Życie w idealnym kadrze

Gdyby istoty spoza naszej galaktyki postanowiłyby przeanalizować naszą cywilizację wyłącznie na podstawie profili w mediach społecznościowych, doszłyby do wniosku, że Ziemia to raj zamieszkany przez niezwykle pięknych, wiecznie uśmiechniętych ludzi, którzy żywią się wyłącznie tostami z awokado i piją kawę w oświetleniu porannego słońca. Nie ma tu korków na ulicach, brudnych naczyń ani plam po sosie pomidorowym na ulubionej koszulce. Jest tylko ciągłe, estetyczne życie w najlepszej wersji.

Mamy do czynienia z nową formą sztuki: mistrzostwem kadrowania. Współczesne media społecznościowe nauczyły nas patrzeć na świat przez bardzo wąski obiektyw. Zdjęcie przedstawia idealny, minimalistyczny stolik, książkę otwartą na najbardziej mądrej stronie, zapaloną świecę i dłoń z perfekcyjnym manicure trzymającą kubek. Cudowny, poetycki moment zachwytu nad życiem. Czego aparat nie pokazuje? Dokładnie dziesięciu centymetrów poza kadrem.

A tam, tuż za granicą obiektywu, rozgrywa się prawdziwa proza życia: sterta nieprasowanego prania grożąca zawaleniem, kot próbujący zjeść plastikową reklamówkę i laptop wyświetlający piętnaście czerwonych powiadomień z pracy na wczoraj. Ale tego nikt nie musi wiedzieć. Ważne jest to, co mieści się w kwadracie.

Prawdziwa tragedia tego wirtualnego teatru polega jednak na tym, że zaczęliśmy porównywać swoje własne, kulisy życiowe z wyreżyserowanym widowiskiem innych ludzi. Widzimy znajomego, który wstawia relację z trzecich w tym roku wakacji w tropikach, wtedy nagle nasza własna kanapa zaczyna wydawać się jakaś taka szara, a herbata mniej aromatyczna. Zapominamy, że ów znajomy wstał o czwartej rano, pokłócił się z partnerem o zagubiony paszport, a zdjęcie na tle palmy robił przez czterdzieści minut, poprawiając brzuch na dziesięciu różnych ujęciach.

Kreujemy te cyfrowe makiety, bo panicznie boimy się zwyczajności. Zwykłość stała się niemodna. Dzisiaj nie można po prostu iść na spacer, trzeba mieć z tego „relację”. Nie można zjeść obiadu, trzeba go najpierw uwiecznić i pokazać światu, że nasze życie ma smak, kolor i odpowiedni filtr.

Może więc czasami warto po prostu wyłączyć aparat, zostawić bałagan na stole i zjeść zimnego tosta bez informowania o tym całej sieci? Bo najpiękniejsze momenty w życiu i tak mają to do siebie, że zazwyczaj dzieją się wtedy, gdy oba nasze kciuki są zajęte czymś zupełnie innym niż przesuwaniem ekranu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Znam kilka takich osób, które ledwo usiądą w kawiarni, najpierw muszą pochwalić się tym co wypoją i co do tego zjedzą.
    Dopaminka!
    Bo lecą lajki, lajki! Smaczne 😆

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania