Zza firanki
Stałeś tam i patrzyłeś, jak odchodzę, zza firanki.
Dziecięce niedowierzanie:
„Jak on tak może?”
Nie było:
„Kochanie, stęskniłem się, gdzie tak długo?”
Były hektolitry niezrozumień.
A gdy patrzę na tę ostatnią scenę,
to tylko krzyk niedowierzania,
zawieszony w ciszy,
pyta: dlaczego?
Dzielnie odwracam głowę
i odchodzę,
bo to nie ja
obudziłam się z niczym.
Dziś tylko cicha łza przypomina,
że on, ona, ono
było po stokroć cenniejsze niż nic.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania