Życiorys

Gdybym miał napisać życiorys, to zacząłbym od tego, że urodziłem się w latach, gdy ludzie wznosili do góry pięści i strzelali do siebie na wiecach. Co prawda część z nich wkładała do karabinowych luf kwiaty, jednak kwas szybko im się skończył, wobec czego zostali bankierami, maklerami, twórcami telewizyjnych reklam. Jako że byłem wtedy zaledwie niemowlakiem, na kwas się nie załapałem, dlatego dzisiaj jestem bez grosza. By nie zanudzać, skrócę nieco swoją opowieść. W wieku lat kilku napiłem się w przychodni płynu do mycia podłóg i tak rozpoczęła się psychodeliczna podróż, która trwa do dzisiaj. Cały czas czekam, aż ocknę się po płukaniu żołądka w szpitalu i powiem: „Mamo, tak bardzo chciało mi się pić”.

 

​Młodość na skutek braku świadomości upłynęła szybko. Kiedy się dowiedziałem o jej (świadomości) istnieniu, to bardzo cierpiałem i zacząłem trwonić czas na poszukiwaniach siebie. Wbrew pozorom nie było to najgłupszym zajęciem, jakiego się imałem. Kiedy już siebie odnalazłem, to zaraz próbowałem zniszczyć i to dopiero było potwornie głupie. Na szczęście pewnej jesieni wyjechałem w góry, gdzie doznałem oświecenia, łapałem muchy i udawałem jelenia. Życie zaczęło się toczyć jak sen, raz bardziej, raz mniej świadomy. Przez cały ten czas zastanawiałem się, jak zapanować nad sobą. Sztuka ta może by mi się udała, gdyby nie społeczeństwo, na które byłem narażony. Dlatego też, miast duchowego treningu, poświęcałem się odpieraniu ataków życzliwych osób.

 

​Dzisiaj, gdy czasy największej chwały mam już za sobą, opierać się mogę tylko na sztuczkach, jakie wyczyniam ze swoim umysłem. To on okazał się najwierniejszym przyjacielem i przez to jest mi trochę wstyd, że tak bardzo go zaniedbywałem. I teraz będzie najważniejsze: podążam drogą, wciąż powtarzając, że nie chcę roztopić się w ciszy. A ona czeka na mnie uparcie i obiecuje, obiecuje, a ja ciągle się bronię. Nie chodzi nawet o akceptację, bo tę w miarę sprawnie opanowałem. O co więc chodzi, bo jeśli o nic, to wciąż nie potrafię tego zaakceptować.

 

​Na brzegach samotnych wysp są ślady stóp rozbitków. Biegnę ich tropem, by zniknąć w oceanie. Słowa, słowa, słowa. Podobno w każdym sercu jest ziarno drzewa, które może stać się cienistym wytchnieniem dla wielu istot. Szkoda tylko, że tak trudno samemu usiąść w tym cieniu. Jestem zmęczony i myślę o życiu po śmierci. Co mnie tam czeka? Myślę, że ptakiem się stanę i zapomnę wszystkiego, by móc z ufnością jeść z czyjejś dłoni.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (1)

  • Mona Demona godzinę temu

    Kilka dni temu obejrzałam Moanę. Jej babcia po śmierci powraca jako płaszczka. I właściwie nie wiem czemu o tym, może żeby jakoś zacząć.

    "Młodość na skutek braku świadomości upłynęła szybko." – cała młodość zamknięta w jednym zdaniu. Potem – życie w migawkach. Mówiłeś o tym już setki razy, więc streszczasz. Każdy wie jak było.

    Ostatni akapit to przyszłość. Tutaj tekst zwalnia. Staje się bardziej abstrakcyjny.

    I ostatnie zdanie: "Myślę, że ptakiem się stanę i zapomnę wszystkiego, by móc z ufnością jeść z czyjejś dłoni." Piękne.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania