Dom rozpusty - Rozdział 4

Sparaliżowało mnie. Nie mogłem oddychać. Serce zatrzymało się na moment, by zacząć bić oszalale, jakby chciało wyrwać się z piersi. Otworzyłem usta, chcąc krzyczeć, ale z gardła nie wydobył się nawet cichy jęk. Z szeroko otwartymi oczami zrobiłem chwiejny krok w przód, potem drugi, trzeci.

– Mamo!

Wbiegłem do mieszkania. W krótkim korytarzyku nie wyrobiłem się na zakręcie i wpadłem na ścianę, ale tylko się od niej odepchnąłem i wpadłem do pokoju. Ogarnęło mnie jeszcze większe przerażenie. Wszystko było porozrzucane. Dwie nogi stołu zostały wyłamane, drzwiczki szafek ledwie trzymały się na zawiasach, szuflady wraz z zawartością walały się na podłodze, szklanki i talerze zostały roztrzaskane, a kanapa leżała na boku.

Mamy nigdzie nie było.

Wróciłem na korytarz. Zignorowałem Ivo. Chyba coś mówił, ale nie słyszałem. Miałem wrażenie, jakbym znajdował się głęboko pod wodą. Brakowało mi tlenu.

Wszedłem do łazienki. Lustro zostało roztrzaskane, podobnie umywalka i sedes. Wszędzie była woda. Tryskała z rur i chlupotała pod butami.

– Mamo – jęknąłem.

Leżała tam. Naga, z szeroko otwartymi oczami i ustami. Sina.

Upadłem. Otworzyłem usta, ale znów nic się z nich nie wydobyło. Podszedłem do niej na czworaka. Zawahałem się przed dotknięciem jej, ale po chwili złapałem ją za ramię i delikatnie potrząsnąłem, wołając cicho. Nie zareagowała. Powinna zareagować. Przecież nigdy wcześniej nie spała z otwartymi oczami. Nie mogła więc spać.

Wołałem ją, potrząsałem, ale nie odpowiadała. Patrzyła tylko w sufit. Nie słuchała mnie, ignorowała. Nie wiedziałem, co się dzieje. Obraziła się o coś? W jakiś sposób dowiedziała, gdzie starałem się o pracę i była zła?

Przeprosiłem. Przepraszałem kilka razy, ale nadal nie reagowała.

Podskoczyłem, gdy czyjeś ręce mocno mnie złapały. Spróbowałem się wyrwać, ale napastnik tylko pociągnął mnie do tyłu. Szarpałem się. Zablokował mi nogi swoimi. Poczułem oddech na karku. Oczy zasłoniła mi mokra dłoń.

– Nie patrz – usłyszałem cichy szept przy uchu. – Nie patrz, Roppi.

– Mama…

– Wiem – przerwał mi. – Wiem, Roppi.

– I...vo?

Ach, racja. Zupełnie zapomniałem, że ze mną przyjechał.

– Przeziębi się – wychrypiałem. – Musimy ją zabrać z tej wody. Wytrzeć ją. Ubrać. Nie chcę, żeby się przeziębiła.

– Roppi… – Miał dziwny głos. Taki zdławiony i pełen bólu.

– Puść mnie – poprosiłem. – Muszę ją wytrzeć i ubrać. Nie może wyjść na mróz mokra. Musimy zabrać ją do szpitala.

– Szpitala? – powtórzył cicho. – Nie możemy, Roppi.

– Dlaczego? – zdziwiłem się. – Harry obiecał, że będą ją leczyć.

– Tak, ale… Ugh!

Obrócił mnie do siebie i mocno przytulił. Było mi niewygodnie i zimno. Cały przesiąkłem wodą, a byłem tu krótko. Mama musi być cała skostniała. Może nie reagowała, bo było jej zimno?

– Przykro mi – szepnął drżącym głosem, oplatając mnie ramionami jeszcze mocniej. – Tak bardzo mi przykro, Roppi.

– Dlaczego? Nie będą jej leczyć.

– Roppi…

– Obiecał! – oburzyłem się. Próbowałem się wyszarpnąć, ale nie pozwolił mi na to. – Harry obiecał! Okłamał mnie?!

– Nikt cię nie okłamał, Roppi – zapewnił. – Po prostu… Po prostu… Jej się już nie da pomóc, Roppi…

– Da się! – zaprotestowałem. – Da się! Da się! Da się!

– Roppi…

– To drogie, ale da się ją wyleczyć! Będę dużo pracował, zrobię wszystko, co każą pan Zaraod i Harry, ale mama musi znaleźć się w szpitalu! Musi…

– Roppi! – krzyknął, aż zabolało mnie ucho. Umilkłem. – Ona nie żyje, Roppi – wyszeptał.

Tym razem mu się wyrwałem. Uderzyłem go, a on podtrzymał się na ugiętej ręce. Policzek od razu mu poczerwieniał.

– Nie kłam! – wrzasnąłem. – Dlaczego to mówisz?! Przecież jest tutaj! Nie rusza się, bo jej zimno! Trzeba ją stąd zabrać i ogrzać!

Odwróciłem się i pogłaskałem mamę po mokrych włosach.

– Już dobrze – szepnąłem. – Już cię stąd zabieram.

Wsunąłem ręce pod jej nogi i ramiona, po czym dźwignąłem się na nogi. Wróciłem do pokoju, zostawiając Ivo w łazience. Nie rozumiałem, dlaczego tak kłamał. Nie pojmowałem, czemu miało to służyć.

Przytrzymując mamę jedną ręką, drugą starałem się przewrócić kanapę tak, jak powinna być. Nagle pojawił się Ivo i zrobił to jednym szybkim ruchem. Nie podziękowałem. Nadal byłem zły za jego kłamstwa. Położyłem mamę, wyjąłem koc z szafki i szczelnie ją opatuliłem. Znów pogłaskałem ją po włosach.

– Cieplej ci? – spytałem z troską.

– Roppi, przestań, proszę – jęknął Ivo, znów zgarniając mnie w ramiona. – Błagam, przestań.

– Ale co? Ja tylko zajmuję się mamą.

– Przestań, błagam cię! Ona nie żyje!

– Nie mó…!

– Spójrz na nią! – znów mi przerwał. – Nie widzisz tego? Wiem, ze to bolesne, ale…

– Zamknij się! Nie wiesz, co mówisz! Puszczaj mnie!

Wyrwałem się i znów go uderzyłem. Zatoczył się i przez chwilę patrzył w podłogę.

– Zadzwonię na policję – powiedział w końcu. – I po karetkę. Nie ruszaj tu niczego.

Zignorowałem go. Klęknąłem przy mamie i powoli głaskałem ją po włosach. Ivo rozmawiał z kimś przez telefon, ale nie słuchałem. Czekałem, aż mama ogrzeje się na tyle, by mogła znów się ruszać.

Ale nie ruszyła się. Nie pozwolili jej.

Nagle pojawili się jacyś ludzie i odciągnęli mnie od niej. Siłą wyprowadzono mnie z mieszkania. Krzyczałem i protestowałem, ale nikt mnie nie słuchał. Ivo próbował mnie uspokoić, ale tylko zarobił po raz trzeci. Ludzie w policyjnych mundurach nie pozwalali mi zbliżyć się do drzwi. Mężczyzna w czerwonym kombinezonie powiedział, że mama nie żyje i złożył mi kondolencje. Protestowałem. Mówiłem, że mama żyje, tylko jej zimno. Zawsze przestawała się ruszać, kiedy było jej za zimno. Mówiła, że to boli. Trzeba było ją opatulić kocem i rozgrzać. A oni tylko zapakowali ją do czarnego worka i zapięli tak, że pewnie nie mogła oddychać. Policjant przytrzymywał mnie, kiedy ją zabierali. Krzyczałem, błagałem, żeby tego nie robili.

– Naprawdę mi przykro, chłopcze – powiedział jeszcze ratownik, zanim odjechali.

– Nie… żyje? – szepnąłem.

Odwróciłem głowę, gdy ktoś położył mi rękę na ramieniu. Ivo miał opuchniętą prawą stronę twarzy.

– Ona… naprawdę…?

– Przykro mi, Roppi – szepnął.

– Dlaczego? – spytałem cicho. – Dlaczego umarła? To przeze mnie?

– Nie możesz tak myśleć – zabronił mi. – Ktoś ją bardzo skrzywdził. Dowiemy się, kto i dlaczego. Obiecuję, że będę dręczył Harry’ego tak długo, aż zajmą się tym najlepsi ludzie.

– Mama… nie żyje?

Poczułem, jak po policzkach spływają mi gorące łzy. Odwróciłem się chwiejnie i objąłem Ivo. Przytulił mnie mocno do siebie. Czułem, jak wtula twarz w moje włosy.

Zacisnąłem powieki.

I zacząłem krzyczeć.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze

  • Joanna Gebler 8 miesięcy temu
    Podoba mi się to opowiadanie, jest to smutna część, ale pokazuje nam jak bardzo kocha matkę główny bohater. Że naprawdę jest wstanie zrobić dla niej wiele. Chętnie przeczytam kolejne części :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania