Tymczasem w Ciućmaniji część 1.

- Mariusz! Chodź jeno. Pójdziesz do ciotki Kachy kupisz my dwa butelky octu i dwa paczki fajków dla ojca- prawiła Aniela

- Jo, matka, daj piniendze to ci kupię- odpowiedział jej syn.

- Masz tu, jak cóś zostanie to se cóś kup.

- Jo.

- O się na chwilę położę bo od tych ogórków krojenia to mnie łeb już napierdala.

Aniela położyła się i włączyła telewizor. W pierwszym programie zaczynał się akurat ,,Teleexpres’’.

- Poniedziałek, 27 lipca 1998 minęła siedemnasta- dochodził głos z telewizora.

- O Jezu już piunta!- mówiła Aniela do siebie.

Tego dnia było wyjątkowo gorąco. Matka Mariusza była bardzo zmęczona. Pokroiła prawie osiem kilo ogórków. Na ten dzień pracy nie było końca. Wieczorem, wraz z mężem i synem musieli oberwać jabłka w ogródku i zawieźć do sklepu do ciotki Kachy. Ciotka Kacha była to kuzynka ojca Anieli. Miała ona siedemdziesiąt dwa lata. Prowadziła sklep spożywczy nieopodal młyna. Mąż Anieli mając przerwę w pracy często wpadał do sklepu ciotki.

- Cześć, matka!- wykrzyknął Roman wchodząc do pokoju.

Roman, mąż Anieli był, średniego wzrostu. Miał trochę ciałka, ale dobrze z tym wyglądał. Był łysy. Na jego głowie odbijały się promienie wpadające przez okno. Pracował w młynie przy rozładunku wagonów ze zbożem, oraz przy manewrach na bocznicy. Znał się trochę na obsłudze lokomotyw, ponieważ przez rok pracował na kolei przy naprawie taboru.

- I jak w robocie było?- spytała męża Aniela.

- Ty wisz co?- rzekł Roman opadając ciężko w fotel.- Pioter gadał, że maju likwidować my stanowisko, nu jak się wkurwiłem. Poszłem do kierownika i un my gada, że mnie nie zwolniu, jeno Piotrowskij męża, bo un się obija, nu i tyż nie potrzeba im trzech do rozładunku wagunów tylko dwóch starczy. Ale żem się tak zdenerwował, zara go opieprzyłem. Nikumu ni można wierzyć.

- Ojciec, nie podniecaj się tak. Przeżywasz, jak mrówka okres.

- A daj my spokój. O toten złodziej tyż. O! Wszystko toten likwiduje. Wisz, młyn tyż licho przędzie. Toć jeszcze ze dwa lata i tyż zamknu.

- Ruman, toć nie gadaj ciungle o tym. Toć na emeryturę niedługo idziesz.

- Jo tam. Można se dorywczo zarabiać. Jabłka przecie możem sprzedawać. Nu nic. Muszę iść się umyć.

- A co ty żeś się z gównem bił? I się tak nie drzyj.

- Ni. O Jezu! Zapumniałem, że matka śpi.

- To cicho już bundź. Tyż taky upał je to się una źle czuje, niech se śpi.

- Nie śpię, Aniela, nie śpię- rzekła zachrypłym, trzęsącym się głosem matka Anieli.

Matka Anieli, czyli Władysława Kilińska, była stara i zrzędliwa. Miała osiemdziesiąt siedem lat. Ledwo chodziła, ale denerwować umiała jak mało kto. Dawniej można było sobie z nią pożartować, jednak na starość zrobiła się strasznie złośliwa. Kobieta była ubrana w grube, czarne rajtuzy, czarną spódnicę i sweter popielatej barwy. Na to wszystko miała zarzucony jeszcze długi, niebieski, zapinany na guziki fartuch w żółte i czerwone kwiatki.

- Matka, połóżta się jeszcze- rzekł Roman z kuchni.

- Ty Ruman to cwany jesteś. Byś ze mnie chciał taku istotę nierozumnu zrobić. Co ty, swoich starych żeś do dumu pomocy oddał. Nikumu ni można wierzyć, Aniela. Ja ci mówiłam. Janeckie to su przebiegłe. Trzeba było się za tygo Zapióra dać.

- Niech matka tyle nie gada, jeno obiad zji- mówiła Aniela.

- Ja już wiem, co mam robić, nie pouczajta mnie.

- Aniela, słuchaj, ale jaja dziś w robocie byly- powiedział Roman wracając z kuchni.

- Ooo… Ogórky nakroiła, ale już nasolić to matka musi. O, tyż z niu…- prawiła matka jedząc plasterek ogórka.- Wszystko babka musi robić. Jeno co my się Mariuszek ostał, co się ze mnu zgadza.

- Nu, słuchaj, Aniela. Ja zaczenem wagun rozładowywać, a tu słyszę wyju syreny. Patrzę, a tu jadzie do młyna pogotowie. Wlatuje ten lekarz do młyna, ni? Nu i ja poszłem za nim zobaczyć co się stało, a uni do ty gruby Haliński przyszly, bo una bólów dostała, nu i dali ji zastrzyk i pojechaly. A ty wisz co una zrobiła?

- Nu co, gadaj.

- Kupiła se pół łebka i dwa kilo kapusty, i ugotowała. Nu i una późni mówi do kierownika ,,Nu, bo ja se tak siedziałam i tak jadłam, jaż wszystko zjadłam’’.

- O! Tota to ma spust- wrzeszczała z kuchni babka.

- Jo, matka, ma spust- przytakiwał Roman.

- Niech matka zji trochę zupy, żem pumidorówkę zrobiła, z naszych pumidorów, bo żeśma za dużo nasadzily- powiedziała Aniela.

- Toć już se wliwam. A dzie masz kluski?

- Bez klusków zjidz matka, bo już żeśma zjedli z Mariuszem. Tam masz chleba kawałek to se z chlebem zjidz.

- O!... Tak gadata na tu Halińsku, a wy sami tyż dużo jeta.

- Niech matka je, a nie marudzi- odezwał się Roman.

- Nu właśnie, bo do kościoła zara musim iść.

Średnia ocena: 3.7  Głosów: 3

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Aisak 8 miesięcy temu
    hahaha, ciotka Kacha!
    Już mi się podoba!
    :]
  • Aisak 8 miesięcy temu
    Przeczytałam!
    Świetne, teraz tak chyba nigdzie już nie gadają, a zresztą nie wiem, bo ino we chałupię siedza.
    Bardzo mi się podobało, za wieś, bo bardzo szanuję rolników, biedoki się natyrają, może w obecnych czasach mniej, bo unia finansuje, ale i tak kawał roboty muszą odwalić, no i przypomniały mi się filmy z dzieciństwa :)

    Dlaczego teraz takie gówna kręcą?!

    Będę czytała!
    :)
  • Aisak 8 miesięcy temu
    pięć.
  • Polonista 8 miesięcy temu
    U nas tak gadaju :) Ale to przeważnie starsi ludzie. Dobrzyń nad Drwęcą pozdrawia.
  • Pan Buczybór 8 miesięcy temu
    Polonista ha! Ja też z Dobrzynia i potwierdzam; gadają tak. A co do tekstu: nie czytałem, może później
  • Szudracz 8 miesięcy temu
    Panie B Przeczytaj, dobrze gadają. :)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania