Zygzak na nieboskonie

Coś we mnie pęka. Rysa pozostaje niewidoczna, ale instynktownie wyczuwam trasę, którą w końcu przebiegnie odcinając krew od szronu na ustach. Dwa miesiące nie widziałam słońca. Dwa miesiące nie widziałam nieba, ptaków i drzew, nie oddychałam powietrzem innym niż to, tak samo wymęczone jak my. Chciałabym już wyjść. Nawet jeśli na górze tylko zgliszcza i kula czekająca aż wychylę głowę. Wszystko jest lepsze od zawieszenia i zwierzęcego strachu. Tego nie zajesz, nie zapijesz. Zwłaszcza, że kończy się nam i żywność i woda.

 

Nie rozumiem dlaczego boję się śmierci. Wiem przecież, że będzie miała twarz rosyjskiego mordercy i wbrew jego oczekiwaniom, przyniesie mi spokój. Wybawi od głodu, ognia i wojny. Od pytań dziecka, któremu kłamię o lepszym świecie w którym nie ma już dla nas miejsca. Ja to wiem i wie to kobieta z koca obok. Jej brzuch pęcznieje od nowego życia, a ja nie mogę na to patrzeć, więc udaję, że śpię tak jak udaję, że żyję. Wszyscy tu udają. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy i ciężko nas będzie wytrącić z tych ról. Tak się wczuliśmy.

 

Rysa pod opuszkami. Tak mi się przynajmniej wydaje. Coś rozpycha od wewnątrz mostek. Dławi i drży. Krótko. Urywanie. Jak skrzydła ćmy albo zygzak nie nieboskłonie. Rozpinam kurtkę. Pod kilkoma warstwami mocno już nieświeżych ubrań tłucze się serce. Ile można żyć pośród rozkładających się ciał? Z myślą, by wreszcie wynieść matkę za drzwi. Wyrzucić ją z jej własnego domu, bo ręce na których cię nosiła i piersi, którymi karmiła zmieniają konsystencję i choć tego nie widać, to z pewnością czuć i to tak, że już zawsze będę zasypiała i budziła się z tą tragedią w nozdrzach. Chciałam ją pochować. Przysięgam. Pod tą lipą pod którą jadaliśmy niedzielne obiady. Ale ostrzał. Nie ustawał aż w końcu rakieta spadła na dom i trzeba było uciekać po nocy, czerwonej jak brzask w lawinie rozlewającego się piekła.

 

Śniło mi się morze. Pękło na pół, a z poszarpanych fal jątrzył się piach. Próbowałam wpychać go z powrotem, wtedy przemienił się w dom. Z rozprutych ścian wysypywały się ubrania, meble i zabawki. Wszystkie z głębokimi, dojrzałymi już rysami, jakby rozpadał się cały świat, a tym co mogło go ocalić było przebudzenie. Tąpnęło. Otworzyłam oczy. Moje dziecko nadal spało. Miało tylko połowę twarzy. Lewą połowę. Druga ginęła w fałdach brudnych tłumoków. Taką miałam przynajmniej nadzieję. Takie było założenie. Choć równie dobrze mógł się tam znajdować lej po bombie albo wyrwa w murze przez którą widać fragment rynku, ten z budką z lodami i lodziarzem, który nie ma już budki ani nóg. Jego lody słodkimi zmazami spływają ze stojących jeszcze budynków. Jutro pewnie i one runą. Może nawet już dziś. Chyba, że moja córka ma całą twarz. Wykopuję ją pospiesznie z tych wszystkich szmat. Dotykam obu policzków i płaczę ze szczęścia. Moje dziecko uśmiecha się do mnie półgębkiem jak matka przy pierwszym udarze. Bardziej śpi niż jest obudzona i przypominam sobie nagle jaki piękny to stan, kiedy jeszcze nie do końca świadomi nie dostrzegamy zagrożeń. Jest nam lekko i miękko. Ciepło i półpłynnie. Nie ciążymy światu. Świat nie ciąży nam, więc po co otwierać oczy? W tym bezkolizyjnym przelocie z bezmyśli w jeszcze inny stan nieważkości spotkać nas może kula albo tylko jej świst. Grunt, to nie dać się obudzić. Wyrwać ze stanu upojenia własnym niebytem. Pozwalam więc Lubie dryfować, trzymając się brzegu aż spada na nią sufit. Później próbuję obudzić. Stojąc na gruzach wołam i wołam ją po imieniu. Milknę po kolejnym trzasku. Już wiem.

 

Zlokalizowałam pęknięcie. Znajomy ból, choć wtedy obyło się bez ognia smagającego mnie teraz po łydkach. Poznaję. Pękło mi krocze. Jak wtedy gdy rodziłam Lubę. I boję się i wiem, że gorzej już nie będzie. Sterylna biel, sterylna czerń. Zygzak na nieboskonie. Dokonało się. Mała wraca skąd przyszła i ciągnie mnie za sobą. W półlepki żar milczących popiołów. W nic, które było tu już wcześniej.

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (4)

  • Dekaos Dondi ponad tydzień temu
    Igalga↔Dobrze napisany tekst i taki... człowieczy, ze wszystkim, co człowieka tworzy, lub rujnuje.
    ''W półlepki żar milczących popiołów''→trza wierzyć, że jeno→póki co... Tu:)↔Pozdrawiam:)↔%
  • IgaIga ponad tydzień temu
    DD - dziękuję :)
    Pozdrówka.
  • nerwinka ponad tydzień temu
    IgaIga
    Takie teksty zadają kłam powiedzeniu, że na portalach takich jak ten, nie ma ludzi z pisarskim talentem; są!
  • IgaIga ponad tydzień temu
    nerwinka - pięknie dziękuję. Miło, że ktoś tak uważa:)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania