ERROR 06 [stara wersja]

Arizona, 26.01.2016 r.

 

Olivier słyszał przerażone krzyki, gdy autobus wytrącony z drogi przez nagłe, silne uderzenie, omal nie upadł na prawy bok. Płacz dzieci, a potem więcej krzyków. Nie myślał nad konsekwencjami – nad jego zachowaniem panowała adrenalina. Po prostu to zrobił. Pojazd nagle zatrzymał się jak na niewidzialnej ścianie, ciągnąc pasażerów w przód, co powinno spowodować liczne jęki bólu czy głuche odgłosy zderzenia się ciał z oparciami, ale to nie nastąpiło. Zanim ktokolwiek zdążył uderzyć o siedzenie przed sobą, wszyscy cofnęli się do dawnego położenia, znów wciskając się w szorstki materiał. Czuli jakby wirowali, a autobus koziołkował przywrócony do dawnego pędu, choć tak naprawdę nie dali rady poruszyć nawet najdrobniejszą częścią swoich ciał. Mocniejsze szarpnięcie wybudziło świadomość i czucie, a oni otworzyli szeroko oczy pełne przerażenia. Jak wielkie było ich zdziwienie, gdy odkryli, że ich życiu nic nie grozi. Co prawda może powinni się przejmować tym, że znajdują się w zupełnie innym otoczeniu, ale żyli. Nic im nie dolegało. Co więcej – autobus stał i nie miał zamiaru się przewrócić ani tym bardziej zacząć obracać wokół własnej osi, a tornado zniknęło jak zwykła senna mara. Nawet lekki wietrzyk nie poruszał tamtejszym powietrzem. Wśród tych wszystkich bezpiecznych osób tylko blondyn kulił się na podłodze, głośno dysząc i zaciskając powieki, cały przy tym drżąc.

Uniósł się lekko, aby po chwili zwymiotować całą zawartość żołądka pod siebie. Kiedyś, gdy był jeszcze młody, głupi i uważał się za pana wszechświata, przeniesienie tych kilku ton nie stanowiłoby dla niego nawet najmniejszego problemu. Ba, przy okazji naprawiłby wszystkie zniszczenia, a raczej cofnął je w czasie, jakby tak naprawdę nigdy nie nastąpiły. Zostałyby tylko mglistym wspomnieniem, które niedługo potem zniknęłoby identycznie jak one. Natomiast teraz rzadko miewał okazję, żeby zrobić choćby coś drobnego, co nie wiązałoby się przy okazji z ukrywaniem czy ucieczką, czy zorganizowaniem pieniędzy na kolejny czynsz, by nie musiał spać pod mostem. Chociaż czasami nawet w to nie chciał się bawić znudzony długoletnią egzystencją, którą przerwać potrafił tylko Archanioł. Żył po prostu jak w letargu, przytłoczony odpowiedzialnością, jaką nakładała na niego potęga, o którą nie prosił.

Poczuł potrząsające jego ciałem dłonie. Wydawało mu się, że ktoś krzyczał, wołał go. Jednak zbyt wyczerpany, żeby odsunąć policzek z własnych wymiocin, nie zamierzał podnosić oczu, by zobaczyć sprawców całego zamieszania obok.

– Oli! – W końcu doszedł do niego męski głos przyjaciela. – Oli, odezwij się!

Zaczął niekontrolowanie kaszleć, czując, jakby organizm nagle zapragnęł pozbyć się płuc i wykrztusić je razem z resztkami zalegającej w gardle cieczy. Przez kilka chwil nie potrafił złapać oddechu i opanować kolejnych odruchów wymiotnych, tylko się tym bardziej nakręcając i panikując, co ani trochę nie pomagało.

– Powoli, spokojnie, wyrzuć to z siebie. – Cherlin gładziła jego ramię, nie przejmując się tym, że może się ubrudzić. Szczerze nawet o tym nie pomyślała. – Nieźle nas wystraszyłeś. – Uśmiechnęła się delikatnie, starając się go jakoś tym uspokoić. Tak naprawdę w duchu przejmowała się stanem w jakim go zastali, a jej dłonie niekontrolowanie drżały.

Mężczyzna podniósł się mozolnie, po czym oparł chwiejnie na przedramionach, gdy tylko w miarę się uspokoił, a płuca postanowiły jednak go nie opuszczać. W końcu otworzył do tej pory wciąż mocno zaciśnięte oczy. Zamrugał, strącając tym kilka łez. Markus i Ruda klęczeli przy nim w wąskiej przestrzeni między siedzeniami, przyglądając mu się w zmartwieniu. Ludzie obok mierzyli go zdziwionymi, wręcz zdezorientowanymi spojrzeniami z czymś w rodzaju mieszanki troski i obrzydzenia. Właściwie ani trochę im się nie dziwił. Wiedział, że najprawdopodobniej wygląda okropnie, a jego skóra nabrała niezdrowego bladozielonkawego odcieniu, który zastąpił zwykle występujące na niej rumieńce.

– Pomóżcie mi wstać – wycharczał, podpierając się już na kolanach, a następnie też na dłoniach. Sapnął z wysiłku, jakiego mu to przysporzyło. Nie cierpiał źle się czuć, był wtedy chodzącym wrakiem człowieka.

Ramiona przyjaciół oplotły ciało blondyna, podnosząc go najdelikatniej, jak tylko się dało. Gdy znajdował się już w pionie, zachwiał się niebezpiecznie na nogach, ale udało mu się utrzymać prostą pozycję. Zareagował na to kolejnym cichym sapnięciem, dziwiąc się, ile energii potrzebował na wykonanie tak prostej czynności. Dawno nie przesadził z używaniem mocy i właśnie sobie przypomniał, dlaczego unikał tego jak ognia oraz jaką katorgę potem musiał przechodzić. Właściwie mogło być gorzej, naprawdę, kiedyś wymiotował, aż nie zaczynało brakować mu tlenu i o mało nie zemdlał w trakcie. Naprawdę nie chciał sobie przypominać tego etapu w jego życiu.

– Muszę podnieść cukier, to zawsze najszybciej działało. – Zaśmiał się sztucznie, trochę boleśnie, znów kaszląc, jednak tym razem lżej. – Ja... Dawno tego nie robiłem – mruknął speszony, wiedząc, że jego rolą powinno być wspieraniem ich, a nie potrzebowanie wsparcia.

– Odleciałeś na dobre dziesięć minut, Olivier, nie szalej z poruszaniem się. Usiądź, zaraz ci coś przyniesiemy. – Czarny ułożył go na siedzeniu tuż obok, które na całe szczęścia zajmowała jedynie torebka zatroskanej starszej kobiety.

Ta wydawała się przejęta zaistniałą sytuacją. Zapewne tornado o mało nie przyprawiło jej o zawał, a potem tuż pod jej nosem chłopak gwałtownie zareagował na zużycie energii, ale chyba starała się zachować zimną krew, uśmiechając przy tym pokrzepiająco w jego stronę. Kto wie, co ją kiedyś spotkało, ile w życiu przeszła.

– W środku mam tabletki z glukozą. Gdybym dostała hipoglikemii. – Wskazała na swoją torbę. – Jeśli o niski cukier chodzi, to powinna pomóc.

Pokiwał powoli głową, a następnie uniósł się lekko, aby wysunąć spod siebie przedmiot. Sześćdziesięciolatka wskazała odpowiednią kieszonkę, a on uśmiechnął się w podzięce, starając się zrobić to jak najszczerzej. Miał ogromną nadzieję, że to pomoże przynajmniej w połowie. Tylu by mu wystarczyło, by iść. Pomijając już to, że musiał przecież jeszcze zadbać o usunięcie z pamięci pasażerów całego incydentu i jak najszybciej ulotnić się z kraju. Nie byli bezpieczni, wskaźniki Archanioła z pewnością szalały po latach zastoju, przerywanego jedynie przez niewielkie skoki. Tak przynajmniej sądził i miał nadzieję, bo nigdy nie doszła do niego informacja o śmierci kolejnego z Błędów. Czuł powrót z zaświatów każdego z nowych i jego położenie przez kilka następnych miesięcy – tego uczucia po prostu nie dało się przegapić – ale zgon? Zgon po prostu następował, nie pozostawiając po sobie śladów. Zatrząsł się na myśl, że osób, do których zmierzali, może już dawno nie być na świecie, a oni starali się i łudzili na marne. Zacisnął oczy, szybko połykając dwie tabletki, nie chcąc przypadkiem przesadzić zbyt dużą ilością. To i tak nie była normalna dawka.

– Dziękuję – powiedział z widoczną wdzięcznością. Zaraz potem przeniósł wzrok na Cherlin oraz Markusa. – Musimy wszyscy się stąd wynieść, nie wiem, w jakim stanie jest autobus po tym. – Podkreślił dwa ostatnie słowa. – I – przyciszył ton głosu – nie mogą o nas pamiętać. Pomożecie mi z tym. W tym stanie z trudem zapanowałbym nad złotą rybką.

– Jasne, oprzyj się na mnie – zaproponował młodszy, pochylając się, żeby ułatwić Olivierowi podniesienie się. – Pójdziemy do kierowcy. Tylko uważaj na podłogę, zrobiłeś niezły bałagan. Łatwo się poślizgnąć. – Zaśmiał się cicho.

Cherlin ruszyła przodem, zgrabnie omijając plamę pełną resztek niestrawionego jedzenia.

– Powinniśmy wyjść – zaczęła, gdy znalazła się obok wciąż zszokowanego kierowcy. – Nie wiadomo, czy tu jest bezpiecznie, proszę pana.

– Co tu się stało na Jezusa najświętszego? – zapytał, cały drżąc. Wykonał znak krzyża. Właściwie nie rozumieli, dlaczego. – Przeżyliśmy, na miłość! – sapnął chwilę potem, wciąż jednak wyglądając na przestraszonego.

– Słyszał mnie pan? – fuknęła ze złością, próbując uspokoić mężczyznę.

– Tak. Oczywiście. Tak. – Przetarł twarz. – Już otwieram. Na Boga, żyjemy! – Nacisnął odpowiedni przycisk, który przesunął drzwi.

Pasażerowie jak na zawołanie, wcześniej zbyt zajęci uspokajaniem się i swoich towarzyszy, by narzekać, zaczęli wstawać i opuszczać pojazd, zapewne nie czując się w nim zbyt bezpiecznie. Zresztą kto by im się dziwił.

– Więc teraz musimy się sprężać, zanim ktoś zwieje... Gdzieś. Nie jestem pewna, gdzie jesteśmy. – Dziewczyna zwróciła się do dwójki stojących za nią przyjaciół, uprzednio odwracając się. Nie przejmowała się, że kierowca ją usłyszy, ponieważ ten wybiegł jako niemal pierwszy.

– To gdzieś w Phoenix albo obok. Na takie osiemdziesiąt procent – zapewnił blondyn. – Może sześćdziesiąt.

– A pozostałe? – Zmarszczyła brwi.

– Jest taka tycia opcja, że to inny wymiar. – Potarł kark, uśmiechając się wymuszenie.

– Olivier! – Ruda i Markus krzyknęli niemal jednocześnie.

– To równie dobrze może być po prostu Nowy Meksyk, nie panikujcie tak – prychnął urażony. Chciał już wyjść sam z autobusu, aby ukazać wyraźnie oburzenie, ale pozbawiony podparcia przyjaciela, zachwiał się niebezpiecznie. – Nie mogę obrażać się z dala od was, więc musicie iść ze mną – zakomunikował.

Na początku panowała cisza, gdy przenosili spojrzenia między swoją trójką. Potem parsknęli śmiechem, by po chwili powoli schodzić po małych schodkach na grunt, na całe szczęście, Arizony. Pasażerowie gorączkowo poszukiwali bagaży, w czasie gdy Markus szybko pobiegł po plecaki, które zostały na tylnych scedzaniach pojazdu, opierając wcześniej blondyna na dziewczynie. Mężczyzna starał się, by nie przewrócić jej drobnej postury swoim ciężarem i nie naciskać na nią za bardzo. Może nie miał nadwagi, ale nie należał do najlżejszych.

– Jak zamierzamy to zrobić? – zapytała, obserwując zaistniałe zamieszanie. Kilka osób po odnalezieniu wszystkich swoich rzeczy zaczęło wykrzykiwać w kierunku kierowcy niecenzuralne zwroty i kłócić się o jakieś odszkodowania, narzekając przy tym, że na pewno się spóźnią na to, co planowali.

– Właściwie najtrudniej jest ze stworzeniem nowych wspomnień dla pierwszej osoby. Potem to już kwestia czegoś w rodzaju kopiuj i wklej oraz dużej ilości szoku powypadkowego. Będą zbyt skołowani, by zorientować się w niedociągnięciach, a aniołki nie mogą ich trzymać zbyt długo. Też się ukrywają. Pomyśl, co by było, gdyby ludzie dowiedzieli się o organizacji kontrolującej zdarzenia nadprzyrodzone? Więcej zabawy oraz teorii spiskowych niż ze Strefą 51 i UFO, mówię ci. – Wyszczerzył się w jej kierunku rozbawiony, czując się już zdecydowanie lepiej. Ciągle nie dobrze, ale widział poprawę.

– Okej, skoro tak twierdzisz... – mruknęła, odwzajemniając nieśmiało uśmiech.

Usłyszeli za sobą chrząknięcie Czarnego, a zaraz potem głuchy odgłos plecaków spadających na ziemię.

– Możemy zaczynać, gołąbeczki? – parsknął. – Proponuję spróbować z tą babcią, od której wziąłeś tabletki. Powinna nam zaufać.

– Też tak sądzę – zgodziła się Cherlin. – Więc... Umm... Mogę wam jakoś pomóc czy mam się tylko przyglądać?

– Zrobimy to we dwoje, mała. Ktoś będzie mi musiał pomóc z przenoszeniem tego na innych. Dasz radę już sam stać, Oli? – Włożył ręce do kieszeni bluzy, przyglądając się przyjacielowi ze skrywanym zmartwieniem.

– Tak, raczej tak. – Odsunął się, ale zachwiał się, gdy tylko spróbował postawić krok. Niemal natychmiast oparł się o autobus. – Po prostu tak zostanę – dodał od razu.

Cherlin postanowiła odpuścić złoszczenia się za najwyraźniej jej nowe przezwisko, bo wystarczająco wiele kłótni przeprowadziła o nazywanie jej Rudą. Te zresztą nic nie wniosły, a jedynie nakręciły złośliwego chłopaka. Burknęła pod nosem coś o głupim słupie, ale chcąc nie chcąc po chwili ruszyła za nim w kierunku starszawej kobiety.

– Dzień dobry – przywitała się z nią promiennie. – Chcieliśmy bardzo podziękować, nasz kolega czuje się teraz o wiele lepiej. Nie sprawiliśmy kłopotu? Jak się pani czuje? – Starała się zgadać kobietę, by w tym czasie Markus zajął się całą skomplikowaną resztą.

Chwycił ją za rękę, nawet nie pytając o zdanie, ale uznała, że to konieczne – w końcu w innym wypadku on też nie pałałby ochotą na dotykanie jej. Skupiał się, poruszając delikatnie dłonią obok swojego boku, by zwracać tym jak najmniej uwagi. Gdyby nie bał się o i tak już zaalarmowanego Archanioła, rozwiązałby tę sytuację w o wiele sprytniejszy sposób, jednak tymczasem to musiało wystarczyć. We własnych myślach stworzył jak najbardziej uniwersalny obraz ostatnich wydarzeń, wypełniając go w dużej mierze paniką i obrazami zza okna. Przy okazji zadbał, by w żadnych w ten sposób powstałych wspomnień, nie znalazł się nikt z ich trójki – w zamian tego widniały puste siedzenia na tyle pojazdu. Ścisnął jeszcze mocniej dziewczynę, aby upewnić się, że nie zareaguje jak Olivier. Tak jak on nie posiadał zbyt wielu okazji na bardziej zaawansowane korzystanie z mocy, a bliska obecność innych Błędów powiększała możliwości władzy nad czasoprzestrzenią. Szczególnie młodych Błędów – takich jak Cherlin – kompletnie nieświadomych ogromu swoich zdolności, ale niemal wybuchających potęgą i energią. Ktoś z siłą pokolenia Z i doświadczeniem pokolenia X prawdopodobnie bez problemu zniszczyłby całą planetę, a może i nawet układ słoneczny. Mężczyzna doszedł do wniosku, że powinien mniej denerwować Rudą, bo to zdecydowanie kiedyś źle się dla niego skończy. Dziewczyna była pojętna i sporo czasu spędzała na obserwacji umiejętności blondyna i wysłuchiwaniu jego opowieści.

Starsza kobieta nagle zmarszczyła brwi, milknąc w połowie zdania. Spojrzała na nich mglistym, nic nierozumiejącym spojrzeniem, po czym po prostu odeszła.

– To okej? O to chodziło? – szepnęła niepewnie Ruda, odsuwając dłoń z uścisku. Rozmasowała obolały nadgarstek nadgarstek.

– Skołowałem ją trochę, ale to dobrze. Teraz zajmiemy się resztą. Słuchaj, popatrz mi w oczy. – Markus odwrócił ją w swoją stronę i uniósł palcem podbródek. Uśmiechnął się pod nosem na to, o ile niższa od niego była. – Musisz spróbować wedrzeć mi się do głowy, żeby zabrać sztuczne wspomnienia. Tu jest tyle osób, że po prostu nie jestem w stanie sam tego zrobić.

– Ale... Ja... Nie umiem. – Zacisnęła ręce w stresie na materiale ubrania.

– Lin, jesteś potężniejsza, niż sądzisz. X0 cię czegoś nauczył, teraz ja to zrobię. – Starał się zachowywać jak najmilej, by dodatkowo nie zniechęcić i przestraszyć dziewczyny.

Odetchnęła głębiej.

– Dobrze – powiedziała cicho.

Rozglądnęła się na boki, jakby upewniając się, czy nikt nie zwraca na nich zbytniej uwagi. Skupiła się na szarych tęczówkach Czarnego. Właściwie wcześniej nigdy nie sprawdzała, jaki mają kolor. Nigdy nie odczuwała potrzeby posiadania takiej informacji, ale też dziwnie by się czuła, unosząc głowę tylko po to, by dowiedzieć się, jaka to barwa. Źrenice Markusa nagle rozszerzyły się, dziwiąc ją. Chciała się odsunąć, wyrwać, ale wtedy to poczuła i zobaczyła. Jego myśli. Jak na dłoni miała wszystkie pragnienia, obawy i wspomnienia starszego. Wypuściłam powietrze ze świstem w szoku. Zastanawiała się, czy da radę znaleźć cokolwiek pośród takiej ilości nowej wiedzy, która starała masowo wbijać się do jej myśli. Nie kontrolowała tego.

– N-nie potrafię – sapnęła, jednak nie odwracając wzroku.

– Nie prawda – odpowiedział jedynie.

Wzięła głębszy wdech i wydech, starając się uspokoić. W końcu udało jej się skupić i marszcząc brwi, przeszukiwała odmęty pamięci i świadomości. Odsuwała na bok nieinteresujące ją rzeczy, starając się nie narobić bałaganu. Nie wiedziała, czy to miało jakieś znaczenie, ale wolała nie ryzykować podczas grzebania komuś w głowie. Gdzieś obok realnego wspomnienia, w którym Olivier zauważył tornado i popędził do kierowcy, kręciło się inne, bardziej koślawe i pogmatwane. To było to. Przygryzła mocno wnętrze policzka, poświęcając całą uwagę temu, aby u niej również funkcjonowało to jako część pamięci.

Zamknęła oczy, a zaraz potem upadła do przodu na mężczyznę, który od razu ją złapał.

Udało się.

– Wstawaj, to nie koniec. Teraz musimy przekazać tego potworka pozostałym pasażerom, ale nie martw się, to prostsze. – Poklepał ją lekko po ramieniu, ustawiając do pionu.

– Jasne. – Westchnęła ciężko, by po chwili podążyć za nim.

 

~*~

 

Wickenburg, Arizona, 26.01.2016 r.

 

Markus przepakował kilka rzeczy z plecaka blondyna do swojego. Ten upierał się, że to niepotrzebne, ale z przyjacielem nie miał za wiele do gadania. Czarny zrobił to, nawet nie słuchając, bo po prostu się martwił. Znał go tyle czasu, że nie byłoby dla niego obojętnym, czy mężczyzna nie przewróci się w połowie drogi przez ciążący na barkach ciężar oraz osłabienie organizmu. Cherlin też chciała jakoś pomóc i wziąć coś do siebie, w końcu nawet przez tak krótki czas udało mu się zdobyć jej sympatię, ale Markus machnął jedynie ręką, mamrocząc coś o tym, że jeszcze złamie się w pół i tyle z niej będzie pożytku.

Ruszyli w kierunku Phoenix, chcąc jak najszybciej się oddalić od miejsca zdarzenia i wylecieć do Japonii. Im prędzej udałoby im się to zrobić, tym trudniejszym stanie się dla Archanioła namierzenie ich. W końcu samolot mógł polecieć niemal gdziekolwiek – od innego stanu po kraj, kontynent czy wyspę na środku oceanu. Jednak miasto okazało się bardziej odległe, niż by się to wcześniej wydawało. Szli wzdłuż autostrady, rozglądając się na boki w poszukiwaniu informacji, gdzie tak właściwie się znajdują.

– Musimy znaleźć budkę telefoniczną. Muszę zadzwonić – odezwał się Olivier, przerywając ciszę.

– Po co? Do kogo ty chcesz dzwonić? – Czarny wyglądał na mocno zdziwionego, podczas gdy Cherlin milczała, wciąż patrząc na własne buty. Coś było z nią nie tak, odkąd zmienili wspomnienia ludzi z autobusu, ale nikt nie chciał zapytać co. Czasami lepszą opcją wydawało się pozostawienie takich spraw w spokoju i poczekanie, aż dziewczyna sama się odezwie.

– Nieważne.

– Jak wolisz. – Wzruszył ramionami, udając obojętnego, ale skrzywił się nieznacznie. Nie cierpiał, gdy ukrywano coś przed nim. – Tam jest chyba znak stacji Shell. Widzisz? – Zmrużył oczy, starając się dojrzeć więcej szczegółów majaczącego w oddali słupa.

– Miejmy nadzieję. – Włożył dłonie do kieszeni i nieco przyspieszył tempo. – Boję się o Archanioła. Może już są obok autobusu, może już na nas czekają – przyznał w końcu po kolejnym dłuższym milczeniu.

– Znów zabierasz mi rolę pesymistycznego, co się z tobą dzieje, co? – Markus parsknął śmiechem, a następnie trącił go ramieniem. – Przestań, stary, kazałeś nam wierzyć w twój plan i to jest właśnie to, co robimy.

– Dzięki – rzucił krótko.

Minęli spory parking pełen różnych marek pojazdów, a także kilku kamperów. Po ich stronie znajdował się jeszcze salon samochodów Forda, a idealnie naprzeciwko upragniona stacja paliw. Oczywiście szczęście nie mogło trwać zbyt długo, a stacja okazała się pozbawiona jakiejkolwiek budki telefonicznej. Nawet paliwo sprzedawała tylko zwykłe, zero ropy czy choćby gazu – nie żeby jakkolwiek im się to przydało, ale jak już postanowili narzekać, to narzekali na wszystko. Nawet na brudne toalety, które odwiedzili najpierw, bo w końcu nie mogli być pewni, kiedy kolejna taka okazja się trafi.

– Przepraszam. – Olivier podszedł do kas. – Mógłbym skorzystać z telefonu? Uhm... Samochód nam się zepsuł kawałek stąd, a telefony dawno padły i potrzebujemy zadzwonić.

Kasjer chwilę patrzył na niego zdziwiony, ale zaraz podał zapewne swoją komórkę.

– Dziękuję. Gdzie się znajdujemy? – zapytał, wybierając numer.

– 530 E Wickenburg Way w Wickenburgu. Mógłby się pan odsunąć? Zrobiła się kolejka. – Wskazał na osoby za blondynem.

Ten pokiwał głową, odchodząc kawałek, po czym przyłożył telefon do ucha.

– Junior, jest sprawa.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania