchami w przypływie emocji. Włożył dłoń do kieszeni skórzanej kurtki i wyciągnął z niej platynową puszkę. Monika roztasowywała właśnie zbolałą dłoń, a jej mina zdawała się mówić: „ W kim ja ulokowałam swoje uczucia”

- Latarka! – krzyknął znowu, zaczął przypominać gracza w kalambury próbującego zgadnąć jakie hasło jest właśnie rysowane na tablicy.

Monika przewróciła oczami. Adam zachowywał się jakby to co się przed chwilą wydarzyło nic dla niego nie znaczyło.

- Masz latarkę? – spytał podekscytowany.

- Nie mam – odpowiedziała, nie miała przy sobie nawet torebki. Po prostu nie zwykła nosić jej do pracy, a nawet gdyby ją miała nie znalazła by w niej latarki.

Była zupełnie inna niż reszta kobiet. Rzeczy które nosiła przy sobie musiały być jej potrzebne. Nie miała w kieszeni pełnego zestawu kluczy francuskich „ na wszelki wypadek” jak to zwykły robić miliony kobiet na tej planecie.

- A komórkę masz? – spytał z oczywistością w głosie, lecz ponownie usłyszał zaprzeczenie.

- Nie masz komórki? Cholera, a myślałem, że już nie ma takich ludzi.

Monika uśmiechnęła się krzywo, choć jej oczy nie wykazywały odrobiny radości.

Mężczyzna sięgnął do kieszeni kurtki i wyciągnął z niej smartfon.

- Działaj, no działaj – powtarzał pod nosem. I zadziałał, na wyświetlaczu mrugała czerwona ikona baterii z napisem 3% i złowrogim komunikatem: Podłącz urządzenie do gniazda sieciowego, aby zapobiec wyłączeniu.

Adam śpiesznie zaświecił do wnętrza puszki ekranem telefonu, lecz po kilku sekundach, ekran zupełnie zgasł.

- Co tam było? Zauważyłeś? – pytała Monika nie kryjąc ciekawości.

- Tak, ale nic nie rozumiem – odparł.

Nie rozumienie, nie było wcale wyczynem w jego życiu. Nie świecił inteligencją, a nawet zwykłą ludzką życiową mądrością. Przerastały go najprostsze zadania, typu: zadzwoń do kogoś, kogo nie znasz od milionów lat. Nie bał się dzwonić tylko do trzech osób: Matki, Michała i kiedyś jeszcze swojego brata Jacka, zanim ten zaginął w niewyjaśnionych okolicznościach. Może dlatego trochę ucieszył go fakt, że Monika nie miała telefonu komórkowego i nie będzie musiał do niej dzwonić, pewnie na tą myśl również sparaliżowałby go strach.

- Na dnie puszki było napisane: Wolfgang von Schultz, 1891 – 1945 – powiedział Adam licząc na to, że chociaż Monice uda się rozwikłać zagadkę.

- Nie jestem alfą i omegą, ale mogę się domyślać, że to daty urodzin i śmierci – powiedziała z uśmiechem na ustach Monika.

- Cmentarz? Czy może pomnik? Albo jeszcze jakiś pamiątkowy budynek? Jak myślisz? – Spytał

Zawahała się nad odpowiedzią. Nie mieszkała w tym mieście na tyle długo, aby poznać wszystkie jego sekrety.

- Wiem, że te tereny należały do Niemców. Mogą być tu zarówno pomniki z tamtych czasów jak i część cmentarza poświęcona niemieckim mieszkańcom miasta. – powiedziała

- Cholera, co teraz robić? – mruknął Adam

Monika uśmiechnęła się, jakby właśnie zapaliła jej się nad głową lampka, świadcząca o genialnym pomyśle.

- Muffin Cafe – powiedziała z przekonaniem dziewczyna.

Adam spojrzał na nią ze zdziwieniem. „Na kawę możemy pójść, jeśli się z tego wywiniemy”

- Nie rozumiesz? – spytała

Adam ze wstydem pokręcił głową.

- Chodź – załapała go za rękę mówiąc – w Muffin Cafe mają multimedialne ekrany. Coś jakby tablety wmontowane w stolik z wifi. Sprawdzimy w Internecie to nazwisko, może to da jakieś wyniki – wytłumaczyła mu jak małemu dziecku.

Co by zrobił, gdyby nie ona? Wolał o tym nie myśleć. Pewnie leżałby już martwy. Wierzył w to, że razem uda im się osiągnąć sukces, nawet w tak trudnej sprawie.

Zacisnął swoją dłoń na jej ciągle lodowatej ręce i ruszyli do kawiarni.

 

Andrzej Braciak po wyjściu z mieszkania zatrzymał się niezadowolony przy radiowozie, Wydawało mu się, że z ciemnego listopadowego nieba leci lekka mżawka. Nic nie układało mu się tak jak chciał. Jak teraz znajdzie zabójcę elegancika z parku, nie wiedząc dokąd zbiegł. Wyciągnął z kieszeni cukierka, odpakował go i włożył do ust. Potrzebował dawki cukru, aby w miarę trzeźwo myśleć. Już chciał wyrzucić papierek na chodnik przy radiowozie, kiedy po drugiej stronie ulicy zauważył zielony metalowy śmietnik. Ruszył w jego kierunku. Pod światłem lampy stojącej obok śmietnika widać było kropelki deszczu. Kiedy powoli człapał do krawężnika, znikąd pojawił się samochód. Czarny, jakby pochodził wprost z piekieł. Kierowca nie znał chyba podstawowych zasad ruchu drogowego. Gdyby był ich świadomy wiedziałby, że należy jeździć z włączonymi lampami. Braciak mimo swojego opasłego brzuszyska miał jeszcze odrobinę refleksu i to właśnie ten pierwotny instynkt pozwolił mu nie skończyć jako mokra plama na jezdni. Nie przeżyłby potrącenia przez samochód jadący co najmniej 120km/h z wyłączonymi światłami. Uskoczył w ostatnim momencie, zakręciło nim jak bączkiem i stanął w kierunku odjazdu samochodu. Pośpiesznie wyciągnął z wewnętrznej kieszeni policyjnej kurtki kołonotatnik z przytwierdzonym do niego na stałe długopisem i zapisał numery rejestracyjne auta, które były widoczne w świetle lampy, gdzie o mały włos nie skończył swojego żywota.

Natychmiast ruszył do radiowozu i wklepał numery samochodu do policyjnej bazy danych, którą miał w laptopie. Okazało się, że był to Mercedes z tego roku, należący do mężczyzny, biznesmena, nigdy nie notowanego w policyjnych aktach. Siedział tak parę minut obsługując najnowszy mobilny system z całą bazą danych dostępną chmurze, kiedy na ekranie pojawił się komunikat.

„Pojazd posiada funkcję GPS. Aktywować?”

A na dole były dwa przyciski: zielone TAK i czerwone NIE. Komisarz natychmiast wcisnął TAK. Co prawda samochód odjechał już jakieś 15 minut temu, jednak Braciak zawsze mógł go zaskoczyć. Na ekranie pojawiła się plamka na mapie miasta, która zmierzała w kierunku południowo wschodnim. Spojrzał też z ciekawości na program lokalizujący telefony, lecz aparat „zaginionego”, a i potencjalnego mordercy milczał. Teraz nie zaprzątał sobie tym głowy, miał inną misję. Musiał złapać podejrzany, nieoświetlony pojazd.

Komisarz uruchomił silnik i ruszył za samochodem, nie włączając syren. Już raz w ten sposób spłoszył zdobycz, nie zrobi tego po raz kolejny.

 

Czarny Mercedes pędził przez miasto nie zważając na znaki czy inne samochody. Za jego kierownicą siedziała kasjerka, Grażyna Wąsiak, pałająca rządzą zemsty do Grudy, który zapewne nadal leżał martwy na zapleczu kasy biletowej. Podróżni zaczną zjawiać się na stacji dopiero koło 21:30. Ma jeszcze pół godziny zanim odpowiednie służby zaczną interesować się sprawą.

Zwolniła do normalnej prędkości i otworzyła laptopa leżącego na siedzeniu pasażera. Należał do Grudy, lecz liczyła na to, że znajdzie w nim jakieś wskazówki.

- No super, chciał mnie śledzić! – warknęła, lecz po chwili jej usta zastygły w przerażającym uśmiechu.

- Przecież skoro chciał śledzić mnie – mówiła dalej sama do siebie – to ja teraz mogę śledzić tego złodzieja.

Na ekranie laptopa po jego otwarciu pojawił się program podający lokalizację platynowej puszki. Nie w czasie rzeczywistym, lecz ostatnią zarejestrowaną przez satelitę. „ Gruda czasem potrafił pomyśleć” Tylko teraz aplikacja pokazywała pole na mapie, bez nazwy. Kasjerka wiedziała już, że chodzi o las, tylko to znajdywało się w zaznaczonym miejscu.

 

 

- Nigdy w życiu nie widziałem takich urządzeń – powiedział Adam, kiedy wraz z Moniką zasiedli do pulpitu z otwartą już przeglądarką.

Monika spojrzała na niego, po czym ze spokojem powiedziała:

- Bo siedzisz na tej stacji, dobre sześć godzin, co sobotę i rzadko gdziekolwiek wychodzisz. Od trzech miesięcy, kiedy tam pracuję, ty tylko raz poszedłeś kupić kawę na wynos.

Adam zaczerwienił się ze wstydu, ta kobieta tak dobrze go znała, mimo, że jeszcze kilka godzin temu nie zamienili ze sobą ani słowa.

- Może mam jakiś powód dla którego siedzę właśnie tam – powiedział wpatrując się w nieruchomy jeszcze pulpit.

Monika poklepała go po plecach jak dobra przyjaciółka.

- Nie czytam w myślach – powiedziała – ale gdybyś zaprosił mnie na randkę, na pewno bym nie odmówiła.

- Umówisz się ze mną? – spytał, dalej nie spoglądając na jej twarz.

- Kiedy tylko wszystko dobrze się skończy – odpowiedziała – Pokaż tę puszkę.

Adam przejrzał kieszenie.

-Cholera, nie mam jej! – powiedział z przerażeniem – na szczęście pamiętam co było napisane na dnie.

- Boże, wiesz ile to było pieniędzy? – dodał z niekłamanym żalem po stracie – platynowy pojemnik…

Monika nie chciała się już odzywać na ten temat.

- Wpisuj – rozkazała Adamowi.

Pomylił się dwa razy, jednak natychmiast poprawił pomyłkę.

Już na pierwszej stronie widniało:

Wolfgang von Shultz (1891-1945) założyciel pierwszego koła łowieckiego w mieście. Zmarł w wyniku ran odniesionych na polowaniu. Grobowiec rodziny von Shultz znajduje się na cmentarzu miejskim.

 

Adam chwycił serwetkę, wyszukał mapkę cmentarza i nieudolnie odrysował jak dojść do grobowca rodziny von Shultz tak, że tylko on mógł odczytać swoje bohomazy.

 

 

Czarny Mercedes zatrzymał się przy czerwono białej barierce obok lasu. Z auta wyłoniła się Grażyna Wąsiak i szybkim krokiem podążyła do wyznaczonego przez program miejsca, w którym powinna znajdować się puszka. Z nieba padał coraz gęstszy deszcz, a powietrze zaczęło się nagle ochładzać. Kasjerka szła po leśnej ścieżce uważając, żeby nie wpaść w kałużę. Była pewna, że złodziej chcący ukraść jej pieniądze ukrywa się właśnie w tych okolicach. Była gotowa go zabić.

Nagle nieopodal jej stóp błysnęła srebrna puszka. Przejrzała dokładnie wszystkie krzewy dzikiej róży rosnące w okolicach przedmiotu. Nie zastała nic, poza pustą ławką. Chwyciła zakręconą szczelnie puszkę, którą obejrzała z każdej strony. Nie domyśliła się, że można zajrzeć do jej środka.

- Kurwa! – wrzasnęła na całe gardło rzucając puszką w krzaki. Nie ma ochoty grać w gry, które wymyślał Gruda. Zawsze był tajemniczy, ale teraz przerósł sam siebie.

Od razu wpadła na kolejny pomysł odzyskania swoich należności.

Pobiegła do samochodu.

 

Andrzej Braciak siedział w radiowozie, około 300 metrów od Mercedesa. Zaparkował w takim miejscu aby bez problemu obserwować samochód, ale samemu nie być dostrzeżonym. Przez otwartą szybę nie mógł nie usłyszeć głośnego przekleństwa dobiegającego z lasu. Po chwili ujrzał postać, po głosie jaki słyszał, założyłby się że to kobieta, jednak widząc jej sylwetkę w ciemności, nie mógł tego jednoznacznie stwierdzić.

Postać nie widząc wzroku komisarza wsiadła do samochodu, mocno trzaskając drzwiami, ruszyła z piskiem opon.

„ Ciebie jeszcze znajdę” pomyślał Braciak, spoglądając na laptop „teraz muszę zobaczyć na co się tak darłaś”.

Wysiadł z radiowozu i powoli poczłapał do lasu, moknąc. Patrząc na alejkę wiedział już na pewno, że szła tędy kobieta. W błocie pojawiły się wyraźne, świeże ślady kwadratowych obcasów, które musiała mieć na nogach. Ślady urywały się nagle na polanie porośniętej dookoła krzewami dzikiej róży. Wszystko wydawało się nie mieć żadnego sensu. Komisarz nie mógł uwierzyć, że kobieta pędziła na złamanie karku, łamiąc przy tym setki przepisów ruchu drogowego, aby pokrzyczeć sobie w lesie. Stał w deszczu zastanawiając się o co chodzi.

 

Mężczyzna skulony w krzakach z ukrycia spoglądał na grubego policjanta. Wiedział, że jeśli zaraz czegoś nie zrobi, jego cały misterny plan legnie w gruzach. Puszka leżała obok jego stóp. Odkręcił wieczko, aby funkcjonariusz nie popełnił takiego samego błędu jak kasjerka i pchnął pojemnik, który zatulał się pod nogi Braciaka i uderzył go w pięty skryte w taktycznych butach. Policjant odwrócił się ze zdziwieniem.

„Plan wykonany” pomyślał mężczyzna.

 

Andrzej Braciak przeraził się. Czy to tutaj leżało? Pomyślał, że w tych ciemnościach mógł wszystkiego nie zauważyć. Podniósł puszkę, schylając się z wysiłkiem. Nie wyglądała jak zwykła aluminiowa puszka po piwie, albo napojach gazowanych. Na pewno ważyła dużo więcej. Komisarz obejrzał ją dokładnie z każdej strony, a następnie usiłował włożyć dłoń w okrągły otwór, jednak jego palce okazały się za grube. Wyciągnął więc zza paska latarkę policyjną i zaświecił do środka. Na dnie puszki ukazał się wygrawerowany napis: Wolfgang von Shultz 1891-1945

Braciak nic nie rozumiał, wziął puszkę ze sobą i ruszył do radiowozu, aby w cieple przemyśleć to co go spotkało.

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY: Siła wyższa

 

- Ile można?! – krzyknął nastolatek w czapce z dużym daszkiem, pukając w ladę kasy biletowej. Był pierwszy w kolejce ciągnącej się, aż do drzwi wejściowych niewielkiej stacji kolejowej.

- Panie, ja mam za 15 minut pociąg – powiedziała stojąca za nim starsza kobieta – idź pan tam, zobaczyć co się dzieje.

Nastolatek jeszcze raz nerwowo zapukał. Tym razem w szybę, lecz nadal nikt nie dawał znaku życia. Dochodziła już godzina 21:20, za piętnaście minut miały odjechać dwa pociągi.

Nastolatek wreszcie wrzasnął:

- Idę tam!

Przeszedł do drzwi obok z naklejką: Nieupoważnionym wstęp wzbroniony. O dziwo drzwi były otwarte, popchnął je i wszedł do środka. Nagle wszyscy czekający w kolejce usłyszeli głośny wysoki pisk. Jakby wydany przez dziewczynkę, która właśnie zobaczyła pająka na ścianie obok swojego łóżeczka. Z zaplecza wybiegł nastolatek, czerwony na twarzy i trzęsącym się głosem wydukał:

- Taaam… jest trup… - po czym padł jak długi na podłogę.

Parę osób podbiegło mu pomóc, kiedy kobieta w centkowanym futrze dzwoniła po policję.

 

Nie minęło więcej niż dziesięć minut, kiedy pod budynek stacji podjechały trzy czarne furgonetki z ciemnymi szybami.

Z pierwszego samochodu wysiadł gładko ogolony mężczyzna w garniturze, miał około czterdziestu pięciu lat.

- Wy z tyłu, a wy chodźcie ze mną – powiedział głośno, gestykulując rękami jak policjant na skrzyżowaniu, do mężczyzn w kominiarkach, którzy wyłonili się z pozostałych dwóch samochodów. Każdy z nich miał na klatce piersiowej kevlarową kamizelkę kuloodporną z białym napisem na plecach: CBŚ.

Grupa agentów weszła do budynku, wyglądało to niczym początek gry Counter Strike, dali znak dowodzącemu, który wszedł za nimi.

- Czesław Przyducki, Centralne Biuro Śledcze. – Przedstawił się mężczyzna w garniturze, podnosząc do góry identyfikator, tak aby każdy mógł go zobaczyć – Kto telefonował? – spytał głośno.

Kobieta w centkowanym futrze podniosła ręke z koszmarnie długimi tipsami.

- Idźcie ją przesłuchać – rozkazał parze agentów.

Na stacji dało się słyszeć różne głosy czekających podróżnych.

- Gdzieś ty kobieto dzwoniła? – powiedział ochryple staruszek z laską.

- A kto nam sprzeda bilety? – spytał ktoś inny z tłumu.

- Kto znalazł ciało? – Krzyknął pytająco Czesław Przyducki uspokajając na chwilę rozkrzyczany tłum.

Prawie wszyscy wyciągnęli palce wskazujące i pokazali na leżącego na ławce nastolatka, który dopiero co odzyskał przytomność.

- Zajmijcie się nim. – Powiedział do kilku agentów, którzy jeszcze przy nim stali.

Wydawało się, że miał władzę absolutną. Był swoistym Kim Dzong Unem Centralnego Biura Śledczego, albo przynajmniej swojego oddziału.

Nagle z drzwi prowadzących na zaplecze wyłoniła się twarz w kominiarce.

- Szefie – zabrzmiał głos – musi pan to zobaczyć.

Przyducki wiedział czego się spodziewać. Był pewien, że nie znajdzie tam zwłok należących do Grażyny Wąsiak, że ona pewnie już dawno wyjechała z miasta, a może i z kraju. Przy odpowiedniej prędkości w 2 godziny mogła by opuścić granicę, nie martwiąc się o kontrolę paszportową. Jednak coś w duszy podpowiadało mu, że tego nie zrobiła, a ofiar może być dużo więcej.

Doszedłszy do miejsca zbrodni spojrzał na denata i już wiedział.

Waldemar Grudzień, pseudonim Gruda, którego Barbara Sielska nie wydała, jako jedynego z całej zorganizowanej grupy przestępczej o charakterze zbrojnym handlującej narkotykami i zajmującej się porwaniami dla okupu.

- Trzeba skontaktować się z miejscową policją, być może Sielska jest jeszcze w mieście – powiedział.

Był pewien, że ona zabiła Grudę. Grudę, którego od pięciu lat bezskutecznie poszukiwali. Był także pewien, że co najmniej jeden z jego podwładnych nie wykonał powierzonego mu zadania. Ale tym zajmie się później. Teraz najważniejsze było znaleźć morderczynię, w jak najszybszym tempie.

 

 

Andrzej Braciak siedział w ciepłym fotelu nowiutkiego radiowozu marki KIA. Na laptopie leżącym obok wpisał nazwisko Wolfganga von Shultza. Co prawda, aby wpaść na tak spektakularny pomysł potrzebował aż dziesięciu minut rozmyślań. Może to przez cukier, który najwidoczniej osiągnął w jego organizmie poziom zerowy. Sięgnął do kieszeni policyjnej kurtki, ale nie znalazł już w niej ani jednego cukierka. Nie był zadowolony z takiego obrotu spraw, teraz powinien drzemać w najlepsze w masującym fotelu, zajadając kolejną porcję krokietów, które żona zapakowała mu do pracy. Niestety miał zwyczaj nie odkładania spraw na później. Szczególnie tak dziwnych spraw.

W przeglądarce ukazała mu się informacja:

„Grobowiec rodziny von Shultz znajduje się na cmentarzu miejskim”

Czy przedmiot, który miał w ręku przypominał coś wykonanego w 1945 roku lub wcześniej? Na pewno nie. Było to coś z tej dekady, a i może nawet z tego roku. Nie wiedział dlaczego, ale uznał, że musi pojechać na cmentarz i sprawdzić o co chodzi w tej chorej grze.

„ Wzywać wsparcie, zawsze wtedy kiedy uznasz to za konieczne” – pomyślał.

Przypomniała mu się zamierzchła informacja, której uczą w szkole policyjnej każdego młodego adepta.

Braciak wiedział, że była to bujda na resorach. Za każde wezwanie pomocy musiał tłumaczyć się u przełożonego. Teraz kiedy to on był komisarzem, chyba wolno mu było to zrobić. A jeśli skończy pod szefem wojewódzkiej policji? Nie, to na pewno nie mogło się stać. Wziął w grubą dłoń krótkofalówkę i krótkimi palcami przypominającymi serdelki nacisnął przycisk z boku urządzenia i powiedział:

- Tu W-116, Tu W-116 potrzebuje wsparcia, powtarzam potrzebuje wsparcia.

- Tu Przyducki z CBŚ – odezwał się robotyczny głos z drugiej strony eteru – przełączam się na satelitarny.

Rozległo się piszczenie. Braciak odłożył krótkofalówkę i z oczami wielkimi jak denka od butelek podniósł telefon satelitarny.

- Halo – odpowiedział jak gdyby odbierał telefon we własnym domu.

- Tu Czesław Przyducki, Centralne Biuro Śledcze – odezwał się rozmówca – Pan i pańscy policjanci musicie nam pomóc. Urządzamy obławę na Grażynę Wąsiak, kasjerkę ze stacji kolejowej objętą programem ochrony świadka koronnego. Kobieta niegdyś nazywała się Barbara Sielska – mówił ciągle monotonnym głosem – nadaliśmy jej nową tożsamość, aby uchronić ją przed gniewem członków grupy. Zamordowała dziś przynajmniej jednego mężczyznę, może być uzbrojona. Podaje rysopis: włosy bordowe, wzrost około 160cm, 52 lata. Jeśli ją pan zobaczy, proszę o natychmiastowy kontakt – zakończył swój monolog Przyducki.

- Przyjąłem. Zgłaszam że ją widziałem. – powiedział lekko przestraszonym głosem komisarz – w parku miejskim, porusza się czarnym mercedesem. Znalazłem też dziwną puszkę…

- Nie interesuje nas co pan znalazł, komisarzu Braciak – przerwał mu inspektor z CBŚ – proszę nie spuszczać jej z oka, tylko to powinno pana interesować. To rozkaz! – powiedział i rozłączył się.

„Gówno mi zrobią” pomyślał Braciak.

Gdyby dali mu skończyć dowiedzieliby się, że auto Sielskiej ma GPS, oraz że nie ma zamiaru jej śledzić.

Postanowił jednak zajrzeć do laptopa i sprawdzić gdzie teraz jest. Otworzył szarą pokrywę, jednak ekran nie zaświecił się. Laptop był rozładowany. Braciak nawet nie zauważył w jakim stanie jest pasek baterii, kiedy wyszukiwał nazwisko z puszki. Teraz jedynym jego tropem miał być cmentarz. Musiał teraz tam pojechać, tak mówiło mu przeczucie.

Po drodze postanowił jeszcze wpaść na hamburgera do pobliskiego baru. Weźmie na wynos i zje po drodze. Skoro może to być jego ostatni dzień życia nie mógł go zakończyć z pustym żołądkiem. Poklepał się po grubym brzuchu i odpalił silnik radiowozu.

 

- Jesteś strasznie tajemnicza – powiedział Adam do Moniki, podczas drogi na cmentarz. Mieli do przejścia dwa kilometry, była to więc idealna okazja, aby porozmawiać.

Monika nie odezwała się. Jakby zapatrzona szła przed siebie, jednak mężczyzna poczuł, że jej ręka którą trzymał robi się coraz cieplejsza.

- Opowiedz mi coś o sobie – powiedział miłym głosem- Cokolwiek, nawet jakieś nieistotne szczegóły.

Monika puściła rękę Adama, aby nie mógł wyczuć jej stresu. Szli chodnikiem obok rzadko uczęszczanej o tej porze ulicy, z obu stron był wysoki świerkowy las. Niebo było całkowicie czarne, z chmur leciał gęsty deszcz.

- Przeprowadziłam się tu trzy miesiące temu, ponieważ dostałam pracę – zaczęła – wcześniej w swojej miejscowości pracowałam w Biurze Podróży – zawahała się na chwilę. Wyciągnęła z kieszeni płaszcza chusteczkę higieniczną i zaczęła rwać ją na małe kawałki.

Adam zauważył jej zdenerwowanie. Objął ją ramieniem, dziewczyna wzdrygnęła się.

- Jeśli nie chcesz o tym mówić, to zrozumiem – powiedział ze spokojem buddyjskiego mnicha.

- To nie jest tak że nie chcę – powiedziała, nadal rwąc chusteczkę na małe kawałki – są pewne rzeczy, o których nie mogę mówić… - w jej oczach pojawiły się łzy, które natychmiast powstrzymała. Zaczęła mówić dalej:

- Trzy miesiące nie widziałam się z rodziną ani z przyjaciółmi, to była moja decyzja, jednak w pewnym stopniu musiałam tu przyjechać. To trudne do wytłumaczenia. Może to i lepiej, że jestem tutaj. Inaczej nie spotkałabym Ciebie.

Adam zalał się rumieńcem, miał szczęście, że akurat nie przechodzili pod latarnią.

- Może ty mi coś powiesz o sobie? – spytała Monika – Gdzie tak jeździsz pociągami?

- Mieszkam z matką, na takiej jednej wsi – „cholera, po co to powiedziałem” – opiekuję się nią – „tak już brzmi trochę lepiej”

Dziewczyna uśmiechnęła się.

- Co z twoim ojcem? Nie masz rodzeństwa? – spytała z zaciekawieniem

Adam skrzywił się na twarzy w grymasie niezadowolenia. Bardzo nie lubił opowiadać o swojej sytuacji rodzinnej, jednak był pewien, że dziewczyna nie odpuści jeśli jej nie czegoś nie opowie. Postanowił powiedzieć prawdę.

- Nie pamiętam ojca. Podobno odszedł kiedy miałem dwa lata. Nie byli z mamą małżeństwem. Pewnego dnia po prostu wyszedł z domu i nie wrócił, matka usiłowała go szukać ale policja nie chciała jej podać szczegółów. W świetle prawa była dla niego zupełnie obcą osobą. – mówił Adam co słowo coraz bardziej cichnąc.

Monika wyczuwając smutek w jego głosie ponownie chwyciła jego zimną dłoń. Adam otrząsnął się trochę czując jej troskę.

- Jeśli nie chcesz mi o tym opowiadać to nie naciskam – powiedziała.

Adam zastanowił się przez chwilę:

- Tyle czasu trzymałem to w sobie, że w końcu muszę się podzielić z kimś tą historią – i zaczął opowiadać dalej – Ojciec zostawił matkę z trójką dzieci. Moja siostra miała wtedy dziesięć lat. Teraz ma czterdzieści dwa lata i od piętnastu mieszka za granicą. Nie mam z nią żadnego kontaktu, dzwoni raz na miesiąc i rozmawia tylko z matką, nie ma dzieci, ani męża. Nawet nie wiem czym się zajmuje.

Głos znów zaczął mu szwankować, może to przez trudny dla niego temat, a może przez to, że dawno tyle nie mówił. Głośno przełknął ślinę i zaczął mówić dalej.

- Był jeszcze mój brat Jacek, starszy ode mnie o pięć lat. Naprawdę super facet, zawsze we wszystkim mi pomagał, był moim najlepszym przyjacielem, nawet przed Michałem – uśmiechnął się cicho i mocniej zacisnął dłoń Moniki, kontynuując – ale dziesięć lat temu, dokładnie w listopadzie zaginął. Historia była bardzo podobna do tej o moim ojcu. Jacek pojechał na uczelnię jak co tydzień i więcej już nie pojawił się w domu. Nie dał też żadnego znaku życia. Sprawa ciągle wisi na policji. Zabezpieczyli kamery z monitoringu miejskiego, szedł po deptaku z jakimś starszym mężczyzną i to był koniec ich pracy. Trop się urwał. – Adam poczuł na twarzy mokre krople, sam nie wiedział czy to jesienny deszcz, czy łzy z jego oczu. Na jego nieszczęście właśnie przechodzili pod lampą. Zorientował się że płacze, dopiero gdy Monika podała mu chusteczkę.

- Cholera, ale ze mnie mięczak – powiedział Adam z wyrzutem.

Dziewczyna spojrzała na niego, zatrzymała się, a następnie z całej siły go przytuliła.

- Nic się nie stało, rozumiem – powiedziała do jego kurtki.

- Wiesz, co jest najgorsze? – spytał retorycznie Adam, kiedy już uwolnił się z jej uścisku – Jacek obiecał, że zawsze będzie mi pomagał i nie pozwoli, aby przydarzyło mi się coś złego. A teraz jestem tutaj, ściga mnie policja i kompletnie nie wiem co mam zrobić.

Monika pogłaskała go zewnętrzną stroną dłoni po policzku.

- Wszystko się ułoży – powiedziała – Spójrz – wskazała na znak znajdujący się za plecami mężczyzny.

CMENTARZ 500 metrów

 

Czarny Mercedes podjechał pod duży dom w nowoczesnej dzielnicy. Budynek był dookoła porośnięty żywopłotem, wysokim na półtora metra, wyglądał jakby ktoś mieszkający w nim chciał się odgrodzić od świata.

Z Mercedesa wysiadła Barbara Sielska i szybkim krokiem skierowała się do drzwi wejściowych. Otworzyła je kluczem, tak pewnie jakby mieszkała tam od lat.

- Kochanie, wróciłeś? – usłyszała kobiecy głos dobiegający z głębi mieszkania. Wyciągnęła z kieszeni pistolet i ruszyła do rozsuwanych drzwi znajdujących się po lewej stronie korytarza.

- Kochanie? Chodź do salonu.

„Już idę” pomyślała Sielska z szaleńczym uśmiechem.

Weszła do salonu.

Kobieta mająca nie więcej niż trzydzieści lat siedziała na skórzanej kanapie z dzieckiem na kolanach i oglądała telewizję. Kanapa była ustawiona tyłem do drzwi, w których stała kasjerka.

Młoda kobieta wzięła do ręki pilota i przełączyła kanał. Na 48’’ calowym telewizorze przez chwilę, kiedy ładował się program odbił się obraz stojącej za plecami Barbary Sielskiej z bronią.

Kobieta odwróciła z przerażeniem głowię.

- Kim jesteś?! – wrzasnęła na cały głos.

- Zamknij się idiotko – warknęła kasjerka pokazując jej pistolet – Jeśli chcesz żyć, powiedz gdzie jest gabinet twojego męża.

- Na końcu korytarza, ostatnie drzwi po prawej stronie – powiedziała trzęsącym się głosem i przytulił do siebie śpiącego w jej ramionach chłopca w niebieskiej piżamce.

- Nie waż się dzwonić na policję! - rzuciła Sielska idąc do gabinetu Grudy.

Wyszła po stamtąd po trzydziestu sekundach, z notatnikiem w ręku. Wiedziała już gdzie ma pojechać, aby odzyskać swoje pieniądze.

Nie odzywając się już ani słowem do kobiety w salonie, wyszła z domu.

Kobieta usłyszała tylko trzask zamykanych drzwi i silnik odjeżdżającego mercedesa.

 

Adam i Monika weszli w cmentarną bramę pełni obaw. Co prawda dzięki uściskowi dziewczyny, mężczyzna czuł się już dużo pewniej, jednak coś w duszy mówiło mu, że cała sprawa tak szybko się nie skończy.

Różnokolorowe światła zniczy tworzyły mroczną atmosferę, stare groby mieszały się z nowymi, a w drzewach górujących nad cmentarzem głośno chuczały sowy.

Adam, aż cały podskoczył gdy Monika spytała go, gdzie znajduje się grobowiec.

Strasznie bał się cmentarzy, towarzyszyło mu tam uczucie bycia obserwowanym. Nawet teraz kiedy szedł za rękę z dziewczyną na której mu zależało, czuł jakby zza wysokich starych dębów patrzały czyjeś oczy.

Mężczyzna wyciągnął kartkę z kieszeni kurtki, pomyślał chwilę i podał dane:

- Musimy iść siedem alejek w prawo, a potem dwanaście w głąb. Będzie tam mnóstwo grobowców, my szukamy tego z wielkim betonowym aniołem. Jak myślisz, co tam będzie? – spytał

- Na pewno coś, co nie należy do Ciebie – odpowiedziała – Inaczej nie goniła by nas policja.

- Może złoto, albo stare monety. A może pieniądze, duuużo pieniędzy. – Adam rozmarzył się.

- O spójrz! To tam! – powiedziała głośno Monika, której udzielił się entuzjazm znajomego.

Zaczęli biec. W całym zamieszaniu nie usłyszeli podjeżdżającego pod bramę samochodu.

 

Grobowiec wyglądał jak bryła stworzona z jednego kawałka betonu, na jej czubku znajdował się anioł składający ręce do modlitwy. Szary beton w wielu miejscach pokrywał gęsty zielony mech, a gdzie niegdzie zaplamiony był na biało, co było efektem jego położenia obok wielkich dębów. Po środku betonowego bloku były brązowe metalowe drzwi pokryte rdzą, z prawej strony było zamknięcie na kłódkę, której jednak nie było na swoim miejscu.

 

Adam nieśmiało ruszył w kierunku drzwi i otworzył je. Monika pozostała za jego plecami.

W ciemności nie zauważył co znajdowało się w środku grobowca. Oboje jednak usłyszeli głos, dobiegający zza ich pleców.

 

- Nie ruszać się, bo zginiecie!

 

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY: Kłamstwo obok prawdy

 

Czesław Przyducki siedząc w fotelu na zapleczu kasy i patrząc jak jego ludzie pakują w worek zwłoki Grudy zastanawiał się nad rozmową z Braciakiem. Mógł z niej wywnioskować, że komisarz nie był osobą nazbyt inteligentną, ale również, że usiłował przekazać mu coś, czego ten mu nie pozwolił.

- Szefie, ten policjant nie odpowiada – powiedział człowiek w kominiarce

- Próbować do skutku – rzucił Przyducki oficjalnym tonem.

Kolejny mężczyzna w kominiarce podszedł do szefa i powiedział:

- Wyłączył śledzenie pojazdu, wygląda na to, że nas ignoruje.

Szef Wydziału Świadka Koronnego CBŚ wiedział, że jeśli coś pójdzie nie tak, to polecą głowy. Za rażące złamanie przepisów jego głowa wyląduje na pierwszym miejscu, a za nim jeden z najlepszych tajnych agentów.

 

Adam odwrócił się powoli ściskając w dłoni mapę namalowaną na chusteczce z logo MuffinCafe. Najpierw zobaczył przed sobą Monikę która stała nieruchomo patrząc przed siebie. A później dostrzegł twarz, którą tego dnia już widział. Twarz starej kasjerki, która zmieniła jego towarzyszkę w pracy. Tę na którą… Z rozmyślań wyrwał go głos:

- Grażynko, co ty robisz? – powiedziała spokojnie Monika, do kobiety mierzącej w nią pistoletem.

- Nie rób sobie jaj, myślisz, że nic nie wiem? – ryknęła kasjerka – Rzućcie broń i kopnijcie ją do mnie – rozkazała.

„Jaką broń?” pomyślał Adam. W kieszeniach miał tylko klucz do skrytki, rozładowany telefon, odtwarzacz mp3 w takim samym stanie, bilet miesięczny oraz dwuzłotówkę.

- Nie mamy broni. – powiedział, sam dziwiąc się, że wydobył z siebie głos.

- Ty chłopcze nie masz. Za to ona jak najbardziej. Nie guzdraj się – rzuciła do Moniki.

Dziewczyna schyliła się podciągnęła nogawkę i wyciągnęła spod niej mały pięciostrzałowy pistolet typu kapiszonowego nie większy od przeciętnej wielkości telefonu.

- Monika, ale… - powiedział Adam

- Zamknij się – ryknęła w jego stronę stara kasjerka - Kopnij pistolet do mnie.

Kobieta wykonała polecenie i kopnęła pistolet z taką siłą, że uniósł się nad błotnistą alejką i wylądował obok nóg Barbary Sielskiej.

Adam nadal stał z rozdziawionymi jak dziupla ustami do których wpadały mu krople deszczu. Wpadł chyba w stan nirwany, jego myśli nic nie zaprzątało, jeszcze nigdy, w całym swoim życiu nie był tak zdziwiony.

- Co chłoptasiu? – powiedziała stara – Pewnie nic nie rozumiesz. Twoja dziewczyna, miała mnie pilnować, żebym nie zrobiła żadnego głupstwa i tak było, dopóki nie wpieprzyłeś się TY! Akurat tego dnia kiedy miałam otrzymać swoją wypłatę, wszystko było zapięte na ostatni guzik, kiedy ty, jakimś cudem przejąłeś notatkę, która miała należeć do mnie – ciągle mówiła pogardliwie patrząc na Adama, który teraz był zdziwiony jeszcze bardziej niż poprzednio.

 

- Moniczko, musiałaś wiedzieć, że to Gruda wszedł na stację, gdybyś zainterweniowała i przekazała mi jego chorą notatkę obyłoby się bez ofiar. Pół godziny spóźnienia, przez pieprzone korki. I tak pewnie nie rozwiązałabym jego głupiej zagadki, ale powinieneś przekazać ją mi! – wrzasnęła – żyłbyś wtedy.

Wyprężyła jeszcze bardziej rękę z pistoletem, na który padał coraz gęstszy deszcz. Adam był pewien, że umrze, że to ostatnie chwile jego życia. Do tego kończy je, ze swojej własnej głupoty. Gdyby posłuchał się elegancika na stacji, który mówił mu, aby poczekał na kasjerkę i oddał jej notatkę, nic takiego by się nie stało.

Niestety. Myślał, że będzie fajnie, że pobawi się w detektywa, a później spokojnie pojedzie pociągiem do domu.

„Cholera pociąg” pomyślał „ Na pewno już mi uciekł”

W ostatniej chwili swojego życia myślał o tym, że nie zdążył na ostatni pociąg. Niektórzy uważają pociąg za metaforę życia, a on właśnie dojeżdżał do swojej końcowej stacji.

W przerażeniu nikt nie usłyszał radiowozu podjeżdżającego pod bramę cmentarza.

 

Andrzej Braciak wysiadł z samochodu i od razu usłyszał krzyki kobiety. Mógł przysiąść, że to ta sama kobieta której głos słyszał w parku, a samochód który stał naprzeciwko jego auta był tym pod którym o mały włos by nie zginął. Wiedział, że ma do czynienia z groźną przestępczynią. Najszybciej jak mógł pobiegł w stronę cmentarza, nie zastanawiając się czy wzywać posiłki.

 

- Ty żegnasz się z życiem, a ja witam się ze swoją nową przyszłością – powiedziała Sielska do Adama – Wiesz co jest w środku? Pewnie chciałbyś wiedzieć. – Mężczyzna nie wykazywał nawet najmniejszej mimiki twarzy, jednak kasjerka mówiła do niego, jak do najciekawszego rozmówcy.

- Pieniądze. A konkretnie cztery miliony złotych i tyle koksu ile w życiu nie widziałeś. Zabiorę to, a za kilka godzin już mnie nie będzie, Sajonara – powiedziała, po czym padła jak długa na ziemię, a pistolet, który dotychczas trzymała w ręce skierowany na Adama, poleciał do przodu mijając mężczyznę i wsunął się po błocie wprost do otwartych wrót grobowca.

 

Wszystko działo się tak szybko. Kasjerka leżała teraz w błocie trzymając się za kolano z którego sączyła się krew. Kilkanaście sekund przedtem padł strzał. Strzał, który ochronił przed śmiercią pracownika wytwórni opakowań blaszanych. Mężczyzna oprzytomniał, rzucił się do przodu i przycisnął kolanem plecy Sielskiej, która usiłowała sięgnąć po broń Moniki. Dziewczyna pobiegła do przodu i chwyciła pistolet za nim udało się to starej kasjerce.

W tym samym czasie na miejsce dotarł Andrzej Braciak, zdyszany z pistoletem w ręku. Wyciągał zza paska kajdanki.

- Dziękuje panu – krzyknął Adam – Chciała nas zamordować.

Komisarz spojrzał na niego ze zdziwieniem i powiedział:

- Widzę, że doskonale poradziliście sobie sami. Nieźle ją poskładaliście. – podszedł do niej i zaczął zapinać ją w kajdanki.

- Gdyby pan nie postrzelił jej w kolano, już bylibyśmy martwi – powiedział Adam z wdzięcznością.

- Synu – Braciak spojrzał na niego pobłażliwie – Mój pistolet nawet nie jest odbezpieczony. Wydaje mi się, że ktoś nad tobą czuwa, gdyby nie to, że ktoś do mnie zadzwonił i powiedział, że zaginąłeś, nie ścigałbym cię. A gdybym cię nie ścigał, pewnie teraz byś nie żył. I jeszcze ten strzał.

 

- Szefie, tu 725, Cmentarz Miejski, Barbara Sielska, niezwłocznie. – powiedziała Monika do telefonu, którego ponoć nie miała. – Nie nikt nie zginął, jest z nami policjant – rozłączyła się.

 

- Mówiłaś, że nie masz telefonu. – powiedział Adam – Okłamywałaś mnie cały czas, a ja ci zaufałem.

Monika wbiła wzrok w ziemię:

- To nie tak, nie wszystko było kłamstwem…

Adam już nie słuchał dziewczyny.

- W grobowcu są cztery miliony złotych i mnóstwo kokainy. – Powiedział do Braciaka

- Trzeba wezwać wsparcie – odpowiedział komisarz.

- To nie będzie konieczne – rzuciła Monika.

Pod cmentarz właśnie podjechały dwie czarne furgonetki na sygnale.

 

Do grobowca doszedł Czesław Przyducki wraz z pięcioma mężczyznami w kominiarkach.

- Agentko Hoss – powiedział do Moniki – dobrze się spisałaś, jednak teraz pojedziesz na wyjaśnienia. Dziewczyna skrzywiła twarz i podążyła wraz z mężczyzną w kamizelce kuloodpornej do czarnej furgonetki. Po drodze obejrzała się jeszcze na Adama, który jednak odwrócił wzrok.

Reszta mężczyzn zebrała z ziemi ubłoconą i zakrwawioną Sielską, która co jakiś czas głośno krzyczała.

- Komisarzu – Przyducki zwrócił się do Braciaka – dobrze się pan spisał. Gdyby pan nie postrzelił Sielskiej, ten mężczyzna i moja najlepsza agentka zapewne by już nie żyli – podał mu rękę – Dochodzenie przejmuje CBŚ, proszę o nic się nie martwić.

Braciak nie chciał odbierać sobie zasług. Choć to nie on wystrzelił kulę, to nie zaprzeczał. Przyjął gratulacje od Przyduckiego, który wsiadł do furgonetki.

W międzyczasie, grupa mężczyzn w kominiarkach zabrała z grobowca pieniądze i narkotyki, oraz posprzątała miejsce zbrodni.

 

Następnie furgonetki odjechały. Na cmentarzu zostali tylko Braciak z Adamem.

- Podwieźć cię gdzieś synu? – spytał komisarz.

Adam zastanowił się chwilę. Pociąg już dawno odjechał. Jedyne miejsce gdzie mógł się udać było to mieszkanie Michała.

- Tak proszę. Do tego domu, gdzie pan nas gonił – uśmiechnął się chowając przerażenie.

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY: Odnaleźć szczęście

 

Adam siedział w miękkim fotelu w mieszkaniu Michała i sączył zimne piwo z butelki. Rzadko pił, kiedy już mu się to zdarzało musiała to być jakaś wielka okazja. Akurat dzisiaj ta okazja się przydarzyła: o mało co nie zginął.

- Zawsze chciałem wplątać się w taką akcje. – powiedział Adam – Teraz mam jednak wszystkiego dość. Mogłem oddać tej starej notatkę, tak jak mówił mi ten koleś. Nigdy więcej bycia detektywem.

- A ja tam bym chciał być na twoim miejscu – wypalił Michał – taka kobitka.

- Której już nigdy więcej nie zobaczę – dodał Adam i napił się piwa.

Z rozmyślań o Monice wyrwał go dzwonek domofonu. Michał podszedł do drzwi, po krótkiej wymianie zdań z głosem w domofonie wrócił.

- Do ciebie. – powiedział do Michała.

- Kto? – spytał zdziwiony mężczyzna.

- Ktoś z CBŚ, mają parę pytań odnośnie sprawy. Wyciągnij od nich jakieś odszkodowanie za straty moralne – dodał przyjaciel

 

Adam niespiesznie opuścił mieszkanie. Kiedy schodził po schodach, myślał o tym, że na dworze spotka Monikę, która to rzuci mu się w ramiona, powie że rzuciła służbę w CBŚ i chcę z nim spędzić resztę życia. Wybaczył by jej bez dwóch zdań.

Na ostatniej kondygnacji schodów zabrakło mu tchu, z przerażenia trzęsły mu się nogi. Naprawdę chciał by ją tam zobaczyć.

Niestety zwykle tak jest, że to co sobie zaplanujemy nie spełnia się. Nasze wyobrażenia zupełnie różnią się od nadchodzącej rzeczywistości, dlatego z góry zakładamy źle, aby potem miło się zaskoczyć.

Adam nie był pewien czy o takie zaskoczenie mu chodziło.

Otworzył drzwi bloku i kilka metrów przed sobą zobaczył sylwetkę. Był już pewien, że nie należy ona do Moniki.

- Halo – powiedział nieśmiało.

Postać odwróciła się. Był to mężczyzna, dobrze zbudowany, musiał być w podobnym wieku do Adama. Spojrzał na jego twarz i nawet w półmroku potrafił dostrzec szczegóły, tak jakby znał ją od dawna.

- Cześć – powiedział mężczyzna w cieniu.

To był ten głos. Głos, którego nie słyszał już dziesięć lat. Głos należący do jego brata.

- Jacek? – spytał szeptem.

Serce podeszło mu do gardła, nogi były jak z waty, po plecach przeszedł go zimny dreszcz.

- Tak, braciszku. To ja – odpowiedział mężczyzna.

- Gdzie byłeś tyle lat? – spytał Adam nadal stojąc dwa metry od niego

- Daj się uściskać – powiedział zbywając brata. Podszedł do niego i przytulił go w braterskim uścisku.

- Gdzie się podziewałeś? Wracasz do domu? Coś ci się stało? - Adam zasypał Jacka pytaniami.

Ten spojrzał na brata po czym spokojnie zaczął mówić:

- Nic mi nie jest, mam się wspaniale. Nie mogę powiedzieć ci gdzie przebywam, ani też nie mogę wrócić do domu. Żeby tu dzisiaj być musiałem złamać mnóstwo przepisów, ale obiecuję ci, że zawsze będę pojawiał się w ważnych dla ciebie chwilach. Przecież mówiłem, że będę cię bronił.

Adam stał zdezorientowany. Był pewien, że gdyby teraz w zasięgu jego wzroku przeszedł dinozaur wcale by go to nie zdziwiło, to był najbardziej szalony dzień jaki mu się przydarzył.

- To ty postrzeliłeś tą kobietę? – Adam zaczął kojarzyć fakty

- Tak i ja pomagałem temu tępemu policjantowi. Przepraszam ale musiałem podać mu twój numer, jako zaginionego. Tylko tak miałem pewność, że zawsze będzie krok za tobą i nie pozwoli aby stało ci się coś złego. Tylko nie pomyślałem że jest aż tak mało rozgarnięty. – powiedział Jacek.

- Jak ty to wszystko zrobiłeś? – spytał Adam – Skąd wiedziałeś, żeby tu dzisiaj przyjść?

Jacek tylko się uśmiechnął.

- Patrz kto idzie. – powiedział do brata, pokazując palcem za plecy Adama.

Adam obejrzał się nieroztropnie. Zanim zauważył w półmroku jakąś postać, minęło kilkanaście sekund. Obejrzał się za siebie, ale niestety Jacka już tam nie było. Mógł się tego spodziewać.

 

Spojrzał znów w gęstą ciemność. Stała tam kolejna postać, którą już znał.

- Dobry wieczór Agentko – powiedział Adam

- Przestań, proszę. – odpowiedziała Monika – Nie mogłam ci powiedzieć, że jestem z CBŚ – zawahała się chwilę – że byłam. Zostałam dzisiaj zawieszona dyscyplinarnie, za to że spuściłam z oka Sielską, a przez to zginęły dwie osoby.

Nie sądzę, żeby w najbliższym czasie mieli mnie przywrócić do służby.

- Skąd wiedziałaś, że tu będę? – spytał mężczyzna, jakby nie usłyszał tego, że kobieta dopiero co została zawieszona.

- Przecież twój pociąg już odjechał… A poza tym spytałam Braciaka, gdzie cię odwoził. – uśmiechnęła się nieśmiało, była pewna, że Adam już wybaczył jej kłamstwo.

I cóż. Tak właśnie było.

- To jak. Nocujesz dzisiaj u Michała? – spytała zawadiacko.

- A mam jakieś inne opcje? – odpowiedział jej pytaniem z błyskiem w oczach, a następnie gorąco ją pocałował.

Obejrzał się jeszcze tylko w okno. Zobaczył tam Michała, który w szerokim uśmiechu mu pomachał. Adam odmachał mu, chwycił Monikę za rękę i razem odeszli w ciemność.

 

 

Michał odszedł od okna i usiadł w fotelu.

– No nieźle. Prawdziwi przestępcy, strzelanina, powrót brata i jeszcze taka laseczka. To nic przy tym co ja chciałem mu zafundować – powiedział sam do siebie, otwierając piwo, które przy tym głośno syknęło.

 

EPILOG

 

W niedzielę rano Michał skierował się do najnowocześniejszego budynku w mieście. Przeszklony biurowiec dopiero co zaczął łapać pierwsze promienie słońca. Wszedł do windy i nacisnął numer: 12. Po wyjściu z windy szybkim krokiem skierował się do biura z napisem: Prezes.

Ledwo przekroczył próg, kiedy usłyszał:

- Sześć godzin! Tyle czekali moi pracownicy wczoraj na klienta z pańskiego polecenia. My w naszej firmie, traktujemy wszystkich poważnie. Wie pan, że będzie pan zobowiązany zapłacić, tak czy inaczej koszty przeprowadzenia akcji?! – wrzasnął elegant za biurkiem.

- Tak wiem, rozumiem też pana niezadowolenie, ale to pańscy pracownicy pomylili miejsce. – powiedział ze spokojem stu buddyjskich mnichów Michał.

- Moi pracownicy? – wrzasnął prezes i zaczął przeszukiwać rozmaite dokumenty. Znalazł papierową teczkę i wyciągnął z niej kartkę papieru.

- Dworzec kolejowy! I co pan na to?!

Michał uśmiechnął się tylko z politowaniem:

- A dokąd trafili pańscy pracownicy? – spytał nie tracąc rezonu.

Prezes złagodniał w ułamku sekundy.

- No… Na autobusowy. – Wybełkotał urażony tym, że nie miał racji.

- Kto teraz powinien zapłacić, za całą akcję? – spytał Michał.

- Przepraszam – szef przyznał się do błędu – nie musi pan płacić i oddamy zaliczkę. Mam tylko nadzieję, że pomimo braku naszych działań pański przyjaciel spędził wczoraj miły wieczór.

- Oj tak, miło – powiedział Michał odwracając się na pięcie – wczorajszego wieczoru nie zapomni do końca życia.

- Cieszę się – usłyszał zamykając drzwi.

 

Michał wychodząc z budynku zabrał jedną z ulotek leżących na stoliku przy wejściu.

Informacja na niej brzmiała:

Chcesz zrobić komuś niesamowity kawał? Spraw aby poczuł się jak Michael Douglas w filmie Gra. Tylko z nami. Mamy największe doświadczenie w kraju w organizacji gier miejskich i szeroko pojętych pranków. Przedstaw nam pomysł a my na pewno go zorganizujemy. Zrób komuś niespodziankę tylko z Surprise Mysteries.

- Wspaniale- zamruczał Michał pod nosem – chciałem zrobić kumplowi niespodziankę a ten idiota sam wplątał się w prawdziwe bandyckie porachunki.

 

Podarł ulotkę i wyrzucił ją na ziemię. Postrzępione kawałki rozwiał jesienny wiatr.

 

 

KONIEC

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • ukaszeq 28.05.2015
    Wow! No no on, niezła robota! Trochę nie moje klimaty, ale szybko przeczytałem. Bardzo dobre- całość spójna. No, niezłe. Łap 5 ! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania