Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!
ŻYCZENIE ŚMIERCI (opowiadanie gore)
ŻYCZENIE ŚMIERCI
(opowiadanie gore)
Podobno: potrafi zarówno zaznać spełnienia, jak i powrócić...
PROLOG
Zwyczajnie przeciętny zgiełk przeszklonego hartowanymi taflami witryn, popołudnia, czymkolwiek nie odstępował od żelbetonowo fundamentalnego dogmatu powstania zaistnienia: stanowiącego zwyczajne centrum handlowe, oddane pod rygorystyczną weryfikacją inżynieryjnego kunsztu, wobec codzienności publicznej eksploatacji: niczym mauzologiczne korytarze, umożliwiające przybywanie, celem zasięgnięcia lektury nagrobnych płyt. Nic zatem dziwnego, iż pracownicze zabieganie, raczyło nie poskąpić owego dnia, ku temu chętnych: jakby w ich głowach, wybrzmiał rozkaz samego Antychrysta: nie przyjmującego sprzeciwu, wobec rzucenia się w rozglądliwą pogoń, za spełniającymi ramami promocji, wymogami posiadania... nie przekłamanie szczupłych portfeli. Bezstronnie rzuciwszy na to okiem, zdawał się jedynie brnąć: zupełnie, jak uznawszy, iż doczesna rzeczywistość, nie dotyczy zupełnie tych łysych, w dresie, a ponadto: taszczących sportowe plecaki, nawet wówczas, gdy znieczuliczna nieuwaga tłumu, wręcz uniemożliwia ich niepremedytowane porzucenie: w na tyle ustronnym miejscu pasażu, aby pozostając nie splądrowanymi przez przypadkowych znalazców, mogły doczekać swojego przeznaczenia: milcząc wobec mijalnych spojrzeń, utkwione pomiędzy tapicerowanym tanią imitacją skóry, krzesełkiem: a elegancko komponującym się z otoczeniem, filarem podtrzymującym komponowany szkłem i stalą, dach: o powierzchni zaledwie kilku boisk piłkarskich, posiadając masę nie spełna kilku tysięcy ton, takowego materiału... górującego ponad głowami codzienności, niczym śmiertelne życzenie bezpowrotnego wygaszenia jaskrawości świateł...
I.
Doskonale wiedział, iż czas: nie zechce odwrócić oczu, niczym przepastny kaptur bluzy, przed obiektywem kamer monitoringu: jego własnego wizerunku. Myślał o tym zupełnie spokojnie, z pod jego opadłego na twarz, rantu: obserwując parkingowy tłum, zdający się go przedrzeźniać, gorączkowym poszukiwaniem wewnątrz kieszeni... kluczyków. Wielu było mu podobnych, inni: postanowili stanowić zasadniczą odwrotność... a znaczenie miało to dla niego identyczne, skoro doskonale wiedział, w jakim właściwie celu: i tylko ta myśl, zdawała się osobiście, jego własną dłonią, pociągnąć klamkę drzwi kierowcy, aby przekręcając kluczyk w stacyjce, obdarzyć wszystkich obecnych pożegnalnym spojrzeniem: zaprzątającym uwagę podczas lawiracyjnego opuszczania parkingu, nie wykraczającego poza zasięg elektroniki, decydującej o tak znacznej ilości żyć, iż sprowadzenie ich do wspólnego mianownika jednego przycisku, prychnęło z jego ust podsumowaniem przez pogardliwe wypłucie nienawistnego śmiechu.
Właśnie unosiła dłoń w kierunku twarzy, aby przesłodko seksownym gestem dotknięcia opuszkiem palca, ust, utwierdzić w przekonaniu przyszłego sponsora, iż pomimo bycia nielicencjonowaną, pomimo codziennej rutyny: iście zawodową dziwką, słodka mina niewiniątka jest na tyle autentyczną, iż pozwala uwierzyć we własne przekonanie, że zakrztuszenie kutasem wbitym po jaja w gardło, może być... niecodziennie podniecającym, życiowym doświadczeniem: zwłaszcza w tej cenie spotkania. Doskonale wiedziała, że typ już jej wierzy: uznając, że ma pełną kontrolę nad sytuacją, rzecz jasna: oczekując kolejnych udziwnień, o czym: pomimo zbycia udawaniem nieświadomości: wiedzieli przecież oboje. Oczywiście: udając łatwowiernie zakochaną, nie mogła postąpić inaczej, jak pytaniem o numer telefonu, zwłaszcza, iż zwykła kłamać, że poszukuje chłopaka... no: przynajmniej takiego, który spełnia oczekiwania, własnym statusem społecznym, do czego: ma przecież pełne prawo. Nawet będąc imbecylem, śliniącym się na myśl o dziewiętnastoletnim tyłku blondyneczki, o czym: odwykła informować, oczekując jedynie cyfr... które klepane w książkę kontaktów, zdawały się ewidencjonować logistykę dalszego nieistnienia. Pierwsza z nich... druga... trzecia... pytanie o dzisiejszy wieczór... czwarta... piąta... krótka odpowiedź, że właśnie po to są telefony... szósta... siódma... ósma... Otwierając usta, tchem zapartym ostatnią z nich, osunął się na kolana, jakby zmieciony impetem wzbitych odłamków: pędzących kruszącym umysł łoskotem, sekwencją siejącą krwawe spustoszenie.
II.
Krystaliczne tafle witryny stoiska z telefonami, rozprysnęły się energią wybuchu, zatapiającą w ciele ekspedientki na tyle ostrości szkła, iż obecnie: stanowiło bezkształtnie ociekłą krwią, krajankę kościstego mięsa, w której nie sposób było odróżnić naszpikowanych odłamkami, organów wewnętrznych, od rozbryźniętej tym reszty: mimo wszystko, nie spowalniając biegu wydarzeń: wobec rzucenia najbliższych tkwiącemu przy filarze, plecakowi: na pobliską taflę witryny sklepu odzieżowego, jednocześnie wbijając tkwiące w nich, szkarłatnie ociekłe odłamy, w przeciwległą ścianę, postawioną z lekkich, gipsowych pustaków: które kruszone pędem stłuczki, tylko w niewielu miejscach, pozostały pozbawione zaciekliwości purpury, trafiającej w serca, najczęściej: ekspozycją na światło dzienne: wraz z resztą ludzkiego wnętrza: krytego przypadkowością pozbawianych tajemnicy, żyć. Ci, którzy nie zostali zepchnięci popłochem ucieczki tłumu, przez balustradę: nie musieli konać ostatnią świadomością pękania upadkiem, czaszek: oznajmiającą im galaretowatą plamą, iż, mimo wszystko: jednak... posiadali mózg. To nawet lepiej, skoro zaledwie tylko bardzo ciężko ranni: wrzeszcząc niewyobrażalną boleścią odniesionych otwartych złamań, ran ciętych, szarpanych, a także dotkliwych oparzeń: milkli niespodziewanie, podczas desperacji pełznięcia po usłanym kaźnią gresie, gdy na ich twarze, stąpały przerażonym galopem, kolejne dziesiątki kroków: nie odwiedzione chrupkim trzaskiem gruchotanych mokrym echem, kości: od chęci ratowania swojego własnego egoizmu: upisanego w imieniu Kostuchy, setkami rozmaitych, krwawych odcisków podeszw... czasami, zdarzało się nawet, iż ktoś potknął się o takowe zwłoki... zaplątał but w przypadkowy sznur śliskości jelit... bądź: poślizgnął się na jakimkolwiek z wszędobylnych, krwawym strzępie ludzkiego ciała... a wówczas: wolą braku przebaczenia ze strony tłumu, spotykał go taki sam los... Cóż. Jak widzisz: najlepsza zabawa, trwa obecnie przy wyjściu: gdzie miażdzący się własnym naporem, tłum: postanowił wyznać o sobie prawdę: rozrywając dłońmi zakrwawione truchła nowoumarłych, aby dać pierwszeństwo majestatowi żywych, przekonanych, iż najbardziej na to zasługują... przynajmniej do czasu, gdy złamane naciskiem żebra, nie przebiją ich płuc: chluszcząc ustami makabrą oznajmienia prawdy: o uważanym przez nich za przyjazne, społeczeństwie: szacunkiem rozrywającym ich zwłoki na strzępy:.. gołymi rękoma, zajadliwością nie ustępującą zwierzęcej, co gorsza: obecnie... wyjątkowo nie powodowani ku temu, rodzimą, ludzką zawiścią. Mimo wszystko. Przy czym, zapewniam, że gdyby było inaczej: mimo wszystko... nie zechcieliby tego dokonać. To i tak bez znaczenia, ponieważ nadszargnięty wybuchem filar podporowy gruboszklistego dachu, swoim podupadaniem, w żalu nad losem obecnych, roztoczył nad ich głowami wzmagane falą uderzeniową stąpania setek stóp: pęknięcie... przywodzące na myśl, nic innego, jak pozbawioną liści koronę drzewa, podziwianą na tle nieba, z poziomu leśnej ściółki: a potęgę ostrości szklanych odłamków, nawet nie mających mocy sprawczej przeciętnej gilotyny: znasz już przecież doskonale...
EPILOG
Nie wiedziała, z jakiego powodu została rzucona o ziemię, zdającą się czerpać istnienie z cierpienia, siłą: którą odczuła, jako serię karabinowych pocisków, własną przeciągłością, zdającą się wstrząsać ciałem, tylko po to, aby skapywać błyskliwością purpury. Nie tylko kilka metrów za jej plecami: niosąc krwawe strzępy tkanek, osiadłe krwawym rozbryzgiem. A także: kroplą Diablego Atramentu na los jej duszy: nakazujący natychmiastowe stawienie się w Piekle.
Obracając na palcu srebrną obrączkę, zawiesił w niej wzrok, skryty pod przepastnymi połami czarnego kaptura: mając świadomość, iż osoba podająca się za miłość jego życia: w swoim przesłodzonym blondem, umyśle: nie chciała czegokolwiek innego, jak samotności: odsyłając go jednymi z ostatnich słów... do Diabła: aby mogła zaznać spokoju, nie musząc żyć ludzką skromnością, jego własnej doczesności... I może wydać Ci się to makabrycznym, jednak:.. na tą myśl: uśmiechnął się złowieszczo.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania