Poprzednie częściBalonik  

Balonik cz.2

Jak uświadomiłem sobie, że druga fala rozpoczęła się od głupiego przebicia balonika to sam poczułem jakby we mnie ktoś wbił wielką igłę. Wybiegłem przez okno na ulicę. Biegłem w takim amoku, że nie zważałem na nic dookoła. Chciałem być jak najdalej od tego przeklętego miejsca. Na skrzyżowaniu wpadłem na hamująca terenówkę. Na nieszczęście należała ona do przejeżdżającego tamtędy patrolu. Stanęli we trójkę nade mną i zaczęli mnie przepytywać. Dobrze ich nie widziałem, bo słońce świeciło mi prosto na twarz. Dlaczego uciekałeś? - Nie wiem. Jak to nie wiesz. Masz broń? - Nie, oddałem tydzień temu. Facet, który zadawał te pytania stał w środku, był najwyższy z całej trójki i wyglądał na ich przywódcę. Po jego lewej stronie stał bardzo młody chłopak tak na oko 18 lat. Po prawej był facet mniej więcej w moim wieku, który dziwnie się na mnie gapił. Rozpoznałem go, mieszkał na tej samej ulicy co ja. Nie znałem go, ale zawsze uśmiechnięty, schludnie ubrany teraz zarośnięty z wielką szramą na policzku. Raczej wątpię, żeby była po goleniu. Pan Kałużny? Spytał się mnie. Skąd znał moje nazwisko. Tak jestem Wojciech Kałużny.... Szukaliśmy pana, pojedzie pan z nami. I gestem ręki zaprosił mnie do samochodu.

Mieliśmy jechać do bazy tam gdzie składało się broń ale wjechaliśmy dalej w jej głąb. Nawet nie zdawałem sobie, że to taki duży kompleks. Jechaliśmy w milczeniu prowadził mój były sąsiad a dowódca poczęstował mnie papierosem. Nie wiem dlaczego ale strasznie bałem się, że wyda się, że Maria przyczyniła się do tragedii, która później się wydarzyła. Po dotarciu od razu kazano mi się wykąpać oraz dali nowe ubrania. Następnie zostałem przebadany. Lekarz, który mnie badał był trochę podstarzały i zapalał papierosa za papierosem. A gadał jak najęty jak nie o swojej córce to o bałaganie przy odbudowie miasta. Kazano mi wypełnić jakieś kwity (my umrzemy biurokracja nigdy). Następnie przydzielono mi pokój i kazano czekać. Po jakiejś chwili przyszedł mój sąsiad, o którym już wiedziałem, że nazywa się Robert. W drzwiach podał mi jedzenie furę ziemniaków, dwa kotlety mielone i mizerię. Nie wiem, dlaczego ale miałem wrażenie, że postarał się on żebym dostał więcej. Dopiero wtedy wpadłem na genialny pomysł, żeby się spytać, po co mnie tutaj zabrali. Robert powiedział, że nie wie, ale zapewne jeszcze dzisiaj ktoś się po mnie zgłosi. Mówiąc to podał mi ukradkiem paczkę papierosów. Szkoda że zapomniał o zapałkach. Rzuciłem się na obiad jak tylko zamknął drzwi. Pierwszy gorący posiłek od już nie pamiętam jakiego czasu. Chyba za szybko jadłem, bo po chwili źle się poczułem. Jak zjadłem to od razu położyłem się spać i obudziłem się dopiero rano. Musiałem spać dobre kilka godzin, bo śniadanie przynieśli mi do łóżka. Też długo nie postało. Chwilę po śniadaniu przyszła jakaś miła pani i oznajmiła, że wreszcie ktoś chce ze mną rozmawiać. Szliśmy długim korytarzem i wreszcie sobie uświadomiłem, że tak naprawdę jesteśmy w szpitalu, który został przerobiony na jakąś bazę wojskową. Przez moment widziałem przez okno, że na szpitalnym lotnisku stoi śmigłowiec. Nie mogłem dobrze się przyjrzeć, gdyż moja przewodniczka tak szybko szła, że ledwo mogłem ją dogonić. Jak dotarliśmy na miejsce miła pani z uśmiechem otworzyła drzwi i powiedziała "zapraszam". Wszedłem do środka dużo większego pokoju niż mój. W pokoju był tylko stół za stołem siedziało dwóch jegomości przed stołem przygotowane dla mnie krzesło. Jeden z jegomości sztywny barczysty łysol w mundurze siedział po lewej stronie i wyglądał na czterdzieści lat. Jego kompan trochę starszy siedział wyluzowany, nóżka na nóżkę palił papierosa i delektował się chwilą. Ubrany był w koszulę i szarą marynarkę.

Zaczął łysy. Witamy panie Kałużny wyspał się pan? Nie mogłem wczoraj pana dobudzić. Tak, odpowiedziałem i zarazem przypomniałem sobie jak przez mgłę, że rzeczywiście wczoraj u mnie był tylko myślałem że mi się to śni. Mamy do pana kilka pytań. Kontynuował, kiedy był pan ostatnio na kontrakcie w Afryce.

Rok temu.

Dlaczego nie był pan w tym roku?

Z przyczyn osobistych. Umierał mój ojciec.

Jak często pan tam był?

Czterokrotnie.

Czy zna pan dobrze teren.. przerwał mu odgłos zapalenia kolejnego papierosa przez kompana obok. Tylko się na niego spojrzał i kontynuował dalej. Czy często wychodził pan poza fabrykę?

Tak prawie codziennie, przepiękna okolica. Luz jego kolegi zaczął też mnie się udzielać. Często wychodziliśmy po pracy z Markiem i Robertem pospacerować. Najbardziej lubiliśmy chodzić na wzgórze... Kto to jest Robert?

Młodszy konserwator z tego, co się orientuję to umarł przy pierwszej fali. Był z Warszawy, Robert Gniatkowski.

Aaa tak wiemy. Czy często był pan atakowany przez umarlaki? Niejednokrotnie.

Jak pan wychodził z opresji ucieczką czy kontratakiem? 

Myślę, że tak około to pół na pół.

Jak na dzień dzisiejszy określa pan swoją zdolność fizyczną?

Na pewno jest lepiej niż wczoraj.

To znaczy? Łysy zaczął się niecierpliwić.

Tak od 0 do 10 myślę, że 7.

 Czy dobrze pan strzela?

 Myślę, że daję radę. Ale przecież trafieni zostali wszyscy wybici...

Nie. Nie zostali wybici. Wreszcie odezwał się wyluzowany. Łysy zaczął się trochę niepokoić i chyba chciał coś powiedzieć. Nie zostali wybici tylko postanowili sobie pójść. Mówił wyluzowanym tonem nie zważając na zniecierpliwienie łysego. Po prostu w pewnej chwili wszyscy stanęli w miejscu i po chwili zaczęli podążać w tym samym kierunku. Zaciągnął się papierosem i po chwili kontynuował. Mamy na przykład takie nagranie z kamery przemysłowej gdzie na parkingu jest ich całe stado. Nagle wszyscy się zatrzymują stoją w miejscu, przez sekundę zachowują się jakby zostali porażeni prądem i po chwili wszyscy podążają w tym samym kierunku. Zapali pan?

cdn.

Następne częściBalonik cz.3  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Mistrz Rzeczywistości 2 miesiące temu
    Może jakiś komentarz? Bo nie wiem czy pisać następne części :-)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania