Zza firanki

Stałeś tam i patrzyłeś, jak odchodzę, zza firanki.

Dziecięce niedowierzanie:

„Jak on tak może?”

Nie było:

„Kochanie, stęskniłem się, gdzie tak długo?”

Były hektolitry niezrozumień.

A gdy patrzę na tę ostatnią scenę,

to tylko krzyk niedowierzania,

zawieszony w ciszy,

pyta: dlaczego?

Dzielnie odwracam głowę

i odchodzę,

bo to nie ja

obudziłam się z niczym.

Dziś tylko cicha łza przypomina,

że on, ona, ono

było po stokroć cenniejsze niż nic.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania