W maluszkowym świecie (part three)

Wykonałem szybki unik i ostrze minęło mnie o kilka milimetrów. Ze świstem przecięło powietrze i poczułem jego ruch wokół błękitnej stali. Taki przeciąg śmierci.

Sam pchnąłem od dołu, ale odbił w błyskawicznej osłonie i poszedł flintą.

I odskok.

Krążyliśmy wokół siebie jak samce w tańcu godowym. Dwóch durnych kogutów, walczących o tę samą kurę. Na naturę nie poradzisz.

Lało. Deszcz spływał strugami po twarzy, z włosów robił strąki przyklejone do skóry. Kicha z tymi pawimi piórami w takim deszczu.

Końcem języka zebrałem kroplę płynącą mi do kącika ust i ruszyłem dalej w kołowrót śmierci. Stopami badałem grząski teren, ale patrzyłem uparcie w jego twarz. Bardzo znajomą.

"Boże, skąd ja go tak dobrze znam?"

Uważałem na oczy. To one mówią najwięcej. Reagują pierwotnie i niezależnie od woli właściciela. Tuż przed atakiem zwężają się źrenice.

To też pierwotny znak. Jak cel naszej walki.

I zobaczyłem. Skoczył, a ja wykonałem głęboki skłon i wyprowadziłem sztych od dołu. Poczułem jak klinga miecza wchodzi w miękkie tkanki, rozrywa je i usłyszałem jej zgrzyt na kręgosłupie.

I zmętniały te oczy.

Kurewsko znajome.

*

- Panie… No, ocknij się pan!

Otrzepałem się i rozejrzałem z leksza nieprzytomnie.

Mały rynek z pięknym ratuszem. Renesansową bryłą z naleciałościami późniejszych okresów. Jego monumentalizm i gabaryty aż nie pasują do małego, pięciotysięcznego miasteczka.

Bo duży jest ten budynek. Masywny, z wysoką wieżą i musi budzić respekt.

Przy jego zachodniej ścianie z dwoma figurami świętych, stworzono kącik rekreacyjno - wypoczynkowy. Kilka ławek stylizowanych na dziewiętnasty wiek, tuje w donicach i drewniany płotek. Taka mała iluzja odosobnienia i relaksu.

Mżyło. Upierdliwie nawilżało ubranie i włosy. Pewnie stąd to moje wrażenie deszczu we śnie, bo chyba przysnąłem na tej ławce.

Stał nade mną. Wysoki sześćdziesięciolatek w poplamionej, niebieskiej kurtce z logo „adidasa”. Raczej nie był jej pierwszym właścicielem, bo wyglądał jak ostatnie dziecko stróża. Zarośnięty, w zza dużych, powykrzywianych półbutach i spodniach wymiętych, jakby z dupy psa je wyjął.

Typowy żul.

- O co chodzi?

- Mówię już do pana trzeci raz, a pan gdzieś pływasz. Ma pan pożyczyć dwa złote?

- A oddasz? – Parsknąłem krótko.

- Jak postanowisz pan spędzić życie na tej ławce, to tak. Widzę pana siedzącego tu już od paru godzin, więc kiedyś oddam.

Przyjrzałem mu się uważniej. Składnie gadał i nawet niegłupio. W mętnych oczach były jakieś błyski. Inteligencji?

- Życie można spędzić wszędzie. Na przykład taki Diogenes…

- Mówię o ławce, nie o beczce.

No, proszę. Wie!

- Słuchaj. – Obcesowo przeszedłem na „Ty” – Można żyć gdziekolwiek. Pytanie brzmi: Po co?

- A ty nie masz po co? – W tonie głosu był cień współczucia. Też przeszedł na „Ty” – To smutne. Ja żyję żeby się napić. Jak się napiję, to jest mi obojętne, gdzie żyję. Trochę myślę i jest mi dobrze. Potem zasypiam. Budzę się i chcę się napić. Czyli ciągle mam po co żyć.

- To nazywasz życiem?

- Dobre, jak każde inne. Ty siedzisz od kilku godzin na ławce. Gdzieś odpadasz myślami, chyba przysypiasz. Tak jest lepiej?

Westchnąłem. Jest trochę racji w tej żulowej filozofii.

Usiadł koło mnie. Zaśmierdziało.

- Czekam – powiedziałem w przestrzeń.

- Długo czekasz. Oby warto było. Czekanie to strata czasu. Świat gna do przodu. Gdzieś się ludzie bawią, kochają, mordują. Coś robią, a ty czekasz… Na co? Kobieta?

Skinąłem głową.

- Żeby chociaż warta była twojego czekania. Pewnie się teraz pindrzy, ciuchy przebiera, perfumy wylewa, abyś miał poczucie sensu tego czekania. O której ma przyjść?

- Dwie godziny temu.

- Aaaa… - Podparł brodę dłońmi, łokcie oparł na udach i zapatrzył się w przestrzeń. - To cię olała. Więc na co jeszcze czekasz?

Wzruszyłem ramionami.

- Może coś jej wypadło.

Zaśmiał się krótko, gardłowo.

- Życie jest jak to miasteczko. Ma wzloty i upadki. Przez chwilę było stolicą Rzeczpospolitej. Tu powstało jedno z największych dzieł muzycznych. Ma piękny pałac, który teraz niszczeje. Teraz jest tylko senną dziurą, z pięknym rynkiem i kilkoma starymi uliczkami. Młodzi stąd uciekają. O, widzisz tę szkaradę betonową pomiędzy renesansowymi kamieniczkami? Plomba darowana przed wojnę – dentystę. Ludzie ciągle grzebią we własnym życiu i otoczeniu. Lepiej lub gorzej. Pogrzeb i ty zamiast czekać bez sensu.

- Ona jest dobra i śliczna. Warto poczekać.

- Jak te kamieniczki? Z piękną fasadą, zdobioną rzeźbionymi gzymsami i kwiatami w oknach? Wiesz, kto to był Patiomkin i co robił na drodze przejazdu carycy Katarzyny? Nic się nie zmieniło… Patrz…

Z bramy jednej z tych urokliwych kamieniczek wyszła kobieta. Stała chwiejnie. Płowe strąki oblepiały jej nabrzmiałą twarz. Ubrana była w kurtkę aż świecącą od tłustego brudu i czarne leginsy, które prześwitywały na przetarciach. Miały też kilka dziur i raczej nie były one wynikiem celowego działania współczesnych dyktatorów mody. Młode, zgrabne dziewczyny ganiają teraz w takich podartych portkach, ale ta nie była ani młoda, ani zgrabna.

Pani żulowa.

- Helka, chodź no tu! – krzyknął mój towarzysz.

Ta rozejrzała się nieprzytomnie i zlokalizowała wołającego.

- Czego chcesz, Profesor? – Podeszła wolno – Ten kto? Nie znam. Kurwa, dopiero się obudziłam. Masz co, bo mnie pali?

- Przyjezdny, to bądź miła i nie klnij. Pan może postawi.

Wzruszyła ramionami.

- To co? – zapytał, patrząc na mnie – Może postawisz i przyłączysz się do nas?

Wyjąłem stówę i dałem miejscowej piękności.

- Kup trzy flaszki i jakąś przepitkę. – Spojrzałem jej w oczy. Kurwa, ładne miała.

Uśmiechnęła się, prezentując imponujące ubytki w uzębieniu. Większe niż ten rynek. Zakręciła się jak fryga i pobiegła do sklepu. Nie ma to jak odpowiednia motywacja.

- Profesor? – Spojrzałem na niego z pytaniem – Skąd taka ksywa?

Opuścił głowę. Zauważyłem, że drżały mu ręce i ramiona. To pewnie stan przed-delirczny.

- Kiedyś byłem profesorem w tutejszym liceum. Wszystko było dobrze. A potem też siadłem na tym rynku i czekałem na nią.

- Też nie przyszła. – Bardziej stwierdziłem, niż zapytałem.

Podniósł głowę i spojrzał mi w twarz.

- Otóż przyszła, chłopie. I została moją żoną.

Musiałem mieć głupią minę, bo się roześmiał.

- Była jak ten Patiomkin, Helka i kamienice razem wzięte. Piękna fasada i brud wewnątrz. Śmieci i gnojówka. Jest teraz burmistrzem tego zasranego miasteczka.

Podniósł się i przeciągnął.

- Idzie Helka. Chodź, ma w domu śliczną córkę. Ta zawsze jest chętna, jeśli dasz jej drugą stówę, którą widziałem w twoim portfelu. – Westchnął. – Czekanie to strata czasu – dodał, rozglądając się wokół.

Wstałem również. Zmierzchało. Wilgotna, granitowa kostka rynku odbijała światło dopiero co włączonych latarni. Takich śmiesznych, rosochatych. Dwie na jednym, kutym słupie. Wyglądały jak widły Neptuna. Ryneczek tonął w uroczym, romantycznym półmroku.

Było pusto. Życie przeniosło się do tych bram i mieszkań.

- To chodźmy – powiedziałem.

*

Klęczałem przy nim, patrząc jak strużka krwi sączy się spod palców zaciśniętych na brzuchu. Podobna wypływała z ust.

"Dlaczego ja cię tak dobrze znam, a nie wiem, kim jesteś?"

Szeptał coś bezgłośnie. Pochyliłem się.

- Powiedz mi, jakie to uczucie zabić część siebie?

Średnia ocena: 3.3  Głosów: 10

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Angela ponad tydzień temu
    Czy Ty z łaski swojej możesz raz napisać coś, do czego będę mogła się przyczepić? W tym tekście można się rozpuścić. Pozdrawiam
  • puszczyk ponad tydzień temu
    Masz na myśli spłodzenie jakiegoś gniota?
    Myślę, że kilka popełniłem, ale przecież ich tu nie wrzucę ku radości stada ślimaczków :)
    Fenksior.
  • JamCi ponad tydzień temu
    Miałeś rację. Ta jest najlesza.
  • puszczyk ponad tydzień temu
    To proza, a w tym się czuję najlepiej.
    Wiersze popełniam tylko z lenistwa, kiedy nie chce mi się pisać czegoś długiego :)
    Dzięki.
  • IgaIga ponad tydzień temu
    puszczyk wymiata:)))
  • puszczyk ponad tydzień temu
    Miotłą? :)
    Stare dzieje, Ewa :)
  • IgaIga ponad tydzień temu
    puszczyk - ogonem.
  • puszczyk ponad tydzień temu
    IgaIga Masz?
  • IgaIga ponad tydzień temu
    puszczyk - jak to diablica:)
  • akwamen ponad tydzień temu
    Interpunkcja... no, słaba. ;)
  • puszczyk ponad tydzień temu
    Bywa, w tym mocarz nie jestem.
  • konfiguracja ponad tydzień temu
    Literackość rzeczy nieznośna, podkręcanie ślicznością robala smutku, ale ten opis walki we śnie dobry.
    4
  • puszczyk ponad tydzień temu
    Mówiąc szczerze, nie bardzo rozumiem zawartości komentarza, który stylizuje nieco na literacką szaradę.
    Nie wiem, czym dla Ciebie jest "literackość rzeczy nieznośna" i "śliczność robala smutku".
    Jak takie tajemnicze terminy przekładają się na tekst.
    A walka, jak walka.
    Hej.

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania