Briljen i Viljen -- Rozdział 5

--- Gaut II ---

 

Rozglądając się po trybunach dostrzegłem twarze pełne konsternacji i niezrozumienia. Obwieszczenie wydane przez króla Ichrona okazało się tak wielkim zaskoczeniem, że sam turniej zszedł na drugi plan w dzisiejszym programie rozrywek. Dobrze, że giermkowie i pomocnicy uczestników turnieju otrzymali miejsca u stóp trybun, przy samym płocie oddzielającym ubitą glebę areny od okalającej ją konstrukcji. Było trzeba stać, co prawda, jednak stanowczo wolałem to, niż spędzenie całego dnia zmagań na wysłuchiwaniu przekrzykujących się prostaczków i żarliwych dyskusji staruszków, którzy tak żywo krytykować potrafili każdy moment walki, jakby każdy z nich posiadał własną szkołę rycerską. No i widok był stąd lepszy.

- Widziałeś jak się piekliła, ta królewna czarnowłosa? Myślałem, że wyniesie króla razem z krzesłem. - powiedział stojący nieopodal mężczyzna do swojego towarzysza, który był niewiarygodnie wysoki. Obaj skrzętnie zasłaniali swoje oblicza mocno naciągniętymi kapturami. Pomyślałbym, że ten duży to jeden z zawodników, ale ci siedzieli jeszcze w specjalnym pomieszczeniu, gdzie dokładnie ich sprawdzano, oglądano i ostukiwano - po co? Pewnie dla zasady.

- Ija, a potem ten magus szepse jej soś na ucho i dupła raz na krzesło. - odparł ktoś do przedmówcy, lecz to nie mógł być jego wielki kamrat. Chyba, że był brzuchomówcą - bo mniej więcej z tej wysokości dochodził głos posługujący się przedziwną wariacją agnońskiego. Odchyliłem się nieco, nie na tyle, by zwrócić ich uwagę - i po chwili dostrzegłem źródło rzeczonego akcentu. Tuż za olbrzymem siedział jegomość nadzwyczaj niski, wzrostu wręcz dziecięcego - choć po tonie jego chrypliwego głosu dałbym mu conajmniej czterdzieści lat. Karzeł - prawdopodobnie.

- Pewnie rzucił na nią zaklęcie. Zobacz, siedzi jakby miała zaraz wybuchnąć. Zupełnie jakby przygwoździł ją do siedziska czarami.

- Ija, mosze ijej tego, tego… ijak to się mówi… mesge gloib. - zagulgotał karzeł w dziwnym języku i zarechotał sam do siebie, sądząc po tonie jego głosu nadzwyczaj z siebie zadowolony. Język, w którym wypowiedział ostatnie dwa słowa był dla mnie zupełnie obcy.

- Tobie się wszystko z jednym kojarzy?

- Ijo? A od kijedy ty takij flogenze?

- A pamiętasz ty, co on mówił?

- Ija, soby w tej plugawej mowie ich tylko mówić. A kto tu będzie podsłuchywał nas? Wszyssy drą się jak te banszi z Morauh.

Średni kapturnik rozejrzał się i jego wzrok zawisł na mnie przez dłuższą chwilę - na szczęście odwrócony byłem w kierunku areny, na którą wjeżdżała akurat pierwsza para rycerzy. Sir Mallaghain z Mallaghain, sir Uwynnon z Czerwonej Puszczy. Wynik tego starcia był z góry przesądzony - sir Uwynnon znany był również jako Czerwony Niedźwiedź. Wśród pospólstwa krążyły plotki, iż wiedźma z Czerwonej Puszczy rzuciła na niego czar dający mu niezwykłą siłę i zmieniający go w niedźwiedzią bestię każdej nocy. Były to jednak tylko chłopskie bajdurzenia, o które sam sir Uwynnon zapytany - zawsze potwierdzał. Nie dało się ukryć, wygląd rycerza faktycznie przyprawiał o dość nieprzyjemne uczucie. Drobniutkie igiełki łaskoczącej niepewności wbijały się w moje plecy jedna po drugiej, kiedy Niedźwiedź przejeżdżał blisko trybun od mojej strony. Miał ogromnego konia, no musiał mieć, aby zwierzę było w stanie go w ogóle unieść. Wyższy od swojego oponenta conajmniej o głowę - choć szacowałem jedynie w przybliżeniu, ciężko było bowiem dokładnie to obliczyć przy dzielącym ich dystansie i podczas jazdy wierzchem. Jego szerokie ramiona w połączeniu z grubymi jak dębowe pnie rękami sprawiały, że trzymana pod prawą pachą potężna kopia wydawała się zabawką równie lekką, co podniesiony z ziemi patyk podczas dziecinnej zabawy. Z doświadczenia wiedziałem, że kopie lekkie nie były a ich długość wcale nie pomagała w utrzymaniu ich w stabilnej pozycji. Ten człowiek musiał być po prostu niesamowicie silny.

- W pierwszym pojedynku… - zaczął brodaty herold stojący na mniejszym podwyższeniu, tuż pod lokum rodziny królewskiej i dworu. - … na ubitej ziemi zetrą się o rękę królewny Briljen… sir Mallaghain z Mallaghain, herbu biały kielich… sir Uwynnon z Czerwonej Puszczy, herbu dwugłowy niedźwiedź. Walkę stoczą w tradycyjnym porządku… rozpoczynając od trzaskania kopii, kończąc na broni ręcznej. Zwycięzcą zostanie ten, kto wyniesie swego przeciwnika z siodła lub przeciwnik jego nie będzie w stanie dalej walczyć bądź się podda. Na miejsca!

Rycerze ustawili się po przeciwnych stronach i końcach drewnianego płotu. W chwilach takich, jak ta mój szacunek dla rycerstwa stawał się jeszcze większy - kiedy patrzyłem na Sir Mallaghaina, który bez cienia strachu stawał naprzeciw owianego legendą olbrzyma. To była właśnie droga wojownika - szczyt marzeń. Pokonać własne strachy i ograniczenia, stać się emanacją honoru i rycerskich cnót, stawać naprzeciw najstraszliwszym nawet wrogom, jeżeli tego wymagać będzie konieczność i wola bogów.

- He, ten mniejszy to ijuż pewno kąpie się w tym hełmisku, tak się spocił ze strachu. - zarechotał karzeł.

Co za plugawy człowiek. Cóż mogło nim kierować, aby tak obrażać wielkich rycerzy? Zazdrość, że nie może zostać jednym z nich? Wredota? Kiedy tak zastanawiałem się nad intencjami niewysokiego mężczyzny, sir Mallaghain uchylił przyłbicę swojego hełmu, aby przetrzeć pot z czoła i złapać głęboki oddech. Gdyby nie zgryźliwe uwagi skrytego nieopodal złośliwca, pewnie nie zwróciłbym nawet szczególnej uwagi na gest rycerza - ot, pewnych rzeczy nie widzimy, jeśli nie chcemy zobaczyć, dopóki ktoś nie pokaże nam ich palcem, nie podstawi pod nos i nie krzyknie “Patrz, tak właśnie jest!”.

- Przygotować się! - zakrzyknął herold i po krótkiej chwili dodał: - Już!

Ruszyli. Tętent kopyt rozniósł się po arenie odbijając się echem od jej ścian. Musiałem przyznać, iż konstrukcja ta posiadała wspaniałą akustykę, która wzmagała emocje wywoływane przez “spektakl” - jeśli mógłbym tak nazwać owe widowisko, nie umniejszając ścierającym się zawodnikom. Rycerze zbliżali się do siebie, dzieliło ich już tylko kilka metrów… trzask, kopia sir Uwynnona rozleciała się na trzy części po zderzeniu ze zbroją sir Mallaghaina, który zachwiał się w siodle i wypuścił z rąk własną broń - odchylił się jeszcze kawałek… wrócił… nie spadł. Zatoczyli koło i bezbronny rycerz zaraz otrzymał nową kopię od swojego pachołka.

- Przygotować się… Już!

Tattaratattaratattara… piach wygłuszał dudnienie końskich kopyt, lecz arena starała się wydobyć z nich wszelką kwintesencję dźwiękowych doznań, jakie tylko mogła. Jedno, drugie uderzenie - i każde kolejne wydawało się głośniejsze, aż w końcu - trzask - kolejne starcie i tym razem Sir Mallaghain wywinął spektakularnego kozła w powietrzu, lądując na głowie. Przez chwilę wszystko pożerać zaczęła narastająca cisza, lecz kiedy rycerz podniósł się z pomocą pachołka na równe nogi, rozmowy, krzyki oraz huczne wiwaty poniosły się po trybunach z mocą trzy razy większą, niż wcześniej. Niedźwiedź w ludzkiej skórze triumfalnie objechał miejsce starcia, po czym skierował się ku rycerskim kwaterom. Nadszedł czas na kolejne walki. Nie były tak spektakularne, jak ta - w kilku rundach sir Gvenniven wysadził sir Marjela, sir Taffelanz obił sir Dedjena do momentu poddania walki przez tego drugiego, sir Tolle - mój mentor - skruszył trzy kopie na sir Valivarze i wykończył go dopiero konsekwentnie obijając jego zmęczone ramię tępym mieczem turniejowym. Po walkach tych najsłynniejszych przyszła kolej na wykazanie się przez pomniejszych wojowników, najemników, wolne rycerstwo i innych, których imiona nie pojawiały się tak często na agnońskich dworach. Wśród nich szczególną uwagę przyciągnął rycerz w zdobnej, czerwonej zbroi. Widziałem już podobny pancerz, wystawiony w stołecznym Muzeum - choć tamten pokryty był już solidną warstwą korozji, pomimo, iż eksponatami muzealnymi zajmowano się z wysoką dbałością, co świadczyło o jego starości. Pancerz ten należeć miał do bohatera z opowieści znanego jako Kajn Pogromca Smoków - według tych legend jego pancerz tak nagrzał się od ognia zabijanych stworów, że permanentnie zmienił barwę na czerwoną. Skąd więc ten nieznany nikomu człowiek posiadał podobny - i w dodatku udekorowany bogatymi złoceniami? Nie było niespodzianką, że zaraz znalazł się na ustach wszystkich, którzy zobaczyli jego nadzwyczajną biegłość w mieczu. Tajemniczy rycerz wprawnym płazowaniem w głowę - czyli uderzając bokiem głowni, tępą częścią miecza - tak oszołomił przeciwnika, że ten sam zleciał z konia po kilku metrach dalszej jazdy. Eliminacje zostały zakończone i przyszła pora na dalsze pojedynki. Ku powszechnemu zdziwieniu, wśród nieznajomych twarzy pojawiło się kilka młodych talentów, którym udało się wysadzić z siodeł znamienitych rycerzy - może i ja kiedyś będę na ich miejscu?

Walka za walką, przeplatane opryskliwymi komentarzami karła - kiedy nie musiałem stać na arenie jako pachołek podający kopie - wprawiały mnie w coraz większe zdumienie. Sir Tolle pokonał każdego ze swoich dotychczasowych przeciwników i znalazł się w półfinale, gdzie stanął przeciw Sir Uwynnonowi. Zatkałem uszy - jakby w wierze, że wyostrzę swój zmysł wzroku kosztem innego, tak jak ślepcy z czasem zyskują słuch równie dobry, co niektóre zwierzęta. Konie ruszyły, kopie się uniosły, otaczający mnie gwar zlał się w jeden, drażniący szum wlewający się do moich uszu przez zasłaniające je palce. Zderzyli się i obaj strzaskali kopie na swoich pancerzach - jednak Niedźwiedź jechał tak prosto, jak wcześniej, zaś mój mentor złapał się za bark i wyraźnie skulił w sobie, jakby próbował zdusić rozpływający się po jego ciele ból. Niedobrze. Zatoczyli koło wokół płotu, podałem memu mistrzowi nową broń. Przygotować się. Już. Teraz nie słyszałem nawet kopyt - uderzenie rozeszło się jednak głośnym echem. Znowu obaj strzaskali kopie. Sir Tolle ledwo trzymał się w siodle ale i po gigancie z Czerwonej Puszczy widać było już oznaki boleści i zmęczenia. Trzecia kopia, szarża. ŁUP - jak głośno - Sir Tolle leży, sir Uwynnon siedzi. Nie. Otworzyłem palce, którymi zasłoniłem odruchowo oczy. To nie Sir Tolle spadł z konia. Wcale nie wyglądał też na szczególnie obitego jak wcześniej. “Jeżeli przeciwnik jest zbyt pewny siebie, pozwól mu na to. Niech pławi się w swojej pewności, niech dumnie stoi na wysokim piedestale, bo spadnie łatwiej i o wiele boleśniej.” - rzekł kiedyś do mnie mój mentor. Udawał więc tylko. Przyszła kolej na finałową walkę.

Następne częściBriljen i Viljen -- Rozdział 6  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania