Poprzednie częściSpektakularion (początek powieści)  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Spektakularion (DRUGI I OSTATNI FRAGMENT)

Smutno i coraz bardziej gorzko, wracają wspomnienia wszystkich przeżytych niepowodzeń, przypałów, pod czaszkę pchają się tyleż parszywe, co groteskowe obrazy. Ścierwo w sepii, polukrowana padlina.

Mam do przejechania kilkanaście kilometrów. Dwie i pół wsi dzieli mnie od domu Anety. Wybawicielki.

Troszkę przydużo. Jadę powoli, wiadomo - na kacu nie naśpieszysz. Nachodzą całe hektary, megabajty, kilowatogodziny przemyśleń.

Mijam zawaloną chałupę Pietczychy i wracają głupio-złe, w zasadzie żenujące wspomnienia. Stara, pół-głucha, czepna starucha, jakby żywcem przeniesiona z kart bajki o Babie Jadze. Przygarbione, kuśtykające o lasce wiedźmisko, któremu w szczeniackim odwecie wysprejowałem wszystkie szyby w chacie (wcześniej - niepotrzebnie chciałem być dobry, mały Krzysio-idealista postanowił, wracając do domu, podnieść cholerny znak drogowi, za co spotkał go niesłuszny opierdol, ale o tym później).

Dalej: przypominam sobie, mimo woli, gnębiących mnie w podstawówce nauczycieli, wygrzebuję z pamięci najgorsze chwile. Paskudne uczucie, jakbym bełtał kijem w szambie w poszukiwaniu zgubionego tam... zegarka? Potrfela? Nieważne.

Dalej: emanujące czernidłem oczodołów, ziejące czeluściami wybitych szyby ruiny Willi Cyganki, zajazdopodobnego karczmo-burdeliku, który splajtował w połowie lat dwutysięcznych.

Prowadzony przez autentycznych Cyganów przybytek, istna mekka lokalnego półświatka, cholernie kiczowaty dom uciech, gdzie na kopulantissimo zjeżdżali się ochraniani przez wytatuowanych "karków" mafiozi, zakończył działalność bodajże w dwa tysiące piątym.

Niepilnowany "Biały Dom" szybko przyciągnął hordy złodziei i dewastatorów, sprejujących co się da szczeniaków, w krótkim czasie zmienił się w gorzej, niż ruinę. Całymi tonami wywożono złom, wyrwane ze ścian kable, sedesy, bidety, pisuary, drzwi razem z futrynami (miała miejsce istna rywalizacja łobuzów, wyścig - kto pierwszy dopadnie klopa, plastikowe okno - bezmyślni wandale, czy poczciwi amatorzy cudzej własności, w zasadzie ocalający tęże własność przed zniszczeniem).

Odrywano ze ścian glazurę, z podłóg - terrakotę i panele, sprzed budynku - kostkę Bauma. Zniknęła nawet gipsowo-siatkobetonowa fontanna zwieńczona posążkiem zatrzymanej w tańcu, kręcącej w miejscu piruety Pallas Ateny.

Czego nie zdołano wynieść - rozbito, na kolorowo quasi-graffiti, zaśmiecono flaszkami po piwie i służących za zapojkę tanich oranżadach, energetykach, opluto i obszczano. Na podziurawionych ścianach pojawiły się ledwie czytelne, szumne hasła ("Nienawiść do policji - tak nas wychowano", "Braci się nie traci"), ksywki piszących je małolatów, okołohiphopowe, niedokładne cytaty z takich tuzów tekściarstwa, jak Słoń, Fisz, czy Sokół, gdzieniegdzie wykwitły pieczołowicie napacykowane japy postaci z komiksów i bajek: pojawił się nieco zezowaty Iron Man, Batman w lekko wypłowiałej masce i Drakula o krzywych, stoczonych przez próchnicę kłach.

Średnio dwa razy do roku - niezmiennie w porze wakacyjnej - grożące zawaleniem zwłoki Willi Cyganki, za sprawą imprezującej w niej smarkaterii, stają w płomieniach. Na ogół nie są to groźne pożary: a to kupa śmieci się skopci, a to nadtlą resztki obdartego z blachy dachu, ktoś rzuci kiepa na stertę siakichś łachmanów-nie łachmanów, czy zapaskudzoną wersalkę, a to inny, nawalony w trupa, niesiony alko-fantazją wyrostek postanowi podpalić postanowi podpalić resztki połamanych kolumn estradowych, czy innej grajmaszyny.

Płomienie przez paręnaście minut poliżą wnętrze rudery, osmolą resztki kolumienek, plafonów, czy innych, kiczowatych do bólu antyozdób, przyjedzie straż pożarna, ugasi ognicho - i wszystko jest po staremu: porzucony przez właścicieli lokal z każdym rokiem zapada się coraz bardziej. Tylko patrzeć, jak złoży się, niczym domek z kart, zawali na łeb któremuś z balujących tam nastolatków.

...na wsi różnie mówią o powodach tego opuszczenia. Że nie długi, żadna plajta, komornik - a na pewno w grę wchodziły wzajemne, dragowskie rozliczenia pomiędzy gangusami i oczywiście trup. Zapewne - niejeden. Oj, zginęło się paru "biznesmenom" przez swoja szemraninę, machloje, od lat użyźniają (czy może raczej - zatruwają?) glebę, resztki ich mięsa gniją miło i radośnie pod lasem, zakopane bezimiennie, jak padlina psów.

Za tym musi się kryć naprawdę straszna, wręcz nie mieszcząca się nam, pospolitaczkom w nieskomplikowanych główkach, historia. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zostawia na pastwę pleśni, szabrowników, wandali, mienia za grube miliony zeta. Stało się tam Coś przez wielkie C, jakichś gangusów spotkała (najpewniej - zasłużona) kara, komuś wyrwano paznokcie, włożono w tyłek rozgrzaną lutownicę, kogoś prasowano. Maglowano. Ktoś, zasmarkany i krztuszący się własną krwią, błagał o litość, albo choć o skrócenie męczarni. Czyjąś córkę, żonę, albo i syna tutaj grupowo zgwałcono.

...i poszło wszystko na rozkurz, na zmarnowanie, "Biały Dom", miejsce spotkań śniadych, kompletnie pozbawionych poczucia humoru panów, lokalny odpowiednik gdyńskiego "Maxima", w którym, jeśli wierzyć plotkom, jeden drink kosztował równowartość średniej miesięcznej pensji, spotkał podobnie żałosny koniec. Może nawet gorszy, bo cygańska melina nie umierała długo i boleśnie, opustoszała wręcz z dnia na dzień. Nagła śmierć sercowa zamiast przeciągającej się agonii. Skoro śniadersi spieprzyli stąd prawie tak jak stali - musi się z tym wiązać - jak wspominałem - jakaś paskudna historia.

...nawet przęsła już zwinęli - kręcę głową z politowaniem. Mój kraj - taki "piękny".

Śmieszne były, artystyczne, z głowami miśków.

...i dobra tam - chuj. Będę się przejmował cygańskim burdelem, niedźwiedziami z żeliwa...?

Zatrzymuję się na momencik. Piję. Sprite mineralny, ćwierćgazowany, oligoceński. Muszę wyglądać fatalnie, jak własna karykatura stworzona przez złośliwego... więcej - nienawidzącego mnie rysownika.

Po części nie istnieję, jestem tworem hipotetycznym opisywanym przez paszkwilanta. Indywiduum, o którym można mówić wyłącznie źle, oczerniać je, drwić z niego - choć przecież ani chwili nie dane mu było zaistnieć, nabyć cech. Płynę w kwasie, nurkuję w basenie wypełnionym kapuśniakiem.

...nie, nigdy nie byłem w romskim domu uciech, jakby kto pytał. Za wysokie progi, w czasach, gdy prosperował byłem nastolatkiem i raczej więcej niż pewne, że nie zostałbym wpuszczony. Długowłosy, młody gadzio-gołodupiec zwyczajnie nie miał tam czego szukać. Za biały jestem, za bardzo polski, słowiański. I przecież nawet ich, jak się głębiej przyjrzeć, nie trawię. Pieprzeni Don Vasyle z pozłacanymi podróbkami rolexów, miłośnicy bizantyjskiego przepychu, kiczerskie... heh, tfu.

Znowu czuję, że myśli płyną niejako niezależnie ode mnie i poza mną. Poglądy samobieżne, od których literalnie chce się rzygać, wywalić nosem, ustami i przez uszy gorącą pianę, z której narodziłaby się siatkobetonowa Pallas Wenus-Atena.

 

IV. Fatalternatywa

 

Mięsny Adrian Szyneda, manekinowaty, ale i na pierwszy rzut oka nie przypominający istoty ludzkiej, spadliniały za życia wielki ochłap średnio świeżego mięsa, siedzi na przystankowej ławeczce.

Średnia ocena: 4.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zaciekawiony tydzień temu
    Jak zwykle mi twoje teksty nie podchodzą, tak ten kawałek jest całkiem całkiem.
  • Florian Konrad tydzień temu
    Dzięki.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania