Poprzednie częściLogika raka  

Logika raka (2)

Rozdział 2

 

W środku nikt nie był wystrojony. Większość miała na sobie luźne koszulki z jeszcze luźniejszymi napisami, spódnice i jeansy. Suzzy wyglądała obłędnie. Stała w salonie, rozmawiała i gestykulowała coś przed grupką dzieciaków. Założyła żółtą sukienkę, która podkreślała to, co zaczęło ją wypełniać od przodu. Dzięki temu sprawiała wrażenie jakby miała już szesnaście lat. Ray, jak to Ray, wystartował do niej pierwszy. Przymilał się, łasił, zgrywał miłego i standardowo prezentował jeden ze swoich sztucznych uśmiechów. Ona śmiała się, kiwała głową i och mój Boże, och dziękuję, ale nadal wyglądała prześlicznie. Stałem jak słup, schowany pod wieszakami i wyglądałem ukradkiem, jak inni składają życzenia. Zdecydowałem, że wychodzę. Nie chciałem, żeby zobaczyła mnie w tym ubraniu. Nawet bez muszki wyglądałem jak debil. Pomyślałem, że pójdę na spacer, albo kupię colę, może lody i gdzieś na murku będę użalać się nad sobą. Mógłbym przemknąć niezauważony, zostawić prezent pod drzwiami i wyjść korzystając z zamieszania.

Nic z tego. Zanim zdołałem choćby pomyśleć o naciśnięciu klamki dopadła mnie mama Suzzy. Pani Wilson. Wyobraźcie sobie teraz ogromną plisowaną spódnicę i szyfonową bluzkę, tak przejrzystą, że z daleka odznacza się na niej bielizna. I wszystko to nałożone na czołg. Taki z dwiema spiczastymi wieżyczkami strzelniczymi. Jej fryzura wyglądała tak, jakby przed chwilą ktoś ją wytarmosił, a ona nie miała wystarczająco dużo czasu, żeby doprowadzić się do porządku. Każdy kosmyk sterczał w inną stronę i nawet kokarda misternie wpięta z tyłu nie zdołała zlepić włosów w jakikolwiek kształt. Tak więc pani Wilson zapiszczała na najwyższym ze swoich piszczących tonów i rozpostarła ramiona, które wyglądały jak gigantyczne bochny chleba. Biegła. Była jak lawina, która tylko czeka, aby się przydarzyć. Najgorsze było to, że wszyscy patrzyli na mnie – wiecie co mam na myśli.

Obśliniła cały policzek, zmierzyła od stóp do głów i radośnie stwierdziła, że wyglądam ślicznie. Tylko czekałem jak doda: "Prawie jak gówno ptasie".

Spędziłem tam trzy godziny. Ray co chwilę powtarzał: "Spójrzcie jaki on śliczniutki", naśladując żeński głos. Muszę przyznać, że całkiem dobrze mu to wychodziło i może gdybym to nie ja był obiektem kpin, sytuacja śmieszyłaby bardziej. Alex był tym, który stanął po mojej stronie, mimo to, czułem się jak przygłup, będąc w centrum największego zainteresowania.

Wydawało się, że jedyną osobą, która mnie nie zauważa była Suzzy. Pewnie byłoby mi głupio, gdyby poprosiła mnie do tańca, ale z drugiej strony czułem się jeszcze gorzej, ponieważ tego nie robiła. Nie umiałem tańczyć, ale liczą się dobre chęci. Tak więc stałem jak kołek, kiedy Beatlesi śpiewali "The Ballad of John and Yoko", kiedy Celine Dion nuciła swój największy przebój, a ja, marna imitacja doniczki parapetowej wyobrażałem sobie jak znikają wszyscy i zostajemy tylko my dwoje. Stałem i stałem, a przyjęcie przebiegało gdzieś obok mnie. Jakżeby inaczej.

Wydawało się, że będzie to trwać całe lata, samochody zmienią się w pordzewiałe wraki, narody powstaną i upadną, domy pochylą się do ziemi. Miałem nieodparte wrażenie, że nadal będziemy tutaj, kiedy przyjdzie czas Sądu Ostatecznego. Mieliśmy duży tort, lody, były tańce, kilka osób chciało zagrać w butelkę, ale wtedy pani Wilson stwierdziła, że nie, haha, nie. O nie. Szkoda. To byłaby jedyna okazja, żeby dostać w prezencie buziaka.

Wreszcie zdecydowano, że wychodzimy na dwór i będziemy w coś grać. Nikt nie zapytał w co, zamiast tego wszyscy rozsypali się na zewnątrz jak robaki. Wyszedłem ostatni. Na balkonie siedział Alex, przełożył nogę przez balustradę i obserwował biegające dzieciaki.

— Ty chyba nie powinieneś grać, co? Ojciec cię stłucze jak pobrudzisz garnitur.

— To na pewno. Chociaż i bez tego znalazłby jakiś powód.

Obserwowaliśmy przez chwilę we dwóch, kiedy ktoś krzyknął:

— Ej, wy tam! Czego się gapicie? Chodźcie!

— Idziesz?

— Nie. Będę się zbierał do domu — odpowiedziałem.

— Rozumiem — powiedział ze współczuciem i pognał do tamtych.

Z jednej strony odetchnąłem z ulgą, że mnie nie namawiał, a z drugiej było mi szkoda, bo nie poszedł ze mną.

Odszedłem kilkanaście metrów, kiedy dogonił mnie Ray. Wyszczerzył zęby, pacnął mnie w ramię, jak to miał w zwyczaju i zawołał:

— Już znikasz przystojniaku?

Miałem odpowiedzieć, żeby pozdrowił ode mnie Broadway, zamiast tego kazałem mu po prostu spadać.

Widać było, że się wkurzył. Naskoczył do mnie.

— Coś ty powiedział?

— Odwal się. Po prostu się ode mnie odwal.

Coś we mnie pękło. Był wyższy i silniejszy, ale w tamtym momencie najważniejsze było dla mnie to, żeby go spławić.

Zaśmiał się, chwycił mnie i zaczął okładać pięścią po plecach. Bolało jak cholera. To tak, jakby ktoś pukał w drzwi dawno temu i daleko stąd. Potknęliśmy się i rąbneliśmy na ziemię. Był mocny, za to ja byłem zdeterminowany. Za wszelką cenę chciałem go pokonać. Nieoczekiwanie wślizgnął się pode mnie, odwracając na brzuch i siadając okrakiem. Próbowałem wjść, ale już nie mogłem.

Nie mogłem. Pobije mnie, ponieważ nie mogłem się ruszyć. To było bezsensowne. Myślałem tylko o tym, czy widzi to Suzzy. Na pewno widziała. Wszyscy widzieli. Marynarka zaczęła pękać pod pachami, a guziki potoczyły się po trawie, kiedy raz po raz uderzał moją głową o grunt. Gryzłem ziemię i zaciskałem pięści.

— Czyż nie wyglądasz teraz ślicznie? — Śmiał się i kolejny raz walnął mnie pięścią w plecy. Zacząłem płakać. Z bezsilności, bo nie bolało, aż tak bardzo. Później już go na mnie nie było. Słyszałem jak Alex warczy i siłuje się z nim. Wstałem. Patrzyli z tymi zabawnymi minami, pełnymi poczucia winy, jakie przybierają dzieciaki, kiedy wiedzą, że przesadzili. A ja zdałem sobie sprawę, że wcale nie chcą patrzeć na to jak płaczę. Spoglądali na swoje stopy, jakby chcieli się upewnić czy nadal są na miejscu. Rzucali spojrzenia na ogrodzenie, żeby mieć pewność, że nikt go właśnie nie kradnie. Część z nich patrzyła też na basen sąsiada, ot tak, na wypadek gdyby ktoś potrzebował pomocy. Suzzy podeszła do przodu, ale nikt inny za nią nie wystąpił, więc szybko cofnęła stopy. Wzruszyła ramionami i zaczęła skrobać coś pod paznokciem. Przybiegła nawet pani Wilson. Spojrzała na mnie i tym swoim cieniutkim głosem rzuciła:

— Skarbie...

— Zamknij się ruro! Gruba, stara, parszywa rura! — wrzasnąłem. A potem uciekłem.

Zwolniłem dopiero przed mostem. Usiadłem tam i siedziałem tak długo, aż wszystkie łzy obeschły. Jakiś koci przybłęda przemknął obok mnie, a kiedy próbowałem go pogłaskać zwiał. Wiedziałem dokładnie jak się czuł. Marynarkę miałem sponiewieraną, guziki odprute, pantofle brudne od ziemi. To nic. Nie przejmowałem się reakcją mamy, gorzej było z ojcem. Widziałem jego twarz i szyderczy uśmiech, kiedy pyta jak wyglądał tamten. I moje kłamstwa, że oberwało mu się mocniej. Siedziałem tam dobrą godzinę, rozmyślając, snując plany – wyjdę na ulicę, wystawię kciuk i nikt mnie już nie znajdzie. Nigdy tu nie wrócę.

Następne częściLogika raka (3)  

Średnia ocena: 4.4  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Justyska 4 miesiące temu
    " Biegła. Była jak lawina, która tylko czeka, aby się przydarzyć." super porównanie

    "Na balkonie siedział Alex, przełożył nogę przez balustradę i obserwował biegających dzieciaków." zła odmiana powinno być "biegające dzieciaki"
    "Z bezsilności, bo nie bolało, aż tak tak bardzo." 2x tak
    "Nie przejmowałem się reakcja mamy, gorzej było z ojcem." reakcją
    "kiedy pyta jak wyglądal tamten." wyglądał

    Niby taka prosta historia, ale gdzieś ten prolog zostaje w głowie i niepokoi. Zakończenie teraz też interesujące. Jak siły będą będę śledzić:)
    Pozdrawiam i zostawiam 5:)
  • inkarnacja 3 miesiące temu
    Dziekuję, że śledzisz.
  • Canulas 3 miesiące temu
    "Stałem i stałem, a przyjęcie przebiegało gdzieś obok mnie. Jakżeby by inaczej." - coś za dużo by.

    Niby to wszystko takie, no, jakby wtórne, jakby już obejrzane czy przeczytane, ale nie. Grunt to mieć jakiś stosunek do bohatera. Lubić, nie lubić, jeden chuj, ale jekis mieć. Ja Twojemu współczuję, ale jego losy mnie interesują, więc od strony nakreślenia postaci - dobra robota.

    Ponawiam pytanie. W jakim kraju toczy się akcja?
  • inkarnacja 3 miesiące temu
    Konkretnie: Anglia.
  • jesień2018 2 miesiące temu
    Na razie drobiazgi: "Próbowałem wjść" - brakuje samogłoski. "bo nie bolało, aż tak bardzo" niepotrzebny przecinek. Chyba coś jeszcze było, ale już nie pamiętam. Ode mnie 5,idę do następnej części może tam napiszę coś więcej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania