Poprzednie częściTłum (1/3)  Tłum (2/3)  

Tłum (3/3)

Część trzecia

I

Noc spędziłem na ulicach, nigdzie nie czując się pewny, co jakiś czas przysypiałem wtulony w losowy kąt pustego i ciemnego miasta, płytki sen z reguły przerywał maszerujący tłum. Zastanawiałem się, co poszło nie tak, w całym planie Boga? Przecież to niemożliwe, żeby stwórca został pokonany przez abstrakcję, chociaż po wszystkim co przeżyłem, byłem pewien tego, że koniec już nastąpił i nie ma tutaj żadnego rozwiązania. Zawsze myślałem, że apokalipsa oprze się na jednym z kilku szablonów - wojna nuklearna, nieunikniona kolizja naszej planety z kometą, epidemia, ewentualnie wybuch wielkiego wulkanu, który zasłoni Słońce gęstym pyłem i skaże nas na głód. Żaden z tych scenariuszy się nie spełnił, ludzie po prostu ewoluowali w kukły i tyle. Właściwie nie wiedziałem do końca co robić, myślałem nad opuszczeniem miasta, by oddalić się od tłumu, najlepszym miejscem do wegetacji byłby jakiś spory las, może budowa domku na drzewie rozwiązałaby problem skradzionych drzwi.

Wzeszło Słońce, siedziałem na kartonach skryty za śmietnikami jakiegoś osiedla, dopiero wtedy domyśliłem się jak daleko powędrowałem, ponieważ to były rubieże miasta okraszone tą samą ciszą co centrum. Chciałem już powstać z miejsca, kiedy to podszedł do mnie szczur, na widok giganta zamarłem w miejscu, węszył i węszył wokół mnie, po czym wstrzymał rozpoznanie, chwycił nogawkę spodni i nerwowo targał ząbkami te poniszczone bojówki. Myślałem sobie - Ach tak! Skoro wszyscy są kukłami, to ten świadomy zostanie pożarty niczym padlina. Szczur jednak nie miał zamiaru zaatakować, powstał na tylnych kończynach i machnął wymownie główką, bym szedł za nim. Jakoś mi to nie pasowało, ale i tak nie miałem nic do stracenia. Ruszyłem, a ten prowadził mnie po wąskich uliczkach między budynkami, aż dotarliśmy na bliżej nieznaną mi aleję. Szczur, w końcu stanął w miejscu, a dokładniej na pokrywie od kanału ściekowego, po której drapał pazurkami. Od razu wywnioskowałem, że chce bym zszedł na dół. - "W sumie może to nie jest zły pomysł, by ukryć swą obecność w podziemiach". Rozejrzałem się dokładnie po okolicy, i w momencie gdy uzyskałem pewność, iż nic mi nie grozi, podniosłem właz, spod którego buchnął okrutny dla nosa smród. Mój wspaniały towarzysz, od razu skoczył w mrok kanału, po czym usłyszałem donośne "plum". Myślałem sobie w głębi duszy - "za jakie grzechy mam wchodzić w to gówno", z plecaka wyjąłem latarkę, która na szczęście miała naładowane baterie. Ostrożnie schodziłem w dół po stalowych szczeblach, oblepionych ciemną i śliską mazią, samo odczuwanie jej na dłoniach, przyprawiało mnie o mdłości, wolałem nie wiedzieć co to jest. Szczęściem w nieszczęściu było to, że obok głównego koryta, przez które przepływały nieczystości, biegł ceglany chodnik, dzięki czemu uniknąłem zamoczenia butów i złapania zmutowanej grzybicy stóp. Szczur wynurzył głowę ze śmierdzącej wody i wyszedł na brzeg, po czym ruszył przed siebie, a ja za nim. Światło latarki ukazało mi kręty korytarz, o kopulastym sklepieniu, całość, również jak i chodnik, została zbudowana z czerwonej cegły, w większości spękanej do takiego stopnia, że z powstałych szczelin w sklepieniu, kapała woda, często na moją zmęczoną głowę. Szedłem tak dobry kwadrans, zanim dotarłem na rozstaj ścieżek, do wyboru albo w prawo albo w lewo. Szczur wybrał lewo, więc i ja obrałem ten kierunek.

II

Nie licząc kroków, a nawet czasu, powoli dotykało mnie zmęczenie dziwaczną wędrówką, szczur nie zwalniał, za to ja miałem co raz bardziej dość wszystkiego, w szczególności fetoru i złowieszczych odgłosów biegnących zza pleców, te dźwięki przyprawiały o gęsią skórkę, przypominały jęki dogorywającego człowieka. Wreszcie dotarliśmy do jakiegoś punktu, w którym mój kolega wstrzymał wędrówkę, z oddali dostrzegłem jasnozieloną łunę, bijącą wątłymi promieniami po mrocznych ścianach. Szczur został za mną, a ja sekunda po sekundzie odczuwałem znajome ciepło. "To musi być On". Niestety myliłem się, owe ciepło pochodziło od pentagonalnego portalu wbitego w ścianę, wyglądającego niczym zielona maź zamieszana łyżką o konsystencji budyniu, na widok którego, me serce poczęło bić szybciej. Drapałem nerwowo przemoczone włosy, nie chciałem dotykać portalu, strach narastał lecz po chwili podszedł szczur, powstał w pion i wskoczył wgłąb osobliwości. Jęki dochodzące z oddali kanału stawały się wyraźniejsze, jakby były bliżej, musiałem podjąć męską decyzję, iść dalej przerażającym tunelem, albo wskoczyć za szczurkiem. Wybrałem drugą opcję i przekroczyłem zielone wrota. Wpadłem w niekończący się wir, moje członki rozciągnięte niczym guma, rozrywane przez nieznaną siłę, umykały mi przed oczami, mimo to nie czułem bólu, ani strachu, czy też jakiegokolwiek dyskomfortu, było całkiem przyjemnie, w pewnym momencie ten lot w nieznane się skończył, a ja z pełnym impetem uderzyłem o piaszczystą powierzchnię i straciłem przytomność.

Przebudził mnie dotkliwy upał i ból w dolnej części szczęki, po otwarciu oczu dostrzegłem dwie gwiazdy, czerwoną i żółtą, jedna niedaleko drugiej, nie były tak oślepiające i duże jak Słońce, które widuję na codzień, aura przypominała późne jesienne popołudnie. Leżąc na plecach splunąłem w bok, w mieszance krwi i śliny znalazł się ząb trzonowy. Przekląłem pod nosem i podniosłem ciało do pozycji siedzącej, obok mnie stał wbity w piach plecak, a wokół widziałem nieskończoną równinną pustynię. "Gdzie ja do cholery jestem?!" - warknąłem pod nosem.

 

III

Powietrze ciężkie niczym ołów, dawało się we znaki płucom, nogi zaś jak z kamienia, przez co krok wymagał sporego nakładu siły, obolały, podniosłem plecak. Stwierdziłem, że to nie jest miejsce dla mnie, czy to obca rzeczywistość? Wątpliwości rozwiał szczur, wyłonił on łepek spod piasku...

- Dobrze cię widzieć ponownie, przepraszam za niedogodności... - Rzekł niskim głosem gryzoń.

- Czekaj, czekaj, bo już się pogubiłem. Kim ty właściwie jesteś?! - Zapytałem nafaszerowany gniewem.

- Jestem tym kim jestem, poza tym chyba się domyślasz, nieprawdaż?

- Dobra, straciłem już zdrowy rozsądek, ale obstawiam, że jesteś tym za kogo się podawałeś wcześniej?

- Tak, tak...

- Tak? To wytłumacz mi, co ja tutaj robię, co to za miejsce?

- Chcesz poznać szczegóły, czy tak po prostu? - Rzucił nieco zawstydzony.

- Po prostu?! - Krzyknąłem zdzierając przy tym gardło. - Po prostu skończ pleść bzdury!

- Ziemia jest jakieś czterdzieści lat świetlnych od tego układu podwójnego...

- Nie denerwuj mnie... - Odparłem agresywnie - Inaczej cię zdepczę...

- I tak nie umrę pod twoją stopą, ale mniejsza z tym. Wiem, że jesteś twardogłowy, i dlatego odpowiadam bez większych ogródek, to inna planeta, inny układ gwiezdny, ta sama galaktyka. Ziemia przepadła. Pan Pytajnik przejął całkowitą kontrolę, zablokował moje zdolności...

- Jakim cudem ty jesteś Bogiem? Skoro Pan Pytajnik robi co chce? Przecież chyba go stworzyłeś, jak mnie, albo amebę, czy kurwa nie wiem, jelenia?

- Zrozum, straciłem kontrolę, wszystko przesiąkło mrokiem i złem, z resztą popatrz na moją postać. Teraz wszechświat należy do niczego. Rozumiesz?

- Nie! - Krzyknąłem roztargniony.

- Nie udało mi się tym razem, muszę zacząć wszystko od początku...

- Jak to od początku? Teraz to zupełnie nie rozumiem...

- Hmm. Moim ostatnim wyjściem z tej sytuacji jest kolaps.

- Co takiego? - Odparłem zdezorientowany.

- Totalna zapaść wszechświata, zero materii, zero przestrzeni, zero czasu, chciałbym zacząć od nowa.

- A co ze mną i Ziemią? Ty...

- Co ja? - Odrzekł podirytowany.

- Ty zakompleksiony egoisto.

- Nie musiałeś odpowiadać.

- Dalej czytasz w moich myślach. - Stwierdziłem.

- Nie chciałem, ale tak to wygląda, że potrafię...

- Co teraz?

- Jak mówiłem kolaps...

- A co ze mną? Przecież mieliśmy pokonać Pana Pytajnika...

- Ty jesteś ostatnim świadkiem istnienia tego tworu.

- Czyli umrę? - Zapytałem zagubiony.

- Nie wiem, jesteś losowym zlepkiem materii. - Odparł zamyślony - Może zaczniesz gdzieś w nowym punkcie.

- To jest zbyt zawiłe...

- Chodź za mną, na koniec coś ci pokażę. - Zaproponował.

 

IV

Spokojnie przesiadując na balkonie swojego mieszkania, paliłem papierosa i popijałem go kawą. Przykryty lekkim kocem oraz wygodnie usadowiony w fotelu bujanym, trzymałem w ręku tani brukowiec, który dostarczał niepewnych informacji z okolicy i ze świata. Moje życie nie było ciekawe, większość czasu spędzałem w samotności, w domu jak i pracy. Unikałem kontaktu z ludźmi, z reguły próba nawiązania jakiejś relacji kończyła się fiaskiem. Wszystko wokół uległo diametralnej zmianie, kiedy to ze swojego stanowiska dostrzegłem Słońce, które w milczeniu wschodziło nad horyzontem. Zastanawiało mnie, czy to nie powtórzyło się kiedyś. Po skończeniu jednego papierosa miałem, w zwyczaju zapalić drugiego, sięgając do paczki chwyciłem pustkę. Okrutnie nie chciało mi się opuszczać spokojnego gniazdka, lecz nałóg podpowiadał, bym ruszył do sklepu. Mimo tego, że Słońce muskało moją twarz przyjemnym ciepłem, to miałem przeczucie, że zacznie padać deszcz, z resztą w brukowcu zaznaczyli, iż pogoda może być kapryśna. Zarzuciłem na siebie jasnozieloną kurtkę z kapturem, która była nieco przydługawa w rękawach, wstydziłem się w tym chodzić, lecz nie miałem innej, nigdy nie chciało mi się biegać na zakupy by szukać okazji cenowych i modnych ciuchów, poza tym stan portfela pozostawiał wiele do życzenia. Sklep, który leżał najbliżej, znajdował się dwadzieścia minut pieszo od mojego bloku. Wyszedłem z mieszkania, miałem jeszcze do pokonania klatkę schodową, jak na złość mieszkałem na dziesiątym piętrze. ..

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 1

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania