Korreadan - Rozdział 2.3. O Arissie z Kryształowego Pałacu

Arissa uparcie wpatrywała się w kaskadę. Był ciepły wieczór i on pachniał wonią słodką nocnych kwiatów, które otwierały się w świetle księżyca i świadkowały często zakochanym, co przemierzali ogrody pałacowe pod rękę. Tu też czarodziejska królewna spędziła godziny w towarzystwie księcia zza morza, a ten szeptał jej wyznania miłości, jaką podobną do niej zapałał od pierwszego wejrzenia. Choć wtedy uważała to jedynie za komplementy i fantazję młodzieńca, który pewnie też i niejedną pannę omamić czczymi słowy próbował, tak teraz z ciepłem na sercu wspominała tamte chwile.

Dalej więc swe spojrzenie na wodospadzie utrzymywała, licząc, iż w pianie, co rozbryzgiwała się o mniejsze i większe skałki, ujrzy obraz, który uspokoi jej myśli. Jakby dostrzegła rys delikatny postaci, albo i Północną Burzę, byłaby pewna losu, który ją czeka. Wymawiała więc szeptem zaklęcia, jakie przychodziły jej na myśl, lecz obraz żaden przed jej oczy się nie pojawił. Dawni czarodzieje wierzyli, że mogą zobaczyć przyszłość w odmętach spadającej wody. Tłumaczyli tę umiejętność swym pochodzeniem, wszak dzięki wodzie ze źródła spod góry Moremot, na której żyli bogowie, się zrodzili.

 

Fale jednak milczały i błoga cisza zalewała południową stronę ogrodu Milintharii, którą jedynie dźwięk wodospadu przerywał. Królewna westchnęła i podsunęła kolana bliżej piersi, zaplatając na nich ramiona. Położyła głowę i przymknęła oczy, oddając się zadumie. Srebrzyste włosy spłynęły wzdłuż ciała, obleczonego jasną suknią tak delikatną, że zdawała się jedynie przejrzystą chmurką. Sama teraz przypominała jedną z nimf, które w lasach na południu kontynentu przebywały i na pokuszenie dobrych mężów wodziły.

 

A główkę jej zaprzątały myśli o swej przyszłości, jakiej jeszcze niedawno nie poświęcała zbyt wielu refleksji ani też czasu. Teraz kiedy ślub z następcą tronu wojowników zdawał się sprawą pewną i oczywistą, zaczęła powoli rozumieć, jak mało doświadczoną była. Przez lata żyła marzeniami, co się wydawały miłą rozrywką w czasie samotnych dni we własnej komnacie. Choć otoczona bogactwem i przepychem, służbą, która na każde jej polecenie gotowa była gwiazdy jej nawet z nieba doręczyć pod drzwi, czuła wciąż brak czegoś, co jako niedostępne i zbyt odległe przed nią się jawiło. Nie potrafiła też przewidzieć, jak bardzo odmieni się żywot, kiedy stanie na ślubnym kobiercu i przyrzeknie lojalność księciu z Deangoru. W pałacu była niczym ptak w złotej klatce — mogła zapragnąć wszystkiego, prócz wyjścia poza mury dworu. Czy więc podobny los miał czekać ją w Ulteret? Dni spędzane jedynie ze służbą, bowiem wojownicy czas mieli spędzać na ćwiczeniu się w boju i rozprawach wojennych po nocy w karczmach?

Niewiele słyszała o krainie zza morza, choć każda z wieści, które do niej dotarły, pobudzały jej wyobraźnię. Mówiono, iż dzieci Tomhira lubują się walce i dzień bez przelanej krwi, równa się źle przespanej nocy. W Milintharii nazywano ich dzikimi barbarzyńcami, jakby zapomniano, że płynie w nich czysta moc boga wojny. Książę Elhid w czasie swego wypoczynku w pałacu opowiadał jej jedynie o Zamku na Skale i jego murach potężnych, których nikt jeszcze nigdy nie zdobył. Słowem jednak nie rzekł o nieujarzmionej naturze swych poddanych, z jakich w Kryształowym Dworze naśmiewano się, iż bliżej im do ludzkich plemion i chlewu niż Dawnych Rodów.

 

— Czczą smoki — odpowiedział jej kiedyś Bazyl, gdy spytała dlaczego. — Leicereth stworzył je z odłamka tego samego miecza, który Tomhir wbił w skałę pod Północną Burzą. Deangorczycy igrają ze śmiercią przez całe życie, jakby jedynie była im zabawą. Więcej w wojownikach więc mroku niż w czarodziejach.

 

Wtedy przeraziła się, że jeśli przyjdzie dzień, kiedy książę Elhid spełni swą obietnicę i pośle po nią, królowa odmówi. Jakżeby mogła zgodzić się na ślub jedynego dziecka z następcą tronu tak dalekiej i nieokrzesanej krainy? Nadzieja Arissy wtedy pierzchła niczym mgła, gdy słońce się bezlitośnie wysusza krople rosy. Pragnęła ucieczki z Milintharii i wszelką wiarę pokładała w Deangorze. Teraz jednak nie wiedziała co winna ze sobą począć. Nagle wizja bycia żoną i królową Deangoru ciążyła jej na sercu i nie znała nikogo, komu mogłaby zawierzyć swe troski. Czuła, że drży. Wiatr z północy przynosił ze sobą chłód i śpiew kapłanów, którzy wznosili modły do bogini Luriell, w nadziei, że odpędzi zło, jakie nocą się czai.

Siedziała więc skulona w swych jedwabiach, czując na głowie ciężar diademu, który miał niedługo zamienić się w deangorską koronę i rozmawiała sama z sobą:

 

— Płynie we mnie krew Firy — szeptała. — Moją matką jest Saahne, która zatrzymała mrok w Korreadanie. Nic mi złego stać się nie może.

 

Pogrążała się jednak w coraz posępniejszym nastroju, nie czując się nigdy wcześniej samotna tak bardzo jak w tej chwili. Umysłem przypominała trzynastoletnie dziecko, które boi się świata, choć tak jest jego ciekawe. Z przerażeniem dopuszczała do siebie myśl, że gdy tylko opuści Milintharii i przyrzeknie wierność mężowi, stanie się kobietą. Czy książę rozzłości się, gdy zobaczy, że niewiele wie o tym, jak należy zadowolić mężczyznę? Przez lata jedynie słyszała, że musi być uległa, gdy przyjdzie pan mąż i zechce ją posiąść. Kiedy jednak przechodziła korytarzami czasem, widziała przez uchylone drzwi kobiety, które w żaden sposób nie były posłuszne. Targała nimi gwałtowność i namiętność. Arissa czuła, że tego jej brakuje, a to winna okazać wojownikowi.

 

Wśród drzew rozszedł się głuchy trzask.

 

Królewna czujnie uniosła głowę i powiodła wzrokiem w stronę gaju, skąd wydawało się jej, że dobiegł dźwięk. Liście jednak były spokojne, wzruszone jedynie zefirem, który łechtał nimi delikatnie. Słońce chyliło się na zachodzie, ustępując miejsca ciemności, jaką próbowały jeszcze rozświetlić iskrzące się magicznie latarenki.

Niepewnie zsunęła nogi na ziemię, próbując odeprzeć obawy.

 

— Płynie we mnie krew Firy — powtórzyła szeptem.

Głosy kapłanów umilkły i ogród zatonął w ciszy, gdzie szemrał jedynie nurt opadającej do bajorka wody.

— To pewnie zwierzyna — stwierdziła i odetchnęła z ulgą, i zaraz też roześmiała się z siebie w myślach. — Czy takiej królowej Deangor oczekuje? Lękającej się głosów z lasu?

 

Wyprostowała plecy i dumnie raz jeszcze w dal spojrzała, upewniając się, że zagrożenie było jedynie wymysłem jej wyobraźni. Wciągnęła wilgotne powietrze całą piersią i wreszcie schyliła się po schowany w trawie pakunek owinięty czerwonym jedwabiem i przewiązany skórzanymi sznurkami. Nie był lekki, lecz jej ręka już od dłuższego czasu przyzwyczajała się do jego ciężaru. Dotknęła delikatnego materiału, który przyjemnie chłodził opuszki palców. Wiszące rzemyki huśtały się poruszane powiewem powietrza. Delikatnie i z namaszczeniem poczęła go rozpakowywać, warstwa po warstwie. Wreszcie, gdy cały materiał spływał z jej nóg na ziemię, chwyciła pewną ręką srebrną, zdobioną kryształami rękojeść długiego, wąskiego miecza.

Uniosła go do góry, podziwiając, jak błyszczy w blasku wschodzącego księżyca. Broń, choć groźna, zdawała się być idealnie stworzona dla kobiecego ramienia. Przysunęła ją bliżej siebie, by przyjrzeć się klindze inkrustowanej runami w języku elfów. Kiedy jasna łuna, przebijając się pomiędzy drzewami, padała na każdy z symboli, te jaśniały, jakby wysadzane były samymi kryształami.

Oczy Arissy pokraśniały radośnie. Z żadnego podarku nie cieszyła się tak bardzo jak z miecza, który wręczył jej Mag Pierwotny.

 

— Pilnuj tego kordu jak siebie samej — rzekł jej wtedy. — Niezwykłe i srogie ciosy może on zadać.

 

Dziewczyna wstała i zrzucając czerwone sukno na trawę, zamachnęła się ostrzem w stronę sadzawki, udając atak. Robiła tak często, odkąd pierwszy raz chwyciła go w dłoń. Od tamtej pory, ćwiczenie się w kunszcie walecznym stało się pochłaniającą dużo wolnego czasu rozrywką podczas nudnych, samotnych dni. Niekiedy towarzyszył jej w tym Lougier, elf pochodzący z obalonego królewskiego rodu z Sandu. Dochowując sekretu, uczył młodą czarodziejkę, w jaki sposób powinna trzymać miecz, jak zadawać ciosy i jak ich winna unikać.

Lubiła chwile, gdy stawał za nią i w skupieniu pomagał utrzymać odpowiednią pozę, wyszeptując do ucha słowa, które zapamiętała na długo:

 

— Jak chcesz być księżniczką, skoro nad własnym ciałem nie możesz zapanować, moja pani?

 

Przyciągnęła miecz do siebie. Uniesiony w górę, na wysokości twarzy, wyglądał groźnie. Na moment opanowała emocje, przymknęła oczy, by skupić się na kolejnym kroku. Wreszcie energicznie obróciła ramię w bok i uderzyła mieczem w przestrzeń, do której jeszcze przed momentem stała tyłem. Nie przerywając, powtórzyła kilka machnięć, zdecydowanym krokiem posuwając się naprzód i utrzymując ciężar ciała na przedniej nodze. Nie czuła zmęczenia, albo nie chciała sobie na to pozwolić.

 

— Będę królową wojowników. Nie mogę się lękać, nie mogę być słaba! — powiedziała głośno, choć, jak sądziła, nie miała do kogo.

— Głupi ten, kto myśli, że jesteś bezsilna, moja Pani! — Usłyszała za plecami męski, znajomy głos.

Odwróciła się gwałtownie i nie wypuszczając miecza z dłoni, podbiegła do stojącego na skraju gaju elfa.

— Mości Lougierze! Ach, jak miło widzieć twoją twarz! — zawołała ze szczerym uniesieniem.

 

Lougier rozpostarł szeroko ramiona do uścisku. Nic w tym niegodnego nie widział, bowiem spędził z Arissą wszystkie swoje lata od jej narodzin. Wiele też wieczorów poświęcili na długie rozmowy o marzeniach, podczas których zdradzali swe najskrytsze pragnienia. Była mu przyjaciółką, a on dla niej jedynym powiernikiem, któremu ufała bezgranicznie.

 

— Uważaj, to nie zabawka — rzekł, gdy wypuścił królewnę z uścisku. — Sam król Wadenrogh mógłby się ogolić tym ostrzem. — Zaśmiała się. — Jest piękny — dodał, widząc, jak połyskuje.

— Godny przyszłej królowej? — zapytała zaczepnie, patrząc w oczy elfiego księcia.

 

Musiała unieść głowę, był od niej bowiem sporo wyższy. Jasne włosy opadały mu gładko na ramiona, podtrzymane jedynie cienkim warkoczykiem. W otoczeniu drzew i kwiatów zlany światłem zaczarowanych latarni, w swych jedwabnych, srebrnych szatach, taki potężny i niepokonany, wyglądał jak elfi władca, który nigdy nie utracił swej ojczyzny.

Teraz zrozumiała, dlaczego Sandujczycy ukochali północny ogród. Tu czuli się, jakby byli w domu.

 

— Nie wykuto lepszego dla twej ręki, moja pani. — Dotknął rękojeści, ale po chwili cofnął dłoń, rozumiejąc, iż uczynił za wiele. — Niedługo odejdę z Milintharii, lecz będę spokojny, wiedząc, że i ty, moja pani, znajdziesz swoje miejsce. Książę Elhid uczyni cię Panią Północnej Burzy.

 

Zawstydziła się i znów zadrżała. Nawet nie poczuła kolejnego podmuchu wiatru, jakby gorąc ją naszedł i wypalał ją od zewnątrz. Zapomniała na chwilę o swych troskach, gdy w swojej dłoni miecz srebrny trzymała. Teraz jednak strach ponownie zawitał w jej umyśle.

 

Lougier odwrócił się nagle za siebie, mrużąc oczy.

— Co się stało? — zapytała.

Rozejrzał się niespokojnie i zrobił jeden krok w przód, smagając palcami po piórach strzał. Ciemność jednak nic przed nim nie obnażyła. Odpowiedział więc cicho:

— Zdawało mi się, moja Pani, że coś słyszałem.

— To zwierzyna — odparła pewnym głosem, ale wcale nie była przekonana o swej racji.

— W takim razie, ćwiczmy dalej — zalecił i ostatni raz spojrzawszy na ścianę drzew, zwrócił się do Arissy.

 

Próbowała więc znów, atakując wciąż wyimaginowanego wroga i rozglądając się co jakiś czas, czy nikt prócz Lougiera ich nie obserwuje. Wstrzymywała wtedy oddech, obawiając się, że ujrzy straż królowej, albo i Sandujczyka jakiegoś, który poczuje się w obowiązku odprowadzić ją do Kryształowego Pałacu. Elf jednak poganiał ją znowuż i wreszcie sam dobył własnego miecza i stanął do walki, pozwalając jej na ofensywę. Kord, który dzierżyła w dłoniach, odmieniał jej oblicze. Szafirowe oczy lśniły hardo, usta wydobywały z siebie głośny okrzyk, a pierś unosiła się z każdym oddechem dostojnie i dziko zarazem. Była przy tym wciąż zgrabna i jaśniała. Czasem chwytała swój kryształowy naszyjnik, który w czasie walecznego tańca wypadał jej spod dekoltu sukni i wsuwała go ponownie pod materiał.

Oddychała głębiej i znów z okrzykiem zadawała kolejny cios.

 

Będzie idealną żoną wojownika, przeszło Lougierowi przez myśl.

 

W końcu zaprzestali. Księżyc jawił się wysoko nad nimi i wiedzieli już, że tylko kwestią przypadku jest, kiedy służba zauważy nieobecność królewny. Arissa ostatni raz zwróciła miecz w swoją stronę i przyjrzała się ostrzu. Wciąż zdawało się być idealnie ostre jakby nietknięte biegiem czasu. Delikatnie dotknęła jego koniuszka, ale szybko rękę cofnęła. Piekący ból przeszył jej palce, a stróżka krwi spłynęła po dłoni. Syknęła z bólu.

Elf ujął jej rękę i przyłożywszy materiał, w jaki wcześniej owinięta była broń, ucisnął ranę i przytrzymał. Czekał, aż zakrzepnie, wpatrując się w tym czasie na runy na ostrzu. Doskonale znał nazwę tej klingi, ale nie chciał jej wypowiadać.

 

Każdy Antalis kiedyś wróci do swego prawdziwego pana.

 

Krew ustała wypływać z rozcięcia i mógł sprawdzić, czy rana się nie zabrudziła. Kiedy jednak kolejny raz usłyszał obcy dźwięk wśród krzewów, puścił królewnę i pospiesznym krokiem oddalił się od wodospadu, znikając na moment w ciemności. Był szybki jak zefir. Arissa słyszała tylko jego kroki i szelest dobywanego miecza. Wypatrywała przyjaciela, oddychając ciężko, znów nie mogąc opanować przerażenia. Wiatr rozwiał jej srebrzyste włosy, wyszarpując z nich ostatni wpleciony kwiat. Próbowała go złapać, lecz podmuch porwał go przed siebie, prosto do jeziora, gdzie opadł wreszcie i zniknął w kłębach piany.

Ale gdy teraz jej oczy zwróciły się na wodospad, wstrzymała oddech. Ona, czarodziejka, jak wszyscy jej pobratymcy, którzy zrodzili się z krwi bogini Firy i wody ze źródła Moremot, miała dar widzenia przyszłości w opadającej wody. I siklawa odsłoniła przed nią jej pierwszy w życiu obraz.

 

Ujrzała mężczyznę z opuszczoną głową i burzą ciemnych włosów, który roztrzaskiwał mieczem skały, co przed nim rozwarły się niczym wrota.

 

Upuściła swoje ostrze i zamrugała. Mężczyzna jednak zniknął.

Poczuła dłoń na swoim ramieniu i odskoczyła z piskiem. Ukojenie dopiero przyniósł jej widok, że to książę Sandu za nią stoi.

 

— To był namiestnik — stwierdził Lougier, mrużąc oczy. — Nie rozumiem, czego mógłby szukać w północnym ogrodzie. Powinien był w Koll.

— Od dawno on mi złym cieniem. Za każdym razem, gdy zjawia się w pałacu, czuję jego oddech za sobą — odrzekła i przysunęła się bliżej elfa. — Rzadko jednak się pozwala sobie przystąpić do mnie.

 

Czuła się skołowana. Zarówno własnym niepokojem jak i obecnością namiestnika Winterheda. Nie mogła też pozbyć się z głowy widoku, który ujrzała w strudze wody. Westchnęła. Miała ochotę się rozpłakać, ale wiedziała, że łzy powinna zachować dla siebie.

Królowa Deangoru nie płacze, pomyślała. Nawet z przyjacielem byłoby to upokorzenie.

Schyliła się po miecz i zaczęła zawijać oręż w jedwab, przewiązując go rzemykami.

 

— Powinniśmy już wracać, moja pani. Odprowadzę cię do komnaty. Przejdziemy korytarzem dla służby, by Kryształowa Pani nie dowiedziała się o twych nocnych wędrówkach — oznajmił i pochwycił od niej pakunek.

 

Przytaknęła głową. Miał rację, spędziła w gaju za dużo czasu i gdyby matka o tym się dowiedziała, pewnie zakazałaby jej opuszczać sypialnię do czasu, aż książę Elhid po nią przybędzie. Jeśli Saahne będzie jednak zadowolona z jej zachowania, przymknie oko na spacery królewny. Ale aby tak się stało, nie mogła dać się teraz złapać straży, która doniosłaby swej Pani o nieposłuszeństwie Arissy.

Lougier ujął pod pachą zawinięty miecz i podał jej ramię. Wsunęła pod nie rękę i chwyciła jeszcze jedną z magicznych latarni. Odchodząc, spojrzała raz jeszcze na swój zakątek i pomyślała, że brakować będzie go jej niezmiernie.

A czas już wiedział, że królewnie brakować będzie na pewno jeszcze wiele ważniejszych rzeczy niż kwiatów i drzew.

 

Odprowadzał ich wzrok Winterheda.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Isteri'Luene 3 miesiące temu
    Jestem pozytywnie zaskoczona, myślałam, że księżniczka będzie niczym więcej jak pustą, mało rozgarnietą dziewuszką, a dostałam dobrze wykreowana, ciekawą bohaterkę z krwi i kości. Klasycznie wypatrzylam też parę błędów, e to drobostki.
    1. Jej główkę zaprzataly myśli o JEJ przyszłości, albo po prostu przyszłości, nie "swej przyszłości"
    2. Ciekawe świata - GO ciekawe, nie "jego" ciekawe
    3. Oczy nie krasnieja, ale mogą zabłysnąć że szczęścia 😉
    PS sorki, że czasem w mojej wypowiedzi brakuje ogonkow, ale umiera mi klawiatura
  • Tail 3 miesiące temu
    Jejku, jak miło, że jesteś pozytywnie zaskoczona Arissą. Niestety przy korekcie, niektórzy uznali, że zrobiłą się mimozą i bardzo dziecinna. Chciałam nadać bardzo jej te cechy takiej delikatnej dziewczyny, która o niczym jeszcze nie wie, świata nie zna, ale drzemie w niej jakaś ciekawość, bo jej postać bardzo ewoluuje przez całą fabułę - tak, ta królewna to bohaterka, której dotyczy większość historii, chociaż wcale jej nie sprowadzam do roli księżniczki, która ma wyjść za mąż, za księcia z bajki. Stąd moje problemy z prologiem - wielu boahterów, których poznasz, jeśli zostaniesz, mocno ich role się przeobrażają, dojrzewają, więc nie umiałam wybrać jednego z wątków w prologu, aby ten uznać za stosowny początek, bo pojedynczo te historie brzmią bardzo sztampowo.
  • Isteri'Luene 3 miesiące temu
    Tail Tak, teraz bardziej widzę dlaczego był prolog taki, a nie inny. A Arissa nie wydaje mi się zbyt mimozowata wcale, bardziej paniusią wydaje mi się już Saahne (I to dość podla, naprawdę mi szkoda i króla i księżniczki)
  • Tail 3 miesiące temu
    Isteri'Luene Uff. Myślę, że z czasem Arissę można bardzo polubić, a Saahne, owszem, podła z niej kobieta ;p
  • Isteri'Luene 3 miesiące temu
    Tail No nie da się ukryć 😂

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania