Życie po życiu. Rozdział I - Początki

Umarłem. Tak po prostu. Szybko, acz niestety nie bezboleśnie.

Wieczór. Spokojnie przechodziłem przez jezdnię zaaferowany muzyką w moich słuchawkach. Odpłynąłem do tego stopnia, że nie usłyszałem pędzącego w moją stronę samochodu, który jak można się domyśleć we mnie uderzył.

Oszczędzę sobie określeń na ból, który poczułem, bo szybko minął. Jak za pstryknięciem palców czy wyłącznika od światła.

Miałem okazję chwilę popatrzeć na siebie i miejsce wypadku z perspektywy obserwatora. Nieźle pocharatany byłem, miejscami całkowicie zalany krwią, która przeciekła przez wszystkie warstwy mojego odzienia. Ale hej- teraz wyglądam jak nowy! Ani jednego siniaka czy połamanej kości. Mogli mi przy okazji naprawić krzywo zrośnięty po złamaniu nos, ale narzekać nie będę.

Tak właściwie to siedzę w łodzi- gondoli, jakby zabranej wprost z Wenecji przemierzającej nieograniczoną pustkę (i wodę o dziwnie czarnej barwie). Nie steruje nią jednak Włoch w pasiastym stroju i kapeluszu, ale ktoś (bądź coś) w czarnej pelerynie z kapturem. Ono się raczej nie odzywa, czasem pomrukuje niezrozumiałe dla mnie słowa.

Nie jestem tu jednak sam, rzecz jasna! Za mną siedzi kilkanaście innych osób, o różnych karnacjach, oni też martwi. Ci rozumiejący się nawzajem nadzwyczaj żywo odpowiadali na pytania i dołączali do konwersacji, nawet jeśli nie pytani. Wiem tyle, że oprócz mnie dwie osoby mówią po angielsku, oraz po jednej osobie mówiącej w kilku innych językach. Są jeszcze dwie Azjatki z tyłu rozmawiające ze sobą w jakimś nieznanym mi języku. Dogadałem się z Amerykanami- Jonathanem oraz Manuelem i Szwedką, którą miałem nazywać Gertrud. W trakcie tej ciągnącej się podróży zdążyliśmy się dość dobrze poznać, pomimo lekkiej bariery językowej.

Czasem nasze konwersacje przerywa przewoźnik, (którego wspólnie nazwaliśmy Charonem) gardłowo śpiewającego w jakiejś antycznej mowie. Utwory mało melodyjne, lecz w swój ekscentryczny sposób poruszające. Z kolejnymi śpiewanymi zdaniami wymyślamy własne znaczenia słyszanych dźwięków, zastanawiając się co w istocie skrytej pod kapturem może wzbudzać tyle emocji.

Zanim kazał nam wsiąść do łodzi można by powiedzieć, że życie przeleciało mi przed oczami. Dosłownie. Idąc wzdłuż ciemnego korytarza widziałem kolejne co ważniejsze wspomnienia. Pierwsze kroki i pierwszy rower, ukończenie kolejnych szkół- z wyróżnieniami lub bez, później już studia, dziewczyna, żona, dziecko, następnie pustkę po żonie zastąpiłem psem. Imprezy charytatywne- to dla schroniska, to szpitala, kolejna dla chorej na raka dalekiej znajomej, a tamto czysto dla zajęcia głowy by nie zrobić niczego impulsywnego.

Na samym końcu korytarza czekało na mnie ostatnie wspomnienie, jakim jest wypadek, potem wszystko się urwało i jako pierwszy wsiadałem do gondoli, już w pełni świadomy swego otoczenia.

Po jakimś bliżej nieokreślonym czasie, który był taki ze względu na brak jakichkolwiek zegarków czy telefonów dotarliśmy do szarego brzegu złożonego z drobnych kamyczków, podobnych do dekoracji w moim dawnym ogródku. Charon wskazuje na ląd milcząco nakazując nam opuszczenie łodzi. Powoli idziemy zbliżając się do białych drzwi, mocno kontrastujących z mrocznym otoczeniem.

Idziemy powoli, a wrota stają się coraz bardziej widoczne.

Myśląc "brama do niebios" miałem w głowie dość podobny do rzeczywistości obraz. Jest ona podobnego rozmiaru co drzwi mojej dawnej podstawówki i pokryta ogromną ilością złotych dekoracji- określenie tego przepychem nie wystarczyłoby do zobrazowania tego natłoku zdobień. Nagie aniołki z kręconymi włosami (co swoją drogą jest lekko nie na miejscu według mnie), mniej bądź bardziej egzotyczne rośliny, zwierzęta- głównie bydło, sceny biblijne... W skrócie wszystko, czego można by się spodziewać po wrotach oddzielających pustkę czyśćca od utopijnej krainy zwanej niebem. Dwuskrzydłowe drzwi otwierają się przed nami i wszystkich przed nimi stojących oślepia przenikliwa biel...

 

***

 

Budzę się- i tu szok oraz niedowierzanie- z śnieżnobiałym sufitem nade mną. Poduszki oraz otulająca mnie ciepła kołdra są jednak barwy niebieskiej, lecz takiej jasnej, taka dziesiąta woda po kisielu. Nie chcę mi się wstać, ale jednak złażę z jakże wygodnego materaca. Otaczają mnie jasnoszare i standardowo blade ściany oraz pod stopami mam panele z jasnego drewna. Co dziwne, nie wiem jak się tu znalazłem. Nawet nie jestem pewny czy to mój dom! Rozglądam się i dostrzegam coraz więcej detali. Biurko, pusta szafka na książki, odtwarzacz płyt i wielkie okno z widokiem na resztę mojej posesji. Patrzę przez nie i moim oczom ukazuje się ogródek. Taki zwykły, lecz urokliwy w swej zwyczajności. Z kilkoma krzakami- w tym krzakami róż, czekającymi na nasiona niewykorzystanymi grządkami i drzewem o majestatycznie rozłożonych gałęziach. Odrywam wzrok od zewnątrz i zmierzam w stronę drzwi i przestrzennej kuchni połączonej z salonem. Na wyspie leży różowa kartka, a na niej znajdują się te słowa:

 

"Tomaszu!

W lodówce jest przygotowane dla Ciebie musli, zjedz je sobie na śniadanie. Będę w domu wieczorem, nie mogę się doczekać zobaczenia Cię po raz pierwszy!

Smacznego i do zobaczenia,

Magdalena :)"

 

Ta wiadomość była niespodziewana. Nieoczekiwana tak jak Pythonowska hiszpańska inkwizycja.

Mam wiele pytań.

W ogóle to skąd ona wiedziała, jak mam na imię?

Dlaczego była w moim domu? I przede wszystkim, kim ona jest?

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Canulas 20.06.2019
    Tnij te oczywistości, bo szkoda prądu. Opko mogło być ok, ale za dużo słownego kalafiorswa.

    "Wieczór. Spokojnie przechodziłem przez jezdnię zaaferowany muzyką w moich słuchawkach. Odpłynąłem do tego stopnia, że nie usłyszałem pędzącego w moją stronę samochodu, który jak można się domyśleć we mnie uderzył"
    - moich słuchawkach
    - moją stronę
    - we mnie

    Za dużo tego.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania