Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

Republiki Chlewu (3/3)

Palce Bogdana zacieśniały się wokół zaczepu radła, które przy pomocy najętej, końskiej siły zaczesywało pole. Z krzepą nacierał na instrument orzący grunt, który na nowo wskrzeszał płodność w spółdzielczej glebie. Wiązki zachodzącego słońca okrywały plecy zapakowane w koszulę z szelkami. Wydobywały blask z kropel potu na czole i wywlekały na wierzch ektomorficzne mięśnie. Poruszający się, zwierzęcy kuper, przysłoniwszy ciało grejpfrutowej gwiazdy, rozszczepił wokół własnego obwodu wiązki światła, nadając zadkowi aureolę świętości. Sznur ogłowia klaczy dusił się w drobnych dłoniach Wasylki. Kosmyki włosów wyrastających spod chusty owijającej jej głowę, unosił subtelny wiatr. Okalały uwydatnione, brudne kości policzkowe. Parła naprzód.

— Tatuś, głodna... — Dziewczynka o złocistych warkoczach, zajmująca kark i obejmująca pulchnymi nóżkami szyję Bogdana, wsparła brodę o beret mężczyzny i skrzywiła usta w podkowę.

Skierował wzrok w górę, usiłując załapać nim choć część twarzy dziecka.

— Ojć, głodna maleńka? — dopytał pieszczotliwym tonem, obejmując jedną ręką berbecia w talii, a drugą zsyłając w swoje ramiona — Zawołamy mamusię, kochanie?

Dziewczynka skinęła potakująco.

— Wasylka! — zawołał.

Kobieta uwolniła ogłowię z dłoni i wyminęła konia, aby nawiązać kontakt wzrokowy z oddalonym mężem.

— Poradzę już sobie — oznajmił. — Wracaj do domu, Anastazja jest głodna.

Uśmiechnęła się łagodnie, odwiązała z talii wełnianą narzutkę i zarzuciła materiał na plecy.

 

Dróżkę scalającą próchniejące chaty przemierzała żwawym krokiem, ściskając dziecko za rączkę i naśladując któryś z burżujskich tańców. Anastazja zanosiła się śmiechem za każdym, pojedynczym szarpnięciem, grającym rolę części układu. Ostatni chichot nadszedł przed dosłyszeniem błagalnych okrzyków. Wasylka zatrzymała się gwałtownie kilkanaście metrów przed skrętem w stronę domu. Wgapiała się na znajomą chałupę, z której docierały gardłowe krzyki. Położona w linii prostopadłej od jej rudery. W pobliżu ciężarówka z przyczepą, przysłonięta czarną płachtą o tęgich oponach. W środku zasiadały uniformowe pachołki systemu. Ścisnęła Anastazję w pasie. Dziewczynka obdarzyła matkę zdezorientowanym wzrokiem.

— Jeszcze...

Instynktownie zatkała małe usta dłonią.

— M...m... — rozdziawione, błękitne oczy, skierowane w stronę znieruchomiałej kobiety usiłowały cokolwiek z siebie wykrztusić.

Wasylka zdławiona lękiem oddychała coraz gwałtowniej.

Przez niestabilne drzwi wyskoczyła krągła szatynka w kuchennym fartuchu, ujmująca w ramionach drobnego chłopca. Pędząc na zrujnowany płot, okręciła się w stronę wyjścia frontowego, które wykrztusiło mężczyznę w ubłoconych kaloszach. Za sapiącym, spokojnym krokiem, wywlókł się umundurowany pachołek systemu, ściskając w dłoniach dwa jutowe worki przepełnione surowizną. Przerażony uciekinier runął o ziemię. Drapieżnik targnął ręką i cisnął bezwzględnie po ciężarze dobytku w płuca leżącego. Zamachnął dłonią do ulokowanych w pojeździe na znak zainterweniowania. Wypadli z zaciśniętymi karabinami. Kobieta ryknęła przeraźliwie, rzucając się w stronę domu. Pierwszy dopadł jej dygoczące przedramiona, obrócił niczym cyrkiel ołówek i napastliwie wyrzucił na środek drogi. Drugi przybił skórzanym butem głowę mężczyzny do wysuszonej ziemi. Odryglował broń. Ostatni uniformowy pachołek systemu, wyszarpał zza progu dwójkę wrzeszczących maluchów. Zdziczałe krzyki przerwał łoskot czterech, celnych odstrzałów.

Wasylka padła w bezdechu na kolana, przypierając do ciała Anastazję.

 

— Boże, ich dzieci — wycedziła przez dłonie, którymi osłaniała twarz.

Uwolniła policzki z własnego uścisku. Podtrzymując krawędź stolika, niemrawo odgięła korpus, aby oprzeć się plecami o wsparcie kratowego krzesła.

Bogdan sterczał przed blatem, obserwując zza szyb uciszone podwórze. Nabrał głęboko powietrza i odwrócił w stronę zbolałej żony.

— Nie mamy zapasów.

Zareagowała z opóźnieniem, kierując wielkie, załzawione oczy w jego stronę. Zmarszczyła czoło.

— Co ty pleciesz? — mruknęła półszeptem.

Bogdan ruszył z miejsca, ścierając nerwowo kurz z obmierzłych, wiszących szafek. Chwilę później zatrzymał się, skrobiąc jedną z najbardziej wystrzępionych.

— Oddałem Sorokinom nasze uprawy na przetrzymanie.

Przypatrywała się mu chwilę z rozdziawionymi gałkami i zerwała chwiejnie z miejsca, niwelując brak równowagi dłonią, którą naciskała o wierzchnie stołu.

— Co zrobiłeś? — Pchnęła krzesło łokciem, zbliżając się do wgapionego w nieokreślone miejsce kuchni, Bogdana. Skierował swój wzrok na kobietę.

— Nie tylko ja oddawałem! — natężył ton. — Irina i Stefan też nie będą mieli co do gara włożyć.

— Co ty mówisz? — wyrzęziła przez zaciśnięte zęby. — Bogdan, kurwa, mamy czwórkę dzieci! — wrzasnęła, szarpiąc za jego koszulę. — Czemu... — Zachłysnęła się powietrzem i oderwała dłonie od materiału. — Czemu nic, kurwa, nie powiedziałeś?! — Wykonała kilka kroków, oddalających ją od męża. — Do jasnej cholery! — Złapała jedną dłonią za drewnianą ramę wysuniętego krzesła i cisnęła nim o blat. Bogdan odskoczył.

— Wasylka!

Opadła na posadzkę i okryła twarz dłońmi. Zapłakała cicho.

— Kochanie. — Zbliżył się delikatnie i przykucnął przy jej ciele, obejmując dłońmi drżące ramiona. — Przecież nie umrzemy z głodu — prychnął subtelnym śmiechem, pocierając jej ręce. — Ludzie nam pomogą. Nie są bezduszni.

— Żadnej darowizny! — Wyrwała się z jego uścisku. — Sami sobie poradzimy.

Bogdan westchnął z rezygnacją.

— Jak? Wasylka, kurwa, jak?! — warknął, uderzając rękoma w podłogę. — Nie wyczaruję wam jedzenia z kotła. Musimy poprosić o pomoc!

— Jaki diabeł podpowiedział ci, że ukrywanie naszych zapasów u tamtych ludzi to dobry pomysł?! — Zerwała się z ziemi, Bogdan chwilę po niej.

— Gdybyśmy trzymali jedzenie w naszych zakamarkach już od dawna nas i nasze dzieciaki pożerałoby robactwo! — Zagestykulował ostro.

Krzyki przerwał dziecięcy pisk dochodzący zza progu, który oddzielał kuchnię i przedpokój.

— Głodna.

– 5 października, 1931 rok.

 

Zielonomętna ciecz otulona płatami szczawiu, orbitowała wokół łyżki dyrygowanej zbladłym nadgarstkiem. Regularne poczucie pustki w żołądku starała się przyciszać wyobraźnią, o której istnieniu zapomniała dawno po objęciu obowiązków żony i matki. Wyobrażała sobie zatem, że objęła obowiązki żony i matki u boku uniformowego pachołka systemu. Nie dlatego, że pożądała luksusu czy silnego mężczyzny, przyduszającego ociężałym buciorem tchawice konających wieśniaków. Jej zboczeniem była analiza cegłowatych palców najeźdźców. Dopatrywanie się obrączek. Usiłowała zrozumieć jak może wyglądać życie u boku gwałciciela cudzych żon, złodzieja wysmolonych karmazynem worków wydartych z rąk umierającej biedoty, czy mordercy napęczniałych z głodu pięciolatków. Ta kobieta wyszła za niego z własnej woli? Kocha go? Wie, że jest drapieżnikiem? Nie, nie drapieżnikiem. Padlinożercą.

— Hej, mamuś. — Przed drzwi frontowe wskoczyli Galina i Oleg z zaciśniętymi koszykami w rękach.

Wasylka, odseparowana od refleksji, przekręciła szyję w stronę dzieci.

— I jak?

Spuścili czupryny i niepewnie skierowali pakiet lnianych koszyków w stronę zasięgu matki. Wasylka wychyliła się, obejmując wzrokiem wnętrze przedmiotów. Pokręciła przygnębiająco głową.

— Nic? — Skierowała rozczarowanie w stronę ponurych twarzyczek.

— Wszyscy mówili, że nie mają — wybąkał spod byka Oleg.

— A ciocia Irina?

— Mówiła, że przesyła najdroższe pozdrowienia, ale nie ma nic w zandarzu.

— Zanadrzu! — Poprawiła go Galina, nakłuwając bok chłopca łokciem. Ten wzburzywszy się, wystawił jej pokątnie język.

Wasylka odwróciła się na pięcie w stronę gotowanej zupy, pochwyciła pędem za łyżkę, uderzyła nią o krawędź garnku i przyparła rękoma o blat, mrużąc wzrok. Dzieci podskoczyły, wlepiając w matkę rozdziawione oczy.

— Co mi po waszych pieprzonych pozdrowieniach — syknęła do siebie.

Drzwi uderzyły pleśniejącą ścianę. Przez próg przedostał się Bogdan, zaciskający w osmolonej dłoni grzbiet ze zwisającym truchłem czarnego kocura.

— Coś ty...

— Tutaj — wydyszał, ciskając ciałem zwierzęcia w centrum stołu.

Usadowił się na krześle. Uspokoił roztargniony oddech. Oblókł wzrokiem znieruchomiałą żonę, przyciskającą do piersi kuchenną łyżkę.

— No gotuj.

– 5 stycznia, 1932 rok.

 

Po raz trzeci wybudził ich jazgot opróżniającego naboje karabinu. Mizerna, piegowata twarz rozpieczętowała powieki na pełną szerokość i z dłońmi przytwierdzonymi do uszów z pozycji leżącej, przekonstruowała kręgosłup w pozycję siedzącą. Schowała głowę pomiędzy klinowe kolana i mimo że dźwięk ostrzeliwania przestał rozbrzmiewać kilkanaście sekund temu, przesiedziała w tym ułożeniu następne pięć minut. Próbowała podświadomie przekonać umysł, że był to jeden z wielu jej koszmarów. Dopiero, kiedy odważyła się rozprostować plecy, zauważyła, że Bogdan nie leży tuż obok niej. Musnęła czule pomarszczony fragment pościeli i ustała na równe nogi. Lustro przypieczętowane do pękających ścian przedstawiało wizerunek kobiety o zapadłych policzkach i uwypuklonej miednicy, z owłosionymi rękoma. Karłowaty żołądek nauczył się sycić szczawiowymi wywarami.

Nie była w stanie rozpoznać tej zniekształconej choleryczki. Nie potrafiła rozpoznać uczucia jakie towarzyszyło jej przez ostatnie tygodnie.

Pogładziła wydęty brzuch i ruszyła wolno w stronę pokoiku dzieci.

 

Rozpoznała uczucie jakie towarzyszyło jej, kiedy nie zdołała wybudzić Anastazji.

 

Ulga.

– 14 maja, 1932 rok.

 

— Tyk, tyk, tyk — szeptały przesuszone usta w rytm uderzeń kominkowego zegara. Ciężar ciała uciskał skraj materaca, kołysząc się w przód i w tył. Wierzchołki szponowatych paznokci kompulsywnie przecierały naskórek. Oczy osadzone w obrzękniętej twarzy drążyły lustrzane odbicie. Co dziesięć minut przecierała bladosine czoło z nadwyżki osadzonego potu. Co piętnaście minut głaskała materiał wygniecionej koszuli nocnej. Co dwadzieścia minut przełykała resztki nagromadzonej śliny. Co trzydzieści minut zamykała oczy. W mglistych ciemnościach dopatrywała chłopca rozkopującego z fanatyczną zawziętością fragment ziemi. Wyrywającego z wnętrza zagłębienia zwiotczałą kreaturę. Tłamsiła wtedy wygnieciony materiał, ścieśniała mocniej gałki w fioletowych powiekach i wypuszczała z siebie strużkę wykradzionego powietrza. Kiedy chłopiec zarzynał w zębach szyjkę obumarłego płodu zaczynała krzyczeć.

— Nikolai!

Lecz ten nie przestawał. Wyżerał wnętrzności nieuformowanej istotki z przerażającym apetytem. Pyszne, gumowe płucka, pyszne, cieniuśkie jelitka, pyszna, niewykształcona wątróbka, pyszne, zatrzymane serduszko.

A ona łkała. Zawodziła żałośnie. Kiereszowała paznokciami pościel. Padała na posadzkę. Padała tak jak wtedy, kiedy podczas rozpaczliwego poszukiwania pomocy dla rozgorączkowanego Nikolaia, potknęła się o kamień i straciła przytomność. Kiedy przygniotła chłopca własnym ciałem. Kiedy zadusiła niewyrośnięte chucherko.

 

Powstała z podłogi.

Musnęła koniuszkami palców zimną stopę, lewitującego pod żyrandolem, męża.

 

Wypadła przez zmurszałe drzwi na trawiastą ścieżkę konsolidującą ciała przydrożnych trupów i prawie-trupów. Świszczący oddech i otumaniony chód był już uznawany za codzienny. Przemieszczała się wokół opuchniętych szkarad i wyjedzonych zwłok dzieci utytłanych w sąsiednich gnojach, aby tylko dotrzeć nad wartki strumień.

– 20 sierpnia, 1932 rok.

 

Otworzyła oczy. Wydostała się flegmatycznymi ruchami z wanienki. Otuliła wysuszone ciało kremowym ręcznikiem. Zajrzała w głąb wielkich oczu zarysowanych na lustrzanej powierzchni. Opuściła mikroskopijną toaletę. Zniknęła za frędzlowatą zasłoną. Zahaczyła o obmierzły ganek. Dopadła wyżarte schody i opuszczone podwórze.

 

Dotarła nad wartki strumień. Ustała na piaszczystej skarpie. Odwinęła ręcznik. Zanurzyła nagie, wiotkie ciało w zielonej wodzie. Odchyliła twarz, obejmując wzrokiem pochmurne niebo.

— Moje życie — wyrzęziła na ostatnim oddechu. — Najmniej odżałowane.

Poddała się woli nurtu.

W powietrzu drylowały radioaktywne okruchy.

– 26 kwietnia, 1986 rok.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 7

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • betti rok temu
    Przeczytałam i szczerze mówiąc mam wrażenie nadmiaru metafor... bo chyba w prozie poetyckiej nie chodzi o to, żeby były w każdym zdaniu, a Ty właśnie o to się postarałaś. Doceniam wysiłek, ale zaznaczam, że widać ten trud... a to raczej nie bardzo dla Autora.
    Niemniej to tylko moje zdanie, z którym absolutnie nie musisz się liczyć.

    Pozdrawiam.
  • nimfetka rok temu
    Pewnie masz rację, mam tendencję do przedobrzania. Ale raczej już nic zbytnio nie zmienię w treści tekstu. Możliwe, że widać wysiłek, bo już bardzo chciałam skończyć ten tekst.
    Dziękuję, że wpadłaś z własnymi uwagami. Będę się mieć bardziej na baczności następnym razem.
  • jolka_ka rok temu
    Nadal podziwiam. Co do metafor; jedyny nadmiar widzę w akapicie "Tyl, tyk(...) " tam się zadziało zbyt dużo.
    To mocne:
    "Padała tak jak wtedy, kiedy podczas rozpaczliwego poszukiwania pomocy dla rozgorączkowanego Nikolaia, potknęła się o kamień i straciła przytomność. Kiedy przygniotła chłopca własnym ciałem. Kiedy zadusiła niewyrośnięte chucherko na śmierć." Zastanawiam się tylko czy dookreślenie na śmierć jest konieczne i czy to nie zasadzie zabiła na śmierć :D
    W każdym razie uwielbiam Twoje teksty za ten klimat i język, który może momentami zbyt napuszony i gęsty, ale piękny.
  • nimfetka rok temu
    Dziękuję bardzo. No właśnie też się nad tym zastanawiałam i nie wiem, bez tej śmierci mi coś jakoś nie gra. xD Ale chyba masz rację, chyba poprawię.
    Dziękować, Jolka.
  • refluks rok temu
    Czytałam kilka razy poprzednie dwie części i cały czas odkrywam coś nowego.
    Wybitne.
  • refluks rok temu
    Jeszcze dwa słowa. Jeżeli jesteś rzeczywiście tak młoda, żeby nie rzec młodziutka, to ja się raduję.
    Jest nadzieja dla cywilizacji europejskiej.
  • nimfetka rok temu
    Ojej, miło mi bardzo. Dziękuję, że wpadłaś.
    Nie wiem w którym miejscu kończy się granica między byciem młodziutkim, a mlodym xD No, ale siedemnascie w tym roku mieć będę.
  • Zaciekawiony rok temu
    Zadek uświęcony aurą grejfrutowego słońca - świetny obrazek!
  • nimfetka rok temu
    Dziena!
  • Canulas rok temu
    Zgadzam się poniekąd z betti, że za grubo w metafory, ale i rozumiem ten pęd, który ogarnia, kiedy flow jest złotem.
    Znów rozkurwiłaś albo może... Może jeszcze tak nigdy, nigdy nie rozkurwiłaś. Można przez chwilę uznać, że tekst dusi się od słów, ale nie. Dlatego że zagęszczenie dotyczy całości, a więc jest zamierzone stylowo. Nie jest wypadkowością chwilowego rozbujania.
    Jesteś niesamowita. Przesuwasz granice dalej od Putina.
    Szczera czapka z głowy.
    Genialny tekst, Fetka-Nim

    Nie wiem czy czytałaś Nathaniela Constantina "Historię Kanibalizmu", ale tekst jest tym wybornie nasiąkniety. Jeśli idzie ogólnie o Tee tekstu, to masz złote CV
    Pozdrox
  • nimfetka rok temu
    Cześć, Ulas-Can. Cieszę się niezmiernie, że przypasiło. Uwielbiam ten komentarz niemiłosiernie. Tera mogę odetknąć w spokoju.
    Nie czytałam "Historii Kanibalizmu". Inspirację zaczerpnęłam z hejdżbijowskiego Chernobyla, a właściwie z jednej sceny, w której pojawia się staruszka i wspomina jak to nigdy nie dała się ze swojego domu wykurzyć czy to przez bolszewików, czy to przez stalinowców.
    Wielkie dzięki za tak motywujący komentarz, właściwie jak zawsze.
  • Canulas rok temu
    nimfetka, taaa, pamiętam. Krowę doiła. Zacna scena.
  • Wrotycz rok temu
    Nimf, po pierwsze, i to już pisałam, sam wybór tematu świadczy o mega rozbudowanym humanizmie. Jak to pojąć? Bo w sumie, Ty usiłujesz zrozumieć ten czas oczyma bohaterów. Ostatnio wszyscy niemal (po premierze 'Wołynia') Ukraińców sytuują w jednej miarce, czarnej. Ty masz odwagę spojrzeć na ich historię. I nie, nie usprawiedliwiasz niczego, ale przypominasz o Wielkim Głodzie. Przekreślając retrospekcję, bo ambitnie wchodzisz w ten straszny czas swoją fabułą, charakterystyką postaci. Kwestia Bogdana. Sugestia kary. Czarnobyl.
    Szacun.

    Język, masz swój styl, on na pewno się zmieni. Z wielkim szacunkiem traktujesz Słowo. Jego możliwości są ogromne, jeśli tylko nie pozwolić sobie na łatwiznę, ograne na maksa zwroty, banalność, która jest efektem potocznego języka. Ale w tym niemal zastanym akwenie są źródła nieeksplorowane, dla ambitnych, wrażliwych rzemieślników literatury z wyższej półki. I Ty w ten sposób piszesz.

    Niemniej, przy całej niesamowitości obrazów tkanych Twoją wyobraźnią, czerpiącą z owych językowych źródeł, można to i owo udoskonalić. Np. unikać nagromadzania tych samych końcówek koniugacyjnych, bo piszesz rozbudowane wypowiedzenia i często np. -ły- się powtarza (formy czasu przeszłego). Nie będę cytować, sama znajdziesz.

    Pięć z trzema wykrzyknikami, Dziewczyno, nadziejo nasza.
    Uściski.
  • nimfetka rok temu
    Samymi sformułowaniami w tym komentarzu wchodzisz już na jakiś poziom poetyki, taki jest on piękny. Dziękuję ogromnie za tak szczegółowe wniknięcie w tekst i tak cudowny ślad pozostawiony po swojej obecności. Przypatrzę się tym nagromadzeniom, postaram się je ograniczyć przy następnej pracy. A tą "nadzieją waszą" zrobiłaś mi dobry humor na resztę dnia.
    Dziękuję, Wrotyczko.
  • Wrotycz rok temu
    Nic nie przesadzam z tą nadzieją i dziękuję za 'Republiki chlewu'. Wiara w Człowieka rośnie.
  • Dzień dobry!
    Przypominamy o obdarowywaniu zestawami – dziś o godz. 20.00.
    Pozdrawiamy :)
  • nimfetka rok temu
    Wieeeeem, wieeem
  • Nimfetka, oto Twój zestaw:
    Postać: Czarny rycerz
    Zdarzenie: Za ciasne buty

    Gatunek (do wyboru): Komedia/Groteska/Makabreska lub (pod kątem Antologii) Horror i pochodne
    Czas na pisanie: 1 września (niedziela) godz. 19.00

    Powodzenia :)
  • nimfetka rok temu
    Przyjęłam do wiadomości, dziękówka.
  • pasja rok temu
    Witam
    Trwożysz i wstrząsasz trzewiami. Opisujesz doskonale reżim za wschodnią granicą. Mieszasz, gotujesz szczawiową przyprawioną głodem oczu bez lśnienia. Kołchozy i ciężka harówka i pomiędzy tym kreujesz miłość i mit Bogumiła "pachołka systemu". Wielki głód i śmierć zachłanna nowych ofiar.

    Jej wielkie poświęcenie... "Usiłowała zrozumieć jak może wyglądać życie u boku gwałciciela cudzych żon, złodzieja wysmolonych karmazynem worków wydartych z rąk umierającej biedoty, czy mordercy napęczniałych z głodu pięciolatków"

    Jak wielki szacunek do umierania posiadała Wasylka. Wiedziała, że musi najpierw zrobić coś złego by potem obmyć swoje ciało z brudu codzienności, rozgrzeszyć je przed ostatnim namaszczeniem.

    Karze siebie za życie i 'Poddała się woli nurtu".

    Poszatkowałaś historię wręcz majestatycznie, z wielkim oddaniem dla kobiety zniewolonej przez system. Rozebrałaś do naga sumienie i pokazałaś wyższość jednostki ludzkiej nad biedą. Głęboki ten rów, którego niczym się nie zasypie. Tam rosną tylko dzikie łany chleba które dojrzewają z każdą wiosna na nowo.

    Pozdrawiam
  • nimfetka rok temu
    Kolejny, cudny komentarz wchodzący na poziom poetyki. Dziękuję za własną interpretację i za uznanie.
    "Głęboki ten rów, którego niczym się nie zasypie. Tam rosną tylko dzikie łany chleba które dojrzewają z każdą wiosna na nowo."
    O żesz, Pasja, o żesz. Jak ładnie.
    Dzięki serdeczne.
  • Prosimy o kontakt mailowy w sprawie Antologii:
    treningwyobrazni@gmail.com

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania