Poprzednie częściRepubliki Chlewu (1/3)  

Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Republiki Chlewu (2/3)

W krzywiźnie stóp z osnową opuchniętych żył zdawało się odnaleźć pewien urok. Piękno kamuflowało się w niedołężnej starości, pod miedzianą skorupą garbatych pazurów albo grzybie, przybierającym kształty kwiatów po złączeniu się palców.

Otulina woskowej cieczy nakrywała stopy do nasady ich zgarbienia. Podczas pogrążania się w ich archaicznej urodzie, Wasylka przekonana była o istnieniu arcydzieła, gdzie centrum stanowią purpurowe żylaki w łydkach jej matki. Klęczała nieruchomo na płóciennej spódnicy przed obliczem koślawych stóp w garze. W momencie kiedy obiekt refleksji okazał się przejawiać niecierpliwość i spryskał jej twarz, wynurzyła mydło.

— Przepraszam, mamuś. — Uniosła głowę z nad miski w stronę nieobecnych oczu z wygiętymi nadgarstkami i wysmarowała dłonie antybakteryjną masą.

— A gdzie Jadzia? — mruknęło naprężone ciało.

— Nie mieszka już z nami — odpowiedziała czułym tonem, wmasowując mydło w matczyne stopy.

— Jak nie mieszka?

— Wyszła za mąż, mamuś.

— Za mąż? Moja dziewczynka?

Wasylka zachichotała cicho.

— Jadzia jest dorosła, mamusiu. — Skrzyżowała wyłupiaste oczy z otępiałym wzrokiem matki, wspierając jej przesuszoną piętę dłonią. — Nie pamiętasz? — Zapytała, choć znała odpowiedź od sześciu miesięcy. — Był to bardzo piękny ślub. — Ciągnęła z bladym uśmiechem, ponownie nabierając w ręce mydła i przechodząc do jednostajnych ruchów oczyszczających spód stopy. — Ubrała twoją suknię. I miałaś rację mamo, co proste to i piękniejsze. — Ponownie skierowała wzrok na wygniecioną twarz, tym razem z wzajemnością. — Bo ty na swoim ślubie miałaś taką prościutką sukienkę z delikatnymi falbanami i wcięciem w talii — Uśmiechnęła się ciepło. — Mówiłaś, że obie założymy ją na swoich ślubach według tradycji, tak jak ty, babcia i prababcia. — Przechyliła głowę, koncentrując się na opłukiwaniu stóp. — My zawsze się wtedy z Jadźką buntowałyśmy okropnie. Tata mówił, żebyśmy się na zapas nie zamartwiały, bo żaden chłop nie zechce tak próżnych dziewuch. — Parsknęła, wyszczerbiając zęby. — Ale zmądrzałyśmy.

Sięgnęła po szczypce.

— A gdzie ojciec?

Westchnęła ociężale, przełykając ślinę.

— U Pana Boga, mamo. — Obdarowała ją wymuszonym uśmiechem.

Obcięła pierwszy paznokieć.

— A to twój mąż? — Wskazała mętnym wzrokiem szczupłego mężczyznę z beretem i rzadkim wąsem, wspartego ramieniem o framugę.

Blondynka odwróciła niepewnie głowę.

— Och, nie powinienem — wybąkał zmieszany, pakując dłonie w kieszeń ogrodniczek. — Wracam do roboty. — Wykonał dwa pokraczne kroki w tył, nie spuszczając Wasylki z oczu.

— Możesz zostać — odparła z subtelnym uśmiechem i powróciła do redukcji paznokci. — To przyjaciel, mamo. Ma na imię Bogdan. Bardzo nam pomógł po śmierci ojca.

— Weź ją za żonę — zakomenderowała na jednym wdechu.

— Ma...

— Zaopiekuj się moją córeczką.

Wasylka wyprostowała korpus, nabierając silnie powietrza.

— Mamo, proszę...

— A gdzie Jadzia?

– 10 marca, 1922 rok.

 

Dwójka rozczochranych pacholątek, gnieżdżących kuper na nagich piętach, przyglądała się manewrom utytłanych palców starszej siostry. Dziewczynka plasowała się w centrum resztkowego koca, który swoją objętością ugniatał fragment pszennych plonów. Międliła w palcach złotawe łodygi z warkoczem ziaren, przeplatając ich witki w skomplikowanych konfiguracjach.

— Jak zrobicie mu już łeb. — Zaprezentowała czwórce ślepi ściśnięte w pięści jabłko owleczone zbożem. — To później nabijacie go na patyk tak o. — Wwierciła się w czaszkę. — I tym patykiem z łbem przebijacie też gruszkę, żeby miał brzucho i robicie to samo z nogami i rencami, ale rence po bokach gruszki wyżej, a nogi od spodu. I nie pomylcie patyków, bo będzie miał długie szkity zamiast rąk.

— Dobrze? — Nikolai, najmłodszy, pokazał własną, ukończoną kukłę.

Dziewczynka o zwęglonych warkoczach przysunęła do niej twarz i zmrużyła wzrok.

— Nawet, nawet, ale oblecz bardziej brzucho pszenicą, bo prześwituje, a w domu ukradnę po guziku z koszuli taty i ci oczy pomogę zrobić.

Nikolai wyszczerzył zęby w ekscytacji, a ona skotłowała dłonią jego blond czuprynę.

— To jakieś chore jest! — obruszył się Oleg, uderzając gruszką o ziemię. — Nie da się!

— Bo głupi jesteś — dogryzł mu ze zbójnicką miną chłopiec.

— Głupi to jest twój ojciec!

Oleg rzucił się na ramiona Nikolaia, przyciskając jego ciało do koca.

— Galina! — Młodszy wezwał na pomoc sześciolatkę. Ta, nieporuszona zajściem, wywróciła parą piwnych oczu i ustała na krzywe nogi, otrzepując fartuch z ziaren pszenicy.

Nikolai jedną ręką szarpnął za zakurzone włosy brata, a drugą uszczypnął go w zadek.

— Ty durniu! — Oleg impulsem złapał się w miejsce ukąszenia i przetoczył w głąb pędów.

Młodszy wykorzystał autonomię ruchów, złapał za kukłę i zerwał się do biegu. Zanurzył ciało w pszenny ocean i popłynął najżwawiej jak tylko potrafił. Przedzierał się desperacko przez ostre kłosy, haratające opaloną skórę. Zachodzące słońce faszerowało pięcioletnią głowę zawrotami, a parne powietrze nadwyrężeniem płuc. Bystry wzrok dostrzegł między wiciami dróżkę. Odwrócił na sekundę głowę, aby zweryfikować sytuację na froncie. Nie dostrzegł poruszających się źdźbeł zbóż, ani nie usłyszał odgłosu jej miażdżenia. Odetchnął. Przycisnął do piersi kukłę. Wypłynął na powierzchnie. Potknął się o przydrożny kamień.

Przed drobnym ciałem zawył przyduszony uzdą koń. Chłopiec uniósł niepewny wzrok z ziemi na wysokość dwóch opuchniętych, czerwonych twarzy z rozchełstanymi mundurami. Oddzielił kuper od podłoża.

Prowadzący bryczką prześwidrował Nikolaia podejrzliwym wzrokiem. Drugi wyciągnął końcówkę papierosa z ust, pozbywając się jej pstryknięciem palców.

Nikolai przełknął ślinę.

— A ty tu co, dzieciaku? — Przemówił pierwszy z nich, barczysty i łysy.

— Bo ja... do domu tylko — wyjąkał chłopiec.

Drugi, bryłowaty, wyciągnął z wnętrza uniformu piersiówkę, odkręcił zawór i przelał część cieczy w kałdun.

— Co tam masz? — zapytał umięśniony, żłobiąc wzrokiem w pacynce.

— To... — Złapał ją obiema dłońmi, przywierając do ciała. — Moja.

— Twoja? — uśmiechnął się pobłażliwie i przymrużył oczy, odbierając współtowarzyszowi napój.

Wykonał jeden duży łyk, skrzywił gębę i westchnął.

— Rodzice wpoili ci okradanie państwa?

Zsunął się z bryczki. Nikolai, oddychając ciężko, wykonał kilka kroków wstecz. Żołnierz przystąpił chwiejnie do chłopca. Naprężył korpus i umieścił dłonie w kieszeniach szerokich spodni. Nachylił się.

— Może się ich zapytamy, co?

 

Siedziała na próchniejącym stołku w ganku, spajającym chałupę o słomianym dachu z podwórzem. Jej kręgosłup obciążony zestawem odstających łopatek, chylił się na wprost wiadra z odpadkami zygzakowatych obierków. Lewa ręka zgniatała umorusanego ziemniaka, prawa odzierała go ostrzem ze skóry. Ogołocone z pancerza wyrzucała w głąb sznurowanej siatki. W przerwie, wewnętrzną częścią dłoni ocierała pot z twarzy. W tych zbawiennych momentach wypinała żebra, łączyła łopatki i masowała obolały kark. Czasami wgapiała się w kuce ze snopów siana, zdobiące odległe pola. Częściej w ludzi. Kobiety, opchnięte w bawełniane, gryzące spódnice z prześcieradłem obwiązanym wokół talii, na zboże i niemowlę. Mężczyzn, wojujących z bydłem i pragnieniem, o czerwieniących się polikach i przydługich spodniach, które podtrzymywały wystrzępione szelki.

Koniec przerwy. Zgarbiła grzbiet, powracając do obowiązków.

— Obrzydliwy upał.

Usłyszała przed schodami sapnięcie. Uniosła wzrok.

— Jak w piekle — odmruknęła.

Smukły mężczyzna podparł ręce o biodra i wypluł powietrze.

— Podejrzewam, że niewiele się od tego różni. — Zmrużył wzrok i zlustrował wzrokiem krajobraz żniw.

— Ta — wybąkała, nie przerywając czynności — Pewnie mają tam trochę lżej.

Mężczyzna zaparskał. Kobieta uniosła wzrok, częstując go półuśmiechem. Objął ją czułym wzrokiem. Zbliżył się delikatnie. Uklęknął na wysokości jej piersi, przytrzymał zajęte dłonie.

— Wasylko. — Wetknął twarz pod jej uchylone czoło. — Muszę ci o czymś powiedzieć.

Oderwała się od kartofli i wlepiła w niego podejrzliwy wzrok.

— Kocham cię.

Przewróciła oczami.

— Dureń. — Wybąkała z udawanym znużeniem, który nie zdołał zamaskować mimowolnego uśmiechu. Objęła jego wklęsłe policzki przybrudzonymi dłońmi i ucałowała spękane usta.

— Jak masz już po robocie, Boguś, to znajdź swoje dzieciaki. — Poklepała go po policzku. — Nie chcę mi się wysłuchiwać Iriny, gdakającej o konieczności zapoznania moich bachorząt z kijem.

Kiedy miał już w planach powstać i zasalutować gotowość do wezwania, całość ich uwagi zajął dziecięcy lament na skrzypiącej, konnej kajucie, która brodziła po piaszczystej ścieżce i prowokowała w żołądkach postronnych wieśniaków spustoszenie. Wasylka wyskoczyła ze stołku, wykopując nagie ziemniaki. Gotów zerwać się do biegu, powstrzymało ją ostre szarpnięciem za kościsty łokieć. Bogdan pchnął ją za próg chaty.

— Wasylka! — syknął.

— Nie! Nie! — wrzasnęła, kiedy obraz rozsmarowywał się pod naporem łez.

— Musisz się uspokoić — warknął szepcząco, ściskając jej przedramiona.

— To moje dziecko. — Po jej policzkach spłynęły łzy. — Nie zabiorą mi dziecka, nie zabiorą mi mojego dzieciątka. — Załkała.

— Nie zabiorą, słońce. — Potrząsnął jej ciałem. — Proszę. — Poskromił natężony ton. — Musisz zachować spokój.

Zanosiła się cichymi spazmami płaczu.

— Jadźka mówiła to samo i cała moja rodzina...

Bogdan osłonił jej usta. Schody wydały z siebie dźwięk zwalistych kroków. Pękaty zapukał. Mężczyzna otarł jej łzy i oderwał się od ciężko wzdychającej kobiety. Zerknął na nią po raz ostatni, przyciskając klamkę i przywierając wskazujący palec do ust, sugerujący konieczność zachowania ciszy. Otworzył zmurszałe drzwi.

— Wasz dzieciak się zgubił — burknął gruby.

Oboje muskali palcami wierzchołek masywnej broni zwisającej z ich ramion. Łysy wyciągnął rękę na zewnątrz, nie spuszczając podchmielonych ślepi z dygoczącej Wasylki. Wepchnął napastliwie, kwękające dziecko, którego ciało wystrzeliło w matkę. Zamknęła je porywczo w swoich ramionach.

— Dziękujemy — odpowiedział zdawkowo Bogdan, chwytając za klamkę.

Barczysty ugodził otwartym łapskiem w drzwi, rozwierając je na pełną szerokość. Wasylka odskoczyła, nie spuszczając Nikolaia z objęć.

— Jakiś problem?

Bogdan zmniejszył dystans. Umięśniony rozprostował przekątnie ramiona, przewiercając karkiem kształt okręgu. Jego kości odpowiedziały chrząknięciem. Uformował monstrualną dłoń w garść i poskromił Bogdana. Mężczyzna pozbawiony przytomności osunął się na ziemię. Wasylka zamarła.

— Wypierdol go — rozkazał napęczniałemu.

Ten chwycił za ciało manewrem kartoflanego worka i zesłał na podwórkowy grunt. Zatrzasnął drzwi.

Nikolai zawył w ramię matki.

– 8 sierpnia, 1929 rok.

 

Noc przemalowała bezchmurne niebo w rozgwieżdżoną otchłań, kiedy jej kolana runęły o ląd zielonego nurtu.

— Bogdan! — zawyła, wypluwając resztki dwutlenku węgla z płuc.

Stał w bezruchu na piaszczystej skarpie z haftowanym, wrzeszczącym zawiniątkiem.

— Bogdan, do jasnej cholery, to tylko dziecko! — ryknęła pucułowata kobieta, chyląca się nad rozedrganą sylwetką Wasylki.

— Hej, chłopie. — Gruby ewenement w kaloszach przysunął się ostrożnie, rozpościerając subtelnie dłonie.

— Boże, Stefan — zachustana kobieta zadrżała w błagalnym tonie, przyciskając łopatki Wasylki do swojej klatki piersiowej. — Zatrzymaj go.

— Bogdan, oddaj mi dziewczynkę — rozkazał opanowanym głosem. — Nie chcesz mieć jej na sumieniu.

Wątły mężczyzna wsysał napastliwie ciepławe powietrze, przymrużając oczy.

— Nie będę wychowywać bachora zwyrodnialca — warknął przez zaciśnięte zęby.

— Ona nic nie zrobiła! — ryknęła w przerwie między świszczącymi oddechami Wasylka, przywierając dłonie do ziemi. — Oddaj mi ją, ty skurwysynie! — Zacisnęła w pięści korzenie przydymionej trawy, kołysząc się gniewnie.

Irina podtrzymywała wijącą się kobietę.

— Bogdan, to dziecko twojej żony. — Mężczyzna usiłował przemówić mu do nietrzeźwego rozsądku.

— Nie moje — odparł bezemocjonalnie, wgapiając się w wartki nurt.

— Będzie twoje — Wasylka wysyczała półszeptem. — Będzie cię kochać — zakwiliła. — A ty będziesz kochać ją jeszcze mocniej.

Odwrócił korpus i przepełnił szare, opuchnięte oczy tkliwym wzrokiem.

— Zabijesz ją to i ja ci umrę — oznajmiła, uciszając oddech.

Bogdan zamknął oczy. Jego twarz nasączyły łzy. Westchnął głęboko.

 

Anastazja przestała płakać.

– 14 czerwca, 1930 rok.

Następne częściRepubliki Chlewu (3/3)  

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 6

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • betti rok temu
    Bardzo ciekawie piszesz, muszę przeczytać pierwszy rozdział - wciągnęło mnie.
  • nimfetka rok temu
    Bardzo mi miło. Zapraszam z uśmiechniętym ryjkiem.
  • Canulas rok temu
    nimfetka, eeee, a to było na głównej?
  • Canulas rok temu
    Ech, sorry, nie dojrzałem. Żem debil :(
  • nimfetka rok temu
    Bez spiny, będziesz chciał to przeczytasz.
  • Canulas rok temu
    nimfetka, no tak, tylko myślałem, że mi przeleciało, bo nie dojrzałem na głównej, tylko wlazłem po komentarzu.
  • nimfetka rok temu
    Aaaaaaaaa
  • pasja rok temu
    Witam
    Piękny obraz obmywania nóg starej kobiety przez jej córkę. Kosmetyka na miarę tamtej rzeczywistości. Troska o kobiety i niepamięć seniorki odbita doskonale w dialogu. Znowu poprzecinane losy i ciągła walka o życie. Miłość nie potrafi ochronić przed gwałtem Wasylki. A potem znienawidzenie dziecka. Anastazja piękne imię, czy zamilczenie oznacza śmierć?

    Ciekawy zabieg z datami jak pocięte życiorysy.

    Pozdrawiam
  • nimfetka rok temu
    Znowu dziękuję za motywującą i piękną opinię. Cieszę się, że wpadłaś i pozostawiłaś po sobie ślad.
  • Canulas rok temu
    Helloł - Lecim

    "— Nie mieszka już z nami - odpowiedziała czułym tonem, wmasowując mydło w matczyne stopy." - krótka kreskula

    "— Och, nie powinienem — wybąkał zmieszany, pakując dłonie w kieszeń ogrodniczek. - Wracam do roboty. — Wykonał dwa pokraczne kroki w tył, nie spuszczając Wasylki z oczu. " - i tu

    "— Weź ją za żonę — zakomenderowała na jednym wdechu.
    — Ma- " - ta krótka kreska po "Ma?

    " Dziewczynka plasowała się w centrum resztkowego kocu, który swoją objętością ugniatał fragment pszennych plonów." - nie wiem czy w tej odmianie nie: koca - moge sie mylić.

    Ok, wyciągam same wątpliwości, ale niechaj Cię to nei zmyli. Tekst napisany na neiludzkim wręcz poziomie językowym. Wręcz obsesyjno-chorobowym, ale taka choroba to skarb.
    Lecę dalej, ale ten kawałek komentarza już wyślę, bo się skasuje niechcący i chuj mnie strzeli.

    Ps. Przecudnie prowadzone wypowiedzi. UWIELBIAX
  • Canulas rok temu
    "— To jakieś chore jest! - obruszył się Oleg, uderzając gruszką o ziemię. — Nie da się!" - kreska
    "— To... — Złapał ją obiema dłońmi, przywierając do ciała. - Moja." - kreska
    "— Ta — wybąkała, nie przerywając czynności — Pewnie mają tam trochę lżej. " - uciekła kropka po: "czynności"
    "— Wasz dzieciak się zgubił. — Burknął gruby." - bez kropki/ burknął z małej.
    "— Wypierdol go. — Rozkazał napęczniałemu." - bez kropki/ rozkazał z małej.
    "— Hej, chłopie — Gruby ewenement w kaloszach przysunął się ostrożnie, rozpościerając subtelnie dłonie." - brak kropki po "chłopie".
    "— Bogdan, oddaj mi dziewczynkę - rozkazał opanowanym głosem. — Nie chcesz mieć jej na sumieniu." - kreska.

    No i tyle.

    Potwierdzam, że w Twoje światy się wsiąka. Jeśli nie odkryjesz za bardzo alko/dragów i innych: w sensie (se odkrywaj, ale pisz), to być może będą kiedyś czytać Twoje lektury. A jeśli nie, na pewno Twój łeb będzie widniał w księgarniach.

    Pozdrox.
  • nimfetka rok temu
    Oezu, dziękuję za pochylenie się i wskazanie błędów. Zara się do poprawiania zabiorę. Jak zwykle motywujesz niezmiernie.
    Dzięki jeszcze raz.
  • jolka_ka rok temu
    Podziwiam Twój język i łatwość tworzenia dialogów. I to tak naturalnych! Plus klimat! Piszesz o rzeczach trudnych, ciężkich do przetrawienia w sposób piękny. Czekam na 3.
  • nimfetka rok temu
    Ja tez czekam, az zacisne poslady i napisze wiecej niz fragment.
    Cieszę się, ze zajrzałaś.
  • Ritha rok temu
    Wypłynął na powierzchnie. – na powierzchnię*
    — A ty tu co, dzieciaku? — Przemówił pierwszy z nich, barczysty i łysy. – przemówił* (dałabym z małej)
    — Ta — wybąkała, nie przerywając czynności — Pewnie mają tam trochę lżej. – pewnie* (albo kropka wcześniej)
    — Nie zabiorą mi dziecka, nie zabiorą mi mojego dzieciątka. — Załkała. – tu tez bym dała z małej „załkała”

    Nadal świetnie, ale minus jest taki, że w pewnym momencie zgubiłam się, kto komu zabiera jakie dzieci – raz, dziewczynka, raz chłopiec, raz Bogdana wyoutowali, za chwilę jest, datami sygnowane, ale jest chyba za wielki gorąc, bym to ogarnęła makówką. Tylko taki zarzut, bo reszta – język, dialogi, klimat, lepkość tej narracji, jest absolutnie boska.
    Fabuła zapewne też jest spójna, tylko mi się styki gorzej łączą na upale.
    Pozdrówki
  • nimfetka rok temu
    Trochę się obawialam tego zamieszania, mialam tez trochę inny zarys akcji, ale logistycznie mi się to nie zgadzało, dlatego takie nagromadzenie wielu epoizodycznych postaci. Znowu dziękuję. Tak w sekreciku, ja lubię inspirować się przed pisaniem Waszymi tworami.
    Dzięki za wskazanie błędów, później obadam. I dzięki za motywację.
    Pozdrowienia.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania