Woźny - Rozdział 1 - Nowy woźny i problemy z matematyką

Jest piątek, właśnie trwa ostatnia lekcja - matematyka. Pani Sasaki stoi przy tablicy i od piętnastu minut usiłuje wytłumaczyć nam jakiś wzór. Nikt zdaje się jej nie słuchać, wszyscy starają się nie zasnąć, nawet wzorowi uczniowie. Tak jest co tydzień. Wszyscy są zmęczeni po całym roboczym tygodniu i na ostatniej godzinie marzą już tylko o tym, by jak najszybciej zadzwonił dzwonek, aby móc wrócić do domu. Ze mną nie jest inaczej, aczkolwiek staram się cokolwiek notować i wyłapywać z tego, co mówi nauczycielka. Z matematyką nie idzie mi za dobrze, chcę się podciągnąć.

Na dobitkę jest strasznie upalnie, mimo popołudniowej godziny. Na dworze dodatkowo wieje okropny wiatr, który zamyka otworzone wcześniej okna, na skutek czego i tak się dusimy i nie ma czym oddychać. Podmuch potwornie szarpie za klasowe rolety, a te wydają nie mało hałasu, tłukąc się o siebie i o szyby okien. Jednak wszyscy są tak padnięci, że nie zwracają na to uwagi.

Dyskretnie zerkam na zegar wiszący nad tablicą. Krótsza wskazówka jest na cyfrze dwa, a dłuższa na szóstce. Wpół do trzeciej. Jeszcze dwadzieścia długich minut do końca. Prędzej umrę, niż zadzwoni ten durny dzwonek. Pocieszające jest chociaż to, że będzie długi weekend, bowiem w poniedziałek jest dzień morza.

Ach, jak ja chciałbym teraz być gdzieś nad morzem, na plażach. Gorąco, delikatny powiew chłodnego wiatru i hop do chłodnej wody. Z dala od szkoły, od miasta, od wszystkiego. O rany... Na szczęście jeszcze kilkanaście dni i wakacje! Być może pojadę gdzieś z moją rodziną i odpocznę.

Wzdycham cichutko do moich myśli, a z nich wyrywa mnie głośny łoskot. Sasaki-sensei jak i moi koledzy i koleżanki wzdrygają się i automatycznie patrzą w stronę okien, gdzie dwie rolety przez przeciąg urwały się. Pani Sasaki wzdycha ciężko.

- Kawahara, idź po woźnego. Powiedz, że prosimy o naprawę rolet - mówi, patrząc wprost na mojego wyżej wspomnianego kolegę, który leniwie podnosi się z ławki i człapie do drzwi, by opuścić klasę. - A wy, pozamykajcie wszystkie okna, bo nam pourywa zaraz wszystko - sensei zwraca się do osób siedzących przy oknach. Te zaraz wstają i wykonują polecenie, a pani Sasaki wzdycha ponownie. Odłożywszy kredę na półeczkę tablicy, siada za swoim biurkiem, zapewne chcąc poczekać na woźnego i odpocząć trochę od ciągłego ględzenia.

Mija krótka chwila, po której drzwi sali otwierają się. Kawahara wraca do swojej ławki, a za nim wchodzi około dwudziestokilkuletni, ciemnoskóry mężczyzna. Zwraca na siebie uwagę chyba każdego, bo wszyscy patrzą na niego, jakby widzieli co najmniej kosmitę. Jest wysoki, dobrze zbudowany, ma ostre, męskie rysy twarzy, dzikie spojrzenie chyba granatowych oczu i krótko przystrzyżone granatowe włosy. Mimo że wolę dziewczyny, to ten mężczyzna jest naprawdę przystojny, seksowny i pociągający.

Każdy, w tym ja, podnosi swój tyłek z krzeseł i równo mówimy „dzień dobry”. A on kiwa nam głową z ciepłym uśmiechem, po czym wita się z panią Sasaki, która zaczyna mu tłumaczyć i pokazywać uszkodzone rolety. W tym czasie wszyscy z powrotem siadają, robiąc hałas szuraniem krzeseł, jednak zaraz wszystko cichnie. Ludzie nawet nie mają ochoty ze sobą rozmawiać, jest tak gorąco. Słychać tylko cichutkie, nikomu nie przeszkadzające, pojedyncze szepty.

Z tego, co widzę, nikt nie może oderwać wzroku od nowego woźnego. W sumie - nie dziwię się. Sam jestem pod ogromnym wrażeniem. Dziwię się, że taki facet jak on wylądował w szkole jako woźny. Z takim ciałem i wyglądem spokojnie mógłby robić karierę modela albo jakiegoś sportowca.

Sasaki-sensei przez resztę zajęć zajęta jest pilnowaniem tego faceta, a klasa korzystając z chwili wytchnienia, odpoczywa. Chociaż nie wiem, czy jest po czym, skoro i tak nikt niczego nie notował i nie słuchał.

Spoglądam na zegarek. Za dziesięć minut zadzwoni dzwonek. Ale się ten czas dłuży, no!

Sięgam do mojej torby i wyciągam z niego czarny, gruby notes, który robi za mój taki jakby pamiętnik, chociaż bardziej nazwałbym to brudnopisem. Zapisuję tu wszystko, co siedzi w mojej głowie - oczywiście, jeśli mam na to ochotę i nie mam co robić. A że teraz przytrafiła się taka, a nie inna okazja, to dlaczego by jej nie wykorzystać? Przynajmniej czas szybciej mi minie.

Wertuję strony w poszukiwaniu czystej kartki, na której mógłbym zabić nudę. Kiedy już taką znajduję, zaczynam kreślić na jej marginesie różne wzorki. A potem, ni z gruszki, ni z pietruszki, zaczynam opisywać woźnego. Najchętniej wkleiłbym tutaj jego zdjęcie.

Chwila. Stop. O czym ja, do cholery, myślę?! To FACET! Ma penisa w gaciach! Czyli to samo, co ja, kurna. Co jest ze mną?! Spokojnie, Kise. Dziewczyny, dziewczyny... Pomyśl o ich piersiach, o ich ciele, twarzach i delikatnym, nieśmiałym uśmiechu... Tak...

Przygryzam delikatnie wargę i zerkam na ciemnoskórego mężczyznę. Swoją drogą, on na pewno jest Japończykiem? Czy to możliwe, by jego skóra była taka ciemna?

Nieważne.

Wzdycham cicho, obserwując pracę jego wspaniałych mięśni. Chciałbym je dotknąć. Zobaczyć, jak wyglądają bez koszulki.

Marszczę brwi, przypominając sobie o czymś, co psuje mój genialny humor. Moja mama została przecież dzisiaj wezwana przez panią Sasaki na rozmowę na temat moich ocen. Tak jakby mam przerąbane. Znowu szykuję się awantura w domu.

Ku mojemu zaskoczeniu, dzwoni dzwonek. Szczerze, to wolałbym, aby teraz czas się zaczął dłużyć. I żeby ta cholerna matematyka dalej trwała. Byleby mojej mamy tutaj nie było.

Moje myśli zagłusza hałas szuranych krzeseł. Ludzie, gdy tylko słyszą dzwonek, zrywają się ze swoich miejsc, zaczynają się w chaosie pakować, wrzucając książki byle jak do torby, a potem rzucają się w stronę drzwi, niczym tygrys na swoją ofiarę. Nawet nie powiedzą „do widzenia” matematyczce. Tylko nieliczne osoby mówią to, ale i tak są zagłuszeni przez hałas.

Mi nigdzie się nie spieszy. Dobrze wiem, że muszę czekać na moją rodzicielkę. Zaczynam się powoli pakować, szykując się psychicznie na tę rozmowę i na surowe spojrzenia matki. Prawdę mówiąc, nie mam pojęcia, o co moi rodzice robią tyle szumu. Z reszty przedmiotów radzę sobie dobrze, tylko z tą matmą mam problem, a i tak nie ma najgorzej. W końcu nie można być orłem ze wszystkiego, no nie?

Słyszę trzask zamykanych drzwi. Podnoszę głowę i widzę kobietę, która mnie urodziła i wychowała. Podchodzi do Sasaki-sensei i wita się. Widać, że się wstydzi za mnie i za moje oceny. Pospiesznie zamykam torbę, zakładam ją na ramię i podchodzę do nich. Dopiero teraz orientuję się, w klasie nadal siedzi przystojny woźny. Ale mniejsza. To nie jest teraz ważne.

- Kise-kun, przynieś proszę krzesełko dla twojej mamy i postaw je przy moim biurku - mówi pani Sasaki, patrząc na mnie ciepło. Taa... Teraz się będzie mi podlizywać na pokaz przed matką. Ale stawiam moją torbę pod oknem i wykonuję polecenie. Mama siada, pani Sasaki również. Tylko ja stoję, tuż obok mojej rodzicielki.

- Jest aż tak źle? - pyta moja matka. Nauczycielka otwiera dziennik, wertuję kartki, aby otworzyć stronę podpisaną „MATEMATYKA”. Przełykam nerwowo ślinę, nerwowym spojrzeniem patrząc na rubryczkę z moimi ocenami. Same dwójki i trójki. I jedna, jedyna jedynka za brak zadania domowego.

Sasaki-sensei przysuwa mamie dziennik, aby mogła dobrze przyjrzeć się mojej sytuacji, która - według mnie - nie jest aż tak zła, by wzywać rodziców do szkoły.

- Sama pani widzi, że syn nie robi nic, by polepszyć swoje oceny. W ogóle ich nie poprawia i nie uczy się. A przecież matematyka nie jest wcale taka trudna - mówi matematyczka. Przewracam oczami. „Nie uczy się”. Co ona może, kurna, o mnie wiedzieć? Tak się składa, że na matematykę staram się poświęcać jak najwięcej czasu, a i tak gówno z tego wychodzi! Nie moja wina, że nie urodziłem się ścisłowcem!

W środku mnie aż gotuje się ze złości. Zaciskam dłonie w pięści, starając się nie wybuchnąć. A co robi matka? Kiwa potulnie głową, w ogóle mnie nie broniąc. Co z tego, że dobrze wie, jaka jest prawda. Wszystko jest moją winą.

- Dopilnuję osobiście, by syn poprawił wszystkie oceny i zaczął się uczyć pani przedmiotu. - Ton mojej matki jest spokojny, ale stanowczy i chłodny. Jeśli ona coś osobiście dopilnuje, to mam przechlapane.

- A może korepetytor by pomógł? Kise ma dość sporo zaległości, wątpię, by poradził sobie z nimi sam - proponuje sensei.

- Coś na to zaradzimy. - Matka przesuwa swój wzrok na mnie. - Ryota, idź do samochodu. Jeszcze chwilę porozmawiam z panią i zaraz przyjdę - nakazuje, dając mi kluczyki od auta. Odbieram je i kieruję się do wyjścia z pomieszczenia.

- Do widzenia, pani Sasaki - odzywam się jeszcze, tuż przed zamknięciem drzwi.

- Do widzenia - słyszę.

Kieruję się korytarzem w kierunku schodów, a gdy już do nich docieram, schodzę powoli do szatni. Kiedy jestem już na miejscu, szukam swojej szafki i podchodzę do niej. Wyjmuję z niej adidasy i przebieram je, wkładając na półkę buty szkolne. Zamykam drzwiczki szafki i maszeruję do wyjścia ze szkoły, a potem na parking, na którym szukam białego Peugeota RCZ R. Znajduję go i wyłączam alarm, idąc do niego. A potem wsiadam na jego tyły, kładąc torbę na siedzenie obok. I czekam.

Mija pięć długich minut, w ciągu których wgapiam się bezczynnie w główne drzwi szkoły, wyczekując mojej matki. Po tym czasie wyłania się z drzwi głównych szkoły, idąc dostojnym krokiem w kierunku samochodu. Myśli, że jak ma więcej kasy od innych przeciętnych ludzi, to jest lepsza. Ta, oto moja matka. Na wszystkich patrzy z wyższością.

Wsiada na miejsce kierowcy, trzaskając mocno drzwiami, co sygnalizuje o tym, że jest naprawdę wściekła. Przełykam ciężko ślinę, patrząc w okno. Nie, ja wcale jej nie unikam. Wcale.

- Oddaj mi swoją komórkę - mówi tonem nieznoszącym sprzeciwu. Spoglądam na nią nerwowo i zaczynam szukać w torbie telefonu. Żal jest mi go oddawać, w końcu to dość przydatna rzecz, jednak nie mam zamiaru oponować mojej wściekłej matce. Drżącą dłonią podaję jej urządzenie do wyciągniętej dłoni. A ona wyrywa mi go ze złością.

Wracam do widoku za oknem. Słyszę odpalanie silnika. Mama perfekcyjnie wyjeżdża z miejsca parkingowego i włącza się do ruchu.

Ku mojemu zdziwieniu, moja rodzicielka jedzie w zupełnie innym kierunku, niż jak to zwykle było co piątek - czyli do szkoły, w której miałem lekcje tańca. Zmarszczyłem lekko brwi i spojrzałem w lusterko, w którym widziałem odbicie twarzy matki.

- Mamo... a co z tańcem? - pytam cicho i niepewnie, jakbym nie rozmawiał z kobietą, która mnie urodziła i wychowała, tylko z mordercą. Mama parska gorzkim, kpiącym śmiechem.

- Możesz o nim zapomnieć. Teraz masz skupić się na nauce, a nie na hobby. Poza tym to zajęcie dla dziewczyn, nie wiem, co ty w tym widzisz. A może jesteś pedałem, co? - Uśmiecha się drwiąco. Czy to przypadkiem nie podchodzi pod znęcanie się?

Tak czy siak nie jestem w stanie odpyskować. Nie mogę. Spuszczam głowę, a do oczu napływają mi łzy na myśl, że nie będę mógł rozwijać swojej ukochanej pasji. A to wszystko przez jakąś głupią matematykę! Ugh.

Wkrótce dojeżdżamy do domu. Automatyczna brama powoli rozsuwa się, więc musimy trochę postać, aby wjechać do garażu.

- Idź już do domu, zaparkuję. Czekaj na mnie w salonie - rozkazuje mi mama. Kiwam słabo głową i wysiadam, zaraz kierując swoje kroki do domu. Po drodze szukam kluczy. Ku mojemu zdziwieniu, gdy próbuję przekręcić zamek, nic się nie dzieje. Naciskam na klamkę, a drzwi są otwarte. Dziwne. Chyba że... O nie. Pewnie moje durne siostry wróciły do domu.

A właśnie. Nina i Teira - bo tak mają na imię - są bliźniaczkami. W dodatku dość znanymi, bo pracują jako modelki. Próbowały mnie w to wciągnąć, ale nie udało im się. Nie kręci mnie to. No i są starsze ode mnie o sześć lat - mają po dwadzieścia dwa wiosen. I nadal mieszkają pod dachem rodziców. A dla mnie są okropnie wredne. Zupełnie jak nasz ojciec. Cholerne córeczki tatusia.

Co mogę powiedzieć o każdej z nich z osobna? To, że Nina jest mniej wredna od Teiri. Nina, gdy jesteśmy sami, jest dla mnie uprzejma. Można by powiedzieć, że wtedy jest zupełnie innym człowiekiem. Czasami mam wrażenie, że Teira ma na nią zły wpływ.

No ale dosyć o nich. Mam teraz poważniejsze problemy, takie jak opiernicz od mojej kochanej mamusi za „tragiczne” oceny z matematyki.

Siedzę jak na szpilkach na kanapie w salonie, tak jak kazała mi matka. Usiadłbym w fotelu, ale to ulubiony fotel Teiri. Zabiłaby mnie, gdyby zobaczyła na nim jakieś wgniecenie lub, co gorsza, przyłapała mnie na nim. Wiem, idiotyczne.

Słyszę trzask drzwi głównych i szybkie stukanie obcasów o parkiet, które zbliża się do mnie. W końcu w pokoju, w którym siedzę, pojawia się moja mama. Staje przede mną i patrzy na mnie z wyższością i z widocznym rozczarowaniem oraz złością wymalowaną na twarzy. Sięga do torebki i czegoś w niej przez chwilę szuka, a jak już znajduje to coś, czym okazuje się być kartka z moimi ocenami, rzuca nią we mnie.

- Proszę, podziwiaj swoje „fantastyczne” oceny - warczy dość głośno. Gdybym był psem, z pewnością podwinąłbym pod siebie ogon.

Drżącymi dłońmi rozkładam kartkę. Sunę wzrokiem kolejno po przedmiotach. Język japoński - same czwórki i piątki i jakaś pojedyncza trójka. Język angielski tak samo. Geografia - czwórki i ze dwie piątki. Z innym przedmiotami jest podobnie, tylko ta matematyka jest nieco gorsza. Jak już wspominałem wcześniej, trójki, dwójki i jedna jedyna jedynka za brak zadania domowego, ponieważ akurat się rozchorowałem i nie zdołałem nadrobić zaległych rzeczy, bo goniły mnie inne przedmioty.

- I co, jesteś z siebie zadowolony? - słyszę przesiąknięty jadem głos mojej matki. - Ty się przecież nic, ani trochę nie uczysz tej matematyki! Poza tym, co to za czwórki z języka japońskiego?! Własnego języka nie znasz, do cholery?!

Nie wytrzymuję. Wstaję z kanapy, przez co widzę matkę z góry - w końcu jestem od niej wyższy. Piorunuję ją wzrokiem.

- Jestem z siebie zadowolony! Uczę się dla siebie, nie dla ciebie! Co ty wiesz?! Tak się składa, że siedzę nad matmą najwięcej w porównaniu do innych przedmiotów. Nie moja wina, że jestem humanistą! I masz jeszcze pretensje o czwórki? Przerosłaś samą siebie! Nie jestem maszyną do nauki! - Ledwo powstrzymuję się, żeby nie użyć żadnych przekleństw, co w tym stanie wściekłości jest naprawdę ciężkie. Matka jest widocznie zszokowana, że śmiałem jej odpyskować.

- Jak śmiesz, gówniarzu jeden?! Masz szlaban, rozumiesz?! SZLABAN! Zabieram wszystkie sprzęty z twojego pokoju. A jak tak dalej pójdzie, to wylądujesz w internacie o zaostrzonym rygorze! Wstydzę się takiego głupiego syna! - wydziera się, żywo gestykulując rękami. Nie ukrywam, zabolały mnie jej ostatnie słowa. Czuję ukłucie w sercu. Mimowolnie wypuszczam kartkę z dłoni, po czym wymijam matkę i idę do łazienki, w której zamykam się na zamek. Osuwam się na ziemię i podciągam kolana pod brodę, obejmując je ramionami. Chowam twarz i zaczynam cicho szlochać.

Jestem głupi. Matka się mnie wstydzi. Siostry mnie nienawidzą. Ojciec nawet nie pamięta o moich urodzinach. Powoli zaczynam odczuwać wstręt do samego siebie.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Szalokapel 03.01.2017
    Żałuję, że dopiero teraz tu dotarłam. Masz niezwykły styl. Każde zdanie jest świetnie dopracowane. Gdy jestem na telefonie nie podejmuję się czytania "długich" opowiadań, lecz to po kilkunastu zdaniach bardzo mnie zaciekawiło. Dawno nie spotkałam kogoś z tak wyszlifowanymi umiejętnościami. Zostawiam piątkę.
  • kamasekrzy 04.01.2017
    Aż się zarumieniłam, naprawdę. Zrobiło mi się tak miło, że ktoś nie docenia tylko samej treści, lecz i styl pisania, nad którym staram się pracować. Tak szczerze, to kompletnie mi się on nie podoba, wydaje mi się być jakiś taki skomplikowany. Wyszlifowane umiejętności? Naprawdę? No, nie spodziewałam się tego kiedykolwiek usłyszeć... Bardzo dziękuję za tak miły komentarz! :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania