"Pod Zielonym Ludzikiem cz 6" - poprawione

Tłum ludzi wpatrywał się w górę niczym zahipnotyzowany. Wszyscy, poza mną.

Wysoka, atrakcyjna kobieta w narzuconym na siebie długim czerwonym płaszczu, trzymała jedną ręką ramię partnera, który był od niej starszy z piętnaście lat.

– Nigdy nawet nie śniłam, że będziemy świętować w takich niesamowitych okolicznościach– powiedziała kobieta ze szczerym uśmiechem, wpatrując się przecz chwile w twarz mężczyzny. W jej oczach można było poznać, iż jest to kobieta o niebywałej inteligencji. Mężczyzna odwzajemnił spojrzenie, uśmiechnął się do niej, po czym uniósł kieliszek z szampanem.

– Na zdrowie Weroniko– Powiedział z uśmiechem– po czym stuknęli się lampkami szampanem i znów spojrzeli w niebo.

 

***

 

Przyglądałem się ludziom wpatrzonym w nocne niebo, sam również spoglądałem w nie co chwile. Jednak po jakimś czasie mój wzrok przykuła jedna postać, która nie stała w miejscu jak inni, zamiast tego wolno posuwał się w kierunku świętującej pary, omijając ostrożnie gapowiczów. Zachowanie postaci wydało mi się podejrzane. Zachowywał się całkiem inaczej niż inni, a co gorsza z każdym krokiem był bliżej osoby, która miałem zabezpieczać. Serce zabiło mi mocniej na samą myśl, że może znów będę musiał to zrobić. W pierwszej chwili przypomniał mi się ostrzał naszej bazy w Afganistanie. Musiałem otrząsnąć się i działać. Zacząłem szybko iść w kierunku podejrzanej postaci. Rozpiąłem kurtkę i sięgnąłem po rękojeść magnum 44. Nagle na drodze stanął kelner z tacką pełną lampek szampana –Dom Perignon dla pana? – spytał się kelner z wyćwiczonym uśmiechem.

Odepchnąłem go na bok. Na chwilę straciłem przemykającą postać. Gdy próbowałem ją znów odszukać wzrokiem, spojrzałem w stronę pary, która miałem ochraniać i ku zgrozie dostrzegłem, że zakapturzona postać jest już kilka kroków od nich. Widziałem ją z lewej strony, a Doktor stał odwrócony do postaci tyłem.

 

***

 

Kątem oka zobaczyłem, że z lewej strony szybko zbliża się do mnie krępawy mężczyzna z ręką wsadzona głęboko pod kurtkę. Bez wątpienia był to ochroniarz, który połapał się już, co za chwilę ma się wydarzyć. Chwyciłem rękojeść pistolet spod kurtki, szybko wyciągnąłem z kabury, po czym podszedłem jeszcze bliżej celu. To miał być czysty, pewny strzał, nie było mowy o spudłowaniu.

 

– Mój drogi – powiedziała kobieta w czerwieni – Wiesz… naszła mnie myśl. Na pewno jeden ochroniarz nam tutaj wystarczy?

– Tak, moja Weroniko…… – nie zdążył dokończyć, bo nagle jego twarz została rozerwana od środka. Jednocześnie towarzyszył temu głośny huk wystrzału. Mózg i krew poleciały na twarz Weroniki i na stojących obok niej gości hotelowych. Weronika nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy zamachowiec szybko obrócił się w lewo, jednocześnie klękając na jedno kolano i wystrzelił dwie kule w kierunku biegnącego już w ich stronę ochroniarza, który też już miał w dłoniach pistolet. Po chwili napastnik ponowił dwa strzały w tułów ochroniarza, który osunął się na ziemię. Zamachowiec wstał i wpakował jeszcze jedną kulę w twarz doktora, który leżał w bez ruchu na ziemi.

Tłum w najbliższym otoczeniu wpadł w panikę i rozstąpił się. Kobiety zaczęły histerycznie krzyczeć z przerażenia, inni goście hotelowi stali jak zamurowani z szeroko otwartymi oczyma.

***

Spojrzałem jeszcze na to, co zostało z głowy doktora, po czym zacząłem uciekać. Spojrzałem na zakrwawioną twarz Weroniki, która klęcząc na kolanach, wyszlochała w moim kierunku

– Wszystko zepsułeś! Wszystko zepsułeś!

 

Uciekałem z bronią w ręku, a z tyłu dochodziło mnie zawodzenie Weroniki. Odbijałem się barkami i rękoma o stojących w szoku ludzi, przewracając kilku z nich. W końcu sam potknąłem się o coś i runąłem na ziemię, z której szybko wstając wpadłem w kobietę w czarnej sukni. Zdążyłem tylko zobaczyć jej otwarte oczy i usta po czym rozpędzony, uderzyłem w nią z impetem tak, że poleciała na stojących za nią kelnerów

Nie biegłem wprost do zaparkowanego samochodu, lecz po łuku tak, żeby zmylić ewentualny pościg. Uciekając z miejsca zbrodni, ciągle wydawało mi się, że ktoś mnie śledzi, biegnie za mną. Jednak tylko krwawy księżyc unoszący się ponad Tatrami spoglądał na mnie, jak gdyby zwiastował coś złego. Gdy dobiegłem do spokojnej alejki bez ludzi, schowałem broń do kabury pod kurtką i zacząłem iść normalnym krokiem do samochodu. Dyszałem jak po przebiegnięciu maratonu. Po dziesięciu minutach byłem już w fordzie. Zdjąłem kurtkę i schowałem do bagażnika. Pistolet z magazynkami ukryłem w schowku, po czym wolno odjechałem, żeby jak najszybciej opuścić Zakopane i jego okolice. Serce nadal waliło mi jak młot, nie umiałem się uspokoić. Włączyłem radio i wyszukiwałem stacji, która nadawałaby ostatnie wydarzenia. Nie musiałem szukać długo.

 

„Dosłownie przed chwilą na terenie ARIES Hotel & SPA doszło do brutalnego zabójstwa znanego doktora nauk medycznych. Otrzymał on dwa strzały z bliska w głowę. Podczas zamachu zginął też ochroniarz osobisty doktora będący na służbie . Nie wiadomo kim był sprawca, który zbiegł z miejsca zdarzenia. Policja zbiera zeznania od naocznych świadków oraz analizuje materiały z kamer hotelowych. Na razie wiadomo, że zabójcą był mężczyzna w ciemnogranatowej kurtce z narzuconym kapturem na głowę. Wzrost metr osiemdziesiąt pięć centymetrów, czarne spodnie. Policja otoczyła teren. Nie wykluczone, że sprawca ucieka już samochodem, dlatego na wszystkich wylotówkach z Zakopanego należy spodziewać się kontroli policyjnych”.

 

– Super – pomyślałem.

Serce o mało mi nie chciało wyskoczyć, byłem cały roztrzęsiony. Gliniarze na pewno poznają po moim zachowaniu, że coś jest ze mną nie tak. Przeszukają auto, znajdą kurtkę pasującą do opisu, pistolet, magazynki. Pomyślałem, żeby wyrzucić pistolet i magazynki do rzeki, ale coś mi mówiło, że broń może mi się jeszcze przydać. Chciałem owinąć arsenał w koc leżący na tylnej kanapie, ale na razie musiałem jechać, żeby jak najszybciej opuścić te okolice jeszcze przed ustawieniem kontroli policyjnych. Będzie na to czas jeżeli nie zdążę przed blokadą i utknę w korku. Wtedy sobie przypomniałem, że jestem też poszukiwany przez policje jako osoba zaginiona od trzech dni. Mają moje zdjęcia, więc dokładnie wiedzą jak wyglądam. Próba przejścia kontroli policyjnej miała nikłe szanse na powodzenie.

Musiałem znaleźć inny sposób na wydostanie się poza blokady policyjne.

 

– Myśl, myśl – powtarzałem sobie, próbując znaleźć jakiś sposób, żeby wydrzeć się z sideł, niczym schwytane we wnyki zwierze. Od zamachu minęła godzina i już na głównej drodze zaczął tworzyć się korek spowodowany przez kontrole policyjne. Fałszywy dowód osobisty nic by nie pomógł, psiarnia była szkolona w rozpoznawaniu szczegółów twarzy i do tego moje nerwowe zachowanie, które wręcz krzyczało, że właśnie urządziłem rzeź. Stałem tak w korku, co chwile zmieniając pierwszy bieg na luz i hamulec i tak w kółko. Wlokłem się tak w sznurze samochodów, przejeżdżając właśnie obok małego parkingu pod sklepem ABC. To był jeden z tych małomiasteczkowych górskich sklepów, w których można było kupić dosłownie wszystko, od igły do szycia na osiemdziesięcio procentowej okowitce sprzedawanej pod ladą kończąc. Moją uwagę przykuł stary wysłużony gazik stojący na parkingu. Z pewnością takie auto nie należało do turysty, lecz do miejscowego górala, który właśnie podjechał po coś do sklepu. W mojej głowie zaiskrzyła myśl, że jak dobrze to rozegram, to przewiezie mnie on przez obławę policyjną. Zjechałem w pobliską wąską uliczkę i czekałem na właściciela gazika. Moje przypuszczenie okazały się słuszne, trafiłem w dziesiątkę. Do autka podszedł starszy mężczyzna. Na głowie miał starą, szarą czapkę zimową, która jakimś cudem trzymała się czubka jego głowy, odkrywając całe uszy i ciemne zmierzwione włosy. Ubrany był w kufajkę i brązowe grube sztruksy wpuszczone w luźne cholewy gumofilców. Był to typowy przedstawiciel wymierającej klasy górali, którzy jeszcze mieli z górami cokolwiek wspólnego. W głębi duszy czułem, że się z nim dogadam.

Szybko założyłem na siebie granatową kurtkę, wcześniej odpinając od niej kaptur, zawinięty w koc pistolet z magazynkami oraz ramoneskę i jakimś cudem zdołałem upchnąć to wszystko do plecaka. Gdy góral otwierał kluczykiem drzwi do swojego zdezylozywanego gazika, podszedłem do niego udając turystę.

 

– Dzień dobry – powiedziałem żywo

– O co chodzi? – rzucił od niechcenia góral, spluwając w bok przez prawe ramie.

 

Znałem ten typ ludzi – miejscowi, którzy muszą pokazać turystom, że mieszczuchy o niczym nie mają pojęcia. Jednocześnie umieją skutecznie wyciągać od turystów dudki przy byle okazji. Na pewno już domyślał się, że będę go prosił o podwózkę ze względu na późną porę i brak busów. Pewnie nie raz podwoził turystów zmęczonych górskimi wędrówkami, których zaskoczyła noc i na pewno nieźle na tym nie raz zarobił.

– Nie mam jak wrócic do kwatery w Suchej beskidzkiej, a o tej porze już nic nie jeździ. Może mnie pan podwieźć? Oczywiście zapłacę odpowiednio. Ledwo stoję na nogach po zejściu z Ciemniaka. Wolę zapłacić panu 300 zł niż teraz iść do jakiegoś hotelu i wydać 600 zł za jedną noc.

Oczy górala zabłysły na myśl o takiej kwocie.

 

– Dobra, wsiadaj pan, podwiozę, ale dopłać panie jeszcze sto złotych, bo będziemy jechali dziurawymi bocznymi drogami to i droga będzie dłuższa i zawieszenie mi się wytłucze, bo na tych głównych drogach wszędzie jest zakorkowane. Jakąś obławę robią gliny. Podobno doszło do jakiejś masakry w jednym z tych drogich hoteli. Mieszczuchom już się pieprzy, ehhhh – i znów splunął na jezdnie.

Ale pieniążki biorę z góry – powiedział góral, z trudem udając obojętność na te czterysta złotych.

Na wieść, że będziemy omijali kontrole policyjne, chciałem dosłownie chłopa wyściskać. Wsiedliśmy do gazika i ruszyliśmy, niemal od razu skręcając w wąską wyboistą górską drogę. Byłem w niebie.

 

Od pół godziny jechaliśmy przez podziurawione wąskie asfaltowe drogi, rozpryskując co chwila kałuże. Plecak trzymałem przed sobą na podłodze między nogami. Nie położyłem go luzem na tylnej kanapie, bo wstrząsy były takie, że bałem się, że pistolet sam wystrzeli.

Mimo późnej godziny wieczornej ogromny jasny już księżyc rozświetlał okolicę bardzo jasnym światłem. W mojej głowie co jakiś czas słyszałem krzyk Weroniki „Wszystko zepsułeś, wszystko zepsułeś”. Co to miało znaczyć? Co ta kobieta miała na myśli? Wjechaliśmy na przełęcz, z której widać było naszą drogę pełną serpentyn, jedna kto co zauważyłem w oddali, zmroziło moje serce.

 

– Co tam tak świeci na drodze? – spytałem górala

– Aaa to nic. To policja pewnie. Ustawiają tutaj blokadę w razie, gdyby ktoś chciał się przedrzeć tą drogą, którą teraz jedziemy. Ale nie ma strachu, to jedyna kontrolana tej drodze. Gdybyśmy jechali głównymi drogami, to jeszcze byśmy z Zakopanego nie wyjechali – Odparł dumnie góral – Ale oni mnie znają, to miejscowe chłopaki. Mój syn też zdawał do policji, ale jemu się nie udało i teraz to koledzy mojego syna bawią się w stróżów Teksasu – zarechotał góral.

 

Nie wiedziałem, czy ci policjanci mnie nie rozpoznają. Mojemu przewoźnikowi na mnie nie zależy, dostał już swoje czterysta złotych. Jeśli mnie rozpoznają i zatrzymają, przewoźnik jest czysty, on tylko mnie podwoził tak jak masę innych turystów. Wystarczy, że trafi się jeden nadgorliwy glina z marzeniami, żeby wyrwać się z prowincji i dostać przydział do na przykład Śląskiej Komendy Wojewódzkiej, od razu lepsze zarobki i możliwości.

 

– Muszę się odlać – oznajmił góral.

 

Miałem dosłownie dwie minuty na podjęcie decyzji. Albo dalej uciekam, przedzierając się przez las, albo ryzykuje, że nadgorliwy gliniarz mnie rozpozna i biorę dziadka na zakładnika, albo chowam się w bagażniku, licząc na to, że dziadek mnie nie wystawi.

 

Spojrzałem na stojącego w krzakach górala, jednocześnie szybko wyjąłem z plecaka zawinięty koc, w którym była broń. Wyjąłem pistolet, a dwa magazynki schowałem do kurtki.

Gdy góral wsiadł do auta mocno się ździwił, gdy zobaczył skierowana w twarz lufę pistoletu.

 

– Słuchaj dziadku, bo nie będę powtarzał. Pojedziemy w kierunku północnym. Jestem poszukiwany za podwójne morderstwo. Grozi mi dwadzieścia pięć lat. Jak mnie złapią, to już z pierdla nie wyjdę. Więc wiesz już, że zrobię absolutnie wszystko, żeby mnie nie złapali. Już zabiłem więc mogę zrobić to ponownie. W tym radiowozie oddalonym ,z tego co widze, o jakieś dwa kilometry jest maksymalnie dwóch policjantów, z tego co mówiłeś pewnie niezbyt doświadczonych. Tak się składa, że ja jestem byłym żołnierzem gromu. Jak wywiniesz jakiś numer, to załatwię zaskoczonych gliniarzy a potem ciebie, z tym, że tobie nie pozwolę umrzeć szybko i bezboleśnie za zdradę.

Stary słuchał w milczeniu z rozdziawionymi ustami i szeroko otwartymi oczami oczami. Zobaczyłem, że zaczął się trząść ze strachu. Oddaliłem pistolet od jego głowy i opuściłem broń.

– W hotelu obrabowałem bardzo bogatego człowieka, a potem zabiłem jego oraz jego wspólniczkę i nawet mi przy tym powieka nie drgnęła. Całą kasę już ulokowałem w bezpiecznym miejscu. W kurtce zostawiłem sobie trzydzieści tysięcy złotych, właśnie na ucieczkę. Te pieniądze już są twoje, jeśli mi pomożesz. Widziałeś w swoim życiu kiedykolwiek taką sumę? Pomyśl, jak te pieniądze odmieniłyby twoje życie.

– Mam nadzieję, że stary wierzy we wszystko, co mówię – pomyślałem, ale musiałem go jakoś zachęcić do współpracy.

Góral siedział w bez ruchu. Widać, że był w szoku, jednakjego oczy zdradzały, o czym teraz myśli. Myślał o pieniądzach, które za niedługo mogą być jego. I co mógłby za nie mieć.

– To jak będzie? – spytałem, przykładając mu znów pistolet do twarzy – zostawić cię tu w lesie i pożegnasz się z kasą i tym wrakiem czy weźmiesz te trzydzieści tysięcy, które ci oferuję i gładko przejdziemy kontrolę policyjną? Słuchaj, teraz dam ci dziesięć tysięcy a jak przejedziemy kontrole, dam ci kolejne dwadzieścia tysięcy. Pasuje?

 

Jechaliśmy w milczeniu. Kazałem dziadkowi włączyć radio z jakąś spokojną muzyką.

Pistolet miałem ukryty w kurtce. Ztego co wyliczyłem, w magazynku zostało jeszcze jedenaście naboi. W razie, gdyby coś poszło nie tak, miałbym się czym bronic. Dodatkowo miałem jeszcze dwa pełne magazynki co w sumie dawało czterdzieści pięć naboi.

 

Podjeżdżaliśmy wolno do radiowozu, kiedy jeden z policjantów dał sygnał odblaskowym lizakiem, żeby zatrzymać auto. Dziadek zaparkował tuż przed radiowozem.

Policjant podszedł do otwartego okna kierowcy.

– A co pan tu robi w środku nocy, panie Tadziu? Żona znów pogoniła z chaty? – z lekkim uśmiechem spytał policjant, który widocznie dobrze znał pana Tadka.

– Nie, no skąd znowu, przecież widzisz, że jestem trzeźwy jak byk – odparł Tadek, dobrze maskując zdenerwowanie.

– No to po co tak jeździcie nocą?

– Misja specjalna. Odwożę kolegę Andrzeja. Popili i teraz trzeba niektórych odwieźć do domu. A kto jak nie ja znam te drogi najlepiej? – Zaśmiał się głośno stary, jakby na chwilę zapomniał o całej sytuacji.

Policjant poświecił w moją twarz, która wcześniej była porządnie wysmarowana wódką kupioną w sklepie ABC. Wcześniej wypiłem też kilka głębszych.

– A co to za kolega Andrzeja, bo nie pamietam, żebym widział u twojego syna tego gościa?

– Przyjezdny, miastowy z Katowic. Oni to pić nie umieją, gorzej niż nasze góralskie baby – zarechotał głośno stary.

– To aż do Katowic go wieziecie? – zdziwił się policjant.

– Nie, nie, do Suchej Beskidzkiej, ma tam kwaterę opłaconą.

– Mówiłeś, że musisz go odwieźć do domu – powiedział policjant, a ton jego nagle spoważniał – To nie mógł u was przenocować, przecież to nie słoń, żeby nie było dla niego miejsca na jedną noc.

– Pewnie, że by się dało, ale on dziś w nocy wylatuje z Krakowa do Londynu. Wiozę go na kwaterę do Suchej, bo nie dość, że jest służbowo to na dodatek z szefem firmy, w której pracuje i za parę godzin mają jechać na lotnisko Kraków Balice. To się kimnie te trzy godzinki, trochę otrzeźwieje i go wpuszczą na pokład samolotu, bo teraz nietrzeźwych nie wpuszczają. Tak słyszałem – ratował się jak mógł dziadek.

– Panie! Obudź się pan! – krzyknął policjant do mnie. Jednak nie otwierałem jeszcze oczu. Powtarzałem w myślach, że wszystko będzie dobrze.

Nagle z radiowozu wyszedł drugi policjant, wyraźnie młodszy od pierwszego, może z dwudziestoletni. Jednak nie podszedł bliżej, tylko stał za samochodem. Wiedziałem już, że przyjęli pozycję osłaniającą. Pierwszy policjant obszedł gazik z przodu nie spuszczając ze mnie wzroku. Widziałem to z minimalnie rozchylonych powiek. W końcu stanął obok mojego otwartego okna.

– Proszę się obudzić! – Krzyknął tym razem naprawdę głośno.

Zacząłem udawać, że się przebudzam z pijackiego snu.

– Dzień dobry – powiedziałem, patrząc przez podrażnione światłem latarki oczy.

– Raczej dobry wieczór – odparł policjant. – Proszę okazać dowód osobisty.

Wyjąłem z kurtki portfel ze sfałszowanymi dokumentami, wyciągnąłem dowód i podałem policjantowi.

Zaczął się chwilę przyglądać raz na mnie raz na dowód, po czym odparł.

– Proszę chwilę poczekać w samochodzie – powiedział policjant i wsiadł do radiowozu. Młodszy policjant cały czas stał za służbowym samochodem.

 

– Kurwa i co teraz? – spytał stary góral.

– Sprawdzają mnie – odparłem, mając przed oczami to, co ma za chwile nastąpić. Strzelanina, znów trupy i pewnie w końcu moja śmierć. Myślałem jak najszybciej wyeliminować obu policjantów. Istna gonitwa myśli a do głowy nic nie przychodziło. Jeśli uznają mnie za poszukiwanego i podejrzanego masakry w hotelu to nie mam z nimi dużych szans. Niestety, ale nie byłem w GROM–ie. Jeśli nic się nie będzie działo przez dłuższy czas, to znaczy, że wezwali posiłki i zaraz zwali się tu policja z całego Zakopanego i okolic.

 

Po chwili młodszy policjant wsiadł do radiowozu, a za chwilę starszy wysiadł i podszedł wolno do mojego okna.

– Oddaję dowód – powiedział – musimy sprawdzać mężczyzn w twoim wieku. Jesteś bardzo podobny do jednego poszukiwanego, tylko że dane z dowodu się zupełnie nie zgadzają. Poza tym… przed chwilą się dowiedziałem, że tamtego poszukiwanego już znaleźli. Ktoś spalił go w jego własnym samochodzie. Zidentyfikowano go po zębach. Zostawił samą żonę z depresją.

 

– Zidentyfikowali mnie po zębach? – zadrżałem – jak to zrobili? Zaraz się okaże, że ja nie istnieję – pomyślałem – ale zaraz uświadomiłem sobie, że przecież ja formalnie przestałem istnieć.

 

– Na drugi raz, niech pan pije razem z szefem, a nie szwenda się po górach. Mam nadzieję, że podziękuje pan panu Tadkowi odpowiednio – Skończył swe pouczenie policjant i odszedł do radiowozu.

 

Gdy jechaliśmy już dalej w milczeniu, poczułem, że jestem w Raju. Dziury w drogach wydawały się być ogrodami Edenu mojego wyczerpanego umysłu. Góral oznajmił mi spokojnym głosem, że już teraz aż do Suchej Beskidzkiej nie będzie żadnego patrolu.

Za Sucha Beskidzką wyjechaliśmy na główniejszą trasę i dalej kierowaliśmy się na północ.

Góral pytał się co jakiś czas niecierpliwie, kiedy dam mu pozostałe dwadzieścia tysięcy i się rozstaniemy, pozwalając mu wrócić do Zakopanego. Powtarzałem, że jeszcze musimy oddalić się od gór. Minąwszy Zator, kazałem skręcić w lesną trawiastą ścieżkę, którą następnie jechaliśmy jakieś piętnaście minut. Gdy byliśmy dostatecznie daleko od drogi tak, żeby krzyki dziadka nie mogły być słyszalne, zatrzymaliśmy się i wysiedliśmy z gazika. Był chłodny wczesny świt, przed wschodem słońca.

– Widziałem, że masz z tyłu auta między siedzeniami sporo lin – stwierdziłem.

– Tak, zawsze przydadzą się liny – odparł góral.

– Racja, teraz też się przydadzą. Rozbieraj się do samych spodenek – powiedziałem stanowczo – Buty możesz zostawić, ale najpierw pokaż mi, co w nich masz. Muszę cię dokładnie przeszukać.

– Ale – oponowałdziadek

– Róbcomówię. Dałem ci czterysta złotych i dziesięćtysięcy–ciągnąłemdalej stanowczo. – Wyjmij te liny z auta irzućmi je.

 

Musiałem przeszukać dokładnie wszystkie rzeczy dziadka czy czasem nie ma jakiś ostrych narzędzi, telefonu, kluczy, wszystkiego, co mogłoby mu się przydać w uwolnieniu z krępujących więzów z lin albo z kimś się skomunikować. Pozwoliłem starcowi zostać w samych uprzednio przeszukanych gumofilcach, sztruksach, swetrze, kufajce i czapce. Przywiązałem go tak do drzewa specjalnymi węzłami, z których sam nie był w stanie się wyswobodzić. W kieszeni kufajki zostawiłem mu tylko dokumenty i dziesięć tysięcy złotych.

 

– A reszta? – spytał dziadek – gdzie pozostałe dwadzieścia tysięcy?

– Nie ma – odpowiedziałem i nigdy nie było. Po prostu skłamałem – po czym dodałem – ciesz się z dziesięciu tysięcy i z tego, że żyjesz.

Po czym zakneblowałem mu usta, wsiadłem do gazika i odjechałem, zostawiając go przywiązanego do drzewa.

– Nie płacz dziadku – pomyślałem, jest jesień, grzybobranie, świta, za dwie, trzy godziny na pewno znajdzie cię jakiś grzybiarz, ale wtedy ja już będę daleko stąd. – wspomniałem raz jeszcze tego starego górala i przypomniałem sobie jak na moją prośbę o pomoc w podwiezieniu splunął przez ramię ……

***

Jechałem już prawie dwie godziny, odkąd zostawiłem górala przywiązanego w lesie. Zrobiło się już jasno. Zastanawiałem się, czy już ktoś znalazł starego. Słuchałem w radio wiadomości o porwanym samochodzie i uciekającym nim zamachowcu. Jednak nic takiego nie usłyszałem. Gazik rzucał się w oczy, zwłaszcza w tych stronach. Raczej nikt tu nie jeździł takimi samochodami. Było jeszcze wcześnie i ruch na drogach mały. Jechałem tak, obawiając się kolejnej blokady. W oddali ukazał mi się znajomy znak drogowy. Ulżyło mi, że już nie muszę się obawiać kontroli drogowych, bo na znaku było napisane „Zajazd pod Zielonym Ludzikiem”. Przejechałem obok znaku, niczym przez portal do innego świata, żeby po chwili skręcić w wąską drogę prowadzącą do zajazdu.

Po chwili dojechałem do miejsca i zaparkowałem gazika na parkingu. Nadal stały tu te same dwa samochody, które widziałem ostatnim razem. Stały w tym samym miejscu, jak gdyby nikt ich nie ruszał.

– Nikt nimi przez cztery dni nie jeździł? – zdziwiłem się. Po czym wyszedłem z samochodu, zbierając ze sobą swój plecak.

Wszedłem do środka przez główny hol i podszedłem od razu do recepcji. Zdziwiłem się, gdy spostrzegłem tą samą dziewczynę, która ostatnim razem polerowała szkło i obsługiwała mnie i Freje przy stoliku.

Brak innych gości oraz obsługi zaczęły mnie niepokoić. Do tego te dwa samochody widmo. To miejsce zaczęło mnie przyprawiać o ciarki.

Spytałem recepcjonistkę czy w ogóle gości tu ktoś taki jak Magda, bo założyłem, że skoro mi się tak przedstawiła jako autostopowiczka w potrzebie na początku naszej znajomości, to pewnie używa tego imienia cały czas.

– Tak, Pani Magda pewnie jeszcze śpi w swoim pokoju. Przekazać coś jak zejdzie na śniadanie?

– Tak, bardzo bym prosił poinformować ją, że już wróciłem i żeby zapukała do mojego pokoju. Ja poczekam na panią Magdę w pokoju, bo muszę się trochę zdrzemnąć .Będzie wiedziała o kogo chodzi –powiedziałem, choć miałem ochotę spać przez najbliższe dwie doby. Tylko adrenalina trzymała mnie jeszcze na nogach.

Recepcjonistka podała mi klucz do pokoju.

– Proszę uprzejmie. Piąte drzwi na prawo. Jak tylko zejdzie pana znajoma powiem jej, że pan już wrócił – powiedziała z miłym uśmiechem.

 

Wszedłem do pokoju, ściągnąłem buty i kurtkę. Położyłem się na motelowym łóżku, nakryłem miękkim kocem. Poczułem jak zaczyna schodzić ze mnie adrenalina, po czym usnąłem niemal natychmiast.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Zaciekawiony ponad tydzień temu
    I to na pewno jest po poprawkach?

    [Jednorazowa darmowa korekta]

    Tłum ludzi wpatrywał się w górę niczym zahipnotyzowany. Wszyscy, poza mną.

    Wysoka, atrakcyjna kobieta w narzuconym na siebie długim[,] czerwonym płaszczu, trzymała jedną ręką ramię partnera, który był od niej starszy z piętnaście lat.

    – Nigdy nawet nie śniłam, że będziemy świętować w takich niesamowitych okolicznościach[ ]– powiedziała [] ze szczerym uśmiechem, wpatrując się prze[z] chwil[ę] w twarz mężczyzny. [Po] jej oczach można było poznać, iż jest to kobieta o niebywałej inteligencji. Mężczyzna odwzajemnił spojrzenie, uśmiechnął się do niej, po czym uniósł kieliszek z szampanem.

    – Na zdrowie Weroniko[ ]– [p]owiedział z uśmiechem[,] po czym stuknęli się lampkami szampan[a] i znów spojrzeli w niebo.

    Przyglądałem się ludziom wpatrzonym w nocne niebo, sam również spoglądałem w nie co chwil[ę]. Jednak po jakimś czasie mój wzrok przykuła jedna postać, która nie stała w miejscu jak inni, zamiast tego wolno posuwał[a] się w kierunku świętującej pary, omijając ostrożnie [gapiów]. Zachowanie [mężczyzny] wydało mi się podejrzane. Zachowywał się całkiem inaczej niż inni, a co gorsza[,] z każdym krokiem był bliżej osoby, któr[ą] miałem zabezpieczać. Serce zabiło mi mocniej na samą myśl, że może znów będę musiał to zrobić. W pierwszej chwili przypomniał mi się ostrzał naszej bazy w Afganistanie. Musiałem otrząsnąć się i działać. Zacząłem szybko iść w kierunku podejrzanej postaci. Rozpiąłem kurtkę i sięgnąłem po [M]agnum 44. Nagle na drodze stanął [mi] kelner z tacką pełną lampek szampana[.
    ]–Dom Perignon dla pana? – spytał [] z wyćwiczonym uśmiechem.
    Odepchnąłem go na bok. Na chwilę straciłem [z oczu] przemykającą postać. Gdy próbowałem ją znów odszukać wzrokiem, spojrzałem w stronę pary, któr[ą] miałem ochraniać i ku zgrozie dostrzegłem, że zakapturzona postać jest już kilka kroków od nich. Widziałem ją z lewej strony, a Doktor stał odwrócony do postaci tyłem.

    Kątem oka zobaczyłem, że z lewej strony szybko zbliża się do mnie krępawy mężczyzna z ręką wsadzona głęboko pod kurtkę. Bez wątpienia był to ochroniarz, który połapał się już, co za chwilę ma się wydarzyć. Chwyciłem rękojeść pistolet[u] spod kurtki, szybko wyciągnąłem z kabury, po czym podszedłem jeszcze bliżej celu. To miał być czysty, pewny strzał, nie było mowy o spudłowaniu.

    – Mój drogi – powiedziała kobieta w czerwieni – Wiesz… naszła mnie myśl. Na pewno jeden ochroniarz nam tutaj wystarczy?
    – Tak, moja Weroniko…… – [N]ie zdążył dokończyć, bo nagle jego twarz została rozerwana od środka. Jednocześnie towarzyszył temu głośny huk wystrzału. Mózg i krew poleciały na twarz Weroniki i na stojących obok niej gości hotelowych. Weronika nie zdążyła nawet krzyknąć, gdy zamachowiec szybko obrócił się w lewo, jednocześnie klękając na jedno kolano i wystrzelił dwie kule w kierunku biegnącego już w ich stronę ochroniarza, który też już miał w dłoniach pistolet. Po chwili napastnik ponowił dwa strzały w tułów ochroniarza, który osunął się na ziemię. Zamachowiec wstał i wpakował jeszcze jedną kulę w twarz doktora, który leżał [] bez ruchu na ziemi.

    Tłum w najbliższym otoczeniu wpadł w panikę i rozstąpił się. Kobiety zaczęły histerycznie krzyczeć z przerażenia, inni goście hotelowi stali jak zamurowani z szeroko otwartymi oczyma.

    Spojrzałem jeszcze na to, co zostało z głowy doktora, po czym zacząłem uciekać. Spojrzałem na zakrwawioną twarz Weroniki, która klęcząc na kolanach, wyszlochała w moim kierunku[:]
    – Wszystko zepsułeś! Wszystko zepsułeś!
    Uciekałem z bronią w ręku, a z tyłu dochodziło mnie [jej] zawodzenie []. Odbijałem się barkami i rękoma o stojących w szoku ludzi, przewracając kilku z nich. W końcu sam potknąłem się o coś i runąłem na ziemię, [] wstając wpadłem w kobietę w czarnej sukni. Zdążyłem tylko zobaczyć jej otwarte oczy i usta[,] po czym rozpędzony[] uderzyłem w nią z impetem tak, że poleciała na stojących za nią kelnerów

    Nie biegłem wprost do zaparkowanego samochodu, lecz po łuku[,] tak[] żeby zmylić ewentualny pościg. Uciekając z miejsca zbrodni, ciągle [miałem wrażenie], że ktoś mnie śledzi, biegnie za mną. Jednak tylko krwawy księżyc unoszący się ponad Tatrami spoglądał na mnie, jak gdyby zwiastował coś złego. Gdy dobiegłem do spokojnej alejki bez ludzi, schowałem broń do kabury pod kurtką i zacząłem iść normalnym krokiem do samochodu. Dyszałem jak po przebiegnięciu maratonu. Po dziesięciu minutach byłem już w fordzie. Zdjąłem kurtkę i schowałem do bagażnika. Pistolet z magazynkami ukryłem w schowku, po czym wolno odjechałem, żeby jak najszybciej opuścić Zakopane i jego okolice. Serce nadal waliło mi jak młot, nie umiałem się uspokoić. Włączyłem radio i [poszukałem] stacji, która nadawałaby ostatnie wydarzenia. Nie musiałem szukać długo.
    „Dosłownie przed chwilą na terenie ARIES Hotel & SPA doszło do brutalnego zabójstwa znanego doktora nauk medycznych. Otrzymał on dwa strzały z bliska w głowę. Podczas zamachu zginął też ochroniarz osobisty doktora będący na służbie[]. Nie wiadomo kim był sprawca, który zbiegł z miejsca zdarzenia. Policja zbiera zeznania od naocznych świadków oraz analizuje materiały z kamer hotelowych. Na razie wiadomo, że zabójcą był mężczyzna w ciemnogranatowej kurtce z [kapturem narzuconym] na głowę. Wzrost metr osiemdziesiąt pięć centymetrów, czarne spodnie. Policja otoczyła teren. Nie[]wykluczone, że sprawca ucieka już samochodem, dlatego na wszystkich wylotówkach z Zakopanego należy spodziewać się kontroli policyjnych”.
    – Super – pomyślałem.
    Serce o mało mi nie chciało wyskoczyć, byłem cały roztrzęsiony. Gliniarze na pewno poznają po moim zachowaniu, że coś jest ze mną nie tak. Przeszukają auto, znajdą kurtkę pasującą do opisu, pistolet, magazynki. Pomyślałem, żeby wyrzucić pistolet i magazynki do rzeki, ale coś mi mówiło, że broń może mi się jeszcze przydać. Chciałem owinąć arsenał w koc leżący na tylnej kanapie, ale na razie musiałem jechać, żeby jak najszybciej opuścić te okolice jeszcze przed ustawieniem kontroli policyjnych. Będzie na to czas[,] jeżeli nie zdążę przed blokadą i utknę w korku. Wtedy sobie przypomniałem, że jestem też poszukiwany przez policj[ę] jako osoba zaginiona od trzech dni. Mają moje zdjęcia, więc dokładnie wiedzą jak wyglądam. Próba przejścia kontroli policyjnej miała nikłe szanse na powodzenie.

    Musiałem znaleźć inny sposób na wydostanie się poza blokady policyjne.

    – Myśl, myśl – powtarzałem sobie, próbując znaleźć jakiś sposób, żeby wydrzeć się z sideł, niczym schwytane we wnyki zwierz[ę]. Od zamachu minęła godzina i już na głównej drodze zaczął tworzyć się korek spowodowany przez kontrole policyjne. Fałszywy dowód osobisty nic by nie pomógł, psiarnia była szkolona w rozpoznawaniu szczegółów twarzy i do tego moje nerwowe zachowanie, które wręcz krzyczało, że właśnie urządziłem rzeź. Stałem tak w korku, co chwil[ę] zmieniając pierwszy bieg na luz i hamulec[,] i tak w kółko. Wlokłem się [] w sznurze samochodów, przejeżdżając właśnie obok małego parkingu pod sklepem ABC. To był jeden z tych małomiasteczkowych górskich sklepów, w których można było kupić dosłownie wszystko, od igły do szycia na [osiemdziesięcioprocentowej] okowitce sprzedawanej pod ladą kończąc. Moją uwagę przykuł stary[,] wysłużony gazik stojący na parkingu. Z pewnością takie auto nie należało do turysty, lecz do miejscowego górala, który właśnie podjechał po coś do sklepu. W mojej głowie zaiskrzyła myśl, że jak dobrze to rozegram, to przewiezie mnie on przez obławę policyjną. Zjechałem w pobliską wąską uliczkę i czekałem na właściciela gazika. Moje przypuszczeni[a] okazały się słuszne, trafiłem w dziesiątkę. Do autka podszedł starszy mężczyzna. Na głowie miał starą, szarą czapkę zimową, która jakimś cudem trzymała się czubka jego głowy, odkrywając całe uszy i ciemne zmierzwione włosy. Ubrany był w kufajkę i brązowe grube sztruksy wpuszczone w luźne cholewy gumofilców. Był to typowy przedstawiciel wymierającej klasy górali, którzy jeszcze mieli z górami cokolwiek wspólnego. W głębi duszy czułem, że się z nim dogadam.

    Szybko założyłem na siebie granatową kurtkę, wcześniej odpinając od niej kaptur, zawinięty w koc pistolet z magazynkami oraz ramoneskę i jakimś cudem zdołałem upchnąć to wszystko do plecaka. Gdy góral otwierał kluczykiem drzwi do swojego [zdezelowanego] gazika, podszedłem do niego udając turystę.
  • Yourofsky ponad tydzień temu
    Wielkie dzieki Zaciekawiony. A może chciałbys skorektować dla mnie więcej ? A jesli nie chcesz to może znasz takich/ takie którzy by chcieli ? Odpisz jak możesz na priv.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania