Poprzednie częściCrexos (1)  Crexos (2)  

Crexos (3)

– Może lepiej usiądź – zaproponował ten szczuplejszy. Maersk był skołowany. Jak to: który mamy rok? A który miałby być? Usiadł posłusznie na ziemi.

– No, odpowiedz, nie krępuj się – dodał ten drugi, z obandażowaną nogą. – Który mamy rok?

Szczupły kucnął obok, spojrzał mu prosto w oczy. Wskazał trzymane w ręce przedmioty: jego nieśmiertelnik i paszport.

– Ta książeczka identyfikacyjna i nieśmiertelnik są wydane na kogoś nazwiskiem Maersk, to ty?

Kiwnął głową.

– Dobra, Maersk. Zaczniemy inaczej. Jestem porucznik Peters, dowódca drugiej kompanii Samodzielnego Patrolu Górskiego. To zaś, co tu widzisz, to niezły rozpierdol, bum-bum. Gdyby twoi przedpotopowi koleżkowie nie trafili serią sierżanta Evina z pierwszej, moglibyście spokojnie dojechać do cesatu i w ogóle nas nie spotkać. Po co, na bogów, otwieraliście ogień?

Maersk poruszył głową, potarł brodą o ramię.

– Mogę spuścić ręce? Nie będę kombinował. Słowo.

Szczupły facet i ten cały sierżant Evin porozumieli się wzrokiem. Evin popatrzył ponad jego głową, wreszcie potwierdził skinieniem.

Maersk opuścił ręce, potarł się po brodzie.

– Zupełnie nie wiem, dlaczego zaczęli do was strzelać. Może dlatego, że jesteśmy w stanie… ekhm, wojny? – usiłował ironizować, ale zaschło mu w gardle. Chrząknął kilka razy.

Tamci wymienili spojrzenia. Znowu. Tym razem dziwniej, przeszło ocalałemu przez myśl.

– Samodzielny Patrol Górski nie jest w stanie wojny z nikim. – Jego rozmówca zaakcentował głośniej pierwsze słowo. – Co najwyżej – wskazał rękami dookoła – zaatakowani mamy prawo odpowiedzieć ogniem. Nie wiedziałeś tego, bo to stosunkowo świeża sprawa.

Maersk spojrzał na nich zdezorientowany. W pięć dni, odkąd ich przygotowywali do misji, raczej takie zmiany nie nastąpiły. Coś się nie zgadzało.

– W przyszły wtorek stuknie okrągłe sto dwadzieścia pięć lat od wyodrębnienia się Patroli Górskich i ogólnie zakończenia kontraktu Szkieletu z Koroną, a w zeszłym miesiącu była sto dwudziesta rocznica zawieszenia broni między ludźmi. Co nie znaczy, że przestaliśmy wojować. Po prostu teraz nieludzie się za nas napierdalają – wyjaśnił kucający obok niego blady facet, Brodman.

– Taniej. I ekologiczniej – powiedział z uśmiechem Evin.

– I służy sprawie – dodał porucznik. Pozostali pokiwali głowami.

– Jakiej sprawie? – zainteresował się Maersk.

Spojrzeli na niego zimno.

– Nieważne – odpowiedział sucho sierżant.

– Który jest rok, Maersk? – spytał Peters.

A, dobra, pomyślał. Przecież to oczywista sprawa, że coś tu jest na rzeczy. Mają moje dokumenty, widzą, kiedy są wydane. Po co kłamać? Co z nich za Crexos, że bawią się w jakieś podchody? A może to jacyś przebierańcy?

– Dwa tysiące sto piętnasty. A przynajmniej taki był jeszcze wczoraj rano, kiedy wyjeżdżaliśmy z Merkados z misją. Szósty kwietnia – skłamał o Merkados, ale nie o to pytali.

– Z jaką misją? – spytał od razu Evin, a jego ręka zbliżyła się do kabury na pasie. – Z jaką misją z Merkados?

Oho, pomyślał. Przerwał mu szczupły porucznik.

– Sto piętnasty… ja pierdolę. Jechaliście do cesatu, nie? Po co? Przejść? Odebrać coś? Na przerzutkę? Georemont? Karawanę odebrać?

Maersk nie zdążył odpowiedzieć, bo na pełnym biegu wpadł między nich jeden z dwóch pozostałych komandosów z karabinem w ręce. Niespuszczający siedzącego z oka Brodman położył mu rękę na ramieniu. Maersk spuścił wzrok. Od mężczyzny bił taki chłód, że odechciało mu się nawet zezować w tamtym kierunku.

– Panie poruczniku, panie poruczniku! – zaczął przybysz.

Peters spojrzał na niego, zrobił krok w tył i wskazał ręką siedzącego.

– Nie teraz, Wilcox. Przesłuchujemy więźnia.

Wilcox rzucił na niego okiem, kiwnął Brodmanowi i odwrócił się do dowódcy.

– Będziecie musieli to odłożyć. Knechty idą. Pół setki, setka, coś takiego.

– Zaraz zaraz, jak to: idą? Dokąd idą? Skąd idą?

Wilcox popatrzył na niego dziwnie.

– Normalnie, popierdalają raźno ścieżką wśród skał. A ty, Brodman, pewnie nic o tym nie wiesz, co? – rzucił z wyrzutem. – Tak o, zabłądzili sobie w zeszłym stuleciu i nic wspólnego nie mają z cesatem, co się zamknął godzinę temu?

Sierżant wszedł mu w słowo.

– Zostaw go w spokoju, Wilcox, on odpowiada przede mną. Nie powiedzieliśmy wam, ilu przeszło, żeby nie powtórzyło się to, co z kompanią pana porucznika, pamiętasz?

Wilcox spojrzał w stronę Petersa. Machnął ręką.

– Co robimy?

Peters spojrzał na sierżanta. Tamten wzruszył ramionami i skinął głową.

– Jak to co? Wystrzelamy ich.

– Jak to: wystrzelacie? – zdziwił się jeniec. – W pięciu? Siedemdziesięciu zbrojnych?

– A co, chcesz pomóc? – rzucił kpiąco ciemnoskóry komandos. – Nie no, panowie, to świetny plan, dajmy mu karabin i postawmy za naszymi plecami.

Evin pogroził mu palcem.

– Wracaj na pozycje, Wilcox.

Gdy ciemnoskóry komandos odbiegł, Peters kucnął znowu przy nim.

– I co ja mam z tobą zrobić? Związać cię i zostawić w dżipie? Głupio. Dać ci broń, żebyś walczył z nami? Niebezpiecznie.

– Możemy go zaprzysiąc – rzucił Brodman. – Zaprzysiężenie w warunkach bojowych...

Evin zaprotestował ruchem ręki.

– To jest sytuacja zagrożenia życia, choćby się zesrał, nie damy mu broni. Zaprzysiężenie w warunkach bojowych działa na cywili, a nie na ludzi, którzy do nas kwadrans temu strzelali! Ja się nie zgadzam. Peters?

Porucznik patrzył na jeńca.

– Będę go pilnował – przerwał jego rozmyślania Brodman.

– Chwila nieuwagi, strzeli ci w plecy i po tobie.

– Och!

Maersk nie widział, co gestem pokazał tamten, ale to, jak uśmiechnęli się sierżant i porucznik… sprawiło, że zjeżyły mu się włoski na karku.

– Dobra, na twoją odpowiedzialność – zgodził się Evin. – Pójdziecie na nich od frontu, Wilcox i Friday pójdą od flanek, pan porucznik i ja staniemy z granatami w pogotowiu. Ruchy!

 

*

 

Po chwili Maersk ściskał już swój karabin, oddali mu też pistolet i kilka zakrwawionych magazynków. Wszystkie miały napisy z Imperium, więc musiały należeć do kogoś z drugiego łazika. Sprawdził stany pocisków – ani jednego nie brakowało.

A to znaczy, że nie zdążyli nawet wystrzelić, zanim zginęli. Głupio, pomyślał.

– Ej, Brodman – zaczął. – Który mamy rok?

– Potem ci opowiem, o ile nie odjebiesz żadnego numeru, nie spierdolisz, nie strzelisz do nikogo od nas, i… – urwał.

– I co?

Brodman przyspieszył. Wspiął się na pobliską skałę, zerknął przez lunetę.

– Maersk – powiedział dosyć cicho.

– Tak?

– Idź aż do tamtego załomu. – Wskazał palcem ogromny ząb litej skały, za którym ścieżka rozdwajała się. – Sprawdź, czy dostrzelisz do obu końców tych korytarzy.

– Ostrzeżemy ich!

– Wszystko jedno. – Wzruszył ramionami. – I tak zaraz zginą. Strzelaj. Po trzy kule najwyżej.

Maersk odtruchtał ku wskazanym przez tamtego pozycjom. Pamiętał ten załom, gdy wjechali tu na pełnym gazie. Holan zaśmiał się wtedy, że wieżyczka odleci z paki i on, kierowca, będzie musiał się zatrzymać i zbierać części rozrzucone po całym wąwozie. Ha, ha, pomyślał. Ten się śmieje...

Rozłożył dwójnóg, ustawił celownik i ściągnął spust po dwa razy na każdy cel. Najwyżej pół metra rozstrzału, ale na dwieście metrów z erkaemu to nie problem.

– Dobrze – powiedział tamten, nie wiadomo kiedy pojawiając się obok. – Kiedy będą gdzieś w połowie drogi, wal im po nogach.

Po nogach?, zdziwił się w myślach.

– Po nogach – powtórzył Brodman, jakby w odpowiedzi. – Knechci mają kirysy i naramienniki, niektórzy nawet i puklerze. Nogi mają owinięte szmatami, więc o ile twoje przedpotopowe pociski nie są z gówna, powinny przelecieć przez te ich onuce.

Sam jesteś onuca, pomyślał.

Z dalszej części wąwozu popłynęła pieśń bojowa knechtów. Brodman uśmiechnął się do niego.

– Pamiętaj, żeby poczekać, aż będą w zasięgu. I nie kombinuj. – Pogroził mu palcem. – Tu chodzi o twoje życie też.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Nefer 3 miesiące temu
    Dobra fantastyka batalistyczna. Powoli dowiadujemy sie czegoś o tym swiecie, chociaż nadal niewiadomych mnostwo. Może trochę za krótkie odcinki, ale takie czasy.
    Pozdrawiam.
  • Okropny 3 miesiące temu
    Thx za komentarz - ciężko się wstrzelić tutaj w złoty środek, tzn ile kto jest w stanie na raz przeczytać. Dlatego wolę krócej, łatwiej mi ogarniać takie małe kawałki

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania