Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Briljen i Viljen -- Rozdział 4

Astan I

 

- Ani jednego z nas’. - stwierdził Aziz, rozglądając się po ludziach w oberży. Obskurny budynek znajdujący się przy jednej z mniej uczęszczanych dróg sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał się rozpaść - i z tego też powodu świetnie pasowała do niego znajdująca się w środku klientela. Ubytki w cegłach i w zębach, zacieki na meblach i ubraniach, krzywe ściany i spojrzenia. Oberżysta uwijał się przy rzędach kufli stojących na ladzie i szczerze powiedziawszy, był jedyną osobą oprócz nas w tym pomieszczeniu, której nie bałbym się zapytać o drogę. Reszta składała się z ludzi wyglądających jak ktoś, kto bez zastanowienia wbije ci sztylet pod żebro, by ograbić bezwładne truchło z kilku monet i pić przez kolejne dwa-trzy dni, przy odpowiedniej dozie szczęścia może nawet tydzień. Aziz miał rację - wszystko to byli ludzie. Gdyby zdjął w tym momencie kaptur i pokazał swoją łuskowatą łysinę, dość szybko ktoś połapałby się, że nie pasuje do tego obrazka. Wiedziałem jednak, kogo ze sobą zabieram - ten vij był profesjonalistą w swoim fachu. Usiadł w taki sposób, że światło pochodni nie docierało do jego twarzy i ciemna opoka przysłaniała zielonkawą skórę oraz żółte, wężowe oczy o pionowych źrenicach. Gdybym nie wiedział tego już wcześniej, prawdopodobnie nie zwróciłbym w tej chwili również uwagi na jego ciało. Aziz był - jak to vij - wyjątkowo wysoki, choć w siedzącej pozycji nie było tego widać, zaś jego kończyny dłużyły się niczym rozciągnięte w prasie - do tego stopnia, że ciosy jego pięści lądować mogły z dystansu, w którym większość ludzi ledwie sięgnęłaby go kopnięciem.

- To fakt. - odparłem półszeptem, wiodąc wzrokiem po pozostałych klientach lokalu i upewniając się, że nikt nas nie słucha. - Nie spotkasz tu vijów, ani viwów, nie uświecisz ni jednego elfa, pilaryjczyka czy ghuna. Dawno temu ludzie przepędzili wszystkich z tych ziem i zajęli je dla siebie.

- Podłe miejs’ce. - odpowiedział Aziz, choć brzmiało to bardziej, jakby wypluł te słowa razem z jakąś okrutną pogardą, jak gdyby usilnie próbował nasycić je swoimi odczuciami odnośnie tego miejsca. Efekt spotęgował szczególnie jego vijski akcent, przez który syczał jak wąż za każdym razem, gdy wymawiał literę S. Najzabawniejszym w tym wszystkim dla mnie był fakt, że budowa vijskich narządów mowy pozwalała im wymawiać S bez żadnego kłopotu, jednak tradycja upodabniania się do węży w zachowaniu i języku była u nich na tyle silna, że umyślnie uczyli swoje dzieci tych egzotycznych posykiwań. Chełpili się swoją wężową naturą i uważali, że tego wymaga od nich ich bóg. Ci, którzy wychowali się jednak z dala od vijskich społeczności, na przykład u ludzi - potrafili mówić zupełnie płynnie i bez zająknięcia… zasyknięcia. Czy Aziz mógłby nadal wymówić normalnie S? Raczej nie. Choćby długo trenował, pozbycie się owego nawyku u dorosłego vija graniczyło z cudem. Aziz nie był jedynym ochroniarzem, którego zabrałem - gdzieś na zewnątrz powinni kręcić się Belilejn i Molmog. Ten pierwszy był elfem, jednak w przeciwieństwie do wężowej skóry jego spiczaste uszy dość łatwo było ukryć pod kapturem, zaś pociągła twarz i ostre rysy mogły równie dobrze wystąpić u człowieka. Molmog był nieco trudniejszym orzechem do zgryzienia, kiedy przyszło nam wymyślić dla niego kamuflaż. Pilaryjczycy byli ogromnych rozmiarów, w dodatku ich szara, stwardniała skóra przypominała wręcz kamień. Oprócz ogromnego płaszcza kazaliśmy mu nosić maskę, jednak mimo to za każdym razem przyciągał wzrok absolutnie wszystkich w promieniu stu metrów, więc skończył jako dodatkowy bagaż na wozie, schowany pomiędzy workami ziemniaków podczas przejazdu przez bardziej uczęszczane okolice. No i był jeszcze Ukve, gnom, lecz ten podróżował zawsze jedną staję przed nami w charakterze zwiadowcy. To jedno z pierwszych słów, które poznałem, ucząc się tutejszego języka - staja. Dystans, który może przebyć koń pomiędzy jednym odpoczynkiem a drugim. W Gemesangu nie było koni - widywałem je oczywiście od czasu do czasu na dworach i posiadłościach ziemskich, zazwyczaj sprowadzane przez bogatych ojców i szlachtę dla ich dzieci jako egzotyczne zabawki. Nie używano jednak koni jako wierzchowców - zamiast tego mieliśmy lakhary, czyli olbrzymie, umięśnione stworzenia przypominające ogromne koty, lecz wyglądające o wiele groźniej i potężniej. Jeden lakhar miał w sobie tyle siły oraz posiadał wystarczająco długi grzbiet, iż zdolny był nieść dwóch jeźdźców jednocześnie. Para składająca się z szermierza usadzonego z przodu oraz kusznika skrytego za jego plecami stała się fundamentem gemesańskiej sztuki wojennej, dzięki któremu Cesarstwo podbiło większość ziem wschodniego kontynentu. Z zamyślenia wyrwało mnie skrzypnięcie otwierających się drzwi, przez które do środka wlało się czterech “milicjantów”, jak tutejsi określali strażników dróg. Błyszczący wzrok, piekielnie rumiane nosy i ruchy - jakby taneczne - lecz w iście chaotycznej choreografii. Wraz z nimi do środka wtoczyły się śpiewy, wycia, stęki - oto zespół muzyczny z koszmaru, orszak katów dla przytomnych zmysłów, orkiestra z dyrygentem szalejącym w wirze tików nerwowych. Czereda przetoczyła się pomiędzy stołami i krzesłami rozpychając się i przewracając wszystko po drodze, któryś bąknął jedynie “szeprażam, wy-ba-czy” w przebłysku trzeźwej świadomości, kiedy omal nie wywrócił siedziska razem z jego lokatorem tymczasowym w postaci grubszego nieco opija ubranego w barwny kaftan, najpewniej kogoś ważnego w tubylczej hierarchii wiejskiej. Sam poszkodowany bąknął jedynie coś niezbyt przyjaznym tonem, lecz ilość spożytego alkoholu zdążyła mu już nadać zdolność mowy nieznanymi śmiertelnikom językami. Banda stróżów prawa rozsiadła się przy ladzie i zaczęła podniesionymi głosami składać szereg zamówień. Brawurowe okrzyki - “Pięś sonajmniej!”, huczne deklaracje - “Szz moich kupię!”, burzliwe weta - “Nie maaa mowy!” i gromkie aklamacje - “To na pół!”. Alkohol buzujący we krwi miał potężne moce - człowieka w gronie innych ludzi obdzierał ze skóry, zrzynał z niego mięśnie, wyrywał ścięgna i otwierał ludzkie wnętrze. Choć w zdeformowanym kształcie, dało się z niego przy odrobinie dobrej woli odczytać słowa zapisane w duszy tego człowieka, które normalnie zamknięte były głęboko w jego sercu. Wszelkie zawiści, zazdrości, sekretne żądze i słabości - nie znały teraz ograniczeń wstydu, strachu czy przyzwoitości. Ba! Popychane były wciąż do przodu przez szalejący w głowie natłok emocji.

- Ty zzawsze musisz wtykaaaś nie swój nos weee sprawy. - oznajmił jeden milicjant do drugiego, machając mu palcem przed nosem. Ten drugi napiął się, naburmuszył, nadął, groźną minę zrobił. Reszta zaczęła ich uspokajać lecz jakoś bez przekonania, niechętnie - jakby w głębi duszy chcieli jednak obejrzeć tę walkę. Jeden podniósł się z siedziska i zaczął kroczyć ku drugiemu z dzbanem piwa w ręce, niespecjalnie starając się ukryć swoje zamiary, bowiem już w połowie drogi zaczął wykonywać nieporadny zamach.

- Czas na nas. - mruknąłem do Aziza i korzystając z zamieszania, które zrobili wokół siebie milicjanci wstaliśmy ze swoich miejsc i pomaszerowaliśmy ku drzwiom wyjściowym. Pchnąłem je - z początku gotów na chwilowe oślepienie od dziennego światła, jednak te nie nadeszło - kiedy byliśmy wewnątrz, w międzyczasie słońce zdążyło już zniżyć się do naszego poziomu, osiadło gdzieś na linii horyzontu i powoli szykowało się do zanurkowania w mroczną otchłań podziemi. Molmog wyłonił się spomiędzy worków zalegających na stojącym nieopodal wozie, zaś pomiędzy pobliskimi drzewami pojawiła się elficka twarz, wynurzając się z ciemności. Belilejn wymaszerował na drogę, rzucając za siebie w krzaki ogryzek od jabłka.

- Łuszamy, ksiąszę? - zawołał elf, nie skończywszy jeszcze przeżuwać. Spod brązowego kaptura wylewał się wodospad jasnozłotych włosów, zaś żółte oczy o unoszących się w górę skrawkach zrobiły wystraszoną minę, kiedy zgromiłem go wzrokiem. Drogą przy oberży maszerowała właśnie jakaś kobieta, prawdopodobnie chłopka, lecz nawet i nic nie rozumiejąca chłopka może rozpuścić niewygodne plotki. Wskazałem ruchem głowy na wóz i Belilejn pomknął szybko, aby przygotować konie. Podszedłem bliżej i zerknąłem na Molmoga, którego tytaniczna aparycja tworzyła wręcz komediową kompozycję przyzdobiona worami, między którymi walały się pojedyncze kartofle. Pilaryjczyk wyszczerzył zęby, lecz nic nie powiedział - wbrew pozorom, ten wielki osiłek nie był wcale głupi. Maszerująca drogą chłopka mogłaby pomyśleć wiele rzeczy, jeśli zacząłbym dyskutować z wozem ziemniaków i uzyskał odzew. Nagle drzwi oberży otworzyły się i milicjanci wysypali się na zewnątrz jeden po drugim, złorzecząc na przybytek, jego właściciela, świat i siebie nawzajem. Oberżysta huknął za nimi coś o wszczynaniu burd i zamknął drzwi. Odwróciłem się szybko i zacząłem pomagać Belilejnowi przy koniach, byle nie zwracać na siebie uwagi pijaków. Konfrontacja była ostatnim, czego byśmy w tej chwili potrzebowali. Książę Gemesangu przemierzający potajemnie ziemie Agnonu wraz z trzema humanoidami z “Dzikich Lądów”, jak tutejsi nazywali ziemie na dalekim południu, gdzie nie mieszkali prawie żadni ludzie. Jeżeli nawet nie wpadłbym w niczyje ręce to informacja ta wzbudziłaby konsternację dość dużą, aby władze zdecydowały się na mobilizację, która stanowczo utrudniłaby mi ukończenie misji. Misji, którą sam sobie wymyśliłem i sam się na nią wysłałem - zalety bycia księciem.

- A ździe panjenka tak tupta wieszorooową porą? - zagadał do przechodzącej chłopki jeden z pijaczków i zaraz uwaga całej grupy skupiona była na niej.

- Do domu. - odparła kobieta i przyspieszyła kroku. Zapewne zignorowałaby zwykłych pijaków, lecz tutaj następował pewien zgrzyt, dysonans pomiędzy pogardą i dystansem dla pijaka oraz strach wobec autorytetu milicjanta.

- Do domu to wsześnie, my jeszsze iziemy się bawić. Moszsze panienka pójzie z nami? - zawołał ponownie ten sam mężczyzna a reszta zaczęła mu ochoczo wtórować. Kobieta jeszcze bardziej przyspieszyła kroku, lecz to samo zrobiła grupka rozentuzjazmowanych stróżów prawa. Cóż, nie mogłem zainterweniować. Byłem księciem obcego mocarstwa na tajnej misji. Jeden z nich złapał ją za rękę i szarpnął mocno. Nie mogłem nic zrobić, bójka z milicjantami może odbić się dużym echem. Kolejny ścisnął ją, kiedy próbowała się wyrywać. Szkoda, że nic nie mogłem zrobić. Nie minęła chwila i jeden z mężczyzn leżał już na ziemi, drugi nachylał się. Nie chciałem na to patrzeć, jednak scena była niewiarygodnie satysfakcjonująca. Kobieta drżała ze strachu. Uśmiechnąłem się do niej. Z jednego z zapijaczonych gardeł wydobył się głośny jęk. Z uznaniem dla kunsztu w tej wspaniałej sztuce oraz gracji, z jaką wszystko się odbywało - zaklaskałem w dłonie. Przyszła kolej na innego, lecz po jednym zaledwie razie stracił przytomność.

- Już, wystarczy. - zawołałem do Aziza, który rzucił jednym z nich jak pluszową zabawką, jednocześnie tępym końcem włóczni traktując twarz innego i posyłając go na łopatki.

- Ja… dziękuję… - wydukała jedynie kobieta przełykając ślinę i próbując złapać oddech, lecz kiedy jej wzrok spotkał się z wężowymi oczami Aziza zamarła. Prawdopodobnie pierwszy raz w życiu zobaczyła vija i jej serce podskoczyło właśnie w okolice uszu, lecz przyzwoitość nie pozwalała jej po prostu uciec od swojego wybawiciela.

- Chodź, Aziz. Lepiej szybko stąd zniknąć. - zawołałem i wskoczyłem na miejsce obok woźnicy, w charakterze którego mieliśmy Belilejna siedzącego właśnie z szerokim uśmiechem.

- Cny rycerz nam wyrasta z Aziza. - zażartował elf. Kobieta odwróciła się w naszą stronę i zobaczyła Molmoga, który nie wytrzymał najwyraźniej i podniósł się lekko, aby zobaczyć scenę “walki”. Zemdlała.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania