Poprzednie częściDom rozpusty - Rozdział 1

Dom rozpusty - Rozdział 2

Niebo utraciło swoją głęboką, granatową barwę na rzecz jasnego błękitu. Słońce nie miało się za czym schować, a ludzkie oczy cierpiały przez jego promienie odbijające się w drobnych kryształkach. Styczeń zmierzał ku końcowi, więc nic dziwnego, że śnieg pokrywał chodniki i ulice.

Wizytówka agencji towarzyskiej ciążyła mi w kieszeni. Nie miałem ochoty tam iść. Nie podobała mi się wizja spłacania długu własnym ciałem. Zawsze łapałem się każdej roboty, za którą płacili, ale zdesperowanych ludzi łatwiej wykiwać. Tacy jak ja zgodzą się na każde pieniądze, byle móc spłacić choć część długów. Problem w tym, że w ten sposób odsetki tylko rosną. Nikt nikomu nie zapłaci tyle, by móc regularnie płacić raty i jako tako żyć. A mama naprawdę potrzebowała leków.

Chciałem ufać panu Zaraodowi. Chciałem wierzyć, że chociaż on jeden jest w porządku i zachowa się przyzwoicie. Tak naprawdę układ, który zaproponował, nie był taki zły. Poczytałem trochę w internecie na temat Duryi i nie znalazłem zbyt wielu złych opinii, a te, na które się natknąłem, były wyraźnie pisane przez osoby pokroju wierzycieli ojca – dupków, którzy sądzą, że wszystko im wolno, skoro mają pieniądze i w ogóle nie liczą się z innymi ludźmi.

Jak o tym pomyśleć, dać się przelecieć i na tym zarobić to wcale nie jest zła taktyka. Ojciec zawsze powtarzał, że stigmy tylko do tego się nadają. Teraz pewnie śmiałby się, że mogę robić coś, w czym teoretycznie powinienem być dobry. Zastanawia mnie tylko, czy nie zostanę wyśmiany. Może być tak, że zgłoszę się do tego całego dyrektora, a on poinformuje Zaraoda, że uwierzyłem mu jak idiota i naprawdę przyszedłem…

Chyba za dużo czarnych scenariuszy…

Odetchnąłem głęboko, co nie było najlepszym pomysłem, zważając na poobijane przed kilkoma godzinami żebra. Gdyby nie to, że nazajutrz po wizycie u pana Zaraoda straciłem pracę w markecie, a wczoraj ci pseudo-komornicy złapali mnie, kiedy wracałem do domu, nie zdecydowałbym się pewnie tutaj przyjść. Mamie powiedziałem, że idę na rozmowę kwalifikacyjną, ale żeby na nic się nie nastawiała. Mimo to i tak była szczęśliwa i życzyła mi powodzenia. Nigdy nie wnikała w to, czym się aktualnie zajmowałem. Pracę zmieniałem już niezliczoną ilość razy z różnych powodów, ale głównym zawsze było to, że któryś ze współpracowników próbował się do mnie dobierać, a kiedy odmawiałem, wrabiali mnie w coś. Kiedyś żona pracodawcy przyłapała go na obmacywaniu mnie, ale stwierdziła, że to ja jestem winny i mnie wyrzuciła. Naprawdę nie znosiłem, gdy ktoś naruszał moją strefę nie tyle osobistą, co intymną, podczas gdy sobie tego nie życzyłem.

– Co tu robisz? – usłyszałem nagle za sobą.

Podskoczyłem przestraszony, a kiedy się obracałem, zaplątały mi się nogi, zrobiłem kilka chwiejnych kroków i upadłem. W zaspę. I uderzyłem się w tył głowy. Żebra też nie zapomniały się odezwać.

– Żyjesz? – spytał z niepokojem ten, który mnie przestraszył.

Podniosłem głowę, rozmasowując sobie potylicę. Facet miał zielone włosy i oczy, co zupełnie nie współgrało z obecnie panującą porą roku, ale całkiem fajnie się odznaczało. Złapałem dłoń w czarnej rękawiczce i pozwoliłem mu pomóc mi wstać.

– Jesteś cały w śniegu – zaśmiał się i zaczął mnie delikatnie otrzepywać. – Nie jest ci zimno w takiej cienkiej kurtce?

– Nie mam innej – przyznałem się.

Odsunąłem się, kiedy omal nie otrzepał miejsca, które najbardziej bolało. Patrzył na mnie chwilę, ale nic nie powiedział.

– Co tu robisz? – powtórzył swoje wcześniejsze pytanie.

– Uhm…

Zerknąłem na wielką willę. Z przodu otaczał ją żywopłot, w którym tkwiła żelazna, wymyślnie zdobiona brama. Za nią widać było szeroki podjazd. Resztę rozległego terenu otaczał wysoki mur i drzewa, przez które nie było możliwe tam zajrzeć.

To naprawdę agencja towarzyska? Wygląda jak zwykła, umieszczona na szczycie wzgórza willa.

– Do pracy… tak myślę – powiedziałem w końcu, choć bardzo niepewnie.

– Ach! – zawołał jakoś tak radośnie, a ja na niego spojrzałem. – To ty jesteś tym dzieciakiem od Geoffa? Wspominał, że znalazł nową twarz, ale nie sądziłem, że naprawdę się pojawisz!

– Ehm… Ma pan na myśli pana Zaraoda? – upewniłem się.

– A kogo innego? – zdziwił się. – Od niego jesteś, prawda?

– Uhm… Tak…

– Twoje imię?

– Roppi.

– Dobrze, Roppi. Mów mi Harry. Wejdźmy do środka. Jest dość zimno, a ja nie chcę, żebyś się przeziębił.

Grzecznie poszedłem za nim.

Czyli pan Zaraod mnie nie wrobił. To zawsze jakiś plus. A i ten facet wydawał się nie być taki zły, jak myślałem. Chociaż, o czym ja właściwie myślałem? Że przywiążą mnie do łóżka i pozwolą pieprzyć każdemu, kto się napatoczy?

Wspięcie na kamienne schody nie obyło się bez potknięcie i kolejnego zaliczenia gleby. Harry złapał mnie w ostatnim momencie. Gdyby nie on, pewnie rozbiłbym sobie głowę. Sprawdził, czy nic mi nie jest i kazał iść przed sobą, w razie gdybym znów postanowił „zaprzyjaźnić się z ziemią”, jak to określił. Po otworzeniu jednego ze skrzydeł dużych, eleganckich drzwi, moim oczom ukazał się przestronny hol o ciemnej, kamiennej podłodze i jasnych, marmurowych ścianach. Naprzeciwko drzwi frontowych znajdowały się szerokie schody z marmuru. Po prawej stronie znajdowała się biała lada z brązowym blatem. Stała tam bardzo atrakcyjna kobieta ubrana w obcisłą zieloną sukienkę z głębokim dekoltem uwydatniającym i tak duży biust. Słysząc otwierane drzwi, spojrzała w naszą stronę. Przywitała się z uśmiechem, a gdy Harry jej odpowiedział, spojrzała na mnie z ciekawością.

Harry kazał sobie nie przeszkadzać i poprowadził mnie na lewo, gdzie znajdowało się kilkoro drzwi. Tabliczki informowały, że pierwsze prowadzą do księgowego, drugie do zastępcy dyrektora, a trzecie właśnie do dyrektora. DYREKTOR HARRY TEMOM, tak zostało wygrawerowane.

Gabinet został utrzymany w ciepłym brązie. Wszystko tu było drewniane – podłoga, ściany, meble. Krzesło za biurkiem wydawało się niewygodne, choć pięknie wyrzeźbione. Jedynie obite skórą fotele wyglądały na miękkie i wygodne. Harry kazał mi usiąść na jednym z nich, co natychmiast zrobiłem, a sam przeszedł do wysokiego regału i wyciągnął jeden z segregatorów. Położył go na biurku, zdjął płaszcz, przewiesił go przez oparcie i usiadł.

– Jesteś zdecydowany na pracę tutaj? – upewnił się, otwierając segregator.

– Tak – odpowiedział.

Nie, żebym miał inne wyjście.

– Zwykle Geoff nie wtrąca się w rekrutacje, ale skoro cię przysłał, nie będę się kłócił. Szczególnie, że naprawdę jesteś słodki – powiedział z uśmiechem i mrugnął do mnie. Poczułem rumieniec wpełzający na policzki. – Masz jakieś doświadczenie?

– Żadnego – odparłem niepewnie.

– Jesteś przywiązany do swojego ciała?

Momentalnie pobladłem.

– Wolałbym zostać w całości, jeśli to możliwe – mruknąłem.

Zaśmiał się.

– Spokojnie, nie zamierzam cię ciąć ani nic takiego – zapewnił rozbawiony. – Chcę się tylko upewnić, że nie masz nic przeciwko pracy tutaj. Wielu ludzi jest zdania, że seks należy uprawiać z osobą, którą darzy się uczuciem.

– Nie widzę związku – przyznałem, a on spojrzał na mnie z zainteresowaniem. – Pożądanie to reakcja czysto fizyczna. Nie ma nic wspólnego z miłością.

– Masz bardzo dobre podejście – pochwalił. – Wstydzisz się swojego ciała?

– Nie wydaje mi się, by było z nim coś nie tak – mruknąłem, nie do końca rozumiejąc jego pytanie.

Ale z następnym pytaniem zrozumiałem, a twarz zapłonęła mi jak nigdy dotąd.

– Słucham?! – pisnąłem.

– Rozbierz się – powtórzył wesoło, najwyraźniej doskonale się bawiąc. – Chcę zobaczyć twoje ciało.

– Ale…

– Jeśli chcesz tu zostać, musisz pozbyć się wstydu. Rozbierz się – powtórzył po raz trzeci, ale tym razem mniej przyjaźnie.

Przełknąłem głośno ślinę. Chwilę jeszcze siedziałem, wpatrując się w niego niepewnie, ale w końcu wstałem i bardzo opornie pozbyłem się ubrań. Po chwili stanąłem przed nim tak, jak mnie stworzono – calusieńki nagi. Wzrok Harry’ego palił, kiedy powoli przesuwał się po moim ciele. Widziałem, jak dłużej zatrzymuje go na siniaku po lewej stronie klatki piersiowej, a potem na brzuchu, gdzie miałem odciśniętą podeszwę trepa.

– Nie chcę tu bijatyk – poinformował sucho.

– Nie biłem się – odpowiedziałem cicho, choć pewnie i tak mi nie uwierzy.

Nie odpowiedział. Wstał zza biurka, podszedł do mnie i powoli mnie okrążył. Wzdrygnąłem się i pisnąłem, kiedy poczułem zimne palce wędrujące po kręgosłupie. Chciałem uciec od tego uczucia, ale złapał mnie i przytrzymał. Wygiąłem się, ale zaraz zgiąłem w pół, łapiąc za bolące żebra.

– Dostałeś nieźle w kość – stwierdził. – Nie będę pytał, ale musisz z tym skończyć. Siniaki nie wyglądają ładnie. Nie obsługujemy zwyrodnialców, którym to się podoba.

To akurat pocieszające.

– Jakieś niewidoczne blizny? – spytał, odsuwając się nieco.

Bez słowa podniosłem włosy tak, by odsłonić cały kark. Harry nie odezwał się. Jedynie przesunął palcami po bladej już bliźnie po nieudanej próbie oskalpowania mnie przez ojca.

– Nic więcej? – spytał jedynie.

– Nic – zapewniłem.

– Nie przejmuj się nią. Mamy tu chłopaka całego w bliznach. To, co masz na karku, nawet się do niego nie umywa.

Nawet nie wiedziałem, że aż tak mi ulży. Zawsze powstrzymywałem się od ścięcia włosów i ich wiązania, byle nie było widać tego, co mi zrobiono, gdy byłem dzieckiem. Ale on potraktował to tak, jakbym nic nie miał na karku. To naprawdę dziwne uczucie, kiedy ktoś traktuje jako błahostkę coś, co dla mnie było swego rodzaju wstydem.

Ach, czyli jednak wstydzę się swojego ciała. Jego fragmentu, co prawda, ale to wciąż ciało.

– Geoff streścił mi twoją sytuację. Postaram się zorganizować wszystko tak, aby jak najbardziej ułatwić ci życie tutaj – obiecał, klepiąc mnie po głowie.

Pozwolił mi się ubrać, co zrobiłem z największą ochotą. Gdy znów usiadłem na fotelu, podsunął mi zapełnioną drukiem kartkę. Umowa. Poprosiłem o chwilę na zapoznanie się z jej treścią, a on nie protestował. Spodziewałem się jakichś pokręconych słów i sformułowań, których za nic nie zrozumiem, ale wszystko zostało zaskakująco prosto napisane i nie pozostawiało żadnych wątpliwości. Miałem być zatrudniony do czasu spłaty długu wobec Geoffrey’a Zaraoda, który wynosił ponad siedemset tysięcy – były w to wliczone długi wobec innych wierzycieli, które pan Zaraod zobowiązał się spłacić.

Jeden z punktów mówił, że muszę mieszkać na terenie agencji. Przeczytawszy to, natychmiast zaprotestowałem. Musiałem przecież zajmować się mamą! Harry jednak jedynie kazał mi doczytać punkt do końca. Zrobiłem to i wytrzeszczyłem na niego oczy. Pan Zaraod zobowiązywał się również do zapewnienia odpowiedniej opieki mojej mamie, a to oznaczało umieszczenie jej w specjalistycznej placówce medycznej. Pieniądze na to miały być pobierane z moich wypłat, a te wahały się pomiędzy trzema a dziesięcioma tysiącami. Ta kwestia miała zależeć od popularności wśród klientów.

Nie dopatrzyłem się niczego podejrzanego. Miałem dostać pokój i posiłki. Do obowiązków należało zadowalanie klientów, słuchanie Harry’ego i dbanie o ciało. Z czasem wolnym mogłem robić, co tylko chciałem. Mogłem też swobodnie opuszczać agencję, ale musiałem pilnować czasu spotkań z klientami. Nie wolno było mi się spóźniać.

A mama miała być bezpieczna w szpitalu, gdzie zaczną ją porządnie leczyć.

Podpisałem umowę. Gdzieś z tyłu głowy cichy głosik krzyczał, że to wszystko jest zbyt piękne, aby było prawdziwe, ale zignorowałem go.

Mama miała pojechać do szpitala jeszcze dziś, a ja musiałem wprowadzić się do budynku mieszkalnego. Zostało więc wrócić do domu, powiadomić mamę o wspaniałych nowinach, spakować się i wynieść z rozpadającej się klitki.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • TheRebelliousOne 9 miesięcy temu
    Opowiadanie jest naprawdę ciekawe. Przed Roppim dosyć ciężkie życie, ale czy ma jakiś inny wybór? Daję 5 i czekam na więcej. :)
  • Joanna Gebler 8 miesięcy temu
    Tak jak poprzednia część, tak ta bardzo mi się podoba.Wszystko ciekawie opisane, fabuła przyciąga i zachęca by zostać na dłużej. Lecę czytać kolejne części, piąteczka :)
  • Bajkopisarz 7 miesięcy temu
    Tym razem nie wyłapałem błędów. Może ich nie było, a może były, ale interesująca treść po prostu je zasłoniła. Bardzo dobra opowieść, świetnie się rozwija, zachęca do dalszego czytania.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania