Uwaga, utwór może zawierać treści przeznaczone tylko dla osób pełnoletnich!

W cELI, zwanej życiem - Rozdział 4

Po raz kolejny przełknęłam gulę w gardle, rozważając wyjście, w którym schowałabym dumę do kieszeni i pozwoliłabym przejąć kontrolę moim zwierzęcym instynktom, a dokładniej - instynktowi ucieczki. Przyglądałam się pulchnej kobiecie - dobrze po pięćdziesiątce, która krążyła po małym pokoiku, szukając moich narzędzi tortur. Siedziałam na kozetce i czekałam. Odkąd pół roku temu popełniłam najgorszy błąd, musiałam udawać się na badania kontrolne przynajmniej raz w miesiącu, a jeśli wyszły źle, można powiedzieć, że trafiałam do więzienia (czytaj: szpitala). Kobieta o siwych włosach ustała przede mną z szerokim uśmiechem. Jeśli myślała, że odwróci moją uwagę od wielkiej igły w jej dłoni to się myliła.

- Gotowa? - zapytała miłym głosem staruszki z sąsiedztwa.

- Jeśli powiem, że nie to przełożymy to na powiedzmy...nigdy? - zaproponowałam, nie odrywając wzroku od przedmiotu szatana, który trzymała w dłoni. W odpowiedzi usłyszałam perłowy śmiech.

- Niestety na "nigdy" jestem zajęta. - uśmiechnęła się i chwyciła moją rękę - Spokojnie, kochanie. Kiedyś "brałam w żyłę" czy jak wy to mówicie, więc bez problemu ją znajdę.

Spojrzałam na nią zaskoczona i lekko podenerwowana. Po raz kolejny usłyszałam jej śmiech. Spuściłam zawstydzona głowę, nie wierząc, że dałam się nabrać.

- No to zaczynamy. Lepiej odwróć wzrok.

Ten jeden, jedyny raz nie zamierzałam się kłócić. Zacisnęłam oczy i poczułam nieprzyjemne ukłucie. Gorączkowo próbowałam znaleźć w myślach coś przyjemnego. Pod powiekami pojawił mi się obraz śpiewającej Laury. Pewnie nadal jest w szkole z zespołem i Scarlet. Mam nadzieję, że jest szczęśliwa. Wypadałoby, żeby chociaż jedna z nas była. Następnie przed oczami zobaczyłam niesamowite zielone oczy, z brązowymi plamkami, które patrzyły na mnie jakby znały każdy mój najmroczniejszy sekret. Zac wdarł się do moich myśli z taką łatwością, że aż sama się przestraszyłam. Jednak skłamałabym mówiąc, że nie jest to przyjemny obraz. Zwłaszcza kiedy zobaczyłam jego uśmiech, dołeczki i włosy, które aż prosiły się o porównanie do mlecznej czekolady. A uwierzcie: do jedzenia porównuję tylko coś naprawdę ładnego.

- Zapraszam do świata żywych. Już po wszystkim. - pielęgniarka zaczęła się ode mnie odsuwać. - Chyba nie zamierzasz mi tu zaraz zemdleć, co?

- Raczej nie. - spojrzałam zaskoczona na małą rankę w zgięciu łokcia. Po raz pierwszy tak dobrze zniosłam badanie. Nawet nie zauważyłam kiedy się skończyło.

- Na wszelki wypadek weź to. - wcisnęła mi do ręki czekoladę. Z rozczarowaniem stwierdziłam, że gorzką. Nie zamierzałam jednak wybrzydzać. Dają to bierz - gonią to uciekaj.

Podziękowałam i powoli zeszłam z fotela. Kobieta po raz ostatni obdarowała mnie uśmiechem i poinformowała, że wyniki powinny być jutro, a ja czym prędzej wyszłam z gabinetu z czekoladą w ręku, niczym broń. Nie zaszłam jednak daleko, kiedy usłyszałam jakieś dziwne dźwięki - coś jak łkanie szczeniaczka. Otworzyłam białe drzwi skąd, jak mi się zdawało, wychodziły dźwięki. Pomieszczenie okazało się małym składzikiem, w kącie którego siedziała skulona różowa kuleczka. Blondynka pochlipywała cichutko.

- Hej malutka. Co się stało? - dziewczynka słysząc moje pytanie zaczęła płakać jeszcze głośniej. Po chwili wahania zamknęłam drzwi i usiadłam obok jej. Blondynka od razu się do mnie przytuliła. Czułam jak moja koszulka, z każdym szlochem robi się coraz bardziej mokra. Położyłam dłoń na jej głowie i zaczęłam głaskać po włosach - tak jak robiłam to wiele razy wcześniej z Laurą.

- Spokojnie malutka. Powiesz mi co się stało? Zgubiłaś się?

- N-n-n-nie.

- Więc, dlaczego?

- Bo...bo... nieważne. Pewnie będziesz się śmiała...

- Obiecuję, że nie będę. - dziewczynka spojrzała na mnie wielkimi niebieskimi oczami.

- Ładna jesteś. Podobają mi się twoje włosy. Wyglądają jak płomienie.

- Dziękuję. Ty też jesteś ładna. Taki mały aniołek. - uśmiechnęłam się życzliwie. - A więc...?

Blondynka spuściła oczy i przygryzła policzek. Po chwili wahania w końcu postanowiła udzielić odpowiedzi.

- Chowam się przed pielęgniarką, bo ona chciała dać mi zastrzyk! Wiem, że to głupie, w końcu mam już 6 lat! - wypowiadając ostatnie zdanie przybrała poważny wyraz twarzy, który w połączeniu z jej pulchną, dziecięcą buzią i różowymi wstążkami przy włosach, dawało komiczny obraz. Zanim zdążyłam się opanować parsknęłam śmiechem. Dziewczynka spojrzała na mnie z wyrzutem przemieszanym ze wstydem.

- Widzisz, mówiłam, że będziesz się śmiała. - jej głos był przepełniony smutkiem i niepewnością. Spojrzałam na tą kruchą istotkę obok i nie mogłam uwierzyć, że dziewczynka w takim wieku może być, aż tak smutna i nie chodzi tu tylko o tą sytuacją. Od blondynki biła niepewność i gorycz, które były wręcz namacalne.

- Nie śmiałam się z ciebie tylko z tego, że w końcu poznałam kogoś kto ma takie samo zdanie o igłach jak ja.

- Naprawdę? - dziewczynka niepewnie uniosła na mnie wzrok.

- A po co miałabym kłamać?

- W sumie racja: nikt nie chce być uważanym za tchórza. - na jej buźce w końcu pojawił się cień uśmiechu.

- Czy ty właśnie zasugerowałaś mi, że jestem tchórzem? - zaśmiałam się i zaczęłam lekko ją gilgotać. Nie wiem skąd u mnie ta śmiałość - w końcu prawie jej nie znam, ale najwyraźniej młodej to nie przeszkadzało, bo śmiała się w najlepsze.

- Tak, ale nie większym niż ja. - wykrztusiła pomiędzy kolejnymi wybuchami śmiechu. W końcu przestałam ją łaskotać. Obie z powrotem oparłyśmy się o ścianę składzika, ciężko dysząc.

- Miło mieć koleżankę od tchórzostwa. - wyciągnęłam do niej żółwika.

- Tak. - dziewczynka z uśmiechem przybiła zwierza. - Ale skoro jesteśmy koleżankami, to nie powinnyśmy znać swoich imion? - jej niepewność znowu wróciła.

- Elizabeth, ale dla znajomych Eli - przedstawiłam się.

- Tori - mała blondyneczka podała mi dłoń, którą z przyjemnością uścisnęłam - A mogę mówić do ciebie Flame?

- Dlaczego? - zapytałam zaskoczona.

- Ponieważ przyjaciele wymyślają sobie śmieszne przezwiska. Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami. - zawstydzona Tori znowu posmutniała i chociaż rzadko doznaję podobnych uczuć, tym razem zrobiło mi się jej szkoda. Nie chciałam, żeby dziewczynka była smutna i zamierzałam zrobić wszystko, żeby tylko do tego nie dopuścić.

- Jasne, że jesteśmy. - spojrzałam mojej nowej przyjaciółce w oczy i uśmiechnęłam się szeroko - Po prostu zastanawiałam się dlaczego właśnie "Płomień" - przetłumaczyłam przezwisko, którym mnie obdarowała. - Tori znowu się rozweseliła, wpuszczając w moje czarne jak noc serduszko, trochę światła.

- To przez twoje włosy. Wyglądają jak płomienie. - wyjaśniła mała z pełną powagą. - A jak ty mnie będziesz nazywać? - ekscytacja było mocno widoczna w jej oczach.

- To może.... Goldy! - wykrzyknęłam uradowana moją kreatywnością, jednak Tori chyba nie podzielała moje zdania ponieważ popatrzyła na mnie z dezaprobatą. - No co? To fajne przezwisko i tez pasuje do twoich włosów. - sama sobie zaczęłam się dziwić, że zaczęłam tłumaczyć się sześciolatce.

- Nie mogłaś wymyślić, czegoś bardziej oryginalnego?

- Dobra.... W takim wypadku propozycję. Pójdziemy na pewien układ: Ja wrócę tu jutro z nową, zaje... - ucięłam w odpowiednim momencie i kontynuowałam jakby nic się nie stało - ....fajną ksywką dla ciebie, a ty w zamian ty pójdziesz zaraz grzecznie na zastrzyk. Co ty na to? - Po przemyśleniu mojej propozycji, Tori skinęła niepewnie głową na znak zgody i niechętnie wstała a ja zaraz za nią - No to prowadź. Odprowadzę cię. - Złapałam ją za rękę, którą lekko uścisnęłam. Takim gestem Nicholas zawsze dodawał sił mnie i Lurze, kiedy jako dzieci bałyśmy się szczepionek.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania