Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Czerwony Świt-Rozdział 7

Miał niewiele czasu, by uczynić swój plan realnym. Szeryf wraz z burmistrzem przybędą lada dzień z liczną obstawą, która zajmie majątek Jeffersona, Czarny Niedźwiedź nie mógł na to pozwolić. Po pierwsze musiał zaminować dom, na całe szczęście staruszek magazynował ogromne zapasy prochu. Dlaczego? Może wrodzona paranoja albo nie ufność? Teraz nie było to ważne. Jedną małą beczułkę ukrył w kredensie, drugą pod łóżkiem, a pozostałe poukrywał po kątach. Na koniec z drewna i dużej beczki stworzył postać swojego mistrza, okrył ją rzeczami Jeffersona i posadził przy biurku, tyłem do wyjścia. Wyglądało to, jakby właściciel tego miejsca umarł, siedząc przy pracy.

Indianin musiał się spieszyć, słońce zachodziło, a zdążył wykonać tylko pułapkę w głównym budynku. Nie miał wyboru, musiał użyć tego, co miał pod ręką. Porozkładał wszelkie wnyki, jakie znalazł od największych na niedźwiedzie po te najmniejsze na zające. Z pobliskich terenów przyniósł czarną, łatwopalną substancję, którą odkrył kiedyś na polowaniu, a następnie rozlał ją w po całej wielkiej stodole. Niczego nie poczują pod tą stertą siana, idealnie nadającą się na rozpałkę. Został jednak najważniejszy problem. Co ze zwierzętami? Wielki Manitu zesłałby swój gniew, gdyby ujrzał cierpienie tych niewinnych istot, pewnie za zabitych ludzi też nie będzie zadowolony. Jednak kto przekroczy próg rancza, zgubi swoją pozorną czystość, a pogoń za zarobkiem przypłaci życiem.

Spojrzał w górę, krwisto czerwone słońce nikło za horyzontem, przepowiadając szkarłatny poranek. Mrok spowił śmiertelnie niebezpieczne miejsce łowów, jednak Czarny Niedźwiedź nie miał czasu na odpoczynek, z drewna, gwoździ i lin stworzył kolejne zabójcze zabawki, nasączone dobrym alkoholem. W końcu zdecydował zapędzić małe stado bydła do jaskini tuż obok gospodarstwa, w okolicy pełno było pożywienia, więc mógł zająć odpowiednią pozycję i czekać. Zanim jednak to uczynił, dokładnie wyczyścił i naładował swoją broń. Wsadził pięknego Colta do kabury, przewiesił przez plecy Winchestera, a w rękach trzymał swojego niezawodnego Sharpsa. Ułożył się w gęstwinie, a jego oczy błysnęły złowieszczo, łowy czas zacząć.

 

Szeryf Allister i jego brat wraz z dwudziestoma kowbojami zmierzali do majątku Jeffersona, jeden z traperów powracających do miasta, doniósł o grobie, widocznym z daleka. Pewnie czerwonoskóry umarł, inna możliwość nie wchodziła w rachubę. Indianie nie chowają zmarłych pod warstwą kamieni z krzyżem na wierzchu, to banda dzikusów i pogan. Skoro podopieczny nie żyje, to stary też musi być w złym stanie. Twarze braci wykrzywiły się z radości i zaczęli gromadzić ludzi, nawet jeśli właściciel nie żyję, to są jeszcze psy i dzikie zwierzęta. Tylko głupiec pojechałby by sam. Wszyscy w wesołych humorach opuszczali miasteczko, wybrano nawet odpowiednich ludzi na stanowiska w gospodarstwie. Tylko młody Larry nie był w szampańskim nastroju, uważał swojego ojca i wuja za złodziei żerujących na innych. Spoglądał w niebo, jadąc wśród tej hałastry.

– Młody Alisterze skąd taka kwaśna mina? Przecież twoja rodzina za chwile się wzbogaci.

– Panie Allen, jest pan osobą wierzącą jak ja. Czy naprawdę sądzi pan, że Bóg pozostawi to bez odpowiedniego osądu? W Biblii bardzo często karał wszelką zachłanność.

Stary sklepikarz zwolnił lekko swojego konia i szepnął do młodego.

– Też mi się nie podoba ta wyprawa. Popatrz w górę, a nie ujrzysz słońca. I tak jest od rana, tylko ciemne chmury, ani jednego promyka. Moje stare kości mówią mi, że dziś stanie się coś strasznego.

– Mimo to uczęszczasz z nami.

– Twoja rodzina jest potężna i wpływowa, gdzie taki marny sklepikarz, jak ja, mógłby odmówić. Nad nami wszystkimi ciąży ręka boska... Młody uciekaj, póki możesz, Bóg zrobi z nami to, co z ludźmi, którzy nie wsiedli do Arki w czasie wielkiego potopu.

– Ja również nie mogę zawrócić... Możemy coś z tym zrobić? Pan ma rodzinę, a ja mam moją Sally oraz siostry z matką. – Obaj ucichli, myśląc nad swym losem. Widmo nadchodzącej katastrofy nie napawała optymizmem. Larry nie mógł zrozumieć, dlaczego ojciec nie widzi śmierci nad ich głowami, czyżby pożądanie świecącego kruszcu odebrało mu zdrowy rozsądek? Nikt prócz najmłodszego z grupy i starego Allena nie przejmował się tym, że jadą żerować na śmierci człowieka, grabiąc jego dobytek, gdy ten jeszcze w ostygł. Sklepikarz ponownie zbliżył się do panicza.

– Jest tylko jedno rozwiązanie, choćby nie wiem, co się działo, nie wyjmuj broni z kabury. Weźmiemy straż tylną, więc przyszykuj się na poniżenie i kpiny.

– Dla mnie to norma, zważywszy na to, że nie jestem takim synem, jakiego pragnął mój kochany ojczulek. – Ucichli, gdy w oddali zaczęły się rysować zabudowania. Burmistrz przystopował konia i krzyknął do swoich ludzi.

– Słuchajcie! Dojedziemy przed bramę, zsiądziemy z koni i zobaczymy, jak się sprawy mają. Nie chcę, by którykolwiek z koni został ranny. To zbyt piękne i kosztowane zwierzęta. – Larry nie mógł się powstrzymać od śmiechu, o głupie ogiery się martwi, a o ludzi już nie... – Dalej chłopcy! Trzeba sprawdzić, czy stary już jest na innym świecie.

W rozproszonej grupce zaczęli podchodzić pod dom, nagle głośny krzyk rozdarł ciszę poranka. Wszyscy spojrzeli w kierunku jęczącego kowboja.

– Co się stało?

– Szeryfie! Jakiś szaleniec porozkładał pułapki! Jerry ma zmiażdżoną nogę od niedźwiedzich wnyków!

Burmistrz podszedł do rannego, nie wyglądało to dobrze. Noga obficie krwawiła, a widok stopy mdlił każdego. Ojciec Larrego podniósł rewolwer i strzelił w głowę Jerry’ego, szokując wszystkich. Szeryf podbiegł do brata.

– CO TY U DIABŁA ROBISZ!!!

– Uspokój się, przecież wiesz, że stary przez lata zgromadził wielkie skarby. Wolisz zająć dwa konie przez rannego idiotę, czy załadować na nie skarby?

Młodszy z Allisterów dał za wygraną, szybko odszedł, by nie patrzeć na zwłoki dawnego towarzysza.

– Jeśli jest ktoś, kto nie zgadza się z moją decyzją, to radzę wrócić do domu. Widzę, że każdy zrozumiał. Od teraz miejcie się na baczności, pewnie to robota starucha, nawet po śmierci. Z drugiej strony wiemy, że nie żyje. Loredo i Dawson sprawdźcie stan trupa.

Wywołani kowboje z wyciągniętą bronią, powoli przekroczyli próg domu.

– I jak tam chłopcy?

– Widzimy starego, szeryfie. Ale jest tak ciemno, że oprócz jego siedzącej postaci, nic nie widzimy.

– To zapal lampę idioto!

Zabrzmiał syk zapałki, a po chwili duży, parterowy dom wyleciał w powietrze, zabijając pięciu ludzi na zewnątrz. Burmistrz wstał, otrzepał swoje eleganckie ubranie.

– Może mi ktoś wyjaśnić, co tu, do jasnej cholery, się stało?

– Stary Jefferson zaminował chałupę, bracie.

– Co ty nie powiesz Bobby... Przecież widzę, że nie wybuchł od kichnięcia. Jakim cudem, w środku było tyle prochu? Przecież dziad nie mógł dźwigać. Zaraz, zaraz. Co znaczy, że... – Nie dokończył, wystrzelona kula z karabinu wyborowego, przedziurawiła mu czaszkę.

– Jack!!!! – Szeryf podbiegł do brata, lecz było już za późno na jakikolwiek ratunek. Kolejny pocisk pozbawił życia jednego z kowboi. Wszyscy zaczęli szukać kryjówek, jednak po chwili ranczo zabrzmiało licznymi krzykami ludzi, padającymi ofiarą, ustawionych wcześniej pułapek. Na dodatek okoliczne budynki zajęły się ogniem. Wujek Larrego trzymając zmarłego brata, z niepokojem i lękiem obserwował aktualne wydarzenia. To miała być prosta robota, mieli przyjechać i zagarnąć majątek zmarłego. Jak to mogło się skończyć? Pośród płomieni ujrzał, nadchodzącego Czarnego Niedźwiedzia, ze stalowym wyrazem twarzy i nienawistnym spojrzeniem, podkreślanym przez blask pożaru, dobijał ludzi, którzy utknęli w jego konstrukcjach.

– Demon! Demon! – Szeryf wyciągnął Colta i zaczął strzelać. Inni spojrzeli w tamtym kierunku, nikogo nie zobaczyli. Usłyszeli kolejny krzyk, gdy z płonącej stodoły pojawiły się ręce, które wciągnęły do środka jednego z obecnych.

– To stary Jefferson! Mści się na nas! – Jeden z kowbojów zaczął uciekać w panice, nie zauważył rozłożonej linki... Zaostrzone drewniane kolce przybiły go do ziemi. Powstała jedna wielka panika, ludzie zaczęli znikać, a ich ciała pojawiać się w innych miejscach, pożar zaczął się wzmagać, a trzaskające drewna nikogo nie uspakajało. Gdy pozostał tylko szeryf, Larry i Allen, spomiędzy budynków wyłonił się Czarny Niedźwiedź, krocząc z pewnością siebie, trzymając w ręku rewolwer i zakrwawiony toporek.

– Nie zbliżaj się demonie! – Szeryf pociągał raz za razem za spust, jednak słychać tylko metaliczny trzask pustego bębenka. Nie minęła chwila, gdy w piersi Bobbiego Allistera tkwiła aż po rękojeść broń biała Indianina. Wuj Larrego odwrócił się i z wielkim cierpieniem zwrócił się do siostrzeńca.

– Pomóż mi chłopcze!

Strach całkowicie sparaliżował młodzieńca i jego starszego towarzysza, wydawało się im, że są świadkiem sceny z samego dna piekła. Tymczasem Czarny Niedźwiedź obrócił nogą, czołgającego się wroga. Wyjął ostrze z jego piersi i zadał nim kolejne ciosy, ciepła krew oblała jego twarz. Cały w szkarłacie zwrócił swoją uwagę w stronę ostatnich dwóch wrogów. Ścisnął mocniej drewnianą rękojeść i zamierzał zaatakować. Gdy nagle na ramieniu chłopca usiadł dostojny, czarny orzeł z białą głową. Oprawca, jak i przyszłe ofiary oniemiały. Sekundę później zwierze odleciało, a z nieba spadł obfity deszcz, gasząc ogień i studząc emocję.

– Wasze imiona?

Dwójka pozostałych kowbojów myślała, że się przesłyszała, dopiero po ponownym powtórzeniu pytania, drżącym głosem odpowiedzieli.

– Larry Allister i Gary Allen.

– Macie szczęście, że Wielki Manitu się za wami stawił, inaczej wasze ciała dołączyłyby do innych. W okolicy najbliższej jaskini na południe stąd znajduje się stado. Zróbcie z nim, co chcecie. – Nie zatrzymywany przez nikogo, odszedł w nieznanym kierunku.

Dzień później, gdy wszystko wyszło na jaw, na biurku nowego szeryfa pojawił się list gończy z treścią Indianin Czarny Niedźwiedź poszukiwany żywy bądź umarły, nagroda dwa tysiące dolarów...

Następne częściCzerwony Świt-Rozdział 8  

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania