Życie

Ze względu na panującą i modną obecnie tendencję do szukania możliwych pozytywów w każdej, nawet pozornie najbardziej beznadziejnej i niepokojącej rzeczy, postanowiłem rozglądać się za dobrymi stronami absurdu. Zawsze uważałem intuicyjnie, że nie dość, że jest on wszechobecny, to na dodatek dość ciekawy i że pejoratywny wydźwięk tego słowa jest nie tylko niesprawiedliwy, ale również niepotrzebny. Jeśli jest on powszechny, jak uważa i uważała duża grupa filozofów, to warto znaleźć w nim przyjaciela, a przynajmniej kompana, którego obecność jest brana za pewnik na tyle, że przestaje on w końcu przeszkadzać. Dlatego rzucić się

w jego chaotyczne głębiny i dać się porwać zmiennym prądom, bez szamotania się jak tonący, który kurczowo chce zachować swoje życie, ale raczej z wewnętrznym spokojem i nawet uśmiechem tracić powoli życie tam, gdzie każdy inny człowiek wpada w popłoch i traci godność, zostać takim odważnym samobójcą - to moje pragnienie i moje zadanie.

Zadanie o tyle trudne, że niełatwe jest samo zdefiniowanie absurdu. Nie mogłem zadowolić się relatywizmem wszechobecnym w tym słowie, w którym każdy może znaleźć co mu się podoba akurat w danej chwili, zgodnie z jego już dawno utwierdzonymi przekonaniami i wychowaniem. Musiałem zrozumieć i dotknąć ten absurd prawdziwy, który przenika cały wszechświat, każdego człowieka i każdy atom, którego pierwiastek można dojrzeć w każdej myśli, w każdym obrazie, w każdym członku ludzkiego ciała i w każdym dźwięku, jaki kiedykolwiek wydobyto. Czułem go nieustannie i całą swoją osobą, pozostawał jednak nieuchwytny dla umysłu, jak Bóg według niektórych ludzi. Boga oczywiście przyjąć nie mogłem w formie takiej jakiej mi proponowano z wielu stron, gdyż jest on całkowitym przeciwieństwem tego, co czuję i co próbuje usidlić – Bóg byłby jedynym zjawiskiem, które sens posiada, i które może nadać sens wszystkiemu, co istnieje, tak więc, jeśli sensu brakuje to musiałby on albo nie być wszechmogący, lub w jakimś okrutnym przejawie wykrzywionego boskiego poczucia humoru sens ze swojego stworzenia wydarł całkowicie. Odmawiałem służby takiemu Bogu jako przejaw cichego buntu.

Ponieważ nigdy nie byłem biegły w żonglowaniu słowami i definiowaniu zjawisk, postanowiłem poszukać pomocy u mojego przyjaciela. Przyjaciel ów był

z krwi i kości filozofem naszych czasów – nie dawał on społeczeństwu żadnych większych korzyści, choć nie martwiło go to, gdyż uważał je za wytwór ograniczający ludzką wolność i godzący w samą istotę indywidualności, z czym oczywiście trudno było się nie zgodzić. Wydawało mi się, że jego głównym zajęciem było komentowanie świata w bardzo filozofujący sposób. Na dyscyplinie tej znałem się bardzo mało, więc rzadko wchodziłem

w polemikę, za to byłem wiernym słuchaczem, i tak naprawdę jedynym. Niestety często niewiele pamiętałem z naszych rozmów, ze względu na alkohol który za każdym razem przynosiłem do niego jako gość, gdyż mój kolega, jak wielu ludzi umysłu, bardzo lubił alkohol. Nie mogłem go za to winić, gdyż jako ktoś, kto potrafi dostrzec więcej niż inni i zrzucić klapki ze swoich oczu, z pewnością ciągnęło go do błogiego pijackiego zapomnienia.

Będąc już u niego w pokoju przy otwartej butelce, podzieliłem się z moim przyjacielem swoimi niepokojami. Opowiedziałem mu o niemożności pogodzenia ludzkich pragnień i dążeń z nieuchronnym widmem śmierci, że patrząc przez ten pryzmat człowiek który naprawdę potrafi patrzeć, nie jest w stanie dojrzeć niczego innego, jak tylko sprzeczności pomiędzy wszystkim, co ludzkie, a całą resztą. Mój przyjaciel słuchał mnie z miną bardzo skupioną, raz po raz pociągając dym papierosa, patrząc na mnie oczyma, które wiecznie wydawały mi się zamglone.

-Masz rację, towarzyszu – powiedział od razu, po czym wstał nalać nam wódkę – to co mówisz to absolutna prawda, nie ulega to żadnej wątpliwości. Pytanie, co to wszystko oznacza, dla ciebie i dla mnie. Przecież to absurdalne, żyjąc bez pogodzenia się ze światem. Jedyne co pozostaje, to ten świat odrzucić.

Napiliśmy się. Rozejrzałem się po raz pierwszy dokładniej po jego pokoju, bo chociaż byłem tu wiele razy, nigdy tak naprawdę nie zwracałem na niego uwagi. Być może przez intelektualny nastrój unoszący się w powietrzu, mój umysł wyostrzył się niczym brzytwa. Mój myśliciel mieszkał w domu swoich rodziców, pomimo dawno już obecnej dorosłości. Jego ojca bardzo często nie było w domu, więc nie udało mi się go nigdy dobrze poznać, natomiast jego matka, poczciwa starsza pani, była dla mnie zawsze bardzo miła, choć z pewnością nie podobały się jej nasze częste pijackie spotkania. Pokój był specyficzny i zupełnie generyczny jednocześnie – wypełniony był różnej maści przedmiotami kojarzącymi mi się z różnymi kulturami i religiami

z odległych części świata, dość było w nim amuletów, masek, świec, figurek, które tworzyły wnętrze dość zatłoczone i, z czego zdałem sobie sprawę właśnie teraz, idiotyczne, ponieważ byłem pewny, iż żaden z niego obieżyświat, ani nawet żaden mistyk,

a cała jego kolekcja była złożona z tanich podróbek. Największym obiektem był posążek siedzącego buddy na dawno nieodkurzanym stoliku, spokojny jak zawsze i jak zawsze dziwnie uśmiechnięty. Przypomniał mi o znajomej mi buddyjskiej doktrynie pustki, którą niegdyś intuicyjnie uznałem za mającą w sobie coś z prawdy. Wydało mi się trafnym myśleć, że wszystko co istnieje pozbawione jest wewnętrznego sensu

i wartości, skoro absolutnie wszystko z tego ma swój koniec, a jeśli tak, można uznać je za prawie już w tym momencie nieistniejące. Nic dziwnego, że ród ludzki dramatycznie chwyta się wszystkiego, co daje poczucie harmonii i znaczenia, nawet jeśli wszystko to jest urojone, o czym w głębi zdaje on sobie sprawę, albo przynajmniej musiał zdawać w przeszłości. Chciałem podzielić się moimi przemyśleniami z przyjacielem, ten jednak zdawał się już coś mówić, coś, czego zdążyłem wyłapać tylko konkluzję:

-…jedyną odpowiedzią na naszą wewnętrzną walkę, którą nie sposób zwyciężyć, jest samobójstwo. To właśnie jest jedyną rzeczą, która ma sens w obliczu świata i kończy wszelki absurd. Poza tym jest ono niezwykle romantyczne, co również ma wagę samą w sobie, ponieważ inspiruje kolejnych ludzi i następne pokolenia. Istnieje tylko jeden problem, nieracjonalny lęk przed śmiercią, zapisany i czynny w ludziach od zawsze. Czyż to nie kolejna niezgodność pragnień ze światem? Wystarczy pokonać tylko tę jedną rozbieżność, aby unicestwić wszystkie.

Mówiąc to wszystko patrzył przez brudne okno na świat, w którym absolutnie nic się nie działo, nikt się nie przechadzał, nie biegł i nie istniał. Człowiek ów przy szybie wyglądał bardzo współcześnie w nie pierwszej jakości dresowych ubraniach, kolejnym papierosem palącym się pomiędzy palcami, chudy i nieogolony, rozważający ideę samobójstwa patrząc w nicość zamyślonym spojrzeniem. Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, nie chciałem na pewno umierać, choć nad samą koncepcją postanowiłem zastanowić się sam ze sobą. Myśliciel odwrócił się jednak nagle,

z dziwnym błyskiem w oku, którego nie mogłem rozszyfrować, ponieważ coś takiego widziałem w jego wzroku po raz pierwszy. Sprawnie nalał nam alkoholu i powiedział:

-Pij szybko, zaraz wychodzimy. Mamy do załatwienia coś ważnego, na pewno sam to czujesz.

Nie czułem, chociaż udało mu się mnie zaciekawić. Nie samymi słowami, ale swoją dziwną przemianą – nie był już myślicielem, ale człowiekiem czynu, którego nie zadowala bierne mędrkowanie, ale swoją filozofię chce wynieść za próg, na cały świat. Wypiłem więc, ubrałem się ciepło, gdyż było już ciemno, a po widoku uginających się nagich gałęzi drzew, uznałem że właśnie mamy jesień, późną jesień,

i że wiatr przetaczający się nad ziemią jest zimny. Reszta wódki pozostała na stole.

Na zewnątrz rzeczywiście było zimno. Wytoczyliśmy się z domu bardzo szybko

i poruszaliśmy się w nieznanym mi kierunku równie prędko, jakbyśmy nie mogli się czegoś doczekać, lub byli na coś już oburzająco spóźnieni. Nie pamiętam wiele z tej wędrówki, jedynie nieliczne wypowiedzi mojego druha. Mówił coś o przejrzeniu nareszcie na oczy,

o zrzuceniu ciężaru z barków, o tym, że wszystko już wie i wszystko rozumie, że doszedł do tego sam. Wydawać by się mogło, iż odkrył całą tajemnice wszechświata, nadal będąc w swoim typowym stroju, nadal bardziej przypominający z wyglądu kloszarda niż kogokolwiek innego.

W którymś nieuchwytnym dla mnie momencie z całkowitego bezludzia przenieśliśmy się jak za przyciśnięciem włącznika w samym centrum bardzo hałasującego tłumu ludzkiego. Wypełnione były wręcz całe wąskie ulice, także ciężko było się poruszać w którymkolwiek kierunku, będąc raz po raz szturchany, potrącany

i mając co chwile nadepnięte pięty. Tłum był tak duży, że zaraz zrobiło mi się zdecydowanie zbyt ciepło i duszno, sprawy nie poprawiał pomieszany zapach dymu tytoniowego i dymu z konopi, choć nadal znajdowaliśmy się na otwartej przestrzeni. Mój przyjaciel zadziwiająco łatwo manewrował w tym tłumie, ciągnąc mnie za rękaw, abym go nie zgubił. Poruszał się z taką gracją i taką wprawą, jak gdyby był już tutaj nie raz i nie dwa, ale tysiąc razy, choć nigdy nie wydawał mi się typem człowieka przepadającego za życiem w zbiorowisku.

Praktycznie wszyscy ludzie, z którymi spotykałem się twarzami, byli młodzi, młodsi ode mnie. Były to piękne, upojone twarze atrakcyjnie młodych ludzi, pięknych dziewcząt i przystojnych mężczyzn, twarze śmiejące się, rozkrzyczane w dziwacznej ekstazie, afirmacji życia, która znika bardzo szybko z mijającymi latami. Ludzie ci robili bardzo dużo gwałtownych, niczym nie popartych rzeczy, jednak miałem wrażenie, że wszystko jest tu na swoim miejscu: głośne śmiechy i pijackie zaśpiewy, pocałunki

i rozmowy, tańce piękne i narkotyczne. Mój towarzysz ciągnął mnie uparcie do przodu manewrując niczym baletnica wśród tego pięknego chaosu, który powoli udzielał się również mi, który wciągał mnie w swój trans. W którymś z kolei zaułku otworzył drzwi do kamienicy wyglądającej tak jak każda w tej części miasta i wepchnął mnie do środka, zatrzaskując za mną drzwi.

Zrobił to tak szybko, że nie zdążyłem w żaden sposób zareagować. Drzwi nie dało się poruszyć w żaden sposób od wewnątrz, pomimo moich usilnych starań.

O dziwo nie czułem żadnego strachu ani zdenerwowania, byłem na to wszystko całkowicie obojętnym, gdyż cała sytuacja wydała mi się całkowicie normalna

i absolutnie pasująca do środowiska, w którym nieopatrznie znaleźliśmy się wcześniej. We wnętrzu panował półmrok, ale kiedy moje oczy przyzwyczaiły się do braku światła, zobaczyłem, że w pomieszczeniu tym z jakiegoś powodu brakuje schodów prowadzących do wzwyż, a sufit był najprawdopodobniej tak wysoko w górze, że niemożliwym było go dostrzec z mojego położenia. Latarki nie miałem, telefonu również – najprawdopodobniej okradł mnie ktoś w rozwrzeszczanym tłumie, ale nie potrafiłem sobie nawet przypomnieć, kiedy miałem go ostatnio w dłoniach. Jedyne słabe źródła światła to malutkie okna w górze, oraz coś, do czego prowadziły dość liczne stopnie na dół. Dosłyszałem również gwar dochodzący stamtąd, dość głośny, którego o dziwo nie słyszałem wcześniej. Po chwili wahania ruszyłem powoli w kierunku głosów, delikatnie schodząc po drewnianych schodach, przytrzymując się ściany, aby nie upaść w mroku.

Droga pod ziemię wydała mi się o wiele dłuższa niż powinna, prawie jakby schody mnożyły się wraz ze schodzeniem w dół. Kiedy dotarłem do światła, które przykuło z góry moją uwagę, okazało się, że przechodzi ono przez uchylone, masywne drzwi. Nie miałem pojęcia jakim sposobem dojrzałem to światło z takiej wysokości, nie dziwiło mnie to też zbytnio w tym momencie. Przez uchylone drzwi dojrzałem coś, co musiało być przyjęciem, takim przyjęciem, którego w dzisiejszych czasach nikt chyba nie widuje i raczej już o nim nie marzy – mężczyźni we frakach, w muszkach

i nienagannie ułożonymi czarnymi, krótkimi fryzurami oraz kobiety w długich, ozdobnych sukniach, w biżuterii, która błyszczała odbijając światła żarówek, wszystkie szczupłe i atrakcyjne, z włosami spiętymi w skomplikowane koki. Tańczyli oni energicznie swinga, którego grała czarna, jazzowa orkiestra, której co prawda nie widziałem, byłem jednak pewny że to ona jest źródłem tej muzyki. Powietrze było aż ciężkie od dymu tytoniowego, co czułem nawet przez szparę w drzwiach, w tle udało mi się jednak dojrzeć jegomościów i panie przy stolikach, gdzie pito różne alkohole, grano w karty oraz gdzie odbywały się głośne rozmowy w celu przekrzyczenia zdecydowanie zbyt głośnego jazzu. Nie chciałem wchodzić niezaproszony na imprezę, nie miałem jednak w mojej obecnej sytuacji za wiele opcji, otworzyłem więc drzwi

i wszedłem do środka – powietrze było naprawdę ciężkie i zakręciło mi się w głowie.

Doczłapałem do baru, który szczęśliwie znajdował się blisko wejścia, jak na moje życzenie. Wdrapałem się na wysokie barowe krzesło, aby trochę odpocząć

i zapytać się barmana o sposób na opuszczenie tego miejsca. Barman wyglądał, po prostu, jak barman – miał czarne, zakręcone wąsy, ubrany w zakasaną białą koszulę, spod której wychodziły jego ręce w tatuażach, nie mogłem się jednak im przyjrzeć, gdyż złapał mnie on wzrokiem i uśmiechnął się do mnie spod swoich krzaczastych wąsów.

- Nareszcie pan przybył, niektórzy zaczynali się już niecierpliwić. Co pana zatrzymało, jeżeli można spytać? W zasadzie to nie jest ważne, naleje zaraz coś panu, oczywiście wszystko na koszt gospodarza…

Wyciągnął spod baru bardzo ładną szklaną butelkę i nalał mi coś, co musiało być bardzo drogim whisky. Nie znałem się na alkoholach i nie miałem pojęcia jak powinno smakować wysokiej jakości whisky, było ono jednak nadzwyczaj dobre, idealne wręcz – nigdy nie piłem alkoholu, który tak pasowałby do moich gustów i tak rozkosznie rozlewał się ciepłem po całym ciele. Ktokolwiek był tu gospodarzem, na pewno dbał o samopoczucie swoich gości.

- Kupiono ten trunek specjalnie dla pana. Widzę po minie, że przypadł panu do gustu. Nie wiem jak on to robi, ale zna się on na ludziach, to muszę mu przyznać. Niech pan już idzie, goście czekają na pana od dawna.

Nie miałem ochoty pytać się już o nic więcej, zachwycony moim trunkiem, wstałem więc z miejsca i postanowiłem rozejrzeć się po okolicy. Minąłem wściekle tańczące pary do dźwięków instrumentów orkiestry, którą ujrzałem dopiero teraz, stojącą na podwyższeniu. Nie podobał mi się ten taniec, był bardzo chaotyczny, nie było w nim nic pięknego ani delikatnego, żadnej sztuki, jedynie fizyczność

i namiętność. Kiedy już odchodziłem od placu do tańczenia, spadło na mnie pytanie, czy cielesność i porywczość musi być właściwie zaprzeczeniem piękna, a nie pięknem samym w sobie. Jeszcze raz odwróciłem wzrok w stronę tańczących, ujrzałem ich pląsające nogi, do rytmu lub nie – było pewne, że żadna osoba z tej grupy nie znała się na tym tańcu naprawdę, każdy robił to jak mu się podoba, jazgot z instrumentów powiększał jedynie surrealistyczny klimat chaosu tego obrazu. Ci ludzie żyli, widać było to w ich twarzach, twarzach które były inne niż te spotykane na co dzień, i wtedy zapragnąłem tańczyć, tak jak oni.

Zanim udało mi się ruszyć z miejsca, poczułem ciężar zwalający mi się na szyję od tyłu. Była to młoda dziewczyna, której z pewnością nigdy nie spotkałem, choć wydała mi się ona dziwnie znajoma. Ubrana była tak, jak reszta kobiet tutaj, jednak jej jasne włosy nie były ciasno spięte, ale rozpuszczone, rozlewały się na ramiona. Była ona zdecydowanie rozanielona moim widokiem i bardzo szczęśliwa. Nic nie mówiąc, ujęła mnie szybko za rękę

i pociągnęła w stronę stolików. Kiedy dotarliśmy do jednego z nich, znajdującego się bardzo daleko, na drugim końcu sali, muzyka była nieco bardziej cicha, więc można było rozmawiać bez podnoszenia głosów.

Przy stoliku siedziało dwóch mężczyzn, paląc papierosy. Ubrani byli bardzo podobnie jak reszta męskiego towarzystwa, ale na jego tle rzucały się w oczy różnice – oboje mieli jasne włosy, nie ułożone grzecznie, ale finezyjnie zmierzwione. Nie mieli much pod głową, ale rozpięte koszule pokazywały część nagich torsów. Jeden z nich miał ostentacyjnie położone nogi na stole i zawadiacko odchylał się do tyłu na drewnianym krześle. Drugi z nich był w zdecydowanie dobrym humorze. Dopiero po pewnej chwili rozpoznałem w nim mojego towarzysza, który porzucił mnie

w drzwiach.

- W końcu dotarłeś – wychylił się ze swojego krzesła, aby podać mi dłoń – myśleliśmy, że już nigdy do nas nie trafisz. Usiądź i napij się, mamy pełną butelkę na stole, a jak widać, mamy do czego nalać. Nie widzieliśmy się tyle czasu, musisz nam opowiedzieć prędko co u Ciebie.

Niezbyt wiedziałem co u mnie, wspomnienia wydawały mi się jawić jak za gęstą mgłą. Podałem dłoń również drugiemu dżentelmenowi, którego ironiczny uśmiech spodobał mi się od razu. On również był mi znajomy, ale wszystko wydawało się nierealne, jakby za wpół przezroczystą zasłoną. Grzecznie zająłem wolne miejsce, a obok mnie dosiadła się nowa znajoma.

- Skoro zebraliśmy się już wszyscy, wznieśmy toast. Toast za nas i za naszego zaginionego przyjaciela – wznieśliśmy toast i wypiliśmy. Rozkoszne ciepło znów rozlało się po całym ciele i od razu zrobiło mi się lepiej, popatrzyłem na moich towarzyszy z większą aprobatą, gdyż poczułem że właśnie tu należę, w tym dziwnym klubie buntowników wobec panujących norm.

Zapytałem się mojego przyjaciela o całą sytuację na górze, wszyscy jednak roześmiali się i zdawali się ignorować moje pytanie. Poczułem irytację, jednak stwierdziłem sam, że nie ma to teraz większego znaczenia, a w tak doborowym towarzystwie nie rozmawia się o rzeczach nieistotnych. Towarzystwo zdawało się od razu zapomnieć o uprzednim zainteresowaniu moim losem i wdało się w gorączkową dyskusję na temat kobiecych wdzięków, przerywaną odpalaniem papierosów

i wznoszeniu toastów pod różnymi, bezsensownymi pretekstami. Nasz stolik wydawał się w tym momencie bardziej chaotyczny

i wrzaskliwy niż sala taneczna – dwójka mężczyzn tworzyła taki harmider swoimi krzykami, śmiechami, biciem w stół, że każdy obok mógłby uznać takie zachowanie za co najmniej niestosowne. Jedynie dziewczyna obok mnie nie odzywała się, śmiejąc się cicho i kobieco, oraz rzucając na mnie co chwile ukradkowe spojrzenia.

Koledzy rzucali za to spojrzenia całkowicie nie ukradkowe na kobiety mijające co chwile nasz stolik. Ich zachowanie było tak obsceniczne, iż postanowiłem zwrócić uwagę mojemu dawnemu filozofowi, jak to ma się do naszej rozmowy o życiu, jeszcze w jego mieszkaniu. Czy odrzucenie rozumianych w ten sposób popędów nie byłoby sposobem do buntu przeciw życiu?

Myśliciel zaśmiał się rubasznie.

-Posłuchaj, przyjacielu, moje dążenia nie są tu zaprzeczane przez ten świat. Mogę zdobyć to o czym marzę, jeśli nie dobrowolnie, to siłą! Poza tym za dużo myślisz, dołącz do zabawy. Napij się, to Cię rozchmurzy.

Czując, że straciłem sojusznika w walce z rzeczywistością, napiłem się. Po raz kolejny płyn uderzył w samo moje jestestwo i nagle poczułem iskrę zrozumienia,

o czym mówił mój, bez dwóch zdań wybitnie inteligentny, druh. Czy jedynym sposobem na pokonanie świata jest dołączyć do niego całym sobą? Mój przyjaciel nie był już brudny i obdrapany, tak jak go pamiętałem: wyglądał przykładnie, jednak pozostawił swoją indywidualność wobec bandy klonów otaczających go. Jego zachowanie nie budziło głosów sprzeciwu wokół, choć zdecydowanie rzucał się on tu najbardziej w oczy i uszy, no może oprócz tajemniczego kompana, który powiedział do mnie:

-Widzę, że już się rozchmurzyłeś. To dobrze, najgorszy towarzysz to ten, który próbuje wszystko wyjaśniać i sam siebie zasmucić swoim własnym dumaniem. Rozmawialiśmy przed Twoim przybyciem na temat Twojego małego problemu

i doszliśmy do wniosku, że pozbawić cię go może tylko chłosta. Chłosta to stary, sprawdzony sposób rozwiązywania problemów, sprawdzony przez wielu. Szkoda, że ostatnio tak ciężko o porządny bat.

Dziewczyna przy mnie zachichotała nerwowo, zasłaniając oczy rękami jak mała dziewczynka. Bardzo mocno przypominała swoim sposobem bycia czyjąś kilkuletnią córkę, wyglądała, jakby była permanentnie zawstydzona i niezbyt rozumiała, co się wokół niej dzieje. Uznałem, ze potrzebna jest jej lalka, aby mogła skupić na czymś uwagę, jednak nie wiedziałem gdzie ją zdobyć.

-Ale bardzo się chwali, że jesteś taki wrażliwy – powiedział mój przyjaciel Myśliciel, odpalając papierosa od zapałki – gdybyś tylko był bardziej charakterystyczny, mógłbyś zostać artystą i żyć z tego. Może któraś bohema przyjęłaby Cię w swoje szeregi, jeśli bardzo dobrze nauczyłbyś się ukrywać swoją nudę. Czy jesteś do tego zdolny, zaraz zobaczymy.

Cała trójka wstała nagle od stołu, pospiesznie zdjęła płaszcze z wieszaka

i zarzuciła je na siebie. Nie pamiętałem już do końca, w co byłem ubrany, teraz jednak patrząc w dół, ujrzałem frak nie różniący się niczym od tych noszonych przez resztę gości. Nie miałem płaszcza, ale nikt nawet o to nie spytał. Ruszyliśmy pospiesznie

w nieznaną mi stronę a jasnowłosa złapała mnie za rękę, jakby było to coś najnormalniejszego na świecie, a ja nie protestowałem, gdyż była bardzo piękna.

Inni siedzący przy stolikach ludzie , których mijałem, prawie biegnąc, stała się w którymś momencie bardzo apatyczna i powolna, nieobecna, jakby ktoś przed chwilą zbudził ich z głębokiego snu, ucichły również dźwięki swingu, który tak rozgrzewał całą salę. Szybko doszliśmy do całkowicie oszklonych drzwi balkonowych, które zostały zaraz otworzone. Przyszło mi do głowy, że jednak nie są to żadne piwnice, ale musiałem przyznać że moja orientacja zawsze była nienajlepsza.

Balkon był bardzo obszerny, jak taras, chociaż całkowicie pusty. Wokół było ciemno, a z dołu można było dostrzec niewielkie świetlne punkciki, najprawdopodobniej latarnie – musiało być już bardzo późno i zdecydowanie byliśmy bardzo wysoko. Balkon był bardzo zimny, gdyż dopiero teraz zauważyłem swój błąd, nie miałem na sobie butów. Księżyc w pełni, lub bardzo bliski pełni, wydawał się bardzo duży i o wiele za bliski, stad oświetlał tę platformę i wszystkich, którzy się na niej znajdowali. Faceci odpalili papierosa, łącznie ze mną; poczęstował mnie nim tajemniczy nieznajomy. Moja partnerka była najwidoczniej zbyt piękna i zbyt młoda, aby palić papierosy.

- Tu jesteśmy najdalej od jakiegokolwiek absurdu, który mógłbyś zrodzić

w swojej mądrej głowie. Jedynym absurdalnym zjawiskiem jesteśmy tu my, wszyscy. Popatrz tylko na nas! To słowo zostało wymyślone przez człowieka, przez nas, to słowo, którego tak się boisz. Mówisz, że cały wszechświat opiera się na absurdzie, twierdzisz to w swojej małej głowie bardzo stanowczo, widzisz to swoim małym móżdżkiem, ale jeśli cały naprawdę opiera się on na niezgodności i chaotyczności, to może absurdalnym wypadałoby nazwać wszystko co harmonijne i zgodne ze wszystkim wokół. Obrałeś sobie zły cel i wciąż do niego mierzysz.

Paliliśmy chwilę w milczeniu, wbijając oczy w ciemność przed nami w kontemplacyjnej atmosferze, ale w tym momencie bardziej ciekawiła mnie kobieta obok, a raczej to, co skrywa pod swoją suknią. Niezmierzony mrok rozpościerający się wokół naprawdę dawał wyobraźni duże pole do popisu, i choć wiedziałem, że być może tu, przez tych ludzi, mogę swoje zdanie na temat świata utwierdzić, zmodyfikować nieco lub całkowicie odrzucić, to właśnie ta piękna, białowłosa istota, dotykająca mojej dłoni, rozpraszała mnie

i oddalała od celu. Nie mogłem jednak uciec od niej, przyciągała mnie jak magnes, nie mogłem, lub nie chciałem, odejść w żadną stronę.

Każdy z nas jednocześnie skończył palić, wypuścił niedopałek i przygniótł go po męsku butem. Mój przyjaciel mędrzec spojrzał na zegarek na swoim nadgarstku, po czym zaczął grzebać w wewnętrznej części marynarki. Po chwili wyciągnął z niej pistolet, zaciągnął muszkę, wycelował w moim kierunku i wystrzelił. Nie zdążyłem specjalnie zareagować, byłem pijany niebiańskim whisky i całym otoczeniem, jedynie udało mi się zamknąć oczy. Dłoń mojej ukochanej wypadła z mojej, po czym usłyszałem obok siebie odgłos upadania bezwiednej kupy mięsa.

Mój przyjaciel zabił moją miłość, czułem z tego powodu ulgę, że to właśnie mi udało się ujść z życiem. Patrzyłem przez pewien czas na ciało z przestrzeloną głową leżącą

w dziwnej pozycji w kącie przy balustradzie balkonu. Krew zalała jej twarz, najwidoczniej kula nie wydostała się na zewnątrz, ale pozostała w środku jej głowy. To był zdecydowanie dobry strzał. Nie wiedziałem, że ten filozof potrafi tak sprawnie posługiwać się bronią, trzeba jednak pamiętać, że w czasach wojny nawet poeci zmieniają swoje kałamarze na szable.

Odpalił on kolejnego papierosa: palił jak smok, powinien trochę bardziej dbać o swoje zdrowie. Miałem nadzieję, że do tak częstego palenia pcha go po prostu chwila

i towarzystwo, co było całkowicie zrozumiałe. Zaraz jednak jakby się rozmyślił, wyrzucił papierosa i szybko podszedł do mnie, z bardzo zdenerwowaną miną, jaką nigdy u niego nie widziałem, wciąż dzierżąc broń.

-Widzisz teraz, jaki z Ciebie oświecony człowiek – powiedział mi w twarz, wymachując pistoletem, którym wskazywał to na mnie to na martwą dziewczynę – jedyne, co tak naprawdę siedzi Ci w głowie, to kobiety! Wystarczy jedno spojrzenie

i nasz wielki przebudzony, który przejrzał świat na wylot, traci rozum! To ma być twój bunt? Takich buntowników nam tu wcale nie brakuje, bądź pewny.

Cofnął się do tyłu kilka kroków, wciąż mierząc mnie wzrokiem. Wyglądał na dość zdeterminowanego, a ja stałem jak wryty, bojąc się znów o własne życie. Mimo wszystko byłem jeszcze dość młody i choć właściwie niewiele spodziewałem się od życia, to nawet to wystarczyło, żebym całkowicie odrzucił myśli o śmierci. Postanowiłem błagać, jeśli będzie trzeba, upaść mu do stóp. Jako mój przyjaciel na pewno jest zdolny mi wybaczyć, choć bardzo dobrze rozumiałem swoją winę. Okłamałem wszystkich, nawet samego siebie, a to zdecydowanie zasługiwało na karę.

Mój stary druh stał wpatrzony na mnie z opuszczonymi rękoma. Nie mogłem odczytać w żaden sposób uczucia, które malowało się na jego twarzy, czy było to obrzydzenie, zawód, czy może nawet lekki uśmiech. Po chwili przemówił, machinalnie poprawiając mankiety i wygładzając strój.

-Nie należy cię spisywać na straty, tak myślę. Ze względu na naszą wspólną przeszłość miałem nadzieję pomóc ci w uzyskaniu wolności, przeskoczyć ostatnią przeszkodę, która ciągnie cię jeszcze ku ziemi, ku labiryntowi absurdów i niewiedzy. Dzisiaj zobaczyłem, że nie zasługujesz na ten dar. Przy życiu nie trzyma cię jedynie ludzka niechęć wobec śmierci, ale wszystko co ludzkie i absurdalne. Tak bardzo chciałeś zobaczyć absurd we wszechświecie,

w życiu, w ludziach, że pominąłeś prawdziwy absurd: człowiek, który twierdzi, cały czas twierdzi i wygłasza, deklamuje i referuje, a pomimo pięknej mowy jest całkowicie pusty

i zwyczajnie głupi. Trzymaj się swego życia bardzo mocno, za niedługo bowiem ktoś się o nie upomni. A teraz czas, abyś zobaczył chociaż, jak żyją prawdziwi mędrcy.

Po swoim monologu, w sekundzie po jego zakończeniu, przyłożył sobie odbezpieczony pistolet do skroni i wystrzelił. Zwalił się równie szybko na ziemię, na której leżał w dziwnej pozycji z otwartymi oczyma. Krew tym razem najbardziej obficie lała się nosem. Najwidoczniej tak właśnie żyją mędrcy, z krwią lecącą z nosa jak z kranu, bardzo możliwe, w końcu sam nim był nawet w tym momencie. Nie miałem jednak czasu i chęci w tym momencie interpretować jego czynu i ekspresji jego leżącego ciała.

Dopiero teraz przypomniałem sobie o moim nieznajomym towarzyszu, jedynym, który nie stracił życia przez moją fałszywą filozofię. Siedział on najwidoczniej przez cały ten czas przy drewnianym stoliku, którego nie zauważyłem wcześniej, znajdujący się w odległym kącie tarasu. Wyglądał na całkowicie spokojnego, sprawiał wręcz wrażenie, jakby nie zauważył wcale masakry, która się tu odbyła, gdyż nadal uparcie wpatrzony był w ciemność, paląc jak zwykle papierosy.

Zacząłem zbliżać się do niego powoli, zostawiając za sobą krwawe ślady. Milczący człowiek nie zauważył mnie, dopóki nie byłem naprawdę blisko, wręcz przy stoliku. Pomimo, że wyglądał poprzednio jak człowiek w transie, nie wydał się zaskoczony czymkolwiek, od razu powitał mnie uśmiechem i powiedział:

-Widzę, że nadal pan tu jest. To świetnie! Niech pan siada, napijemy się, porozmawiamy. Wygląda pan dość blado i niezdrowo. Musi pan o siebie lepiej dbać, bo ciężko jest mówić mądre rzeczy, kiedy całe ciało jest w agonii. A panu chyba na tym zależy, mam rozumieć?

-Zależy – odpowiedziałem od razu – aby myśleć i mówić mądrze. Problem w tym, że sam już nie wiem co jest mądre a co nie.

-Prawda jest zawsze mądra – odrzekł, nalewając nam do szklanki wspaniały napój – jedyny problem leży w jej odkryciu. Ludzkość jest bardzo sprawna w posiadania racji w wielu malutkich, bardziej lub mniej ważnych sprawach. Żadnemu człowiekowi nie udało się jednak dowieść najwyższych prawd, a nawet jeśli, to nie mamy warunków, aby sprawdzić, czy faktycznie ma on rację! W takiej sytuacji wydaje się, że prawda jest nieosiągalna, co za tym idzie nie da się być naprawdę mądrym. Co pan na to powie? Czy warto tak się gimnastykować, wypinać muskuły, kiedy walka jest z góry przegrana?

Nie odpowiedziałem, dlatego napiliśmy się. Nagle, poczułem jasność umysłu, jakby ktoś odsłonił w tym momencie zasłony w mojej głowie i promienie poranka zaczęły pokrywać wszystko, co się w niej znajdowało, moje wspomnienia, myśli, problemy i uczucia. Zrozumiałem w tym momencie, że człowiek, z którym siedzę i piję przy jednym stole, jest mi bliższy niż ktokolwiek, gdyż to byłem ja sam, rozmawiałem sam ze sobą, przez cały ten czas. Kiedy spojrzałem w jego kierunku znad szklanki, nie było go już tam, co nie jest oczywiście dziwne, gdyż nie było najmniejszej potrzeby, aby było mnie dwóch.

Zauważyłem, że leżące, krwawe ciała pozostały. Wziąłem to jako pocieszenie, że żaden z tych ludzi nie był mną, gdyż nie warto umierać za takie głupie nieporozumienie. Raczej nie było tu już nic do zobaczenia, więc wziąłem ze stołu butelkę, szklankę i papierosy, które pozostały tam po mnie i powoli wróciłem do środka.

Przybytek stał już pusty, ucichła taneczna muzyka, pijackie zaśpiewy. Stoły

i podłoga zdradzały jednak, że odbyło się tu spotkanie ludzi, którzy bardzo lubią to, co ludzkie: wszędzie był bałagan, puste butelki stały nie tylko na stołach, ale również na podłodze. Nadal w powietrzu unosił się smród papierosów pomieszany z odorem alkoholu, a podeszwy moich butów, które z zadowoleniem znów zauważyłem na sobie, kleiły się do podłogi. Bardzo podobał mi się ten widok, czułem dziwną przyjemność obcując z pozostałością po ludzkim arcydziele, które jest tworzone na całym świecie w miejscach takie jak to.

Jedyny ruch, w dalekim końcu pomieszczenia, pochodził zza baru. Niespiesznie ruszyłem w tamtą stronę, delektując się otaczającym mnie krajobrazem i klimatem. To barman wykonywał tam niezłomnie swoje barmańskie czynności, w tym momencie był zajęty przecieraniem umytych kufli. Robił to z wielką gracją, profesjonalnie i musze przyznać, że wyglądał w ten sposób nadzwyczaj dobrze – żywo. Kiedy mnie ujrzał, od razu spod czarnych wąsów dało się zauważyć szeroki uśmiech.

-Jak widać został pan jedyny na imprezie jako najwytrwalszy – zawołał śmiejąc się i nie przerywając swoich rzeczy – chce się pan jeszcze napić i szuka kompana? Czy może potrzebuje pan pokoju na noc, mamy tu kilka niedrogich i przytulnych miejsc na górze.

-Nie, dziękuję, i nie mam również ochoty na picie, zdecydowanie wystarczy mi tego na dzisiaj. Niech pan mi powie, czy to wszystko jest pana?

-Tak, uruchomiliśmy to wszystko wraz z żoną bardzo dawno temu. Żona odeszła, a ten bar pozostał wraz ze mną. Miejsca są wierniejsze od kobiet, musi pan

o tym wiedzieć, póki jest pan młody. Nigdy nie ma tu dużych ruchów i nie ma również kokosów z pracy, ale kocham to wszystko jak własnego syna. Jedynie ten pana przystojny przyjaciel, który kazał zamówić specjalnie dla pana ten alkohol, zapłacił za swoją imprezę bardzo hojnie.

-Zawsze był bardzo wielkoduszny – uśmiechnąłem się i odpaliłem papierosa – a wie pan kim byli Ci wszyscy ludzie?

-Nie dokładnie, ale z tego co udało mi się dowiedzieć i usłyszeć, byli to naprawdę różni ludzie, wręcz przekrój całego społeczeństwa, gdyby się mnie ktoś pytał. Przedstawiciele różnych klas majątkowych, zawodowych, kulturowych. Jak widać, ludzie potrafią się ze sobą zgodzić tylko jeśli chodzi o picie, krzyki i złe zaśpiewy do popularnych piosenek.

W tym momencie kochałem tych ludzi i czułem to bardzo mocno. Pomyślałem, że część z nich kręci się nadal po ulicach, węsząc za kolejnymi bodźcami i bardzo chciałem być częścią tych ludzi, gdyż w tym momencie potrzebowałem podniet, tych cielesnych i intelektualnych, nie rozróżniając ich już w swojej głowie. Kochałem całą ludzkość i świat, łącznie z ludzką głupotą, żądzą krwi, psim skakaniem do gardeł, gwałtem i przemocą. Tęskniłem za nożami, które każdy nosi w ręku, które wbijają się w najgłębsze tkanki, ucinają języki i wydłubują oczy, a które tak naprawdę były błogosławieństwem.

-Przeszkadza to panu? – zapytałem barmana, cały w skowronkach.

-Nie, nic a nic. W końcu to moja praca, która dzięki temu jest czasem ciekawa, choć rozróby też się już zdarzały. Zacząłem mieć tylko problemy ze słuchem przez cały ten hałas, choć możliwe, że to po prostu objaw starości – roześmiał się i również zapalił – młodzi niech zostaną młodzi. Świat pełen spokojnych starców byłby nie do zniesienia.

Przez chwile paliliśmy w milczeniu i czułem, że wcale nie przeszkadza nam cisza. Postanowiłem zebrać się powoli do domu, gdyż nie potrzebowałem teraz wcale towarzystwa, rozmawiałem dla samej przyjemności, nie pragnąłem żadnych odpowiedzi. Zgasiłem resztę papierosa i ładnie się pożegnałem. Choć nie pamiętałem już jak się tu dostałem, gdyż najwidoczniej nie była to sprawa na tyle ważna, bym zapełniał sobie tym niepotrzebnie pamięć, nie pytałem o drogę, gdyż nawet samo dotarcie do mieszkania nie było tak pożądane, jak samo szukanie drogi.

Barman odezwał się jeszcze do mnie ze swoim zwyczajnym uśmiechem, kiedy znalazłem się przy drewnianych drzwiach:

- Szerokiej i bezpiecznej drogi! Wydaje się pan mądrym człowiekiem, więc dam na odchodne radę starego i nie do końca chyba jeszcze zgrzybiałego człowieka: niech pan znajdzie w sobie więcej luzu, gdyż nie ma nic gorszego niż pretensjonalność, a ludzie spięci są na nią bardzo narażeni. I niech pan nie raczy się wahać żeby tu do mnie powrócić. Mam wszelkie uciechy, jakie pan sobie może wymarzyć, proszę mi uwierzyć.

Wierzyłem, choć nie miałem zamiaru tu wracać na jakiś czas. Hałas tak uciążliwy, przez który nie słychać własnych myśli potrafi być uciążliwy, ale jest wciąż

o wiele lepszy od ciszy, w której słychać je aż nazbyt realnie. A miałem przeczucie, że budynek ten będzie na razie świecił pustkami i kompletną ciszą.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania