Ocena Bitwy #3 – Alladyn

Bitwa Literacka Składu Oceniającego #3

Temat główny: „Głową muru nie przebijesz”

Temat dodatkowy: „Klepsydry w ścianach”

Oceniający: Alladyn

 

Falicjanna

Potyczki Brunona – Kopciuszek (nie wiem, dlaczego w pierwszym odruchu przeczytałem „Kapusniaczek” :)

 

Technikalia

 

„I tylko szczęśliwie udało mu się otrzymać...” – dziwnie brzmi całe to zdanie zaczęte od „I” w połączeniu z tekstem poprzedzającym. Jest w nim czegoś za dużo, bo masz tu i „szczęśliwie” i „dyskretnie”. Może lepiej byłoby je uprościć, skrócić, nie ładować tyle rzeczy naraz; zamienić „I tylko...” na, np. „Jedynie”. Konstrukcja zdania nie byłaby tak koścista.

Dla ogólnego obrazu cały fragment:

„Niezrozumiałym jedynie było i bolało i przygnębiało go przesadne zaangażowanie księżnej, przez które został skazany na ucieczkę z narażeniem na niemal bratobójcze starcia. I tylko szczęśliwie udało mu się otrzymać dyskretnie glejt od księcia, zapewniający bezpieczeństwo przyjęcia u celu podróży.”

 

„Odradzono mu jednak i z nie do podważenia naciskiem najprostszą z możliwych dróg.” – mam wrażenie, że zabrakło w tym zdaniu „to”. Ponadto jest ono napisane ciut nie po polsku, czyli przekombinowałaś. Sugerowałbym to tak:

Odradzono mu jednak, i to z naciskiem nie do podważenia, najprostszą z możliwych dróg.

 

„Gdzieś w podświadomości zakodował sobie kierunek, w jakim udała się parka, kiedy ich widział ostatnio...” – w pierwszej chwili, zaskoczony, zacząłem czytać od początku tekst, bo nie wiedziałem, o jaką parkę nagle chodzi. Wyjaśnienie dostałem jednak później, w następnej linijce. Ale w tej formie nie podoba mi się to. Informacja o jakiejś parce wyskakuje nagle z kapelusza, a ja głupieję, bo przecież zjawił się jedynie Karnił.

 

„>>><><<<” – dziwne jest to coś. Nie spotkałem się w żadnej książce z podobnym czymś. Zalecam tradycyjnie „trzy gwiazdki” na środku.

 

„Kijaszek” zaprotestował... – w pierwszej chwili nie wiedziałem kto to/co to jest Kijaszek? Czytając to zdanie dalej, można się domyślić, że chodzi o konia, ale wprowadziłaś jego imię bardzo znienacka. Wypadałoby wprowadzić je wcześniej, np. przy okazji wzmianki o przejażdżce. Wtedy nie byłoby konsternacji.

 

„Na chwilę przed trudnym do rozpoznania odgłosem, wycie przypominającym, wydobywającym się gdzieś z wnętrza chałupy.” – to zdanie jest po kropce. Zabrakło w nim odpowiedzi, co stało się na chwilę przed trudnym do rozpoznania odgłosem. Czy chodzi o „protest” Kijaszka? Nie wiem tego, jedynie się domyślam. Jeśli zaczynasz zdanie od „Na chwilę przed...”, powinno być w tym zdaniu wyjaśnienie, co się stało na tą chwilę przed. Inaczej brzmi to, jak coś niedokończonego.

Dla jasności mojego zarzutu cały ten fragment:

„Kijaszek” zaprotestował i zatrzymał się tuż przed wejściem w furtę, i tylko wyszkolenie powstrzymało go przed wyrwaniem cugli z rąk Bruna i pierzchnięciem w las. Na chwilę przed trudnym do rozpoznania odgłosem, wycie przypominającym, wydobywającym się gdzieś z wnętrza chałupy. Ale gdy zamierzał o to zapytać, wycie zagłuszono gromkim śpiewem, popartym kilkoma różnorakimi instrumentami.”

Kolejna wątpliwość też dotyczy ww. fragmentu:

 

„Ale gdy zamierzał o to zapytać...” – konkretnie, kto zamierzał zapytać? W tym momencie zgłupiałem i pomyślałem o koniu, który mówi. Zaczynasz akapit od” „Kijaszek” zaprotestował, a potem piszesz: „Ale gdy zamierzał zapytać...”. Umieszczenie Bruna w tym fragmencie tak, jak to zrobiłaś, tworzy z niego postać marginalną, a główną czyni konia... Ale, do licha, koń nie mógłby... Ale w końcu to fantasy.

 

„... a potem grając, biegała po chacie...” – tu „grając” potraktowałbym jako wtrącenie i wydzielił przecinkami.

 

„...a co Karnił skwitował krótko.” – ponieważ później przytaczasz jego wypowiedź, należałoby to zdanie zakończyć dwukropkiem, czyli: „a co Karnił skwitował krótko:”.

 

„— Zły w izbie człek jest — oświadczył.” – skoro wcześniej napisałaś „skwitował krótko”, to po co jeszcze dopowiadasz, że „oświadczył”? Do narracji nic to nie wnosi.

 

Uff, pierwsza strona za nami. Zwróć uwagę na nadużycie „i”. Kurczę, co chwilę jest jakieś „i”, jak nie małe, to duże; tu aż się od tych „i” roi.

Dobra, czas na drugą stronę.

 

„— Po co, tak, mnie tutaj prowadzisz?!” – mało to zrozumiałe. Czy ma on na myśli, po co w ogóle Karnił go tu prowadzi? Czy chodzi mu o sposób, w jaki to robi, co jeszcze bardziej udziwnia treść? Myślę, że bez potrzeby wcisnęłaś to „tak”. Bez tego byłoby jaśniej. Chyba że „tak” oznacza tutaj tyle co „więc”, wtedy ani przed nim, ani po nie jest potrzebny przecinek. Zdanie brzmiałoby: „Po co więc mnie tutaj prowadzisz?!”. Wersja z „tak” jest mało zrozumiała.

 

„..obaj zmusili ogiera, do przejścia na tyły budynku...” – niepotrzebnie rozbiłaś zdanie pojedyncze przecinkiem.

 

„...sądząc po sprzętach w niej zalegających...” – jest to wtrącenie i z obu stron powinny być przecinki.

 

„...pochodzących nie z tej strony rzeki i nawet sądząc po stroju Karniła, nie z tego kraju.” – według mnie „sądząc po stroju Karniła” pełni tu role wtrącenia, powinno więc być wydzielone przecinkami.

 

„Dla obu także, posłanie stanowiła gruba warstwa słomy.” – niepotrzebny przecinek. Pomijam składnię, którą celowo komplikujesz, ale o tym jeszcze napiszę. Tutaj lepiej brzmiałoby: „Posłaniem była dla obu gruba warstwa słomy”. Udziwniona składnia w tym przypadku nic nie wnosi. Dla jasności cały fragment:

„Ogier dostał owies i wodę, Bruno chleb, zimne mięsiwo i... wodę. Ten z pozoru mało znaczący fakt nieco go uspokoił, gdyż zrozumiał, że przynajmniej nie próbują go upić. Dla obu także, posłanie stanowiła gruba warstwa słomy.”

 

„...w której ku swemu zdziwieniu rozpoznał Talindę.” – tutaj „ku swemu zdziwieniu” również pełni role wtrącenia, powinno więc być wydzielone przecinkami.

 

„Nogi smukłością i delikatnością niepodobne do pospolitych wiejskich zdradzające wyraźnie przynajmniej półelfie pochodzenie.” – tutaj można rzecz potraktować dwojako. Można postawić przecinek po „wiejskich”, rozdzielając zdania składowe albo wydzielić „ smukłością i delikatnością niepodobne do pospolitych wiejskich” przecinkami, robiąc z tego wtrącenie.

 

„Dekolt wydawał się całkiem spory, gdy pochylona przelewała wodę z czerpaka studziennego do kubła. Tu jednak widok był skromniejszy...” – to miejsce jest lekko nielogiczne, bowiem „skromniejszy widok” odnosi się do... kubła, jakby widok w kuble był skromniejszy. Zaczynasz o dekolcie (był całkiem spory), a potem piszesz: „Tu jednak widok było skromniejszy...”. Do czego konkretnie odnosi się to „Tu”, bo nie ogarniam?

 

„...ogiera na powrót umieszczając w skrytce.” – pogubiłem się. Pisałaś wcześniej: „Wskazał ręką stajnię i obaj zmusili ogiera, do przejścia na tyły budynku.”, co zrozumiałem, że koń trafił do stajni, do której wejście było z tyłu budynku.

 

„Okoliczności, w jakich zastał Karniła z Talindą, nie wyglądały na stosunki siostrzane.” – hm... Karnił to chłop, Talinda – nie-chłop, jakie więc „stosunki siostrzane” mogłyby między nimi istnieć? Gdyby to były dwa nie-chłopy, to tak – siostrzane. Tu raczej chodziło ci o stosunki między rodzeństwem.

 

„...uroda rumiana, wiejska, otwarta.” – co konkretnie znaczy „otwarta uroda”? Dla mnie nie znaczy to nic. Można oczywiście domniemywać, że chodzi o coś w rodzaju „otwartej księgi”, ale to mało konkretne w przypadku urody, przydałoby się więcej szczegółów na poparcie; podobnie zresztą niewiele mówi „wiejska uroda”. Wiejska, czyli jaka (konkretnie)? Poza tym „rumiana” w stosunku do urody nie brzmi najlepiej, co innego twarz – ta może być rumiana, ale uroda rumiana? Dziwne.

 

„...na których widniały runa podobne namalowanym w domu zielarki Wali.” – tu się nie upieram, bo pewien nie jestem, ale przed „podobne namalowanym...” dałbym przecinek, jest to bowiem forma podobna do: „...które były podobne do namalowanych...”.

 

„Chłopak ocenił sytuację.” – dopiero teraz dowiedziałem się, że Bruno to „chłopak”, miałem go za dojrzałego mężczyznę i tak sobie wyobrażałem. Szkoda, że nie napisałaś nic bliższego na jego temat na początku, bo nagle mam wrażenie, że czytam o kimś jeszcze, jakimś do tej pory nie przedstawionym chłopaku.

 

„— Na elfkę jedną nazbyt łakomie spojrzałem — wyjaśnił tyle, ile uznał za słuszne. — A na Fryzjeryję walczyć jadę z krucjatyńskim złem. I tyle.

I tyle.” – trochę za dużo tego „tyle”.

 

„Za dnia bywała wesoła i nie na pokaz, lecz z charakteru swego...” – tu przed „i” powinien być przecinek, pełni ono funkcję „ale” w tej konfiguracji, czyli że była „wesoła, ale nie na pokaz”. Inaczej sugeruje to, że „nie bywała na pokaz”, co samo w sobie brzmi dziwnie, choć nie jest bez sensu.

 

„...orzekł z przekonaniem. Odpowiedzią było...” – „odpowiedzią było” powinno być od akapitu, nie dotyczy bowiem wypowiedzi Bruna, lecz zachowania Karniła w odpowiedzi na tajemniczą radę: „Musisz coś zrobić”.

 

„na podwórze wpadł jeden z bliźniaków: Sańko i powstało zamieszanie.” – niepokoi mnie tu obecność dwukropka, bo przez niego zdanie wygląda ciut dziwnie. Gdybyś napisała: „...na podwórze wpadła Sańko, jeden z bliźniaków, i powstało zamieszanie”, wyglądałoby to wizualnie o wiele lepiej. Wtedy „jeden z bliźniaków” byłoby wtrąceniem.

 

„— Skryj się! — wydyszała, ciągnąc go za sobą do izby.” – tu wypadałoby dopisać, kogo ciągnęła do izby, czy Bruna, czy Karniła, a w pierwszej chwili człowiek bierze pod uwagę także właśnie wymienionego bliźniaka Sańko. Z kontekstu nic konkretnego nie wynika. Dla jasności cały fragment:

„Widać było, że trafione zostało w punkt, tylko reakcja nastąpiła niezrozumiała. Karnił najpierw zamierzał coś odpowiedzieć, ale najwidoczniej uznał, że to nie gościa sprawa. I tylko spojrzał na niego wymownie, lecz bez wstydu, a za to z widocznym bólem.

Bruno odczytał go prawidłowo.

— Musisz coś zrobić! — orzekł z przekonaniem. Odpowiedzią było bezradne wzruszenie ramionami, a po chwili na podwórze wpadł jeden z bliźniaków: Sańko i powstało zamieszanie.

Kobiety zerwały się, a Talinda podbiegła do nich pochylona i najwyraźniej przestraszona.

— Skryj się! — wydyszała, ciągnąc go za sobą do izby.”

 

„— Sama zniknęła...” – to powinno być od akapitu, bez myślnika, ponieważ nie jest już komentarzem do dialogu, tylko następującą po dialogu/wypowiedzi sytuacją.

 

„Bruno, zachęcany do podobnego zachowania zamierzał się zastosować, ale spojrzał...” – tutaj znów dziwne zdanie. Trochę nie wiem, jak je rozumieć? Może spróbujmy je na dwa sposoby:

– pierwszy: Bruno, zachęcany, do podobnego zachowania zamierzał się zastosować, ale spojrzał...

– drugi: Bruno, zachęcany do podobnego zachowania, zamierzał się zastosować, ale spojrzał...

W obu, jednak, przypadkach składnia zdania mocno utrudnia zrozumienie jego sensu, ale i tak jest jaśniej niż u Ciebie.

 

„I jak przedtem, dziwacznie i odmiennie od wojów się nosił.” – tu osobiście potraktowałbym „jak przedtem” jako wtrącenie. Powinno więc być wyodrębnione przecinkami, czyli: „I, jak przedtem, dziwacznie i odmiennie od wojów się nosił”.

 

„Zwykły pas, z cienką klingą przy nim, z bogato zdobioną runami i srebrem rękojeścią...” – pas z rękojeścią? No, wiem, nie jestem rycerzem, nie robiłem też „riserczu”, czy pasy mogą mieć rękojeść. Potraktowałem sprawę czysto po konsumencku.

 

„...i takież spodnie i buty. Bez tarczy, bez hełmu, bez herbu i bez uśmiechu.” – drugie „i” zastąp zwykłym „oraz”, bo z „i” aż za nadto przesadzasz. Poza tym, zdanie „Bez tarczy (...).” wygląda, jakby odnosiło się do butów i spodni, wymienionych jako ostatnie w zdaniu poprzednim.

 

„Swym zmęczonym...” – „swym” niepotrzebne, napisałaś, że przemówił, więc czyim głosem mógłby?

 

„...i ścigania ja jestem i zwą mnie Łowca” – przed drugim „i” przecinek.

 

„...— przedstawił się miejscowym./ — oznajmił.” – wcześniej napisałaś już, że przemówił, nawet dopisałaś, jak brzmiał jego głos, więc te wstawki uważam za niepotrzebne powtórzenia. Noż widać, że chłop się przedstawia, oraz że mówi/oznajmia, to jasne.

 

„...tak i też zła w nich zobaczyć, nie chciał...” – niepotrzebny przecinek, jest to zdanie składowe pojedyncze.

 

„Bruno uznał (...), a co on uznał za celowe...” – za blisko siebie te „uznał”.

 

„— Powinniśmy wrócić — zasugerował.” – Sugestia mieści się już w samej wypowiedzi, „zasugerował” uważam za niepotrzebne powtórzenie.

 

„...i ból Karniła i był prawdziwie rozdarty...” – przecinek przed drugim „i”.

 

„...wydobyła żałosne, szarpiące mu serce wyrzutami sumienia.” – co takiego „wydobyła”? Jeśli chodziło o żałosny głos, ujęłaś to dość kuriozalnie. Poza tym z twojego zapisu wynika potroszę, że wydobyła... mu serce.

 

Już wiem, że to fragment większej serii, a całości, niestety, nie dałaś na Bitwę. O Brunie dowiedziałem się z tego fragmentu tylko tyle, że to chłopiec, ale niewiele to rzuca na niego światła. Chłopiec może mieć lat dziesięć, a równie dobrze siedemnaście (używasz też określenia „chłopak”). Nie wiem kim jest, czym się zajmuje. Można to było załatwić jednym zdaniem, choćby tylko dla potrzeb Bitwy. Brak bliższych danych o głównym bohaterze uważam za minus. Zorientowałem się już, że Bruno przeżył niejedno w publikacjach na Opowi, więc być może gdzieś jest coś więcej o nim (nie czytałem wszystkich Potyczek), nie mniej mogłaś potraktować tekst bitewny bardziej jednostkowo, jako „pilot serialu” na przykład.

Za to dokładnie opisałaś Łowcę. Plus.

 

Strasznie gmatwasz język, ni to gwara, ni staropolszczyzna. Jest to ciut męczące na dłuższą metę i wygląda na celowe udziwnianie dla samego udziwniania albo dla ukrycia warsztatowych braków, a nie dla zachowania realiów opisywanych wydarzeń; a już na pewno nie dla podtrzymania napięcia. Jest manierycznie, co nie ułatwiało mi czytania. Z drugiej jednak strony tworzy to pewien klimat, osobliwy, ale zawsze Jakiś.

Bronią się wypowiedzi bohaterów, choć niektóre są co najmniej dziwne, np. „A i was te nockie...”, ale te również momentami przypominają monstrum Frankensteina, będąc beztroską żonglerką gwar, archaizowania i Bóg wie, czego jeszcze. Nie mniej dialogi, uznaję za mały, ale jednak plus.

 

Z dalszych plusów:

Myślniki przed dialogami, rzecz – jak zauważyłem – na Opowi raczej obca. Tu się nie kłócę, czy nie lepsza jest półpauza, widziałem w książkach jedno i drugie. U Ciebie podnosi to estetykę tekstu.

Nie wpadły mi w oko literówki ani ortograficzne błędy, być może zanadto skupiłem się na innych rzeczach, np. ugrzęzłem w zawiłościach języka, a być może ich po prostu nie było. Tu duży plus.

Generalnie dbasz o estetykę tekstu, z wyjątkiem wspomnianego już „>>><><<<”. Tego za estetyczne rozwiązanie nie uważam.

No i na koniec, mimo wszelkich „łamańców”, jakich dopuściłaś się, pisząc, całość jawi się jako przemyślana i konsekwentna. Dość pracochłonna, bo nie wydaje mi się, aby władanie takim językiem było rzeczą prostą. Chyba że, po tylu częściach opowieści o Brunie, robisz to już niejako „z automatu”.

 

Fabularia:

 

Akcja nie jest tu najważniejsza, takie mam wrażenie. Więcej dzieje się pomiędzy bohaterami, zwłaszcza między Brunem a Karniłem, i tu, o ile postać Karniła jest zarysowana dość konkretnie, o tyle Bruno gdzieś tam znika na jego tle. Ma do odegrania jakąś rolę i ją odgrywa, bo znalazł się w takim a nie innym położeniu. Na przebieg wypadków wpływu raczej nie ma, nawet w finałowych scenach w lesie. Taki trochę bierny ten twój Bruno. Cichy obserwator, bardziej w defensywie.

Karnił natomiast jakby cały czas walczył ze sobą; jest w nim konflikt tego co czuje z obowiązkiem, którego się podjął (choć w sumie to nie wiem, czy się podjął, bardziej pasowałoby: dostał takie zlecenie). Tu niemałą rolę odgrywa Talinda, do której Karnił zdaje się żywić głębsze, choć prymitywne uczucie. Mam jednak wątpliwości co do uczuć Bruna względem wymienionej, tutaj jest bardzo niejasno, widać momentami zazdrość, widać zainteresowanie na granicy pożądania, ale niewiele ponadto; jest jeszcze podskórna, typowo męska rywalizacja między obu panami, której przyczyną jest Talinda.

Mamy wreszcie trzeciego bohatera, Łowcę. Pojawia się znikąd, wieszczy niebezpieczeństwo, wzbudza respekt, ale też i niechęć, bowiem obejście ukrywa tajemnicę, a on zdaje się o niej doskonale wiedzieć; wreszcie znika, by pojawić się w finale.

Fabuła może jakaś specjalnie odkrywcza nie jest, ale jest ciekawa, choć nie od razu wiadomo, w czym będzie rzecz. Ot, jedzie sobie Bruno, spotyka się ze swoim przewodnikiem Karniłem, który wiedzie go w nieznane miejsce, gdzie „chłopak” nie będzie mile widziany; ani on, ani jego koń. Tam Bruno zostaje „zakwaterowany” w schowku, na tyłach zabudowań obejścia. Zauważa jednak dziewczynę, znajomą (skąd? – nie wiadomo; co ich łączy? – duża doza domniemywań dla czytelnika). Dziewczyna jest tam wbrew swojej woli.

Pojawia się Łowca, która walczy ze złym lichem, ale odchodzi. Znika także dziewczyna. Tylko Bruno wie, gdzie jej szukać (skąd?). Leci tam więc, spotyka ją oczywiście, posądza o stan błogosławiony, bowiem słania się ona na nogach i źle wygląda – jest to jedna nieprawda. Dziewczyna skrywa tajemnicę – pewien medalion ją zniewala, a Bruno zdaje się być idealny do jego zdjęcia. Tu znów do akcji wkracza Łowca, który przecina łańcuch medalionu, a dziewczyna zmienia się w „zwierzocoś” („wilkołaczycę”? – wyje, czyli pewnie tak). Łowca chce ją/to zabić mieczem. Pojawia się Karnił, który coś tam do niej czuje, mimo że w zasadzie ją więzi. Zarzuca na nią sieć, by niebawem ją zdjąć, po ostrej wymianie światopoglądów z Łowcą. Dziewczyna podejmuje ostateczną decyzję. I tutaj końcówka bardzo mi się spodobała, bo nie jest powiedziane wprost, jaka to była decyzja; w kogo/w co wycelowała.

Nie lubię streszczeń. Nie widać w nich klimatu, języka opowieści, dialogów, smaczków, nic; to tak, jakby zamiast jeść pizzę, oglądać jej zdjęcie z opisem składników, przecież wiadomo mniej więcej, jak co smakuje.

 

Brakuje mi tu jednak większej aury tajemniczości, jakichś ciekawie opisanych (ale bez przesady) ponurych leśnych ostępów, zapyziałych domostw, pełnych brudu i pajęczyn, zapachu zgnilizny, brudnych zębów, brudu za paznokciami, czegoś bliższego o bohaterów (jest kilka słów o Talindzie, a najlepiej opisany został wygląd Łowcy, ale to pisałem przy okazji technikaliów.). Wszystko jest podane zbyt skrótowo lub wcale. Przy takiej długości tekstu, można było go z powodzeniem jeszcze wzbogacić, nie przekraczając limitu.

Opowieść jest z pogranicza horroru, fantasy, przygody, ale sam wyszukany (czyt. udziwniony) język narracji, to trochę za mało. Jest jednak coś, co trochę rekompensuje te braki – podskórne relacje między bohaterami. Jest napięcie, jest skrywana agresja, są prymitywne żądze, a może nawet nie do końca prymitywne; jest odrobina romantyzmu, ale takiego z opowieści wiejskich babć o duchach; jest posmak „starodawności”, „guślarności” (to słowo od „guseł”). Jest tego całkiem sporo, dlatego zastanawiam się, czy wspomnienie w tym tekście o elfach, nie krzywdzi całej historii. Elfy są w fantasy czymś tak dalece oklepanym, a tu dodatkowo nic nie wnoszą do akcji, że można by je zastąpić kimkolwiek (byle nie krasnoludami, a już – niech pan Bóg broni – jakimiś „niziołkami”) bez żadnej ujmy dla opowieści. Nie wiem, może jestem uprzedzony, czy coś, ale kiedy przeczytałem wzmiankę o elfach, od razu pomyślałem: „Jprdl, znowu?!”.

Ciekawie natomiast pokazałaś przemianę dziewczyny. Nie wprost, bez dokładnych opisów, a tym samym bez możliwego kiczu. Sprytnie to wplotłaś to w akcję, człowiek widzi, że dzieje się coś dziwnego z Talindą, ale jest zwyczajnie za ciemno, za gęsto od krzaków, żeby widzieć dokładnie. Ten moment podobał mi się najbardziej.

 

Temat główny Bitwy, myślę, został odpowiednio pokazany – każdy z bohaterów to „mur nie do przebicia”, zatwardziali w poglądach i uczuciach, w zamiarach, ograiczeni kulturowo, mentalnie, wreszcie po ludzku przestraszeni.

Co do klepsydr, mam już mieszane uczucia. Jeśli rozumieć je jako pewnego rodzaju osaczenie, tekst byłby nawet na temat. Jeśli natomiast, potraktować upływ czasu dosłownie, to tutaj mocno przecieka on bohaterom między palcami. Tajemnica Talindy ciągnie się latami, ale pasuje z kolei do koncepcji osaczenia. Bruno czeka kilka dni w obejściu, niewiele się przez ten czas dzieje, ale „osaczają” go jakieś zaszłości, o których prawie nie piszesz, a jeśli już, to nie do końca wprost.

 

Jako całość oceniam jednak opowiadanie pozytywnie. Mimo spiętrzenia trudności natury językowej, jest w tej opowieści coś takiego, co kazało mi dotrwać do końca i sam sobie wmawiam, że nie była to tylko jego kuriozalność. Przeczytałem z ciekawością.

Ale!

Kto tu był, do licha, Kopciuszkiem? A jeśli Talinda,to nie mogę jakoś ogarnąć, dlaczego?

 

Fantomas – Klepsydry

 

Technikalia:

 

Po pierwsze – wszędzie, zamiast pauzy lub półpauzy, w dialogach masz dywizy. Jak się już zorientowałem na Opowi to powszechne. Niestety bardzo zaniża estetykę tekstu, a w publikacjach jest niedopuszczalne. Sugeruję poświęcić chwilę na wyeliminowanie tego problemu. Dywizu nie stosuje się przed dialogami.

To zaczynamy:

 

"Rich podszedł do ściany i wyjął z niej klepsydrę.", a dalej napisałeś: "Jeden z więźniów podszedł do ściany, podniósł klepsydrę..." – nie jest to sprawa czysto techniczna, bardziej logiczna. Jak to jest z tymi klepsydrami? Czy wyjmuje się je ze ściany (są w niej zanurzone?), czy podnosi (co brzmi dziwnie, bo jak można coś ze ściany podnieść?), a może zdejmuje? Sugeruję proste „wziął ze ściany”, „zdjął ze ściany” (w domyśle, że na niej wiszą lub stoją na jakiejś półce) albo cały czas konsekwentnie: "wyjął".

 

"- Ta nie jest odpowiednia – powiedział i ją roztrzaskał. Po drugiej stronie umarł więzień." – Znów trochę logiki. Co konkretnie oznacza „Po drugiej stronie...”? Po drugiej stronie korytarza, spacerniaka (w końcu to więzienie); a może po prostu za ścianą? Nic nie wiadomo.

 

"Po drugiej stronie więźniowie od razu poczuli radość rozpływającą się po celach." – znów tu nie rozumiem tej drugiej strony. Co to jest ta druga strona? Gdzie się znajduje?

Dziwnie poza tym brzmi ta radość rozpływająca się po celach. Czy ktoś tę radość wlewał do cel szlauchem? Myślę, że niepotrzebnie to "upoetyzowałeś". Wyszło dziwacznie.

 

„...podpowiedział mu współwięzień o twarzy czarnej niczym węgiel." – przed "o" powinien być przecinek, bo to tak, jakbyś napisał: "współwięzień, którego twarz była czarna jak węgiel".

 

"Może przegryźć kraty zębami?" – masło maślane, niby czym można przegryźć jak nie zębami? Ale jest wypowiedź jednego z bohaterów, jego indywidualny język, nie musi więc być do końca poprawnie.

 

"Charles usłyszał szepty innych więźniów. Wśród nich było wielu naprawdę przerażających osobników.

Podszedł do krat i stwierdził, że może swobodnie wyjść. Niezwykłe. Drzwi od celi tak po prostu się uchyliły.

Charles skorzystał z okazji i czmychnął. Wyszedł na korytarz. Nie był sam. Inni również opuścili mroczne cele. Nie interesowali się Charlesem, tylko wolnością. Z okrzykami radości ruszyli ku wyjściu. Charles podążył za nimi." – dużo tutaj tych "Charles'ów", warto by z paru zrezygnować, np.:

"Charles usłyszał szepty innych więźniów. Wśród nich było wielu naprawdę przerażających osobników. Podszedł do krat i stwierdził, że może swobodnie wyjść. Niezwykłe. Drzwi od celi tak po prostu się uchyliły. Skorzystał z okazji i czmychnął. Wyszedł na korytarz. Nie był sam. Inni również opuścili mroczne cele. Nie interesowali się nim, tylko wolnością. Z okrzykami radości ruszyli ku wyjściu. Podążył za nimi".

 

"- Dobrze myślałem. Poprowadzę was ku wolności. Jestem Sarg. Każda klepsydra to czyjeś życie, dlatego musimy zabrać je ze sobą. Niech każdy weźmie po jednej.

Więźniowie spełnili rozkazy.” – na mój gust, rozkaz był tylko jeden i dotyczył wzięcia po jednej klepsydrze, więc stawiam na „spełnili rozkaz”.

 

"- Dokąd teraz? – zapytali." – to znaczy, jak? Zrobili to chórem unisono? Może lepiej byłoby: „Usłyszał.”, "Padło pytanie" albo: „Jeden z nich zapytał/Ktoś zapytał: [od akapitu] – Dokąd teraz?".

 

" Wyrwali mu klepsydrę i ją roztrzaskali." – niepotrzebne jest "ją", ze zdania wynika, co roztrzaskali napastnicy. Druga sprawa, przy tak krótkim tekście można poszukać jakiegoś zamiennika dla słowa „roztrzaskać”.

 

"- Jak to się stało, że obaj żyjemy? – zapytał Charles. Została tylko jedna klepsydra. Pozostałe są rozbite." – tu zabrakło chyba półpauzy/pauzy przed: "Została tylko jedna...", bo to jest dla mnie dalsza część wypowiedzi Charlesa.

Jeśli to jednak narracja, "Została tylko jedna..." powinno być już od akapitu, bo nie będzie to wtedy część komentarza dialogowego. Natomiast "Pozostałe są rozbite" należałoby wyrzucić, skoro we wcześniejszym zdaniu napisałeś, że została tylko jedna. Czytelnik sam sobie dopowie, co stało się z reszta klepsydr podczas walki.

 

"- Zapomniałeś o tej, która spadła w przepaść bez dna. To życie jednego z nas." – czyli to, o czym pisałem wyżej, było jednak częścią wypowiedzi Charlesa. No, ale w związku z Twoim błędnym zapisem, miałem wątpliwości.

 

"Zawrócili i rozpoczęli mozolną wędrówkę z powrotem. W pewnym momencie jednak Charles się potknął i stracił równowagę. Klepsydra wypadła mu z rąk i się rozbiła. Ta była już ostatnia. Charles znieruchomiał, ale najwyraźniej wciąż oddychał. Odwrócił się. Tak jak się obawiał, Smoła leżał bez tchu na ziemi. Charles wrzasnął pełen gniewu i frustracji. To oznaczało, że jego własne życie spadało teraz w przepaść bez dna." – w tym akapicie sporo nagromadziłeś "się", zobacz: "...się potknął", "...się rozbiła", "Odwrócił się", "...się obawiał". Dalej jeszcze: "pojawiło się światło" i "...się powiększała". Aż gęsto od „się”. Warto zdania przebudować, by tego uniknąć.

 

Piszesz bardzo prostym językiem, wręcz surowym, dobrym do opowiadania bajek (ale nie z taką akcją). Ostatnio przeglądałem w księgarni bajki znanych mistrzów, ale nie oryginalne teksty (bo te byłyby odpowiednio droższe), tylko opowiedziane (napisane) przez kogoś i w ten sposób wydane w postaci „taniej książki”. Język tam był identyczny – bardzo proste zdania, czasem wręcz celowo naiwne, prawie żadnych opisów, strzępy osobowości, i tylko ciąg zdarzeń. Różnica polegała na tym, że tamte opowieści kierowane były do dzieci, a Twoja? Ciekawe, kto był Twoim „targetem”? Opowijczycy?

Z drugiej strony można jednak powiedzieć, że nie ma tu miejsca na przynudzanie, opisy, które i tak mnóstwo czytelników po prostu omija. Jest sama akcja, tempo, czytelnik nie musi się specjalnie wysilać umysłowo, bo i nie ma za bardzo nad czym, z wyjątkiem pewnych tajemniczych niedomówień, które wymienię przy fabulariach. Może TO jest metoda na tekst, który zyska czytelników?

Osobiście przynudzania też nie lubię, ale cenię za to drobiazgi smaczki, pewne stylizacje, pewien język własny autora, którego tu nie widzę. Jest za to prostota wręcz łopatologiczna. Lubię też widzieć postać, nie kilka kresek z kółkiem w miejscu głowy – taki patent sprawdza się tylko w czołówce „Świętego”.

 

Fabularia.

 

Zacznę od tego, że tekst jest bardzo krótki, trudno więc wymagać, by znalazły się w nim jakieś pogłębione portrety bohaterów, zwyczajnie nie było na to miejsca. W związku z tym, postaw i zachowań nie ma co oceniać, zwłaszcza że dominuje tu w zasadzie jedynie prosty instynkt przetrwania.

Podobał mi się pomysł na klepsydry (choć potraktowałeś temat dosłownie), połączony niejako z murem nie do przebicia. Jest też, co prawda, cytat z tematu głównego wpleciony w dialog bohaterów, który pełni funkcję prostego żartu, ale i bez niego tekst mieści się w kryteriach.

Pokazałeś hermetyczny świat z pogranicza koszmaru i dziwacznej fantazji; ten świat zaciekawia i aż szkoda, że tak zdawkowo go potrakowałeś. Klimatu w zasadzie nie ma. Poza tajemniczymi stwierdzeniami, o których za chwilę, wszystko jest proste. Sam pomysł jest ciekawy, nawet zaskakujący, choć finał przewidywalny. Świat, który pokazałeś, spokojnie pomieściłby niekończącą się przepaść, ale wtedy musiałbyś dać, jeśli nie happy end, to przynajmniej nadzieję dla bohatera w postaci otwartej końcówki, a takie rozwiązanie akcji jakoś mi od początku nie pasowało. Pomyślałem sobie tuż po ucieczce więźniów: „i żywy stąd nie wyjdzie nikt”, no i dałeś mi to, czego oczekiwałem.

Są jednak rzeczy, których nie rozumiem. Dla przykładu:

„...zastanawiał się Charles, jeden z wielu zapomnianych.” – lecisz tu strasznymi myślowymi skrótami. Kto to są ci „zapomniani”? Przez kogo zapomniani? Dlaczego tak o nich mówią/piszesz? Nic nie wiadomo.

 

„Charles usłyszał szepty innych więźniów. Wśród nich było wielu naprawdę przerażających osobników.” – Czy po tym, że usłyszał szepty, można wywnioskować, iż więźniowie byli przerażający? Uważam, że nie, zależy to od rodzaju tych szeptów – o tym jednak nie wspominasz.

 

„- To jeden z nich.” – czyli kto konkretnie? Co oznacza, że jest to jeden z nich? Kim są ci „oni”? Z tekstu to nie wynika, przynajmniej dla mnie.

 

„Podszedł do krat i stwierdził, że może swobodnie wyjść. Niezwykłe. Drzwi od celi tak po prostu się uchyliły.” – szkoda, że nie rozbudowałeś choć trochę akcji i nie wyjaśniłeś, dlaczego można było nagle wyjść swobodnie. W moim odczuciu, poszedłeś na łatwiznę, żeby opowieść jakoś się mogła toczyć dalej. Poczytuje to, jako fabularną dziurę.

 

„- Musimy uważać – mówił. – Ta droga zaprowadzi nas do Nich.” – kolejny tajemniczy fragment, i kolejna dziurka. Kim są „Oni”, że aż wymieniasz ich dużą literą?

 

Niedopowiedzenia w tym przypadku mnie irytowały. Lubię teksty zagadkowe, ale tu miałem wrażenie, że odpuściłeś detale, bo potraktowałeś sprawę na zasadzie: „ a, se napiszę”. Dlatego postanowiłem potraktować ten tekst jako zapis snu, wtedy te niedomówienia, tajemniczy „oni”, a nawet „Oni”, będą dla śniącego czymś niepokojącym, a czytelnik otrzyma wierny opis sennych majaków. Koncepcja snu pasuje mi tu najlepiej i najlepiej broni Twoją opowieść. Patrząc z tej perspektywy, opisałeś całkiem wciągający koszmar.

Można podejść jeszcze inaczej i zobaczyć tu przypowieść o doczesnej egzystencji (dlaczego nie?). Nikt z nas nie zna dnia ani godziny swojego zejścia, wiele osób czuje się w codzienności jak w więzieniu, często zwykłe niedopatrzenie (opuszczenie klepsydry) może skutkować czyjąś tragedią, bo nigdy nie wiemy, czyj los (klepsydra) trafi w nasze ręce.

 

Generalnie pomysł, choć lepiej chyba zabrzmi – szkielet pomysłu, nie był najgorszy. Dość niepokojący, przynajmniej jeśli chodzi o same klepsydry. Reszta byłaby dużo ciekawsza, gdyby ją rozbudować, ubarwić większą ilością szczegółów, głębszym zajrzeniem w bohaterów, bo nawet nie wiadomo, czy mają włosy.

 

 

Riggs – Głową muru nie przebijesz

 

Technikalia:

 

„...zdawało się być najdłuższą drogą jaką miał w życiu przebyć.” – brak przecinka przed „jaką”.

 

„Spod lekko przyprószonych siwizną skroni niechlubnie wydostały się dwie kropelki potu...” – hm... spod skroni? Może pojawiły się jednak na skroniach? Obstawiałbym jeszcze opcję: „Spod lekko przyprószonych siwizną włosów na skroniach wydostały się dwie kropelki potu”. Spod skroni pot nie wypływa.

 

„...starodawne, zakończone półkolami okna dziewiętnastowiecznego gmachu. Twarz miał bledszą niż zwykle...” – kończysz pierwsze zdanie gmachem, a w drugim zaczynasz od „twarz”, no i wychodzi, że gmach miał twarz bledszą niż zwykle. Zanim zacząłeś opisywać z grubsza gmach, należało (np., przy okazji kropelek potu) skończyć opis bohatera.

 

„...połyskując jak na złość w odbiciu światła padającego na hol przez starodawne, zakończone półkolami okna dziewiętnastowiecznego gmachu.” – po pierwsze: „jak na złość” powinno być wydzielone przecinkami (wtrącenie), po drugie: brak przecinka przed „padającego”.

 

„Karnacja, która była jego przekleństwem, chwilę tylko po okresie letnim triumfowała

przez większość roku, rysując przekłamany obraz wiecznego umęczenia lub niewyspania.” – tu coś bardzo nie gra. Konkretnie chodzi o fragment: „...chwilę tylko po okresie letnim triumfowała przez większość roku...” – no, bez sensu. Gdybyś napisał to tak: „Karnacja, która była jego przekleństwem, triumfowała tylko przez chwilę – po okresie letnim, przez większość roku rysując przekłamany obraz...”. W złym miejscu postawione przecinek zmasakrował sens zdania.

 

„Już w szkole podstawowej nauczyciele co wywiadówkę pytali rodziców " czy syn się wysypia", "a może on coś bierze"... – po „rodziców” brak dwukropka, w końca wymieniasz rodzaje tych pytań. A skoro to pytania, warto by zakończyć je znakami zapytania i odpuścić sobie wielokropek na końcu. Czyli: „Już w szkole podstawowej nauczyciele co wywiadówkę pytali rodziców: " czy syn się wysypia?", "a może on coś bierze?". Inna sprawa, że cudzysłów angielski, w polskim jest taki: „...”.

 

„..."dupcyngera" - przyjaciela rodziny.” – zamiast dywizu powinna być półpauza. Dywiz w tym przypadku nie jest zasadny.

 

„- Głową muru nie przebijesz - wysyczała Kaśka z szyderczym uśmiechem” – po pierwsze dywiz przed dialogiem to błąd w publikacji. Powinna być w tych miejscach półpauza lub pauza. Po drugie, kto to jest Kaśka? Piszesz o „żonce” i przybranej mamusi, ale która z nich tak ma na imię?

 

„Adwokat nachylił się szybko, szepcząc kobiecie coś do ucha...” – no, zaraz, zaraz. Piszesz, że przed salą siedziała „żonka” w towarzystwie przybranej mamusi i obecnego „dupcyngera”, a tu nagle wyskakuje adwokat. Ciut niekonsekwentnie to pokazałeś. Wystarczyło zmienić zdanie i dodać adwokata: Przed salą siedziała żonka w towarzystwie adwokata, przybranej mamusi i obecnego dupcyngera – przyjaciela rodziny. Chyba że dupcunger był jednocześnie adwokatem, ale o tym należałoby powiedzieć wcześniej, żeby potem czytelnik nie był zaskoczony.

Nie widzę też konieczności brania żonki i dupcyngera w cudzysłów, to zwyczajne kolokwializmy. Jeśli już miałby być cudzysłów, dałbym w nim „przyjaciela rodziny”, żeby podkreślić powątpiewanie co do jego faktycznej przyjacielskości.

 

„Z drugiego końca korytarza czteroletni chłopczyk puścił mocną dłoń dziadka i pędem

puścił się w stronę Piotra.” – gdyby korytarz było studnią, chłopiec mógłby puścić z jednego jej końca dłoń dziadka, ale musiałaby być wcześniej od dziadka oddzielona. Korytarz ma jednak najczęściej orientacje poziomą. Druga rzecz to powtórzenie „puścił”. Radzę tak:

„Na drugim końcu korytarza czteroletni chłopczyk puścił mocną dłoń dziadka i pędem

ruszył w stronę Piotra”.

 

„Kiedy dopadł ojca, malutkimi rączkami objął jego nogę...” – niepotrzebne jest to „malutkimi”, samo „rączkami” sugerują już małą wielkość.

 

„Mężczyzna przykucnął, obejmując chłopca...” – przekombinowane. Kucał i jednocześnie go obejmował? Bo to właśnie sugeruje to zdanie. Dziwnie to brzmi, a jeszcze dziwniej by wyglądało w rzeczywistości. Myślę, że najpierw przykucnął, a potem objął chłopca – to byłoby bardziej naturalne: „Mężczyzna przykucnął, objął chłopca i...”.

 

„...lekko przepoconej ze zdenerwowania koszuli.” – koszula się nie poci, a dokładnie to starałeś się udowodnić tym zdaniem. Wystarczyłoby „lekko przepoconej koszuli”. Wcześniej pisałeś już o poceniu, czytelnik sam wyciągnie wnioski, dlaczego koszula była przepocona.

 

„- Tatusiu, czy ja będę musiał iść do mamy i tego pana i już cię nie będę widywał - łkając

zapytał maluch.” – po pierwsze dywiz na początku. No i zmieniłbym kolejność wyrazów w komentarzu narracyjnym, bo obecna jest dziwna, na: „zapytał maluch, łkając.”

 

„- Marek!!! Chodź tu natychmiast! - wrzasnęła Kaśka nie mogąc już dłużej opanować

złości - W tej chwili!” – po co aż trzy wykrzykniki? Napisałeś „ wrzasnęła”, to już wystarczająco określa natężenie dźwięku. Poza tym, przed „nie mogąc już dłużej...” powinien być przecinek. No i dywiz – dywizom przed dialogiem mówimy stanowcze NIE.

 

„Stojący pod oknem "dupcynger" Grzegorz krzywił się i ciskał piorunami w swoją konkubinę.” – jak on ciskał tymi piorunami? O co tu chodzi? Miał imię na Z i nosił się z grecka? Może chodziło o to, że jego wzrok ciskał pioruny? Tu trzeba coś naprawić.

No, i już wiem, że dypcynger to nie adwokat.

 

„...krawat blokował dostęp powietrza wrzynając się gdzieś pod grdykę.” – brak przecinka przed „wrzynając się”.

 

„ kosztami sądowymi...alimentami obciążyć...ustala” – brak spacji przed „alimentami” i przed „ustala”.

 

„...każdy czwartek tygodnia....” – czterokropek? Coś nowego.

 

„Piotr czuł wszechogarniająca ciemność...” – literówka „ą”.

 

„...na oiom-ie.” – na OIOM-ie, w końcu to skrót, nie nazwa własna. No i teraz dywiz jest użyty dobrze.

 

„...rozglądając się się po sali...” – dwa razy „się”.

 

„Mamusia wbijając szpony w plecy Kaśki pchała ją szybko w stronę wyjścia...” – w końcu wiemy, kim jest Kaśka. Po drugie „wbijając szpony w plecy Kaśki” wydzieliłbym przecinkami, jest zdanie składowe, dodatkowo pełni funkcję wtrącenia.

 

„Żebyś zdechł palancie!” – przed palantem przecinek, to wtrącenie.

 

„- Przebił pan jednak ten mur - sędzia poklepał mężczyznę po ramieniu” – jeśli komentarz narracyjny nie odnosi się do mowy (a tu piszesz tylko o klepaniu), powinien być dużą literą. Wtedy po „mur” kropka, na końcu komentarza też kropka, a dalsza wypowiedz dużą literą.

 

„...pana syn - swoją miłością do pana.” – tu, zamiast dywizu, powinna być półpauza albo po prostu przecinek, i przecinek nawet byłby lepszy, gdybyś przed dialogami stosował półpauzy, bo wtedy wprowadzałbyś w błąd czytelnika, że przeszedłeś półpauzą do komentarza narracyjnego. Gdybyś jednak zaczynał dialogi pauzą, wtedy mógłbyś dać tu półpauzę. Mam nadzieję, że nadążyłeś za tym,co napisałem.

 

„...dostał pan szansę o jaką w naszym kraju nie jest łatwo.” – brak przecinka przed „o jaką”.

 

„Proszę o tym nigdy nie zapomninać” – literówka, niepotrzebne „n”.

 

Przede wszystkim dywizy zamiast pauz lub półpauz przed dialogami.

Poza tym w większości błędy wynikające z pośpiechu. Gdybyś posiedział chwilę dłużej przed opublikowaniem, sam byś je znalazł i poprawił. Jak to mówią: „tekst nie odleżał”, bo gdyby odleżał, spojrzałbyś na niego inaczej i większość tych drobiazgów sam wyłapał. Aleś, widocznie, waćpan gorączka.

Musze jednak przyznać, że styl masz lekki, nieprzekombinowany. Nie mówisz łopatologicznie: bohater czuł to i tamto, tylko pokazujesz jego pot, ścieranie blatu stołu w sali sądowej, pokazujesz chłopca, który wyrywa się dziadkowi i biegnie do taty. Podobnie (acz nie do końca) rzecz ma się w stosunku do płci pięknej w tym tekście, chociaż „piękną” trudno ją tu nazwać.

Lubię widzieć i sam rozumować, nie lubię, kiedy ktoś wmawia mi, co mam czuć. Ty mi w większości pokazałeś obrazy, nie wmawiałeś niczego.

Duży plus.

Minusem jest jednak długość tekstu. To w zasadzie ledwo „szorcik”, dwie sceny, przed salą sadową i w sali. To tak, jakbyś w bitwie na komiksy, wrzucił tylko dwa obrazki.

 

Fabularia:

 

Sądząc po dedykacji, jest to tekst prawdziwy, spojrzę jednak na niego jak na wymyślone opowiadanie i fikcyjnego bohatera, żeby wyeliminować czynnik emocjonalny.

Pierwsze moje skojarzenie to film „Tato” (Ślesickiego). Tam ojciec był tym (w ogromnym, oczywiście, skrócie) pogubionym, ale dobrym; za to panie... niech ręka boska broni wiązać się z podobnymi. U Ciebie jest niemal powtórka, tyle że akcja zawęża się do obrazków tuż przed rozprawą i w jej trakcie, a skupia się w zasadzie na tym, co się dzieje z Piotrem – pisałem już o tym przy okazji technikaliów. Sposób pokazania jego odczuć jest, według mnie, bardzo dobry, choć zawsze można pokazać więcej. Z człowiekiem, w każdej sytuacji, dzieje się mnóstwo rzeczy. Dla przykładu polecam scenę z filmy „Milczenie owiec”, kiedy agentka Starling po raz pierwszy rozmawia z Lecterem. Przechodzi ludzkie pojęcie, co się wtedy dzieje z jej twarzą, co robi z rękami. Zdaję sobie sprawę, że krótkie opowiadanie nie może zawrzeć całej głębi odczuć bohatera i nawet tego nie oczekiwałem, ale zawsze można lepiej.

Postacie kobiece są natomiast pokazane odpowiednio „źle”. Nie wiem, czy to dobre rozwiązanie, bo, pokazując je właśnie tak, już mi coś zacząłeś wmawiać. Tak, jak Piotra przedstawiłeś bardzo obiektywnie, tak – w przypadku bohaterek – chciałeś koniecznie wymusić moją niechęć. Tu wrócę do Ślesickiego – tamte panie (mam na myśli żonę i jej matkę) były pokazane pod różnymi kątami, z tych złych, ale i dobrych stron. Ty pokazałeś swoje bohaterki jednostronnie, wiem, że wyrywkowo i bez głębszego kontekstu, ale jednak. Gdybyś chciał pokazać je, jak należy, musiałbyś napisać naprawdę czterdzieści tys. znaków lub więcej.

Dość marginalnie potraktowałeś chłopca, jednak scena z nim (kiedy biegnie do Piotra) jest bardzo wymowna, czego potwierdzenie mamy na końcu w słowach sędziego.

Ciekawie natomiast przedstawiłeś rozprawę. Tu najlepiej widać całą rozsypkę, niepewność, w jakiej jest Piotr, docierają do niego jakieś strzępy tego, co się dzieje, obserwujemy jego wewnętrzną gehennę. I nawet sam wyrok nie jest do końca jednoznaczny, czytelnik nawet nie wie, czy Piotr ten wyrok usłyszał i zrozumiał. Mało tego, jest on nawet mało zrozumiały dla czytelnika. Dopiero sędzia wyjaśnia, co tak naprawdę się stało. I tu mam zastrzeżenie. Temat brzmiał: „Głową muru nie przebijesz”. Sędzia natomiast wyraźnie mówi: „Przebił pan jednak ten mur”, co nie mieści mi się trochę w założeniach tematu lub, inaczej, mieści się, ale w sposób dość przewrotny. Zakładając, że temat dotyczył muru, którego przebić się nie da, Ty pokazałeś, jak bohater tego dokonał. Potraktowałeś temat jak dosłowne wyzwanie.

Tematu dodatkowego (klepsydry w ścianach), który nie był dla chętnych, nijak jednak u Ciebie nie zobaczyłem. Chyba żeby szukać w tekście głęboko ukrytej metafory, a na tej zasadzie każdy, nawet najgorszy tekst, będzie miał jakieś górnolotne przesłanie.

Nie mniej muszę uznać Twoje opowiadanie za dość udane, choć krótkie. Ponadto historia nie jest fantastyczna, dziwaczna, jest realna, dramatyczna, to atut. Jako jedyny napisałeś coś, co jest od początku do końca rzeczywiste, obyczajowe. Nie wyssałeś z palca nie-wiadomo-czego, dałeś nam kawałek życia, chociaż nie do końca na temat.

 

Karawan – Reportaż z warsztatu

 

Technikalia:

 

„... z prymrużeniem oka” – literówka.

 

„...niemal doskonałego, ja.” – chodzi mi tu o ukazanie tego „ja'. Po przcinku nijak nie pasuje, bo to nie zdanie składowe, ani wtrącenie. Zalecałbym więc opcję albo taką: Ja, albo taką: „ja”. Obie bez poprzedzającego przecinka.

 

„...usuarium na pobliskim cmentarzu...” – przypadkiem nie ossuarium?

 

„— Wrócę do tematu głównego — pomyślałem — i zacznę kombinować poważnie...” – rzecz dotyczy myśli. W tym wypadku myślnik na początku jest niepotrzebny, bo to nie wypowiedź dialogowa. Mogłeś to zapisać po prostu: „Wrócę do tematu głównego, pomyślałem, i zacznę kombinować poważnie...”.

 

„A może by tak; o zboczonym władcy?” – nie widzę potrzeby tego średnika. Samo „A może by tak o zboczonym władcy?” też będzie dobrze.

 

„I Herkules dupa jeśli ludzi kupa...” – przed „jeśli” przecinek. Znam osobiście wersję z „kiedy”, która chyba w przypadku tego zdania jest bardziej zasadna, ale nie jestem językoznawcą, więc uznaję też twoją.

 

„I już mój szary budyń bulgoce na karku.” – czas. Zacząłeś pisać w przeszłym, a bulgoce Ci w teraźniejszym. Zamieszałeś.

 

„...Wymierzana bez umiaru, za to wielce okrutnie; skazaniec związany jak szynka...” – tu, po „okrutnie” miał, zdaje się, być dwukropek, nie średnik.

 

„...która zjeżdzając z górki wali w mur.” – po pierwsze literówka z/ż, po drugie „zjeżdżając z górki” to wtrącenie, powinno więc być wydzielone przecinkami. Zatem: ...która, zjeżdżając z górki, wali...”.

 

„...by roztrzaskać czerep przestępcy...” – po co ten wielokropek? Co ma on zobrazować? Myślę, że rozwalenie czerepu jest dostateczni ostateczne.

 

„— Mało - zaskowyczał oglądający to...” – gdzieś wcięło drugi myślnik, a został dywiz (to nie jego miejsce, o nie). Poza tym skowyt kojarzy mi się z czymś dość głośnym, a więc nie zaszkodziłby wykrzyknik po „Mało” i oczywiście na końcu komentarza dialogowego kropka, a potem „to” (w dalszej części wypowiedzi, oczywiście) dużą literą. Zwłaszcza że masz tam później: „dodał trochę...”.

 

„Generetor Włebny (pisacz może próbować tworzyć nowe słowa! To było nowe słowo. Nieudane!)” – bynajmniej. Uważam, że całkiem fajne to „Włebny”, ale w generatorze masz literówkę. Druga sprawa, skoro uważasz, że nieudane, po co je zostawiasz? Kokieteria?

 

„W czasach bajek każde miasto miało, tuż za grodem miejsce kaźni, gdzie zwłoki zostawiano ku przestrodze innych, „nieprawomyślnych elementów”.” – po pierwsze „tuż za grodem” można potraktować jako wtrącenie, więc zabrakło wyodrębnienia przecinkami. Po drugie, powinno być raczej: „ ku przestrodze dla innych...” lub „by przestrzec inne, „nieprawomyślne elementy”. Poza tym, po „innych/inne” przecinek. Gdyby „innych” miało tu sens „pozostałych”, to nie, ale te „nieprawomyślne elementy” odbieram jako INNE określenie dla „innych”.

 

„...Ale miasto o którym chcę pisać nie musi...” – zabrakło przecinka przed „o którym”. Zresztą całe to „o którym chce pisać” potraktowałbym jako wtrącenie, więc przecinki po obu końcach byłyby wskazane.

 

„...bo władca (lub rodzina) ma chysia.” – odezwał się we mnie czytelnik Kawanaławicz. Jaka rodzina? Jeśli władcy, należałoby dopisać w tym nawiasie (jego), bo pytanie „jaka?” samo się ciśnie. Z treści natomiast jakoś nie wynika, że chodzi o rodzinę władcy... chyba że nie chodzi? Kolejna sprawa, słowo „chysia” przez „h” (podobnie jak hyzia).

 

„...Namiastka (inwencji. Oczywiście!)” – zastanawiam się, dlaczego tak? Skoro już napisałeś Namiastka, to też konsekwentnie napisać: Inwencji, a „oczywiście” po przecinku, czyli: Namiastka (Inwencji, oczywiście!).

 

„Gród stoi na nadmorskim wzgórzu.” – to dalsza część zdania po dwukropku, więc powinna być małą literą.

 

„...według zasady „Co ma wisieć nie utonie”.” – myślę, że dwukropek jest wskazany przed cudzysłowem, w końcu wymieniasz jedno z porzekadeł, którymi kierują się rządzący.

 

„...w przedzień...” – zabrakło „d”.

 

„...zgodnie z porzekadłem „Z wozu spadasz - wóz ma lżej”. – tu też dwukropek.

 

„Poleciał więc pięknym łukiem drąc się przeraźliwie...” – przecinek przed „drąc”.

 

„...powidziała moja Ulubiona.” – brak „e”.

 

„...Amica,Philips etc.” – brak spacji p przecinku i brak przecinka po Philips.

 

„Dla nich ważne sprzedać...” – przy takim zapisie, nasuwa mi się od razu pytanie: „Co sprzedać?” Myślę, że lepiej byłoby wstawić na przykład maleńkie „by” i ciut zmienić formę orzeczenia, w sensie: „Dla nich ważne, by/żeby sprzedawać...”. Wtedy zdanie zyska domyślny podmiot i będzie cacy.

 

„...a ty się potem bujaj frajerze!” – przed frajerem przecinek, bo to wtrącenie.

 

„Co prawda jest łysa i pyskuje...” – po „co prawda” przecinek, to wtrącenie. Tak, jakbyś napisał: „Jest, co prawda, łysa i pyskuje...”.

 

„...„będziesz pan zadowolony”...Ale jak...” – spacja przed „Ale”.

 

„Na oko między dwadzieścia, a trzydzieści...” – trochę to niegramatycznie napisałeś. Proponuję warianty: „Na oko, między dwudziestką a trzydziestką” (przy takiej konstrukcji nie stawia się przecinka przed „a”). Jest tu bezpośrednie nawiązanie do wieku, czego u Ciebie zabrakło i, w zasadzie, nie było wiadomo o jakie „dwadzieścia a trzydzieści” chodzi.

 

„...wiatrem deszczem...” – brak przecinka.

 

„Za odzienie ma dwa, no może trzy, kawałki płótna...” – tu jako wtrącenie potraktowałbym samo „no”, wtedy zdanie wyglądałaby tak: „Za odzienie ma dwa, no, może trzy kawałki płótna”.

 

„...którymi opasuje się gdy idzie do grodu.” – brak przecinka przed „gdy”.

 

„Za ryby w grodzie, dostaje kaszę i inne niezbędne produkty...” – bez przecinka, jest to zdanie pojedyncze.

 

„...kontrahentem jest Ajren - właściciel gospody...” – zamiast dywizu powinien być półpauza.

 

„I Namiastka, nie zważając na temat Bitwy i problemy pisacza z artykułowaniem myśli, rozpędza się.” – znów zmieniłeś czas.

 

„...widzę intrygę mającą na celu zagarnięcie hodowli muren i likwidację Kyniego. By zbudować intrygę, wystarczy dodać nuworysza-konkurenta dla Ajrena...” – blisko siebie „intryga”. Tą drugą śmiało możesz zmienić na „ją”, w sensie: „by ją zbudować...”.

 

„...a gdy jego truchło spadnie w dół Czytelnik dowie się...” – brak przecinka przed „Czytelnik”.

 

„...który w jakąś środę otwarł pochód ofiar wisząc jako wahadło obok swego wynalazku.” – przecinek przed „wisząc”.

 

„...pokazać tlumek wiernych widzów...” – literówka l/ł.

 

„Z blisko rozpłaszczonego nosa osadzonymi bezrzęsymi oczami...” – oczy to takie kulki, rzęs nie mają, co innego powieki. Poza tym zdanie zbudowałeś dość karkołomnie. Może lepiej i prościej: „Z oczami koloru rybiego brzucha, osadzonymi blisko rozpłaszczonego nosa...”.

 

„Jeszcze i pointa zaskakująca bo nie to, że Kyni głową muru nie przebije, a mureny nakarmi, ale kolejnym przysłowiem...” – to zdanie brzmi dla mnie całkiem bez sensu. Mogę jedynie domyślać się, o co Ci chodziło i zaproponować taką alternatywę: „Jeszcze i pointa zaskakująca, ale nie tym, że Kyni muru nie przebije, a mureny nakarmi, lecz kolejnym przysłowiem...”. Tu jednak ciągle nie graja mi te mureny. Czy chodzi o to, ze on sobą je nakarmi, wskutek realizacji kolejnego przysłowia. No, nie wiem, nie wiem, jakom Czytelnik.

 

„— Słuchaj. Coś się ze mną dzieje — to moja Ulubiona wyrywa mnie z seansu-półsnu.” – przede wszystkim uciąłbym „to”. Po drugie czas znów jest teraźniejszy, a tekst zaczynasz przeszłym.

 

„Wylądowaliśmu na SORze...” – literówka u/y, skrót powinien być tak zapisany: SOR-ze.

 

„...Może sprobujesz go wziąć?” – literówka o/ó.

 

„...ale może teraz – myślę — i dalej...” – jeśli wewnątrz narracji stosujesz półpauzę, warto być w tym konsekwentnym. Jeśli przed „myślę” dałeś półpauzę, to po „myślę” też powinna być półpauza.

„...wraca do mnie pytanie; już dzwonić, po karetkę, czy jeszcze poczekać?” – po „pytanie” powinien być dwukropek, natomiast przecinek po”już dzwonić” jest niepotrzebny. Nie powinno go być także przed „czy”, bowiem jest tu pokazana ewentualność, a nie wprowadzone zdanie składowe.

 

„...co faktycznie znaczy; „Głową muru nie przebijesz.” – zamiast średnika powinien być dwukropek.

 

Generalnie można zwariować z czasami. Skaczesz po nich tak ekwilibrystycznie, że oczopląs i palpitacje są gwarantowane w pakiecie. Narracja musi być prowadzona konsekwentnie w jednym czasie.

Ale!

Starasz się pisać „kolorowo”, dowcipnie, z polotem, chociaż czasem Cię to gubi, zapędza w kozi róg. Styl masz lekki, gawędziarski, to atut. Tekst skrzy się humorem niewymuszonym, inteligentnym – to kolejny atut. Pisanie to zdecydowanie Twoja druga natura, nawet dziwolągi typu „Włebny” pasują do klimatu tekstu, dodają smaku. To już trzeci, a może i czwarty atut.

Zawodzi Cię jednak technika, dajesz się ponieść i niech się martwią inni, jeśli zwrócą uwagę. Bo Ty wiesz, że jak to z Tobą i pisaniem jest, ale inni może nie?

 

Fabularia.

 

Bohater – potraktuję go jako postać całkowicie fikcyjną – to osoba dość przewrotna, kokieteryjna w swoim o sobie pisaniu, zapewnia bowiem co chwilę, że pisanie to jej „pięta Achillesa”, a jednocześnie pisze i daje dowód na to, że wcale tak nie jest. W każdym zdaniu stara się pokazać całą krasę swojego kunsztu, błyskotliwości, poczucia humoru, a we wstępie pisze np.: „Z drugiej zaś strony nie lubię czytać, żem osioł, ale jednak potrafię patrzeć na swoje wypociny z przymrużeniem oka”.

No, i jak tu takiego bohatera nie lubić? Jego świat wewnętrzny jest przebogaty, wyobraźnia ostra, dowcip inteligentny, a z drugiej strony, kiedy życie upomina się o swoje, bohater zakasuje rękawy, ponieważ doskonale zdaje sobie sprawę, co jest naprawdę ważne.

Akcja opowieści jest oryginalna – oto mamy bezpośrednią „transmisję” z twórczej męki, jakiej doświadcza bohater. Myśli o napisaniu opowiadania, analizuje pomysły, rozpatruje „za i przeciw”, walczy sam ze sobą, ze swoją wyobraźnią, rozważa. Kiedy się o tym pisze, wygląda to na totalne nudziarstwo, ale (o, dziwo) tak nie jest. Ja się nie nudziłem. Mało tego, śmiem stwierdzić, że jeśli ująłbyś literacko tylko to, co wymyślał Twój bohater, obudował to narracją, itd., byłaby to po prostu kolejna, jedna z wielu, wymyślona historia. Może obroniłaby się stylem, akcją, nie wiem – postaciami, a może i nie. Poszedłeś jednak dalej i bardzo dobrze. Ożywczy powiew bardzo jest czasem wskazany i Ty mi go zapewniłeś.

Z założeń Bitwy wybrnąłeś bardzo sprytnie. Sama walka z materią wymyślania historii, to już nawiązanie do tematu głównego. Wymyślana historia też do niego pasuje, łącząc przy okazji temat dodatkowy, bo czym innym jest mordowanie dla zabawy w karę śmierci, niż niszczeniem kolejnych klepsydr o (tak jak w niedoszłej opowieści) o ścianę? Mało tego – pod koniec twórczej męki „pisacza”, do głosu dochodzi codzienność nie usłana wcale różami, a wręcz dramatyczna, co dodatkowo podkreśla związek z tematem. Tu również można by odczytywać motyw klepsydr, jako nieubłaganie upływający czas, z którym wygrywamy kolejne starcia, ale walka (czyt. życie) jest z góry skazana na porażkę.

Dla mnie napisałeś tekst dobry. Wymieniłem już wcześniej jego zasadnicze atuty. Dodam do nich jeszcze sam pomysł. Nie wymęczyłeś kolejnej fikcji, tylko stworzyłeś dokument o tym, jak rodzi się dzieło, ile elementów układanki trzeba dopasować, by miało ręce i nogi; coś na zasadzie „making of” w dodatkach do filmów na dvd.

Chciałbym przyklasnąć z przytupem, ale jednak technikalia zrobiły swoje. Staję więc przed Tobą z kciukiem wzniesionym ku górze.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Karawan 11.02.2018
    Dziękuję bardzo. :)
  • Alladyn 11.02.2018
    Bardzo proszę.
  • Skoiastel 11.02.2018
    Dużo nam się pokryło. ^^
    Fajna ocenka, klikam w pięć! :)
  • Alladyn 12.02.2018
    Dzięki, Skoia :)
  • Felicjanna 12.02.2018
    Druga ocena inna. No, to mi się podoba, bo o ile od strony techno się zgadzacie (na ile dokładnie, nie sprawdzałam), tak już w odbiorze zauważasz i odbierasz inaczej. Z technikaliami nawet nie dyskutuję, a co do innych spraw, heh, także nie, chociaż pokrótce wyjaśnię może czym są "Potyczki".
    Luźne opowiadanka, w których Brunon jest pomocnikiem narratora, ale niekoniecznie głównym bohaterem. Tutaj stanowi, jak zauważyłeś zresztą, jedynie tło, postać pomocniczą, żeby przedstawić historię tragiczną pary skazanej na niepowodzenie w związku, od samego początku.
    Tytuł jest... niefortunny, a elfy... jedynie synonimem szlachty i masz rację, służy to ubaśniowieniu całości na ile to możliwe.
    Rzeczywiście Bruna nie opisałam, ale podałam kilka informacji, z których wynika, że dziesięć lat to on nie ma, a w wyjaśnianiu powodu ucieczki - — Na elfkę jedną nazbyt łakomie spojrzałem — wyjaśnił tyle, ile uznał za słuszne. - z tekstu odnoszącego się do dialogu można wywnioskować [moim zdaniem], że nie tylko spojrzał. I znów tłumaczę, nie o tym jest opowieść, więc powody obecności Bruna w zagrodzie są mało istotne. Za to, jeżeli ktoś przedtem potyczek nie czytał, taki zabieg może zachęcić delikwenta, do poczytania innych kawałków.
    Brakuje Ci opisów miejsc. Nie stosuję tego prawie wcale. Powiem tak: jak czytam książkę, w której widzę opisy krajobrazu, umeblowania pomieszczenia, czy szczegółowości stroju, z miejsca zaczynam się nudzić. Nie znoszę tego, więc i nie stosuję, chyba że to konieczne, jak opis Turonia [inny tekst], czy tutaj Łowcy, aby odróżnić go od rycerstwa, a zaznaczyć niejako czas akcji.
    No dobra, bo wyjdzie mi tu analiza analizy.
    Posłucham wielu sugestii, ale nie wszystkich. To że Tobie język wydaje się manierą, wszak nie oznacza, co innym wadzić będzie. Bawi mnie to i nie oznacza braku szacunku dla Waszej pracy, ale bitwa nie jest dla mnie rywalizacją z kimkolwiek, oprócz siebie samej, a i to w stopniu niewielkim. Wykorzystuję sytuację, żeby wiedzieć, co robię źle w moim zamyśle. Czy potrafię go przedstawić tak, jak założyłam. I co mam?
    Heh, u Ciebie odczytane zostało bezbłędnie, chociaż piszesz, że nie było łatwo. Skoiastel zakończenie wyglądało z kolei nierealnie. Czekam na pozostałe oceny i dzięki za Twoją pracę.
  • Alladyn 12.02.2018
    Po pierwsze, miło że się odezwałaś/odniosłaś, bo to znaczy, że nie zmarnowałem czasu, pisząc ocenę Twojej pracy.
    Co do opisów miejsc itd. - mnie również męczą jubilerskie szczególiki, dłubaninki w fakturze kory drzew, i nie o to mi chodziło. Zobacz, jak ciekawie wplotłaś przemianę Talindy w akcję. Działo się, o ona "ewoluowała" wraz z dzianiem się. Takich mi opisów brakowało, powiązanych z akcją, z oczekiwaniem Bruna, z przybyciem do obejścia, z wieloma sytuacjami, które się działy. Nie oczekiwałem inwokacji na cześć. Nie wiem, czy mnie dobrze zrozumiesz.
    Język jeden lubi taki, ktoś inny "śmaki", tu nie ma zasady ani reguł.
    Bitwy to nie rywalizacja, nie o to w nich chodzi. Bitwy to możliwość poznania różnorakich opinii na temat swojej pracy, a przy okazji ktoś coś napisze lepiej, a ktoś gorzej i, siłą rzeczy, wyłania się zwycięzca, ale nie jego wyłonienie jest sensem Bitew, a Ty, jak widzę, podchodzisz do tych zmagań jak najbardziej zdrowo.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania