Bitwa literacka 13 - Potwory opuszczają krainę cieni, zwabione mrokiem ludzkich dusz - Hotel, W Którym Wszystko Się Kończy

Po falach pustyni niosło się szakale echo.

Trzy postacie przekroczyły wydmę w blasku księżyca. Ciemne płaszcze łowców nagród ciążyły na ich sylwetkach, kiedy kroczyli miarowo w stronę pojedynczego punktu pomiędzy wzgórzami – samotnego ogniska na skraju kanionu.

Gdyby ktoś spojrzał na nich z oddali, ujrzałby jedynie cień poruszający się z granicą nocy – zdawali się w ogóle nie odbijać światła i jedynie jeden mały punkt, gwóźdź na mrocznym firmamencie, zdradzał istnienie trzech wędrowców.

Kryształowe czaszki zdobiące ich sprzączki.

 

***

 

Billy zwana Skalpowniczką miała dzisiaj dobry dzień.

Najpierw dorwali tych indiańców, którzy uprzykrzali im łapanki na gościńcu. Dwóch czerwonoskórych dzikusów, z tymi ich dumnymi minami i głupimi pióropuszami. Oskalpowała obu żywcem, używając do tego ich własnych toporków. Nie była to czysta robota, jak gdyby użyła noża, ale nie była niezadowolona z pamiątek.

Potem dorwali jakąś parkę, wyglądali na świeżych osadników, może nawet wprost z kościółka, po ślubie. Chłopaki tak sobie poużywali, że zaruchali pannę młodą na śmierć. Billy nie mogła powstrzymać rechotu, kiedy wspominała jej krzyki – jakby co najmniej zaraz miała mieć trzecią dziurę w dupie. Paniczykowi dorobili wprawdzie dodatkową dziurę, jeno ołowianą, w czole. Wóz mieli nowożeńcy wypchany po brzegi, w tym całkiem niezłym alkoholem.

Nic tedy dziwnego, że Billy zwana Skalpowniczką miała dobry dzień i świętowali.

Kiedy więc na skraju obozowiska zamajaczyły trzy cienie, nie przejęła się zbytnio. Koniec końców – miała dobry dzień. Co mogło pójść źle? Może nawet ona w końcu porucha, nim poderżną im gardła.

- Panowie, mamy gości – ryknęła do kompanów. - Zapraszam do ogniska, nieznajomi.

Chłopaki umilkli, dopiero teraz zauważając obecność przybyszy, a nawet wtedy musieli skupić wzrok, by rozróżnić ich cieniste sylwetki na tle nocy.

Jeden z nieznajomych wystąpił na przód, zatrzymując się tak, by twarz pozostała w cieniu. Cała reszta – dobrej jakości buty z ostrogami, niezgorsze spodnie, rewolwer przy pasie i, jeśli dobrze widziała, jednemu znad ramienia wystawała lufa Winchestera – ujawniła się w słabym blasku płomienia. Łącznie z kryształową sprzączką w kształcie czaszki, od której poczuła znajome podniecenie, objawiające się łaskotaniem w podbrzuszu. Musiała mieć tę sprzączkę, choćby po ich trupie.

Życie na Bezdrożach nauczyło ją jednak, by działać cierpliwie.

Sięgnęła powoli po swojego Colta, poprawiła kapelusz, błyszcząc wrednym uśmiechem.

- No, panowie, przedstawcie się. Chyba że wolicie, byśmy przedstawili najpierw nasze gnaty.

Kompania ryknęła śmiechem, choć nawet Billy nie uważała, by powiedziała coś śmiesznego. Nie reagowała jednak – to część tradycji. Ona coś mówiła, oni jej wtórowali. Ona się śmiała, więc oni się śmiali. Ona była wkurwiona, więc oni strzelali.

Miny im zrzedły, kiedy usłyszeli głos przybysza. Jakby sam demon zszedł na ziemię, by przeczytać im ich ostatnie życzenia.

- Tyś jest Billy zwana Skalpowniczką?

Nikt o takim głosie nie zwiastował czegoś dobrego. Billy poczuła dreszcz zbiegający w dół pleców, wiatr wzdął się nagle, rzucając w nich pyłem, piaskiem i groźbą. Coś zawisło w powietrzu i oplątało ich strachem, szczęknęły odbezpieczane kabury.

- Spokojnie, chłopacy – rzekła, wstając ostrożnie. Nawet nie zamierzała ukrywać dobytego Colta. - Jam jest Billy zwana Skalpowniczką. - Wymierzyła pistolet pomiędzy cienie. A wyście?

Strzały padły tak szybko, że nie potrafiła ich zliczyć, nie wiedziała, kiedy padł pierwszy, a kiedy ostatni. Nie zdążyła nawet drgnąć, a dookoła niej padło pięć trupów, wszyscy dziurawi od kul.

Została sama, ot tak, w mgnieniu oka całą jej hanzę pochłonęła pustynia i śmierć. Piach dookoła trupów zaczął wzbierać w rubinowe rzeki. Billy zawsze chciała mieć rubiny.

Colt wypadł z dłoni. Wiedziała już, z kim ma do czynienia.

- Trzej Bracia – jęknęła. Cienie, jak na komendę, wyłoniły się z ciemności, lufy ich rewolwerów wciąż dymiły kwaśnym odorem śmiercionośnego prochu. Cofnęła się, zatoczyła, padła na tyłek, cofając się na czworaka, próbowała uciekać niczym karaluch, skazana na łaskę trzech nieznajomych.

Lecz nie mogła oderwać wzroku od ich ponurych twarzy, skrytych w cieniu kapelusza. Jeden z nich podszedł do niej, przyklęknął, wlepił w nią puste, pozbawione wyrazu oczy. Zupełnie, jakby jej w ogóle nie widział.

- Myśmy są Trzej Bracia, jam jest najstarszy Jacob, przy mym boku Casper i Nicholas. - Dwóch pozostałych pojawiło się za jej plecami. Patrzyli wprost w duszę, a ona nie miała sił odwrócić głowy, zahipnotyzowana. Czuła tylko jak pustoszeje w środku, jakby ich wzrok wyrywał ją z jej własnego ciała, kawałek po kawałku. Jeden z nich miał miecz.

- Myśmy są Potępicielami, Poręczycielami Śmierci, Cieniami pośród Nocy. - Ich głos nie miał smaku, uczuć ani tonu. Po prostu brzmiał, tak samo, jak brzmi wiatr pomiędzy skałami albo piasek trzeszczy pod butami.

A jednak miała wrażenie, że słyszy w tych słowach demony.

Kontynuowali.

- Tyś jest Billy zwana Skalpowniczką. Tyś jest winna krwi, zbrodni, mordu i okrucieństwa. Na danej nam mocy odbieramy ci duszę i skazujemy na potępienie.

Jacob odchylił się lekko, kiedy kątem oka ujrzała smugę stali mknącą w jej kierunku. Chciała krzyknąć, lecz nie zdążyła.

Billy zwana Skalpowniczką umarła bezgłośnie.

Jedyny dźwięk wydała tocząca się po wzgórzu głowa.

***

 

Po falach pustyni spływały rubinowe rzeki.

Trzy postacie wędrowały przez oceany piasków w blasku księżyca – ledwie dostrzegalne w mroku sylwetki, przesuwające ciemność nocy.

A gdyby ktoś przyjrzał im się dokładniej, ujrzałby pomiędzy tymi cieniami jeszcze jeden kształt, skrzydlaty obłok wijący się tuż za niestrudzonymi wędrowcami.

Za Trzema Braćmi podążała siostra Śmierć, trzymając na smyczy pielgrzymkę potępionych dusz.

Orszak kierował się na Hotel, W Którym Wszystko Się Kończy.

Szukali zbawienia.

***

 

Jack Vardy wstydził się tego, jak na nią patrzył, kiedy krzątała się po zagrodzie, oporządzając konia. To był land twardych ludzi i ogorzałych twarzy, a on, z brutalnie szczerą twarzą i oschłym spojrzeniem, był dobrze wpasowaną częścią tego krajobrazu. A jednak jakaś romantyczna część niego, która przetrwała przez piaskowe burze, przez służbę w armii i wszystko, czym Bezdroża mogą rzucić w człowieka, sprawiała, że teraz robił maślane oczy do Amorii.

Nic dziwnego, że dał się podejść i podskoczył ze strachu, kiedy obok nagle pojawił się jego młodszy brat, Nick.

- Kocha ciebie, a poślubi innego – rzekł, zakładając dłonie za pas. - Tylko baby potrafią być tak głupie, by robić to, co ludzie im mówią, że trzeba zrobić. Jakby nie miały własnego rozumu.

- Wilka samotnik próbuje zrozumieć zwierzęta stadne? - zakpił starszy Vardy.

- Tylko mężczyzna może być wilkiem. - Nick włożył sobie do ust odrobinę tytoniu do żucia. - Bo tylko facet ma jaja, by robić co mu się żywnie podoba.

Jack nie odpowiedział od razu. Jego brat był człowiekiem pozbawionym słodyczy życia, od kiedy stracił żonę właśnie przez tego typu sytuację – kiedy kobiecie wystarczająco dużo osób powiedziało, że „tak trzeba, dla dobra wszystkich”, a ona w to uwierzyła. Niestety, w przypadku Ann Margaret, wybranki Nicka, sprawa zakończyła się śmiercią, a sam Nick zebrał żniwa zemsty. Wystarczy wspomnieć, że wioska, w której niegdyś mieszkał ze swoją ukochaną obecnie widnieje na mapie jako ziemia wypalona do samego przedsionka piekła.

Po wszystkim wrócił tutaj, do Pustożyc, gorzki, wydrążony i cyniczny. I drażliwy na wszelkie tematy dotyczące kobiet.

- Gdzie Gaspar? - Jack zdecydował się w końcu zmienić temat, odrywając wzrok od pięknej Mortii.

- Robi obchód. Zombiaki z Kotliny znów próbowały zwędzić nam zapasy i wodę.

- W nocy? Czemu nic nie słyszałem?

- Wiesz jaki jest Gaspar, dostał tę cholerną katanę i lata z nią wszędzie. Nie stracił nawet kuli, po prostu pociął ich na kawałki. Robertson prosił, byśmy z nim pogadali.

- A trupiarzowi co do tego?

Nick uśmiechnął się. Obecnie potrafił uśmiechać się jedynie do czarnego humoru. Jack nie mógł narzekać, sam lubił nabijać się ze śmierci, nieboszczyków i martwiaków. Ciała przynajmniej nie rzucały ciętymi ripostami.

- „Nauczcie go kurwa strzelać, chłopaki” - Nick naśladował szpakowaty głos Robertsona. - „Albo sami sobie zbierajcie flaki!”

- Ta, jak Gaspar się bierze do roboty, to jest straszny burdel – przyznał Jack, nie mogąc jednak powstrzymać złośliwej satysfakcji. - Ale przynajmniej Pustożyce są bezpieczne.

- A tam, znasz Robertsona, pójdzie do pastora, wychyli kielicha i tyle. W dupie to mam.

Na moment zapadła cisza. Mortia spojrzała na Jacka, błękitne oczy mignęły znad różanych policzków. Był w nich smutek i determinacja. Podjęła już decyzję.

- I co zamierzasz zrobić w jej sprawie? - zapytał nagle Nick, widząc zbolałą minę brata.

- Nic.

- Co to, kurwa, znaczy nic? Ślub jutro, a ty zrobisz nic?

- Dokładnie nic – Jack wzruszył ramionami, zszedł z werandy, kierując się w stronę centrum osady. Nick nie odpuścił, ruszył za nim, niemalże sapiąc mu w kark.

- Nic? Nawet pojedynek? Gdzie jest ten słynny Jack Vardy, żołnierz Armii Wyklątej?

- A gdzie ma być? - Stanął, patrząc bratu prosto w oczy. - To dobry człowiek, Nick. Poza tym, co miałbym potem zrobić? Być z kobietą, której zabiłem narzeczonego? Tutaj nie ma dobrego wyjścia, Nick. Tak trzeba.

Jack posłał ostatnie, znaczące spojrzenie, kończąc dyskusję. Skierował się w stronę centrum osady. Nie umknął mu jednak komentarz rzucony pod nosem.

- Baba.

 

Pustoże, jak każda wioska na Bezdrożach, musiało same dbać o swoje bezpieczeństwo. Nie sięgała tutaj ręka prawa i sprawiedliwości – głównie dlatego, że miejscowym starczała w zupełności stara, dobra zemsta albo mordercza prewencja. Nie było szeryfów patrolujących teren, nie obyło odznak sięgających surową władzą od Północnej Dakoty przez Nebraskę i Kansas po sam Nowy Meksyk.

Ten rynek wypełnili renegaci jak Jack Vardy, starzy najemnicy jak Nick Vardy i młodsi bojownicy o sprawę wszelką jak Gaspar Vardy. Byli jeszcze nawróceni łowcy głów, zmęczeni podróżowaniem traperzy i tropiciele, najemnicy z dalekiego wschodu i samozwańczy stróże prawa obtoczeni w panierce z niezachwianej wiary w ideały i bogów niczym kotlety wieprzowe. Nic tedy dziwnego, że rynek zapełnił się szybko, a ci, którzy nie zdążyli znaleźć sobie własnego kawałka ziemi do ochrony i lojalnych pracodawców, najzwyczajniej w świecie z braku laku zostali bandziorami, gangsterami i rabusiami.

I dokładnie taka grupa zdesperowanych spóźnialskich właśnie jechała w stronę Pustoża. Jack uniósł nieco kapelusz, upewnił się, że wzrok nie płata mu figli. Przeczucie mówiło mu jednak, że nadciągają uzbrojone i głodne problemy.

Gaspar pojawił się obok niego znienacka. Włosy spiął, jak zawsze, w samurajski kucyk, na plecach zawiązał katanę. Odkąd wrócił z dalekiego Orientu, gdzie polował na azjatyckie demony, nie rozstawał się ze swoim mieczem. Parę razy złapali go, jak mówi do ostrza, lecz nie zagłębiali tematu – i Nick i Jack zadawali sobie sprawę, że łapanie orientalnych demonów może zniszczyć psychikę nawet największym twardzielom Bezdroży. Domyślali się, że to był właśnie główny powód, dla którego ich młodszy brat wrócił do domu; uciekł przed granicą, której bał się przekroczyć. I chociaż nie stracił dawnego poczucia humoru, to jednak oczy nigdy już nie błyszczały mu tak samo jak niegdyś, zgaszone przez wszystkie mroki, których doświadczył.

- Będzie ubaw – stwierdził. - Iść po Nicka?

- Idź. Tylko przynieś mi krzesełko. I jabłko, jak od razu będziesz. I kawę też możesz.

Gaspar posłał mu spojrzenie w stylu „I co jeszcze?”, po czym zniknął na chwilę w barze, przepędzając od razu osadników do ich domu. Nim szczęknęły wszystkie zamki od drzwi i trzasnęły drewniane skrzydła na oknach, był już z powrotem.

Jack usadowił się dokładnie pośrodku wjazdu do Pustożyc, chwycił owoc i zaczął go obierać, od czasu do czasu wkładając do ust zbyt grubo obrany kawałek skórki. Kawa parowała z kubka postawionego na ziemi. Zatknął jeszcze stronę płaszcza, odsłaniając rękojeść rewolweru – nawet najlepszy strzelec przegra pojedynek, jeśli zaplącze się we własne szmaty.

Gaspar już miał zamiar odejść, kiedy starszy brat zawołał za nim.

- Młody, z łaski swojej, nie używaj tego pierdolonego miecza. Nie chcę mieć flaków przy śniadaniu, jasne?

- Jakiś wrażliwy – sarknął brat w odpowiedzi. - Robertson się skarżył?

- A dziwisz mu się? Wypruwasz tą kosą jelita na jakieś pięć metrów, a on to musi zbierać. Nie możesz ciąć w łeb chociaż? Łeb łatwiej sprzątnąć niż jelita.

Najmłodszy z Vardych już szykował ciętą ripostę, kiedy w powietrzu zawibrował tętent kopyt. Zbliżali się goście.

- Leć po Nickiego – rzucił tylko Jack, skupiając wzrok na przyjezdnych.

Było ich siedmiu. Wszyscy ubrani w skórzane kurtki, pewnie zdarte z ciał pechowych biznesmenów, którym zdarzyło się niedaleko przejeżdżać. Jeden z nich zamiast kapelusza nosił brytyjski melonik. Starszy Vardy cmoknął z uznaniem – dobry łup im się trafił. Skoro jednak przybijali do wioski, to dobra passa się skończyła.

Postać po lewej zwróciła jego uwagę. Była ubrana inaczej, poruszała się na koniu również w inny sposób niż reszta gangu. Kobieta.

- Kurwa mać – warknął Jack. W głowie wypłynęła na synapsy jedna myśl.

Nie zabijesz nigdy kobiety.

Przysięga paliła niczym stara, mocna whisky.

***

 

Kiedy podjechali bliżej, kobieta zdawała się nie pasować do całej zgrai jeszcze mocniej – wyglądała niemal na przypadkowo porwaną, chociaż Jack nie zauważył kajdan, lin, łańcuchów ani nawet broni przystawionej do czoła.

Ich lider, raczej dezerter niż weteran, odsłonił nonszalancko wojskowego Colta. Melonik sprawiał, że przydługawe włosy wpadały mu do oczu, przez co mrugał stanowczo za często. Jack powstrzymał się od złośliwego uśmiechu.

- Witam w Pustożu – rzekł, wkładając sobie do ust kawałek jabłka i żując powoli. - Jack Clint Vardy. Czymże możemy służyć?

- Witajcie, szeryfie. - Mężczyzna zsiadł z konia, skłonił się z szacunkiem. Vardy musiał mu w duchu przyznać, miał maniery. - Jam jest Joshua Eastwood. A to moi Bezdrożnicy.

Renegat powiódł leniwym spojrzeniem po typkach za plecami fiutka, któremu wydawało się, że jest brytolem - północny akcent jednak przebijał zbyt mocno, by Jack dał się na to nabrać. Fagasy z tyłu nie wyglądały na specjalnie groźnych, raczej groźnie brzydkich, a to wrażenie, które najstarszy Vardy nauczył się odróżniać w armii już dawno temu.

- Miło poznać – rzekł. - Czego Bezdrożnicy szukają w Pustożu?

- Zauważyliśmy pole z daleka. I wieżę z pompą – Joshua cedził słowa powoli, jakby je smakował przed wypluciem. - Zakładam tedy, że macie żywność. I wodę. Chciałbym, w imieniu Bezdrożników, trochę żywności i wody wziąć.

- Jesteśmy otwarci na wszelkie propozycje handlowe.

Szelest materiału, odpięcie zamka, szczęk cyngla, świst lufy.

- Wybacz, nie mamy zamiaru płacić – rzekł lider gangu, mierząc do Vardy'ego z Colta. - Kwestie ideologiczne. - Uśmiechnął się tak, jak król uśmiecha się do prostego wieśniaka.

Miał nieszczęście trafić na człowieka, który nigdy nie klęknął przed majestatem monarchii. Żadnych autorytetów. Żadnych sił wyższych niż własne ręce.

Brutalnie szczera twarz Jacka Vardy'ego grzmiała tym przekazem, gdyż lider gangu zbladł nieco, kiedy nie doczekał się należytej reakcji. Stary renegat włożył sobie kawałek jabłka do ust, przyglądając się wymierzonej w jego pierś broni.

- Powiem ci coś, Joshua. - Przeżuł powoli. - Mam dwóch braci. Nick i Gaspar, ich imiona. Pierwszy to sukinkot, któremu te ziemie odebrały wszystko. Żonę, dom, sens istnienia. Wiesz, takie ludzkie rzeczy, które każdy lubi mieć.

Joshua kiwnął niemrawo głową, że wie, biegając nerwowo wzrokiem za plecami Jacka, pewnie szukając dwóch braci. Pozostali Bezdrożnicy dobyli broni, pięć odbezpieczanych, pordzewiałych cyngli szczęknęło arytmicznie. Wszyscy, z wyjątkiem kobiety.

Rozległ się strzał, grzmot śmierci przepruł powietrze, nabój wizgnął gdzieś nad uchem i ucichł nagle. Jeden z fagasów jęknął cicho i stoczył się z konia nawet zanim zdał sobie sprawę, że właśnie zginął. Konie zarżały niespokojnie, skrobiąc kopytami suchą, twardą ziemię.

- I chociaż Nick to buc i kutas, to jest on też najlepszym strzelcem wyborowym, jakiego znajdziecie na tym wypizdowie – kontynuował Jack, jak gdyby nigdy nic. - Właśnie trafił twojego kumpla z odległości trzystu metrów ze starego Jamesa Lee sześć milimetrów. A ty jesteś z Północy, prawda, Joshua?

Miłośnik meloników nie zdołał odpowiedzieć, zbyt przerażony, by chociażby pisnąć. Jack był w sumie zdziwiony. Normalny bandyta już spróbowałby go zastrzelić. Najwyraźniej Bezdrożnicy byli nowi na Bezdrożach. Doświadczony gang wiedziałby, że są w przegranej pozycji i albo by po prostu zaczęli uciekać, licząc na szczęście, albo strzelać – również licząc na szczęście.

- Szefie, kurwa, zastrzelił Henry'ego!

- Nic, kurwa, nie róbcie! - wrzasnął Joshua Eastwood. Schował broń, podniósł ręce na znak pokoju, postąpił krok do tyłu. - Odjedziemy. Nic nie rób, odjedziemy.

- Mam jeszcze drugiego brata. - Jack ani myślał przestać, bezlitośnie odkrawając kolejny kawałek jabłka. - Gaspar. Jak był młody, to uciekł z domu i pojechał z jakimś samurajem polować na demony na Oriencie. Odbiło mu, zobaczył rzeczy, na które nie był gotowy i wrócił z podkulonym ogonem. Z mieczem. Bardzo lubi ten miecz. Ale ma też inne sztuczki.

Coś świsnęło w powietrzu, rozległ się dźwięk, który przywodził na myśl ciche zawodzenie stali. Shurikeny.

Gwiazdki zakończyły lot z donośnym mlaśnięciem w czołach kolejnych dwóch fagasów. Spadli z koni, runęli na ziemię, jakby zniosła ich jakaś potężna siła. Zostało trzech, nie licząc kobiety, która powstrzymywała zdenerwowanego wierzchowca w miejscu. Patrzyła z niedowierzaniem na to, co się dookoła dzieje, jakby po raz pierwszy obdarzyła otoczenie jakimś szczególnym rodzajem zainteresowania, zarezerwowanym na wyjątkowe chwile.

Jack podniósł dwa palce, skinął na lewo. Prosty znak dla Nicka: lewa strona moja, nie strzelaj.

Bandyci zmądrzeli, choć wymagało to trzech trupów. Niestety, było już trzy trupy za późno. Sięgnęli po broń, lecz Jack Vardy nie bez powodu był najlepszym rewolwerowcem Armii Wyklętej. Nie mieli nawet sekundy – ruch umknął oczom, dwa strzały nastąpiły tak szybko, że nie wiadomo było, który padł pierwszy. Ułamek sekundy później renegat stał na nogach z rewolwerem w dłoni.

Nikt nie widział, by go dobywał. Nikt nie zdążył tego zauważyć.

Jabłko przewróciło się na poręczy krzesełka, kubek z kawą chybotał po okręgu niczym nierówny, źle wyważony bączek. Dwa trupy na siodłach wpatrywały się w niego jeszcze przez chwilę, jakby byli zbyt zaskoczeni krwawą dziurą w czole, by umrzeć.

- Ja jestem trzecim bratem – rzekł Jack. - Jack Clint Vardy. Weteran Armii Wyklętej i strażnik Pustożyc. - Zdjął kapelusz, przygładził włosy i zaprezentował swój rewolwer. - To jest Rozjemca. Wiesz, co znaczy Rozjemca, prawda, Joshua?

Melonikarz skinął głową niczym drewniana kukła. Konie nie wytrzymały, pognały w siną dal, niesione instynktem i strachem. Dwóch fagasów, których Jack zdążył zabić, dalej tkwiło w siodłach. Kobieta spadła ze swojego wierzchowca, wylądowała na tyłku z bolesnym jękiem, kary ogier pognał za małym stadem. Mądre zwierzaki, stwierdził w duchu Jack. Odpowiedzią Joshua'y nie był jednak przekonany.

- Rozjemca znaczy tyle, co „Ten, Który Czyni Pokój” albo – zamyślił się na moment - „Ten, Który Gasi Konflikty”. Zapytam cię tedy, Joshua. Czy będziemy tutaj mieli konflikt? Jak to będzie? Robimy pokój czy wojnę? - wycedził mu prosto w twarz.

- Pokój. Pokój, pokój!

- Dobrze, Joshua. Pokój z tobą. Spierdalaj stąd – rzekł Jack, posyłając liderowi świeżo co rozbitego gangu ostatnie spojrzenie.

Nie trzeba mu było powtarzać. Pobiegł za końmi co sił w nogach, wzbijając nawet podobny tuman kurzu i pyłu.

Jack skinął dłonią na wprost. Raz.

Rozległ się strzał.

Melonik runął na ziemię.

***

 

Nick zerknął ponad szczerbinką. Nabój trafił wprost między łopatki, prawdopodobnie przebił jedno z płuc, być może zahaczył o serce, pewnie utkwił w klatce piersiowej. Wiedział to jeszcze zanim nacisnął spust. Przed oczami ujrzał ponownie jeszcze świeżą wizualizację – tor lotu kuli, obrażenia, moment, kiedy łamie się bariera pomiędzy metalem a ciałem. Widział to za każdym razem, kiedy pociągał za spust.

Za.

Każdym.

Razem.

Mrugnął, usiłując pozbyć się ponurych wizji, strzepnąć je spod powiek niczym pustynny pył. Trup za trupem. Strzał, przeładowanie, dźwięk cyngla uderzającego o zabezpieczenie. Smak prochu, odrzut, odruchowa sztywność ramion. Klatka piersiowa; płuca, serce, brzuch; wątroba, plecy; nerki, tak mawiał dowódca, nie strzelajcie w głowy, w szyje, tylko w klatkę, podziurawcie skurwysynów, odbierzcie im oddech, żarcie, gówno z jelit.

Niech zdychają. Jak Ann Margaret zwisająca w krwawych kawałkach z drzewa niczym źle powieszone pranie.

Odkrył, że ręce trzęsą się mu jak u alkoholika, mózg pulsował dziwnie, jakby na zmianę puchnął i kurczył się. Skupił wzrok na Winchesterze, usiłując zająć myśli jego specyfikacją, mimo że znał ją na wylot. Prawie cztery kilogramy, nieco ponad metr dwadzieścia długości, lufa na siedemdziesiąt centymetrów. Szybkość pocisku to siedemset osiemdziesiąt metrów na sekundę. Nieco ponad dwa tysiące dżuli mocy starczało, by odebrać komuś duszę.

Ręcznie wykonany, z licznymi modyfikacjami przy szczerbince, cynglu, rączce i kompensatorze wylotowym. Legendarny Lee Winchester samego George'a O'Neilla, Sokoła Północy, najlepszego strzelca wyborowego na wschód od Missisipi. Zdobyty w bitwie pod Gothenburgiem cztery lata temu.

Niemal pachniał snajperskim dziedzictwem.

Niemal smakował śmiercią wypluwaną w prochu.

Niemal pozwalał zapomnieć.

Gaspar pojawił się z boku niespodziewanie.

- Kurwa mać. - Nick wzdrygnął się, przetoczył na bok, prawie spadł ze skutego dachu wieżyczki ciśnieniowej. - Kiedyś ty tu przylazł?

- Teraz – odpowiedział najmłodszy z Vardych beznamiętnie, kucając w ten charakterystyczny sposób, który kojarzy się z wojownikami ninja. Nie poruszał się przy tym wcale, zachowując perfekcyjną równowagę. Nick próbował parę razy naśladować młodszego brata, by pokazać mu, że i on coś potrafi, ale za każdym razem albo lądował na tyłku albo na twarzy. - Widziałeś Jacka?

- Młody, rozumiem, że zadanie oczywistych pytań na Oriencie jest fajne, ale tutaj nie chce mi się słuchać wprowadzających pierdolników. - Nick zabrał Winchestera, przewiesił go przez ramię. - Więc o co, kurwa, chodzi?

- Nie radzi sobie – odparł Gaspar tak szybko, że jego słowa zahaczały jeszcze o wypowiedź brata. - Nie zabił kobiety.

- Ale zabił dwóch innych kolesi. To jak sobie nie radzi?

- Kiedyś nie miałby problemów z zabiciem kobiety.

- I co? – Nick zaczął schodzić po drabinie. Gaspar pewnie zeskoczy. - Myślisz, że mu odpierdala, bo jutro ta jego Amoria hajta się z tym bucem? Jak mu tam?

- McLagan. A myślę, że nie radzi sobie, bo kiedyś by ją zabił bez wahania.

- Najwyraźniej stwierdził, że nie warto.

Gaspar zeskoczył. Stanęli twarzą w twarz.

- A może szuka sobie zastępstwa? - Młody Vardy najwyraźniej nie miał zamiaru odpuścić. - Może przygrucha sobie inną na pocieszenie, a ona otruje nam studnie? Albo poderżnie mu gardło i ucieknie? Pomyślałeś o tym?

Nick uniósł tylko brwi i ostentacyjnie odepchnął łowcę demonów.

- Słuchaj, młody, wiem, że masz nasrane we łbie po tym, na co polowałeś sobie z żółtkami, ale kurwa mać, miałeś tego pilnować. Jack to dojrzały facet. Na tyle dojrzały, że nie odstrzeli temu McLaganowi kutasa jutro na ślubie.

- A skąd ty to możesz wiedzieć?

- Idź i sam z nim pogadaj. I młody – Nick poklepał braciszka po ramieniu – trzymaj swoje pierdolone demony dla siebie, ok?

 

***

 

Jack czuł, że ludzie przyglądają mu się zza okien – czuł skrzypienie drzwi zbiegające szóstym zmysłem po karku, czuł jak powietrze wiruje z uchylanych skrzydeł. Lecz ludzkie spojrzenie nigdy nie powstrzymało Jacka od zrobienia tego, co uważał za słuszne lub tego, co chciał. Z jednym wyjątkiem.

Tym teraz. Było coś w jej oczach, co wołało po niego z odległej przeszłości. Obietnica, którą złożył dawno temu. Klątwa, którą na siebie przyjął.

- Coś za jedna? - zapytał sucho, kierują w nią lufę Rozjemcy.

Odtoczyła się, próbowała odczołgać spoza zasięgu rewolweru, chociaż oboje wiedzieli, że to bezcelowe. Jack dał jej kultywować ludzkie, instynktowne odruchy nim dała sobie sobie spokój. Spojrzała na niego, a oprócz strachu, w oczach dostrzegł również niemal zwierzęcą ciekawość.

- Mortia – rzekła, podnosząc się powoli. Nie zamierzała rozmawiać z nim na kolanach albo tyłku. - Czemu mnie nie – obejrzała się na trupy i konie – nie zastrzeliłeś?

- Jeszcze nie zastrzeliłem. - Jack odbezpieczył cyngiel dla przypomnienia. Zadrżała. - Mortia, jestem Jack Vardy. A ty musisz mi wyjaśnić, czemu nie pociągnę za spust.

- Nie podróżowałam z nimi. - Machnęła ręką w kierunku, gdzie mniej więcej poległ melonik. Wiatr poniósł go już gdzieś dalej. - Nie zrobiłam nic złego.

- Nie, tylko podróżowałaś z bandą zbirów, którzy chcieli zabrać nam jedzenie i wodę, nie dając nic w zamian. - Jack nie był przekonany. Przytrzymał palec na spuście. - Pewnie zastrzeliliby mnie na odjezdne. A wioskę postawili przed dylematem. Wiesz jaki to jest dylemat, Mortia?

Pokręciła tylko głową.

- Kto zje? Kto wypije? Kto przeżyje? Ci ludzie – wskazał za siebie, gdzie zaczął gromadzić się już tłumek mieszkańców Pustoża – to nie są wojownicy. To farmerzy. To rzemieślnicy. Nie żołnierze. Nie odebraliby wam tego, co ty i twoja banda byście im zabrali – Jack podnosił głos ze słowa na słowo – bo mają lepsze serca i szkoda byłoby im zabić takiej bandy bezwartościowych skurwysynów!

Milczała, wpatrując się tylko w niego niebieskimi oczami. Widział w jej twarzy, że coś ją tknęła, któreś słowo wylądowało celnie i uderzyło w czuły punkt. Uznał to za wygrany pojedynek. Schował rewolwer. Trupiarz Robertson już zajmował się ciałami, ciągnąc je w stronę grobowni.

- Dlatego to oni cię osądzą. – Rozłożył ręce na znak bezradności, posyłając jej ostatnie spojrzenie. Nie mógł zabić kobiety. Złożył przysięgę.

Tłum rozstąpił się, kiedy szedł w stronę baru. Bali się go nie mniej niż tych, przed którymi ich chronił. Poczuł jak coś w nim się odrobinę łamie, więc zamierzał zażyć najlepszego kleju na pęknięte dusze, jaki ludzkość wymyśliła.

Potrzebował pieprzonego drinka.

- Hej, Vardy! - krzyknął ktoś. Jack obrócił się, by spojrzeć na kogoś, dla kogo jeszcze nie wymyślono tytułu. Nie był burmistrzem, prezydentem, wodzem, sołtysem ani wójtem Pustożyc. Ale reprezentował to miasto zawsze i wszędzie. Można rzec, że był przywódcą. Jesper McLagan, człowiek, który nigdy nie rozstaje się ze swoją czapką i uśmieszkiem taniego złodziejaszka. Oto jak mylące mogły być pozory – McLagan cierpiał po prostu na taki idiotyczny wyraz twarzy. W gruncie rzeczy nawet Vardy uważał go za rozsądnego, miłego człowieka. Na tyle, by zastanawiać się jakim cudem skończył w tej dziurze. I dlaczego kradnie Jackowi kobietę, którą kochał. Cała wioska wiedziała, że ją kochał.

Zza pleców farmera wychynęła Amoria. Uciekła wzrokiem od Vardy'ego.

- Co jest, McLagan? - zapytał, starając się brzmieć spokojnie.

- Z nimi wszystko załatwione? - Antoine wskazał na trupy i kobietę.

- Doszliśmy do porozumienia.

- Do porozumienia?

- Tak – rzekł Jack, klepiąc rączkę rewolweru. - Oni chcą być martwi, a ja im na to pozwalam.

***

 

Kobieta zmaterializowała się z pyłu, wysączyła się ze szczelin w spękanej ziemi. Nie można było powiedzieć, że była w cokolwiek ubrana – od szyi w dół jej ciało przypominało ciemny, burzowy obłok, falujący niczym szaty w morskich odmętach. Tylko jej twarz zdawała się być stała i cielesna, oczy pozbawione konkretnego koloru rzucały w nich władczymi gromami

Trzej Bracia stanęli, znieruchomieli niczym kawałki skał. Siostra Śmierć wystąpiła przed nich i ukłoniła się grzecznie, witając gościa. Za ich plecami orszak potępionych dusz padł na kolana, oddając pokłon.

Jacob, Casper i Nicholas ani drgnęli. Nigdy nie skłaniali głów przed nikim i teraz się to nie zmieni. Nawet wobec Matki Przeznaczenie. Najstarszy z nich, Jacob, uniósł lekko głowę, spojrzał na kobietę wyzywająco. Zadał pytanie.

- Jack Vardy. Gaspar Vardy. Nicholas Vardy. Mortia Gallagher – powiedziała. - Przypadki ułożyły się we wzorzec.

Bracia spojrzeli po sobie, konsultując w milczeniu nowy kierunek. W końcu Jacob skinął Matce Przeznaczanie głową. Siostra Śmierć nie wydawała się jednak przekonana.

- Zmiana warty? - zapytała głosem, który nie należał do tego świata; wydawał się być niczym świst wiatru, niczym skrzypienie piasku pod stopami.

- Tak – rzekła tylko Matka Przeznaczenie. Wskazała na rzemyki zawiązane na całej długości ramion, splatające się w losy wszystkich tych, którzy mieli wpływ na równowagę tego i następnego świata, na przyszłość i teraźniejszość, na to, kto przeżyje i kto się urodzi. Przy rzemykach wisiały artefakty – kości do gry, krucze pióra, naboje od rewolweru, ampułki z krwią, grabarskie łopaty, drewniane nagrobki, rozkwitające róże.

Siostra Śmierć dostrzegła wśród nich swój własny rzemyk i totem – wrzeciono owinięte włóknami.

- Skąd pewność? - zapytała. Drżący podbródek zdradzał targające nią emocje.

Zbliżała się godzina końca.

- Pomogę przypadkom. - Matka Przeznaczenie pozostała niewzruszona. Rozsypała się w setki losów, niknąc w szczelinach spękanej ziemi.

Bracia ruszyli dalej. Orszak musi iść.

***

Pozwolili jej przeżyć. Nie był nawet zaskoczony, wiedział, że jeśli dziewczyna zrobi zbolałą minę i okaże skruszone serduszko, to litościwi farmerzy pozwolą jej zostać. Co z tego, że uprawiają na tym pustkowiu jedyne kukurydzę i pszenicę okupioną krwią, głodem, pragnieniem, suszą i spaloną ziemią? Każda sieć irygacyjna powstawała w bólach i mękach, w spękanej od słońca skóry, na powierzchni, która nie przywykła do obecności wody. Mieli jednak tyle szczęścia, że pod ziemią znajdywały się całe rzeki, które czekały, aż się ktoś do nich dobierze.

On sam urodził się, kiedy Pustoże dopiero raczkowało, a wrócił z wojska już na gotowe. Widział jednak w czasie swoich podróży podobne wioski, kiedy te dopiero zaczynały – widział śmierć, która zacierała ręce nad farmerami, kiedy ci próbowali odnaleźć użyteczną glebę pomiędzy szarpanymi erozją skałami. Głód, pragnienie, susza, ukrop, dzikie zwierzęta gotowe służyć Babci Kostusze. Tylko ludzi do pracy wiecznie mało, tedy pozwolili Mortii zostać. Z drugiej strony – i tak już jest zbyt wiele gęb do wykarmienia. Vardy od pary tygodni trzymał się na diecie z resztek kawy, jabłek, alkoholu i suszonego mięsa.

Co ja tutaj właściwie robię?

To pytanie nie pierwszy raz gościło w jego głowie. Zazwyczaj przychodziło, kiedy siedział na łóżku w swojej izbie, kontemplując upojenie alkoholowe. Pozwalał wtedy, by wszystkie czarne myśli nawiedzały go, kiedy był najbardziej znieczulony. A było ich sporo.

Amoria w ramionach McLagana.

- To ja byłem pierwszy, ja byłem pierwszy, pierwszy, pierwszy... - wybełkotał w pijackim rauszu, machając ręką stronę ściany, gdzie wisiały jego nieśmiertelniki po wojnie. Chciał po prostu ich dotknąć, chłód metalu go uspokajał, nieważne, czy była to lufa rewolweru, ostrze miecza, czy też blaszka z jego imieniem i nazwiskiem.

Wojna. Kiedyś liczył, ile osób przyszło mu zabić. Na wojnie stracił rachubę. Setki kul. Setki trupów. Moździerze, kartaczownice Gatlinga, armaty, rewolwery, pistolety, karabiny, miał w dłoniach wszystko. Do momentu, kiedy poczuł, że sumienie nie wytrzyma kolejnej duszy.

- Jutrze świtu rozjaśni pomroki, żywmy się póki trwa ta noc, śpiewaj póki nie wypadną zęby, śpiewaj w ciemność, śpiewaj w mrok... - zanucił pod nosem piosenkę, która towarzyszyła mu, kiedy dezerterował z armii. Chwila, kiedy stał się renegatem.

Wiedźma. Kobieta o twarzy tak hipnotyzującej, że kiedy raz odwrócił wzrok, bał się znów na nią spojrzeć. Dopadła go, kiedy dostał kulkę od dezerterołapów. Trafili na jego trop pod Amarillo i zapędzili w kozi róg. Mieli snajpera. Nawet teraz, mimo kilku grubych warstw oszałamiającej kukurydzianki, wytłumiających emocje, pamiętał ten ból, kiedy czterdziestka czwórka rozrywała mięsień, łamała żebro, przeniknęła przez płuco, wypełniając ciało lodem i ostrzami. Zdychał tam, na pustkowiu, z wizją rozszarpania przez hieny, szakale i sępy. A ona pojawiła się i wymogła przysięgę.

- Dam ci szybkość, jakiej ci ludzie nie widzieli. Dam ci refleks, o którym najlepsi mogą pomarzyć. Nie będziesz miał broni innej niż ta. Nie będziesz potrafił strzelać z broni innej niż ta. I nigdy, przenigdy nie zabijesz kobiety. Rozumiesz? - Usłyszał słowa przysięgi, jakby stała tuż obok niego. Jak wtedy, kiedy wyleczyła jego rany i wręczyła mu Rozjemcę.

Jack mógł stać się wtedy legendą. Najlepszym rewolwerowcem, jakiego nosiło Bezdroże. Zdecydował się wrócić w rodzinne okolice. Wrócił do Pustoża. Nie chciał legend, chciał świętego spokoju.

- Rozumiem – szepnął i wciągnął głęboko powietrze, dalej czując ciężar, jakby spadł wtedy na barki, na duszę, na serce.

Pachniało szałwią, rozmarynem i burzą piaskową.

Ona stała obok niego.

Odruchowo sięgnął po Rozjemcę i odkrył, że nie ma go już w kaburze. Opuścił wzrok, patrząc w czubki jej stóp.

- Naprawdę myślisz, że wykorzystasz moją broń przeciwko mnie, Jack? - zapytała, przysiadając się obok. Materac nie zatrzeszczał, nie poczuł charakterystycznego skrzypienia zapadającego się materiału, zupełnie, jakby wiedźma nic nie ważyła. I może tak było.

Ukazała mu rewolwer w dłoni. Był wycelowany w niego.

- Czego chcesz?

- Wpadłam w odwiedziny. Doglądam inwestycji.

- Nie zabiłem żadnej kobiety. Używałem tylko twojego gnata. Czego ode mnie chcesz, wiedźmo?

- Lubisz zabijać z Rozjemcy? - Kobieta, o ile była w ogóle kobietą, nie wydawała się zrażona niegościnnością. Wręcz przeciwnie, zachowywała się, jakby to ona była tutaj gospodarzem.

Jack parsknął. Zmusił się, by spojrzeć jej w twarz i utonął w niej z miejsca, zatracił się w oczach pozbawionych konkretnego koloru. Walczył całą siłą woli, by powiedzieć, co chciał powiedzieć, a ona przyglądała mu się. Nie była rozbawiona. Nie czerpała z tego przyjemności. Była tutaj tylko przejazdem.

- Lubię oglądać zachód słońca za tymi górami na horyzoncie, które zawsze chciałem zobaczyć z bliska. Lubię zbożową kawę. Lubię jabłka z sadu Rowena. Lubię kukurydziankę, którą pędzi Simmons. Lubię jajecznicę z cebulą i pomidorami, którą Dorothy robi w barze. Lubię proste, nieskomplikowane rzeczy, wiedźmo. Ale z całą pewnością nie lubię zabijać. Nieważne czy z twojej broni, czy z innej.

Uśmiechnęła się.

Sekundę później poczuł eksplozję bólu na wysokości żeber. Wróciły ostrza. Wrócił lód. Krew przesiąknęła przez koszulę. Chciał krzyknąć, ale głos uwiązł w gardle, zatrzymany przez niewidzialną siłę. Runął na podłogę, podtrzymując się na krawędzi łóżka.

Wiedźma stała nad nim. To było przypomnienie. Trzymała jego życie w garści i mogła zakończyć je teraz.

- I lubisz Amorię, twoje stare ruchadełko. - Nachyliła się nad nim, badając jego wykrzywioną w bólu i strachu twarz. - Ruchadełko poszło do innego. I masz zamiar po prostu mu pozwolić?

- To dobry człowiek – jęknął, ściskając z całych sił nieśmiertelniki. Bolało. Bolało tak, że miał ochotę płakać. Zaciskał zęby. Pomagało. - To dobry człowiek.

- Ale ty nie jesteś dobrym człowiekiem, Jack. Wyzwiesz go na pojedynek. I zobaczysz co się stanie. A kiedy zobaczysz cień na horyzoncie, pojedziesz do Hotelu.

- Niby czemu miałbym to zrobić?

- Bo są na tym świecie istoty i rzeczy, które znacznie was przerastają. - Zmieniła nieco ton. Ostrzegała go. Mógł z bólu tracić rozum, ale miał wrażenie, że dojrzał w jej oczach odrobinę sympatii. - Są bogowie starsi niż wy. Bogowie spragnieni i zapomniani. Są poza tym światem jeszcze inne światy, znacznie was przewyższające. I kiedy ktoś z tego świata przychodzi do ciebie z prośbą, lepiej się bać. Bój się, Jack. To utrzyma cię przy życiu.

Bał się. Nie musiał jej tego mówić.

- Wyzwiesz McLagana na pojedynek, bo tak chce przeznaczenie. A kiedy pojedynek się skończy, sam będziesz chciał jechać do Hotelu. Będziesz uciekał, Jack. Uciekał przed cieniem zza horyzontu. Kości zostały już rzucone. Wzory składają się w całość. Wartę trzeba przejąć.

- A co z moimi braćmi? - Jack zmusił się, by wstać i spojrzeć z godnością na wiedźmę.

- Będą wiedzieli, co robić. Gaspar i tak nie ma nic do stracenia. Nick nie pozwoli, by coś ci się stało. Nie po tym, co zrobiłam z Ann Margaret.

Żona Nicka.

Posłała mu najszczerszy uśmiech, kiedy rzucił się w jej kierunku. Nie wiedział jeszcze, co miałby zrobić – jak zabić istotę nie z tego świata? Instynkty nigdy nie podejmując jednak przemyślanych decyzji, więc po prostu skoczył, wyciągając ręce.

Wiedźma machnęła tylko dłonią.

- Śpij, Jack.

Runął na deski niczym wór kartofli. Ostatnie co pamiętał, to rzemyki oplatające jej ramiona i totemy, które z nich zwisały. Zdawało mu się, że dostrzegł pomiędzy nimi swój własny – rewolwer przytwierdzony do serca.

***

 

Znaleźli go, jak leżał twarzą do ziemi.

- Najebany jak szpadel – orzekł badawczo Gaspar, pochylając się nad starszym bratem. Nick westchnął tylko, chwycił wiadro, wyszedł na chwilę na zewnątrz. Wrócił po paru minutach i chlusnął wodą na śpiącego Jacka.

Najstarszy z Vardych poderwał się na równe nogi, dobywając Rozjemcy.

- Ślub za godzinę, skurwiały kretynie, a ty postanawiasz schlać się w trupa i przespać?

Nick rąbnął go pięścią w policzek, na wszelki wypadek, by upewnić się, że Jack jest rozbudzony. Nigdy nie był zbyt subtelnym facetem. W żadnej kwestii.

- Nick, kurwa, gdzie z tymi łapami?

- W dupę, oto gdzie. Ubieraj się, mordo pijacka i umyj. Amoria za godzinę się hajta z McLaganem, Robertson cały w skowronkach, a ty leżysz tu jak knur.

Jack spojrzał jeszcze na Gaspara, ale spojrzenie łowcy demonów było jeszcze wymowniejsze niż wszystkie przekleństwa Nicka razem wzięte. Czego oni go nauczyli na tym Oriencie?

A potem nagle uderzyło w niego z całą siłą jaki dzisiaj jest dzień. Coś zakołatało do serca i nie wiedział, czy był to gniew, strach, zazdrość czy zwykła, poranna bezradność. Rozjemca zaciążył przy pasie znacząco.

Urywki z nocy zaczęły się sklejać w jakieś pragnienie, nie mógł sobie jednak przypomnieć, czy był to sen, czy też pijackie majaki. Odgonił natrętną myśl o pojedynku.

Nie zrobi tego Amorii. Ani McLagenowi. Jakkolwiek miał mu za złe, że ukradł kobietę, którą pokochał, tak nawet go lubił. Głównie ze względu na to, że bez niego Pustoże raczej miałoby pod górkę z zapasami jedzenia, dysponował największymi polami kukurydzy po tej stronie Bezdroży. To była sympatia z wdzięczności.

- Spotkamy się za pięć minut przed barem.

- Chcesz jeszcze pić? - Gaspar uniósł brwi z niedowierzaniem.

- Nie, nie chcę pić, po prostu tam się, kurwa, spotkajmy i tyle – warknął Jack, podchodząc do misy z wodą i zakurzonego lustra. Chwycił brzytwę, zawahał się, odłożył ją na miejsce. Nie miał dla kogo się golić.

Spojrzał na braci, którzy patrzyli na niego z czymś w rodzaju troski i potępienia.

- Przed barem? - powtórzył, siląc się na cierpliwy ton.

Wzruszyli ramionami i wyszli.

Zawiesił głowę, bijąc się z myślami. Przemywał twarz raz po raz, starając się spłukać z siebie ten głupi, niedorzeczny pomysł.

Pojedynek.

 

***

 

Gaspar i Nick z niechęcią spoglądali na wstążeczki, ozdóbki, wozy z prezentami, stoły z jadłem i piciem ustawione w cieniach, pod gankami i werandami. Ktoś skombinował białą farbę i wymazał niedbale na ścianie jednego ze spichlerzy napis „Wszystkiego Najlepszego Amoria i Jesper!”.

- Jack się załamie, jak to zobaczy – westchnął Nick. Uniósł nieco kapelusz, podrapał się po łysinie, jakby spodziewał się, że znajdzie tam jakieś rozwiązanie, które zapobiegnie nadchodzącej katastrofie.

- Masz broń? - Gaspar już pewnie opracował wszystkie plany od A do Z i zastanawiał się teraz, który wypali. O ile jakikolwiek by wypalił.

- Mam. A może chodźmy i urządźmy burdę w barze, co? McLagan mógłby dostać tulipanki na dzień ślubu...

- Nie. - Najmłodszy Vardy ściągnął gumkę z nadgarstka, związał włosy w samurajski kucyk. - To Jacka decyzja, nie nasza. Jeśli poprosi o pomoc, to ją dostanie.

- No i co, mam patrzeć, jak mój starszy brat ma łamane serce? Nie ma chuja, młody, nie ma chuja.

Usiedli na stopniach do baru, przyglądając się w milczeniu krzątającym dookoła ludziom. Wszyscy byli mniej lub bardziej podekscytowani, stary Simmons chodził tylko w tej dziwacznej wytwornej szacie duchownego i wydawał polecenia. Co jakiś czas ktoś im skinął nerwowo głową, jakaś dziewka posłała zapraszający uśmiech do Gaspara. Nie był zainteresowany. On nigdy nie był zainteresowany.

- A ty miałeś tam w Azji jakąś dziewkę, co, Gaspi?

Zmrużył brwi w odpowiedzi, zerknął zaskoczony na Nicka.

- A co, ja mam wyrwać Amorię?

- No wiesz – starszy brat przybrał na twarz obleśny uśmiech – taki amerykański samuraj jak ty z pewnością mógłby przebierać w cipkach.

- Ja pierdolę, Nick, jakim cudem jesteśmy z jednej matki?

- Może ojciec inny – zarechotał w odpowiedzi.

Zamilkli, kiedy tuż przed nimi stanęła postać w śnieżnej bieli. Wyróżniała się na tle pomarańczowej, spalonej ziemi i brunatnych ścian domów. Blond włosy spływały po sukni ślubnej, w którą gdzieniegdzie zatknięto kilka aksamitek, pewnie sprowadzone z Granicznego Lasu. Jej pyzata, śliczna twarz była starannie pomalowana tak, by podkreślić duże oczy i pełne usta, lecz nawet gruba warstwa makijażu nie ukryła zmartwienia.

- Gaspar, Nicholas – przywitała się niezręcznie, składając dłonie w nerwowe supły – gdzie jest Jack?

- Przyjdzie, panienko, bez obaw – odrzekł Nick bez wyrazu. - Czemu panienka pyta?

- Chcę z nim porozmawiać. Boję się, że zrobi coś głupiego. Proszę.

- Jack to dorosły facet, nie zrobi nic głupiego. Pogodził się już z tym, że go zostawiłaś dla McLagana. - Gaspar nawet nie ukrywał, że próbuje wbić szpilę. Maskę może i miał spokojną, lecz nawet on nie lubił, kiedy ktoś rani członka jego rodziny.

Lecz los lubi udowadniać ludziom, jak bardzo potrafią się mylić. Nie minęła sekunda, kiedy całe Pustoże usłyszało krzyk Jacka Clinta Vardy'ego, władcy Rozjemcy.

- Jesperze McLagan, wyzywam cię na pojedynek!

Śmierć kroczyła środkiem wioski.

 

***

 

Coś w nim pękło doszczętnie, kiedy zobaczył ją w białej sukni. Coś w nim pękło, kiedy wyobraził sobie ją i McLagena przy stole, jedzących śniadanie. Na stole, konsumujących coś innego. Na łóżku. Z dziećmi. Siedzących na starość na bujanych fotelach i trzymających się za dłonie. To były jego marzenia. Tylko facet w nich był niewłaściwy – to miał być on.

Kiedy więc ujrzał w następnej sekundzie McLagena, zmierzającego w jej kierunku, po prostu krzyknął. Musiał krzyknąć. Nie widział innego wyjścia.

Ktoś musiał zginąć. I Jack pragnął, by to był właśnie on. By nie musiał patrzeć, jak McLagan i Amoria żyją jego miłością. Bał się bólu, który to spowoduje. Bał się zniszczenia, którego to mogło na niego sprowadzić.

Więc krzyknął.

- Jesperze McLagan, wyzywam cię na pojedynek!

Powietrze wystygło w ułamku chwili. Wszystko zamarło, ludzie, wstążki na wietrze, szelest przesypującego się piasku, wszystko ucichło, umarł wszelki ruch.

Eter rozerwał krzyk.

- Jack, nie, nie, nie, nie! Nie rób tego, on zginie. On zginie, Jack! - Amoria podbiegła do niego, ale odepchnął ją. Nieskazitelna biel sukni skalała się brunatnością ziemi i brudem jego rąk. Uderzyła go. W pierś, w twarz, w brzuch. Nie zareagował. Odepchnął ją znów, z morderczą determinacją wpatrując się w poszarzałą ze strachu twarz McLagana. Ktoś podszedł do niego, wepchnął mu rewolwer w dłoń, klepnął po ramieniu pocieszająco.

Prawo pojedynku było święte. Zwłaszcza przy tylu świadkach.

Gdzieś z boku pojawił się Nick, chwycił Amorię, odciągnął na bok.

McLagan stanął pośrodku głównej ulicy wioski, naprzeciwko Jacka. Ludzie zebrali się po obu stronach – za jednym i drugim z pojedynkowiczów nie było nikogo. Tylko przestrzał na świat w linii prostej, coby pokonany ujrzał jeszcze horyzont przed śmiercią.

- Nie musimy tego robić, Jack. Pogadajmy – rzekł farmer, całkiem spokojnie. Wszyscy dookoła nieśli ciężar spojrzenia na Jacka. Wyrzut, nienawiść, gniew, złość, wszystko to w tej chwili ciskano w rewolwerowca. Nic dziwnego, to McLagan był tutaj duchowym przywódcą, to w nim widzieli przyszłość Pustożyc. Nie w wypalonym dezerterze Armii Wyklętej.

Vardy nie odpowiedział. Odsłonił tylko rączkę rewolweru. McLagan pokręcił głową, podniósł w górę broń, okazał ją wszystkim, przyjął wyzwanie. Zerknął jeszcze tylko gdzieś w tłum, Jack poszedł za jego wzrokiem, lecz również nie dojrzał nigdzie Amorii. Może nie chciała patrzeć. Może to i lepiej.

Może to miało się tak skończyć.

 

***

 

Pojedynki na Bezdrożach były spektaklem. Praktycznie teatrem, ale tylko wtedy, kiedy miały publikę. Wtedy dochowywano wszystkich niepisanych zasad pojedynku – odległość, powitanie, znak i uczciwe rozstrzygnięcie tego, kto był szybszy i lepszy.

Tak było dzisiaj, ale nie tak bywało zawsze. Jackowi już nie raz zdarzało się strzelać komuś w plecy, jakiemuś rycerzykowi pustyni, kiedy ten wyzwał go na pojedynek bez świadków, sam na sam. Nie było wtedy sensu odstawiać całej tej szopki, nie było publiki, liczyło się tylko to, kto przeżyje. Więc strzelał im w plecy, kiedy tylko się odwracali.

Ale dzisiaj nie mógł strzelić McLagenowi w plecy. Dzisiaj mieli publikę. Dzisiaj wszystko musiało odbyć się zgodnie z kodeksem.

Simmons odliczył im kroki. Obrócili się plecami do siebie, zetknęli kapeluszami. Odmierzyli dziesięć kroków. Obrócili się, skłonili z wymuszoną grzecznością. Odsłonili broń.

Simmons podniósł rękę.

- Raz...

Palce drgnęły niespokojnie, zastukały o cyngiel i spust, kiedy napięte nerwy szukały ujścia. Wdech, wydech. Uspokoić oddech, skupić się. Rozluźnić mięśnie. Jack poczuł mrowienie gdzieś z tyłu czaszki, przeczucie tknęło wzburzone trzewia. Oderwał wzrok od McLagana.

- Dwa...

Spomiędzy tłumu wyłonił się błysk, lufa zalśniła ostrzegawczo w świetle dnia niczym rzucony na stół morderczy diament. Nawet z tej odległości Jack mógł dostrzec, że dłoń trzymająca wycelowany w niego rewolwer nie była doświadczona. Widział to w drżeniu lufy, widział to w zbyt napiętym ramieniu, wyłaniającym się z tłumu. Widział to w palcu szukającym spustu.

Nie miał czasu myśleć. Zareagował.

Dobył broni, przekręcił się, strzelił raz, celnie. Tłum krzyknął, ktoś wrzasnął rozpaczliwie, ludzie rozbiegli się w różnych kierunkach. Nick i Gaspar wkroczyli niespodziewanie na scenę, celując z broni do bardziej podnieconych osobników, którzy już szarpali się z kaburami.

Tłum rozstąpił się. Na ziemi leżała Amoria. Blond włosy tonęły w karmazynowych odmętach, krew zmieszała z pyłem i piachem, biel sukni ustępowała nowym kolorom, kiedy rubinowy strumień płynął po włóknach.

Słońce zgasło. Ciemne chmury pojawiły się nagle na niebie, zwiastując burzę i grzmot, mrok zawisł nad Pustożem stadem sępów i kruków. Jack patrzył na martwą Amorię, czując jak ulatuje z niego kawałek duszy – każdy oddech wydawał się dziwnie bolesny, jakby wydychał kawałek swojego jestestwa, wciąż połączony z nim kilkoma kawałkami mięsa.

Mózg wyłączył się na chwilę. Patrzył na martwą, na jej blond włosy, na rewolwer w jej dłoni, na znajome kształty, które gościły niegdyś w jego łóżku, na pyzatą, śliczną twarz, tak opustoszałą teraz przez śmierć.

I nagle świadomość uderzyła go z siłą huraganu.

Zabił ją. W głowie usłyszał głos wiedźmy: „Nigdy, przenigdy nie zabijesz kobiety”. Obejrzał się na horyzont, prowadzony impulsem. Zza gór nadciągał cień, noc już szła w jego kierunku.

Wiedziała. Już wiedziała, że złamał przysięgę.

Czuł strach, strach nieporównywalnie silniejszy niż miłość do zabitej. Strach ściskający trzewia, wywracający żołądek na drugą stronę, strach, który czynił z blond trupa zaledwie anegdotę przy wieczornym drinku. Spojrzał na nią jeszcze raz.

Nagle wydawała mu się kompletnie nieważna. Suknia powiewała czerwienią i bielą w porywach wiatru. Zdał sobie sprawę, że dopiero teraz docierają do niego jakiekolwiek dźwięki, szok wrzucił go wcześniej w akustyczną czarną dziurę.

Usłyszał zawodzenie kobiet, krzyk mężczyzn. Wiatr dął jak oszalały, porywając w górę płaszcze, spódnice i kapelusze. Wstążki ślubne poleciały z wiatrem, rozrywane przez pierwsze krople deszczu. Niebo rozcięła błyskawica.

Przyszła burza.

- Ty skurwysynu! - krzyknął ktoś, strasznie nieludzko jak na człowieka.

Grzmot. Nie, nie grzmot. Strzał. Gorący strumień rozpruł powietrze tuż przy policzku Jacka. Obrócił się, w ułamku sekundy wymierzył w oszalałego z rozpaczy McLagana. Strzelił.

Grzmot.

McLagan padł na ziemię, rażony piorunem z Rozjemcy. Dołączył do niedoszłej żony. Rozległy się kolejne krzyki, lecz nie przypominały tych poprzednich – prócz przerażenia drążyła jest chęć odwetu i zemsta. Powietrze przebiły kolejne grzmoty, ktoś zaczął strzelać. Gaspar zawinął się, ciął kataną jednego z gości weselnych aż zafurkotało. Krew sypnęła na ziemię rubinami. Nick stał zaledwie parę metrów dalej, śląc kule z Winchestera do atakujących wieśniaków.

Jack nie wiedział co robić. Podniósł Rozjemcę, wycelował w losową osobę trzymającą broń. Nacisnął spust. Przypadkowy mężczyzna padł na ziemię. Vardy rozpoznał go w pyle i deszczu – to chyba był Simmons. Było mu wszystko jedno.

Ktoś chwycił go pod łokieć, szarpnął. Zerknął bezwiednie.

Mortia.

- Wiejemy!

 

***

Chaos rozpętał się szybciej niż burza.

Strzały sprawiły, że ludzie rozbiegli się w różnych kierunkach. Wszyscy czegoś szukali – zaczepki, trupów, ucieczki, schronienia, bliskich. Dwieście osób biegało we wszystkie strony świata, to strzelała też we wszystkich kierunkach Coltem skradzionym jednemu pechowcowi. Kule pruły powietrze głośniej niż grzmoty.

Przedarła się przez tłum, deszcz, piach i krew do stajni, w której nocowała. Chwyciła konia za lejce i zawahała się. Wyjrzała przez wielkie drzwi, na Jacka, który stał w tłumie, chroniony przez swoich dwóch braci. Wydawał się być teraz kompletnie oderwany z tego świata, ale ona widziała cień napływający znad horyzontu. Noc zmierzała w jego kierunku.

Z drugiej strony, nie miała co ze sobą zrobić. Równie dobrze może uciekać razem z nimi. A potem się zobaczy. Może po prostu wymknie się i zostawi ich samych, a może ucieknie razem z nimi za samą krawędź świata.

Nie miała pewności.

- Złodziejka – ryknął staruszek. Musiał wbiec przed nią, szukał schronienia. Stajenny, który pozwolił jej tutaj spać zeszłej nocy. Wymierzyła w niego Colta, nacisnęła spust. Krwawa róża zakwitła na lnianej koszuli, kiedy upadł na ziemię równie zaskoczony, co martwy.

Chwyciła cztery konie i pociągnęła w serce cyklonu.

 

***

 

Co ona tutaj robiła?

- Wiejemy! - Wcisnęła mu lejce w dłoń. - No już! Albo ktoś cię w końcu trafi!

Wskoczył na siodło. Stary Robertson wybiegł zza winkla, trzymając w rękach strzelbę. Wymierzył w Gaspara.

- Do piachu z tobą, kurwi synu!

Grzmot.

Robertson zawinął się niczym bączek i padł na ziemię, tryskając krwią z przestrzelonego gardła. Nick uspokoił konia, schował wciąż parującego od strzału Winchestera do futerału na plecach, spojrzał z pogardą na trupiarza.

- Zawsze mnie wkurwiał. Nikt nie będzie strzelał do moich braci – warknął z ponurą determinacją. - Nikt.

- Jedziemy! - krzyknął Gaspar. Zazwyczaj spokojny i opanowany, teraz w jego oczach płonął ogień. - Już! Jack, nie ma czasu na sentymenty!

Najstarszy z Vardych spojrzał jeszcze raz na martwą Amorię. Porzucili ją obok schodów do baru, zajęci ucieczką. McLagana nikt nawet nie tknął. Gnił na środku wioski.

Jack nie potrafił zdobyć się na jakieś uczucia w obecnej chwili. Wszystko ginęło w obliczu strachu przed tym, co do niego zmierzało.

Wiedźma wiedziała.

Spojrzał na resztę i skiną głową, na moment zawieszając pełne wdzięczności spojrzenie na Mortii. Pewnie właśnie ocaliła im skórę.

- Jedziemy! - Huknął w lejce, koń zarżał do rytmu wichury i strzałów. - Już! Kurs na Hotel.

- Ten hotel?! - Nick uniósł z niedowierzaniem brwi. - Czarna magia nie zwróci jej życia, nie bądź kretynem!

- Jedziemy! - ryknął Jack. - A jak się nie podoba, to jedźcie w innych kierunkach.

Pogalopował w burzę, w wiry piasku i pyłu, zniknął za ścianą deszczu.

 

***

 

Trzej Bracia zatrzymali się u podnóża góry. Ciągnęli za sobą noc, a przed nimi rozpościerała się ziemia zasnuta burzą. Kierowali się na wioskę widoczną pod horyzontem, ściągał ich tam mrok ludzkiej duszy – zazdrość, zawiść, mord i krzywoprzysięstwo. Obserwowali w milczeniu, jak cztery postacie ulatują na koniach z kłębowiska mrówek.

Matka Przeznaczenie zmaterializowała się tuż obok nich. Towarzyszyły jej trzy kare wierzchowce. Przekazała je bez zwłoki braciom.

- Wiecie, co macie robić.

Wskoczyli na siodła i pognali w kierunku uciekinierów.

***

 

Cień nadchodził. Zbliżał się, przekroczył już dawno granicę horyzontu, skrył w mrokach czubki gór, splątał ciemnością krajobraz. Jack patrzył bezradnie, jak linia nocy się przesuwa w ich kierunku. Wiedział, że jadą po niego.

Wiedźma. Przypomniał sobie wszystko.

„Wyzwiesz McLagana na pojedynek, bo tak chce przeznaczenie. A kiedy pojedynek się skończy, sam będziesz chciał jechać do Hotelu. Będziesz uciekał, Jack. Uciekał przed cieniem zza horyzontu. Kości zostały już rzucone. Wzory składają się w całość. Wartę trzeba przejąć.”

Te słowa nieustannie brzmiały w jego głowie, huczały niczym dzwony kościelne, nie dając mu myśleć o czymkolwiek innym. I pomyśleć, że mógł zdechnąć wtedy pod Armadillo, mógł po prostu wtedy zemrzeć i nie byłoby tylu problemów. Najwyraźniej los miał inne plany co do Jacka Vardy'ego, wysyłając do niego wiedźmę.

Obejrzał się.

Cień zbliżał się nienaturalnie szybko – cokolwiek to było, nie mogło być z tego świata. Po wiedźmie spodziewał się wszystkiego, od smoków przez gigantów po samych bogów zstępujących na ziemię w morzu ognia i piorunów. Coś zamigotało z drugiej strony, od strony Pustożyc. Z wioski również ruszył za nimi pościg.

Pięknie, kurwa, pięknie.

- Jadą za nami – ryknął do pozostałych. Gaspar obejrzał się, wodził przez chwilę wzrokiem między jedną a drugą stroną. Konie chropotały w cwale.

- Którzy?

- Wszyscy!

Nick również zerknął, wyprostował się w siodle. Zbladł, kiedy ujrzał krawędź cienia mielącą widoczny fragment tego świata.

- Co to jest? Co to, kurwa, jest, Jack? Coś ty na siebie sprowadził?

- Nie pytaj, zapierdalaj!

- Jack, kurwa, nie na to się pisałem! Miałem walczyć ze złymi wieśniakami, a nie z jakimiś demonami!

- Byli w pakiecie! Zamknij się i kieruj na mokradła, zgubimy ich w lesie!

Nim usłyszeli w powietrzu pierwsze strzały minęła dobra godzina. Konie zaczęły sapać i bić pianą z pyska, ale nie pozwolili im zwolnić. Krajobraz zdążył się już zmienić. Spękana ziemia zaczęła ustępować suchej, niskiej trawie, gdzieniegdzie pojawił się krzew. W płytkich wgłębieniach zbierały się kałuże – deszcz siekał mocno, gromił z nieba grubymi kroplami, uderzał gniewnie o ziemię.

Bogowie się burzyli. Jack Vardy złamał przysięgę. Zabił kobietę.

„Chuj z nimi”, pomyślał renegat, „chuj z nimi wszystkimi”. Przeżyje to. Tak samo jak przeżył wojnę, dezerterołapów, matkę, ojca i bandytów napadających na Pustoże. Obejrzał się i zamarł na moment, kiedy wzrok rozpoznał, kim są jeźdźcy.

Trzej Bracia, każdy z nich czarny jak noc, z płaszczem łopoczącym niczym skrzydła śmierci, kiedy gnali w ich kierunku. Na tle cienia byli niczym więcej jak konturami o upiornych oczach, lśniących rewolwerach i migoczących diamentem sprzączkach w kształcie czaszek.

Strzepnął lejcami, poganiając konia. Zwierzę jakby samo wyczuło sytuację, bo zniżyło łeb i zaczęło szybciej uderzać kopytami o ziemię. Niosło ich.

Było tylko szaleństwo. Tylko adrenalina buzująca w żyłach, tylko świst kul, okazyjna wymiana ognia, która kończyła się jedynie tym, że kule niknęły w deszczu i szarudze. Tylko grzmoty rozpruwające skłębiony nieboskłon, tylko wycie wiatru w uszach, kiedy gonił ich huragan. Jack obejrzał się raz jeszcze – na szczęście zgubili pościg z Pustożyc, może Trzej Bracia dorwali biedaków zanim zajęli się Vardymi i Mortią.

Zza kurtyny wody wyłoniły się pierwsze drzewa, konie zaczęły potykać się o korzenie, wpadać w kałuże, w wezbrane przez ulewę strumyki. W powietrzu poczuli zapach wilgotnej ziemi, bagnistych oparów, umierających roślin i przekwitających stawów.

Zbliżali się.

 

***

 

Gaspar kompletnie się tego nie spodziewał. Wierzchowiec potknął się i runął nagle na ziemię jak długi. W pierwszej chwili myślał, że zajeździł go, że zwierzak po prostu miał dość i poległ z wycieńczenia. Sekundę później, kiedy lądował w wodzie, dostrzegł kątem oka dziurę po kuli w końskim łbie. Zastrzelili go. Dranie zastrzelili konia.

Nawet najdziksze bandziory na Bezdrożach nie strzelały do koni.

Tafla pochłonęła go całego. Pozwolił sobie przez moment opadać w głębiny, nacieszył uszy ciszą, jaka panowała pod wodą. A potem wystrzelił ku powierzchni, z powrotem w deszcz, w pogoń i ścigającą ich śmierć.

Nie miał pretensji do Jacka. Pewnie sam by to zrobił na jego miejscu.

Stanął, rozejrzał się. Było nienaturalnie ciemno. Nawet błyskawice przecinające niebo wydawały się przygaszone, jakby widziane zza kilku warstw chmur. „A więc dogonili nas”, stwierdził ponuro w myślach. Rozejrzał się. Naprzeciw niego, na drodze prowadzącej w głąb bagien, stał upiór. W dłoniach dzierżył miecz.

- Jam jest Casper, najmłodszy z Trzech Braci, Potępiciel, Poręczyciel Śmierci, Cień pośród Nocy. Tyś jest winny pomocy temu, który oszukał Matkę Przeznaczenie, który dokonał mordu na niewinnej, który złamał obietnice.

- Ta, domyśliłem się, że Jack zawarł pakt z niewłaściwymi siłami – odrzekł spokojnie Vardy, dobywając katany. A więc tak to się miało dla niego skończyć, łowca demonów kontra demon. Ironia losu. - Domyśliłem się, że nie ścigacie go jeno przez głupią dziewkę. I wiem, że przychodzisz po moją duszę. - Zaprezentował katanę, chwycił ją oburącz. - Jam jest Gaspar Vardy, łowca demonów. A tyś jest niczym więcej, jak demonem, Casper.

Skrzyżowali klingi.

 

***

 

Nick wypluł liście. Nic nie widział w tych ciemnościach, a droga w głąb bagien była wąska i kręta. Nie spodziewał się jednak, że jego koń runie nagle na ziemię, wysadzi go z siodła, a sam jeździec wystrzeli niczym z katapulty i wyląduje w moczarach. Chwycił kurczowo swojego starego, legendarnego Lee Winchestera, jęknął z bólem, kiedy uderzył w korzeń, przeturlał się po ziemi, zbierając po drodze błoto, wilgoć i mech.

Nie czekał. Rzucił się od razu do ucieczki, w biegu sprawdzając ewentualne obrażenia i złamania, lecz tak długo, jak mógł biec, tak długo się nie przejmował. Pędził przez ciemność, przez chaszcze i plątaninę zieleni, aż wybiegł na polanę.

Nie miał czasu podziwiać okoliczności przyrody. Naprzeciw niego stał jeden z braci, upiór dzierżący w dłoniach karabin. Jeden rzut oka wystarczył, by Nick ujrzał podobnego Lee w rękach przeciwnika.

Roześmiał się.

- A więc to tak. - Rozejrzał się, lecz nie dostrzegł nigdzie Gaspara, Jacka ani tej dziewczyny, jakkolwiek jej było na imię. Nie wiedział nawet, czemu ona z nimi jechała. Miał ponure przeczucie, że raczej nie zobaczy już żadnego z nich. - A więc to, kurwa, tak.

- Jam jest Nicholas... - zaczął upiór, lecz Nick nie dał mu skończyć.

- To świetnie, bo ja też. Bez pierdolenia, obaj wiemy, po co tutaj jesteśmy.

Wymierzył Winchestera i uprzejmie odczekał, aż przeciwnik zrobi to samo.

- Nadchodzę, Ann – szepnął, widząc przed oczami twarz swojej żony.

Nacisnęli spusty.

 

***

 

Oto był.

Spomiędzy mgły zaczęły się wyłaniać spiczaste zdobienia wieżowego dachu, większe kwiatony i fiale oraz ostre wykończenia attyki, wystające ponad fasadę.

Gdyby Jack Vardy był bojaźliwym człowiekiem o bujnej wyobraźni, to uznałby, że właśnie wyrastają przed nim kły zapomnianego boga - pamiątka, że nawet umarłe bóstwo góruje nad słabym umysłem człowieka.

Jack nie był bojaźliwym człowiekiem, lecz i tak nie mógł powstrzymać zimnego dreszczu zbiegającego w dół pleców jak stado upiornych pająków.

Z mgły zaczęły wyłaniać się kolejne detale: rosnące przy drodze topole, niewielki, zakwitły staw z rybackim pomostem, pokryty dywanem liści dziedziniec z pękniętą fontanną, metalowa brama, która otworzyła się z jękiem i skrzypieniem potępionego metalu i pordzewiałych nawiasów.

Spojrzeli po sobie z Mortią, obejrzeli się, lecz nie dostrzegli nikogo. Gaspar, Nick i upiory zniknęły. Jack poczuł jak suchość w gardle, serce zabiło boleśnie, kiedy zdał sobie sprawę, że mógł stracić braci, a nawet nie wiedział, kiedy zniknęli. Może już byli martwi.

- Hej – Mortia dotknęła jego twarzy, ukoiła myśli. - Nie możemy nic zrobić. Musimy iść do Hotelu.

- Tylko miejscowi wiedzą o istnieniu Hotelu. Skąd ty o tym wiesz?

- Bo sobie przypomniałam – odrzekła spokojnie. Posłała mu znaczące spojrzenie. - Tak samo jak ty sobie przypomniałeś wiedźmę. Widzę to w twoich oczach. Wiesz o czym mówię. Wspomnienia, które wracają tylko w odpowiednim momencie.

- Spotkałaś ją?

- Tak. Urodziłam się tutaj.

Zsiadła z konia.

- To miało być przeznaczenie, to wszystko było zaplanowane – powiedziała, niemalże zahipnotyzowana widokiem. Jack wahał się przez chwilę, po czym dobył Rozjemcy. Jeśli coś może go ochronić na tej przeklętej ziemi, to właśnie równie przeklęty rewolwer.

Przeszedł bramę. Ciemność spłynęła na nich znienacka. Poczuł znajomy dreszcz na karku.

Obrócił się, uniósł broń automatycznie niczym dobrze naoliwiony mechanizm, strzelił. Kapelusz wyfrunął w powietrze, porwany przez kulę.

Jack chybił. Zamrugał, zaskoczony. Naprawdę chybił, będąc na twardej ziemi.

Upiór podniósł swoją zgubę, nałożył ją z powrotem na głowę, nie śpiesząc się.

- Jam jest Jacob, najstarszy z braci. Potępiciel, Poręczyciel Śmierci, Cień pośród Nocy. Tyś jest ten, który złamał przysięgę, ten, który zabił niewinną, ten, który winien jest emocji i duszy mrocznej. I to po nią właśnie przybywam.

Dobył rewolweru. Stary renegat rozpoznał bliźniaka Rozjemcy. Uśmiechnął się krzywo, ponuro rozbawiony. Ironia losu, ot, drwina przeznaczenia.

- Jam jest Jack Vardy. I wyzywam cię, Jacob, na pojedynek.

Na szczęście znikąd publiki.

Rewolwerowiec nie czekał. Wymierzył broń, szybko, z uda, oddał strzał. Lecz przeciwnik również był szybki.

Ból eksplodował wyrwą w udzie. Jack krzyknął, zachwiał się, chwycił za ranę, czując jak gorąca krew przelewa się przez palce, ucieka z jego życiem. Jacob również oberwał, nabój trafił go w klatkę piersiową, powalił na ziemię. Rzęził i gulgotał, dusząc się w atramentowej, oleistym płynie, który mógł być jego krwią.

- A więc tak krwawią demony. - Jack dokuśtykał do niego, spojrzał prosto w oczy, pozwolił, by zawładnęła nim mordercza furia. Ból z przestrzelonego uda umknął na chwilę, kiedy najstarszy z Vardych przytknął lufę do czoła pokonanego w niemal euforycznej satysfakcji.

Tak to już było na Bezdrożu – nawet demony ginęły gównianą, gwałtowną śmiercią, wszystko kończyło się nagle, ledwie w huku strzału, w grzmocie, w kilku sekundach. Wystarczył jeden strzał, by w mgnieniu oka najlepszy z najlepszych stał się jedynie nekrologiem.

Jack nacisnął spust.

 

***

 

Na ganku Hotelu czekała na niego wiedźma. W dłoniach trzymała pięć zerwanych z ramienia rzemyków. Domyślał się, że brakuje tylko jego.

Obok niej leżały ciała. Rozpoznał Gaspara, samurajski kucyk skleił się od krwi z rozpłatanego czoła. Obok niego spoczywał Nick, ściskając kurczowo swojego starego Winchestera. Dziura w piersi aż nadto mówiła o tym, jak zginął.

Jack pokręcił tylko głową. Coś owinęło się dookoła serca niczym bluszcz, ścisnęło je, zatruło rozpaczą. Padł na kolana, czując jak spada na niego ciężar wszystkich śmierci, które spowodował.

- Na twoje pocieszenie dodam, że zabili Braci nim sami zginęli.

- Marne to pocieszenie – szepnął ostatni z Vardych. Zamroczyło go, siły wysączały się przez ranę w udzie. Skurwiel musiał trafić w tętnicę. Wykrwawiał się i nie mógł nic na to poradzić. Nie chciał nic na to poradzić. Nie miał siły. Miał już dość.

- Może pocieszy cię bardziej, że ty też niedługo do nich dołączysz. - Wiedźma nie wydawała się wzruszona. Spojrzał na nią, przesunął wzrok, rozglądał się mętnie w poszukiwaniu jeszcze jednej postaci.

- Gdzie Mortia?

- Moja córka? W środku.

- Muszę wejść do Hotelu.

- Wejście do Hotelu jest tylko dla istot, które otrzymały pozwolenie, by tam wejść.

Podniósł Rozjemcę, wycelował w wiedźmę. Nikt mu nie będzie mówił, co ma robić, kiedy umiera. Nacisnął spust, szczęk pustego bębenka odbił się boleśnie echem w głowie.

- Naiwny – prychnęła z pogardą kobieta. - Nie, Jack, na ciebie jeszcze nie pora. Ta kraina potrzebuje Trzech Braci. Potrzebuje złych, którzy karzą złych. Potrzebują takich jak ty, Gaspar i Nick.

Podeszła do niego. Zerwała szósty rzemyk, drugą ręką przytknęła rewolwer do jego głowy.

- Witaj w Hotelu, Jack. Tutaj wszystko się kończy. Dla śmiertelnych.

Wszystkie rozdziały zamknął strzał.

 

***

 

Po falach pustyni niosło się szakale echo.

Trzy postacie przekroczyły wydmę w blasku księżyca. Ciemne płaszcze łowców nagród ciążyły na ich sylwetkach, kiedy kroczyli miarowo w stronę horyzontu.

Gdyby ktoś spojrzał na nich z oddali, ujrzałby jedynie cień poruszający się z granicą nocy – zdawali się w ogóle nie odbijać światła i jedynie jeden mały punkt, pieg, gwóźdź na mrocznym firmamencie, zdradzał istnienie trzech wędrowców.

Kryształowe czaszki zdobiące ich sprzączki.

Ich imiona były Jack, Gaspar i Nicholas.

Ci, którzy zostali potępieni przez przeznaczenie.

Średnia ocena: 4.6  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • NataliaO 10.10.2016
    Nie wiem jak to mądrze nazwać, ale te krótkie zdania wplecione w opowiadaniu bardzo mi się podobały, np:
    "Chaos rozpętał się szybciej niż burza.
    Strzały sprawiły, że ..." i Początek, który świetnie się zaczął, ale potem było jakoś bez tematu.
    Wydawało mi się, że tak jakby główny wątek zaginął i są tylko poboczne wydarzenia. Coś się wplata chce wejść na główny pass, ale nic z tego się nie utworzyło. I samolot ląduje ze zgrzytem i potem, potem się nie wzbija tylko siada.
    Lepiej tego nie wyjaśnię.
    Opisy i dialogi chodź dobre jakoś nie podnoszą historii. W ogóle postacie są dla mnie nijakie, nie ma jakiegoś wyrazu; Czytając myślałam, ze za chwilę coś się wydarzy i podniesie się historia, masz tak, ze powoli wprowadzasz czytelnika do swojego świata, ale tak się nie stało.
    Wszystkiego było dużo, takie zapchanie. Nie spodobała mi się historia, niczego we mnie nie wzbudziła :/
    Mogłam coś przeoczyć więc czytałam trzy razy, ale zdania nie zmieniłam. 3

    Plusy to TEN FRAGMENT był najlepszy w całej historii - "Pustoże, jak każda wioska na Bezdrożach, musiało same dbać o swoje bezpieczeństwo. Nie sięgała tutaj ręka prawa i sprawiedliwości ... ... Nie zabijesz nigdy kobiety. Przysięga paliła niczym stara, mocna whisky. "

    "- Jam jest Casper, najmłodszy z Trzech Braci, Potępiciel, Poręczyciel Śmierci, Cień pośród Nocy. Tyś jest winny pomocy temu, który oszukał Matkę Przeznaczenie" - PODOBAŁY MI SIĘ PRZYDOMKI, ZAJEBISTE BYŁY :)
  • Arysto 10.10.2016
    Natalia, nie dziwię się - z historii wyciąłem 15 000 znaków, by zmieścić się w limicie bitwy. Uciekły wątki z Gasparem, uciekły wątki z Nickiem, uciekło dużo wydarzeń przy końcu i w środku, a jak na początku coś wywalałem, to sypała się cała reszta. Przyznaję, że opowiadanie mogło być lepiej rozplanowane, ale moim błędem było to, że dałem się sobie rozbuchać na początku i potem musiałem ciąć wszystko ;/ Dlatego przepraszam za rozczarowanie - sam jestem zawiedziony, że musiałem wyrzucić wszystko. Do końca zastanawiałem się, czy nie odpuścić bitwy, by historia nie ucierpiała.

    Po bitwie wrzucę całe opowiadanie - włącznie ze wszystkim, co uciekło. Wtedy, mam nadzieję, pojawi się mięso i będzie smaczniej - i mam nadzieję, że wtedy wybaczysz mi niedoróbki :D
  • NataliaO 10.10.2016
    Arysto Zobaczymy ;)
  • ausek 20.10.2016
    Przeczytałam. Nie odniosłam wrażenia, że dzieje się za dużo - wartka akcja to moim zdaniem plus historii. Bardzo podoba mi się w dialogach stosowane przez Ciebie konsekwentne poczucie humoru, czyni to tekst żywszym i zbliża czytelnika do postaci - stają się autentyczne. Pozdrawiam ;) 5
  • Arysto 22.10.2016
    Dobry! :)
    Dziękuję, cieszę się, że się podobało ;) Wprawdzie zacząłem już pracować nad "historią prawdziwą", ale i tak miło mi, że znalazłaś coś w tym pokurczonym opisowo opowiadaniu dla siebie :D

    Miłego!
  • KarolaKorman 28.10.2016
    Trochę to trwało, ale i ja dotarłam do końca :) Przeczytałam z przyjemnością. Było warto poświęcić czas na tę smutną historię, 5 :)
  • Arysto 29.10.2016
    Cieszę się :) Tym bardziej, że po Bitwie opublikuję rozszerzoną o 30k znaków wersję ;D Miło jednak, że przebrnęłaś przez smutne losy Trzech Braci.
  • KarolaKorman 29.10.2016
    Początkowo trochę się pogubiłam, przyznaję bez bicia, ale efekt końcowy zrobił wrażenie :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania