Poprzednie częściWadliwa partia 1/3  

Wadliwa partia 2/3

DZIEWCZYNA BEZ GŁOSU

 

Pierwszy raz spotkałem ją w deszczu. Tak właściwie to była tylko mżawka, prawie niewyczuwalna, bardziej mglista niż deszczowa. Ktoś mi kiedyś powiedział, że mgła jest wtedy, kiedy wszystko wokół staje się białą plamą, cokolwiek to znaczy. Dla mnie mgła jest po prostu zapachem i dotykiem wilgoci w powietrzu. Nie widzę bieli ani czerni, nie widzę światła ani ciemności, nie widzę nic. Nie pytaj mnie, co znaczy „nic”, nie wyjaśnię ci tego, podobnie jak ty nie zdołasz wyjaśnić mi, jak wyglądają kolory. Nie istnieje w tym względzie płaszczyzna, na której moglibyśmy się zrozumieć.

Lubię deszcz, swoim miarowym stukaniem często pomaga mi w orientacji, ale wówczas padała jedynie mało przydatna mżawka. Osiadła na jej skórze i włosach niczym poranna rosa na kwiatach. Dlatego tak ją później nazwałem – Rosa. Nie protestowała, a ja do dziś nie znam jej prawdziwego imienia. Nox też nigdy nie zdradził, jak nazywa się naprawdę, a moim własnym imieniem po raz ostatni zwróciła się do mnie matka… wiele lat temu. Jakie to zresztą może mieć znaczenie w świecie, w którym nikt już imion nie zapamiętuje?

Rosa przed kimś wówczas uciekała, pędziła jak szalona, słyszałem jej stopy miarowo uderzające o bruk. Odruchowo się odsunąłem, chcąc zejść jej z drogi, ale ona, nawet nie zwalniając, chwyciła mnie za rękę i pociągnęła za sobą. Prawie straciłem równowagę, ale w oszołomieniu pognałem za nią bez słowa. Nie mogła wiedzieć, że jestem niekompletny, tak jak ja jeszcze nie wiedziałem, czego brakuje jej. Odkryliśmy to dopiero, gdy próbowaliśmy się porozumieć. Rosa znalazła nam kryjówkę w jakimś ciasnym miejscu, a ja bez wstępów wyznałem, że unikam patrzenia jej w twarz tylko dlatego, że i tak nic nie mogę zobaczyć. W odpowiedzi ścisnęła mnie za rękę z siłą, o którą nie podejrzewałbym jej drobnej dłoni. Potem położyła sobie moje palce na ustach i pokręciła przecząco głową. Minęło nieco czasu nim zrozumiałem, co miała na myśli. W tej samej chwili mój zegarek oznajmił mechanicznym głosem, że Godzina Wilka rozpocznie się za dziewięć minut i pięćdziesiąt dziewięć sekund.

Dopiero po kilku dniach spisała na pomiętej kartce historię, którą przeczytał mi Nox. Bliscy Rosy prawdopodobnie przypłacili życiem jakiś nieopatrznie zaciągnięty dług, a ona i jej brat, będąc jeszcze dziećmi, stali się mimowolnymi świadkami potworności, która na zawsze wryła się w ich pamięć. Brat nakazał wówczas Rosie bezwzględne milczenie, a ona, być może pod wpływem skrajnego przerażenia i traumy, tak bardzo się tym przejęła, że nie zdołała odezwać się już nigdy więcej. Nox, samozwańczy lekarz wszystkich możliwych specjalności, zaczytujący się w niezliczonych poradnikach choćby częściowo powiązanych z medycyną, starał się oczywiście dokonać natychmiastowej diagnozy problemu i wziął sobie za punkt honoru znalezienie rozwiązania. Póki co nie idzie mu najlepiej, ale przynajmniej się nie poddaje.

Nie wiem, dlaczego Rosa wybrała akurat mnie, może łatwiej było jej zaufać komuś, kto nie mógł zobaczyć jej łez. Cóż, faktycznie ich nie widziałem, ale za to doskonale słyszałem, nie zadawałem jednak żadnych pytań. Pozwoliłem, by sama do mnie przychodziła i pomagałem jej wymyślać sposoby, w jakie moglibyśmy porozmawiać. Frustrowała się czasem, gdy nie rozumiałem, co chce mi powiedzieć, a ja uświadomiłem sobie kiedyś, że to właśnie przy niej i dzięki niej zacząłem się uśmiechać. Uczyliśmy się siebie nawzajem bardzo długo i z ogromnym trudem, ale teraz znam już każdy jej gest i ruch. Mogę z pamięci opisać dokładny kształt blizny, którą nosi na lewym policzku, a jej dłonie rozpoznałbym zawsze i wszędzie. Mamy własny kod, całą listę nieprzypadkowych sposobów, w jakie Rosa ściska mnie za rękę i znaków, jakie rysuje palcami na mojej skórze. Niektórych nauczył się nawet Nox i czasem stosujemy je zamiast słów, gdy wychodzimy w Godzinę Wilka.

Wiesz, Nox tak naprawdę nie jest całkiem głuchy, jeszcze nie, choć wiem, że coraz bardziej martwi się, że to może go spotkać. Boi się ciszy, która czeka gdzieś w cieniu lub za rogiem, by ostatecznie go dopaść i już nigdy nie wypuścić. Wiem z jego opowieści, że urodził się w pełni zdrowy, utrata słuchu w jednym uchu dopadła go nagle i odebrała część świata. Zaczął miewać też okazjonalne zawroty głowy. Gdy powiedziano mu, że nic nie można na to poradzić, sam zaczął szukać pomocy w książkach, na których punkcie zawsze miał bzika. Do dziś zresztą pracował w księgarni, choć nikt już do takich miejsc nie zagląda, nawet złodzieje.

Ilekroć wychodziliśmy w miasto, Nox szukał głównie książek, ja natomiast – płyt. Kiedyś znalazłem porzucony odtwarzacz i odtąd co wieczór słuchałem muzyki. Nie znałem nazw zespołów ani tytułów piosenek, ale zapamiętywałem melodie. Mieliśmy z Rosą swoje ulubione, do których tańczyliśmy, a raczej bujaliśmy się w rytm, ciasno przytuleni, niezależnie od tego, czy muzyka była bardziej czy mniej dynamiczna. Nox zwykle uciekał wtedy do swoich książek – być może dlatego, że chciał dać nam nieco prywatności, a może po prostu nie chciał przywiązywać się do muzyki, bo była niejako symbolem tego, co bał się utracić. Naszą wspólną rozrywką była za to telewizja – Nox lubił śledzić nowinki z wielkiego świata, bo chyba miał jeszcze nadzieję, że jednak zdoła kiedyś stać się jego częścią, a ja i Rosa po prostu słuchaliśmy z ciekawości, zwykle mocno przytuleni. Ten lepszy świat fascynował mnie znacznie bardziej niż byłem gotów przyznać nawet sam przed sobą.

Doskonale wiedziałem, że cała ta nasza tak zwana oszczędność, wszystkie te Godziny Wilka i wszechobecny chaos są po to, by gdzieś daleko inni mogli zbudować sobie lepsze życie, podobno z korzyścią dla wszystkich. Nigdy jednak nie byłem przekonany, że tacy jak my, wybrakowani i niepotrzebni, też znajdą w nim miejsce dla siebie. Supernowoczesny Ośrodek Naukowo-Medyczny zaczynano budować chyba jeszcze zanim przyszedłem na świat, ale wówczas była to tylko mrzonka i mało kto pokładał w tym projekcie większą wiarę, póki nie znalazł się prawdziwy geniusz, który naprawdę tchnął życie w to miejsce. Geniuszem okazał się Hugo Trapp, cudowne dziecko swego pokolenia i zapewne wielu innych pokoleń przed i po nim. Mawiano, że to właśnie on stworzył słynne już Dusze, choć oficjalna wersja stanowiła o współodpowiedzialności wszystkich pracowników Ośrodka za wszystko, co tam powstało. Jakby nie było, to Trapp był dyrektorem, dzielił władzę jedynie z żoną, Salomeą Heitz i przyjacielem, Ezrą Ganzbergiem. Podczas gdy Trapp głównie chował się przed światem w swoim gabinecie, to właśnie Heitz i Ganzberg wychodzili przed szereg i spowiadali się mediom ze wszystkiego, w co, słusznie lub nie, próbowano ich wrobić.

Nox twierdził, że doktor Heitz to „niezła szprycha”, choć dla mnie było to określenie zupełnie odrealnione. Wszelkie pojęcia związane z czysto fizycznymi i wizualnymi aspektami urody były mi obce, dobrze znałem za to jej głos, zawsze tak samo ciepły, spokojny i rzeczowy, niezależnie od tego, o czym mówiła. Słyszałem w nim szczerość, więc jej wierzyłem, czasem nawet wyobrażałem sobie, że moja Rosa mogłaby przemawiać do mnie podobnym głosem. Ganzberg wydawał mi się nieco mniej przekonujący, choć było w nim bardzo dużo pewności siebie, czuło się, że żadnego słowa nigdy nie wypowiedział przypadkiem. Zdaniem Noxa z całą pewnością miał romans z doktor Heitz, bo „kto na jego miejscu by nie skorzystał z takiej okazji” i nawet ja bym to przyznał, gdybym widział jak na siebie patrzą. Mało mnie to obchodziło, ale Nox lubił upierać się przy swoich teoriach, więc zwykle tylko bezrefleksyjnie przytakiwałem.

Wierzyłem za to bez zastrzeżeń, że doktor Ganzberg miał heterochromię (zapamiętałem to słowo, bo miało bardzo melodyjne brzmienie) – innymi słowy, różnobarwność tęczówek. Jedno oko miał piwne, a drugie błękitne – obecnie przy możliwościach dostępnych w Ośrodku takie rzeczy można by poprawić od ręki, ale on podobno sobie tego nie życzył. Może chciał uchodzić za niedoskonałego, by być bliżej tak zwanych zwykłych ludzi, ale mnie takie tłumaczenie nie przekonywało. Bo niby co za różnica, jakiego koloru miał oczy? Ważne, że mógł widzieć i już w tym był lepszy ode mnie. Nie zazdrościłem mu, bardziej domyślałem się, niż wiedziałem, że to właśnie na jego barkach spoczywał największy ciężar, on brał na siebie odpowiedzialność i na niego spadały pierwsze ciosy. A gdzieś tam zaczynali się już budzić samozwańczy buntownicy i rewolucjoniści, czekający tylko na jakikolwiek błąd, by podnieść krzyk.

I oto nadszedł ten dzień.

Choć Ezra Ganzberg tłumił złość, gdy o tym mówił i starał się być spokojny, obiecując nagrodę dla każdego, kto pomoże w wyjaśnieniu sprawy, ja słyszałem w jego głosie wyłącznie wściekłość. Chyba właśnie wtedy pojąłem, że to nie jest świat dla szczęśliwych ludzi, nigdy nie był i nigdy nie będzie. Już wtedy powinienem był przewidzieć, jak to się skończy, ale wówczas żyłem nadzieją. I byłem głupcem.

Nie minęło kilka dni od momentu, w którym oficjalnie przyznano, że z Ośrodka zginęła bliżej nieokreślona liczbą „wadliwa partia” Dusz i żywego srebra, które miały zostać zniszczone. Wedle słów Ganzberga w niepowołanych rękach mogły być bardzo niebezpieczne, wszelkie próby użycia ich bez fachowego nadzoru groziły śmiercią lub trwałym kalectwem – jednak w uszach wielu zwykłych ludzi brzmiało to mniej więcej tak: „są warte fortunę”. I tak to się zaczęło.

– Wiem, gdzie one są. – Konspiracyjny szept Noxa wyrwał mnie któregoś razu z zamyślenia.

– Co?

– Ty też głuchniesz czy jak? – obruszył się mój jedyny przyjaciel. – Wiem, gdzie są, dziś po nie pójdziemy.

– Skąd możesz to wiedzieć?

– Słyszałem to i owo.

– Słyszałeś to i owo? – Mimowolnie się roześmiałem. – Człowieku, jesteś na wpół głuchy, zapomniałeś?

– Wystarczy, że słyszę to, co warto usłyszeć.

– Kto ci znowu naopowiadał bzdur?

– Czy kiedykolwiek cię okłamałem, przyjacielu? – W jego głosie usłyszałem coś w rodzaju wyrzutu i mimowolnie zrobiło mi się głupio. – Chyba chcesz lepszego życia dla siebie i Rosy? Jak długo możemy gnić w tej ruderze? Jeśli Ganzberg i Trapp nie rzucą groszem, bez problemu znajdą się inni kupcy. Wystarczy, że zdobędziemy towar.

– W porządku, więc skąd niby chcesz go wziąć?

– Od Dentysty.

Wówczas naprawdę zacząłem się śmiać. Trwało to dłuższą chwilę, a Nox cierpliwie czekał aż się uspokoję. W międzyczasie poczułem, że zjawiła się przy mnie Rosa, przygarnąłem ją więc do siebie. Jeśli chodzi o Dentystę, wystarczy rzec, że był po prostu jakimś podrzędnym świrem, który mieszkał w ruinach starego hotelu. Parał się drobnymi kradzieżami i rękodziełem, a jeśli ktoś zalazł mu za skórę, najchętniej na przeprosiny żądał… zębów. Okradał z nich nawet trupy, nie tylko ludzi, ale i zwierząt, żeby tworzyć sobie sztuczne szczęki, które podobno potrafił godzinami przymierzać przed lustrem. Cóż, dyplomu raczej nie posiadał, ale powołanie z całą pewnością.

– Skończyłeś już? – odezwał się Nox, gdy nieco się uspokoiłem.

– Skąd Dentysta miałby mieć Dusze i żywe srebro, których szuka całe miasto? – zapytałem z autentycznym zaciekawieniem. – To zwykły świr, który lubi wybijać ludziom zęby. Gdyby nawet znalazł taki skarb prędzej wrzuciłby go w kanał, nie mając pojęcia, ile jest wart.

– Właściwie masz rację, dlatego chyba nie będzie trudno mu tego odebrać.

– Mam rozumieć, że masz jakieś zbędne zęby? Może któryś zaczął cię boleć i planujesz się go pozbyć? – Czułem, jak Rosa coraz mocniej ściska moją dłoń. – Bo ja do swoich jestem dość mocno przywiązany.

– Posłuchaj, to świr, ale nie jest głupi. Wczoraj byłem w tym jego hotelu. Domyślam się, gdzie może je trzymać i że będzie chciał je sprzedać. To może być nasza jedyna szansa. Wiesz, że i tak tam pójdę, od ciebie zależy, czy mi pomożesz.

Nie czekał już na odpowiedź, słyszałem, że odchodzi, zostawiając mi czas do namysłu. Rosa była przeciwna, czułem to odkąd się zjawiła. Nie chciała, byśmy niepotrzebnie ryzykowali dla jakiejś zupełnie niejasnej i niepotwierdzonej informacji. Przypuszczała, że Noxowi uda się mnie przekonać, postanowiła więc wyciągnąć ostateczny i najważniejszy argument, z którym dotąd zwlekała. Ułożyła sobie moją dłoń na brzuchu i przykryła swoimi, wyraźnie drżącymi. Zrozumiałem. I to więcej, niż mogła przypuszczać.

Następne częściWadliwa partia 3/3  

Średnia ocena: 4.8  Głosów: 5

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • Dekaos Dondi tydzień temu
    Alfonsyno→Przeczytałem obydwie części i według mnie, jest coś takiego w tych tekstach, co mi bardzo podeszło.
    Zresztą dobrze napisane i ciekawe w sensie tego, co się dzieje i poczynań ludzkich. No i pewna odmienność innych.
    Trochę, jeżeli chodzi o klimat i pewne treści, przypomina mi ulubioną dawną książkę→"Poczwarki''→John Wyndham.
    Na pewno przeczytam cz.3→Pozdrawiam:)→5
  • Dekaos Dondi tydzień temu
    Aaa...jeszcze jedno. Tytuł "Wadliwi''→pasowałby jeszcze bardziej.
    Szersze spektru jakby i bardziej tajemniczo brzmi. Bez kropki nad→i.
    Ale to jeno zdanie me:)
  • Dekaos Dondi tydzień temu
    spektrum*
  • alfonsyna tydzień temu
    Nie czytałam "Poczwarek" niestety, ale może w takim razie byłoby warto. Tak jeszcze odnośnie tego tytułu właśnie chciałam zrobić takie powiązanie, że ta "wadliwa partia", która zaginęła z ośrodka i której teraz wszyscy szukają, ale też w kontekście tego, że pierwszoplanowi bohaterowie są taką "wadliwą partią" - reszcie społeczeństwa wydają się bowiem niepotrzebni, zbędni, a może nawet uciążliwi. Zresztą, może to jeszcze przemyślę, nie wykluczam zmian. ;)
    Bardzo dziękuję, Dekaosie, za wizytę i motywujący komentarz, podrzucę niedługo zakończenie. Pozdrawiam. ;)
  • pasja tydzień temu
    Witam
    Świat ciszy, świat bez kolorów i bez głosów. Troje wykluczonych, wybrakowanych istot potrafi znaleźć sposób na życie. Rosa nazwana przez niewidomego poprzez krople deszczu... cudne. Słuchali płyt i czytali książki, poznawali świat i wspólnie się wspomagali. Pomimo wad, posiadali ogromne serca. Czy uda im się odnaleźć - Dusze i żywe srebro?

    Czy - Ułożyła sobie moją dłoń na brzuchu i przykryła swoimi, wyraźnie drżącymi... świadczy o nowej istocie?

    Pozdrawiam
  • alfonsyna tydzień temu
    Mimo tego, że było im ciężko, próbowali normalnie żyć i w jakiś sposób tym życiem się cieszyć przy pomocy małych przyjemności. Nie ulega jednak wątpliwości, że gdyby odnaleźli Dusze i żywe srebro, byłoby im łatwiej.
    No tak - ten moment, w którym Rosa kładzie dłonie na brzuchu miał właśnie sugerować nową istotę, a wraz z nią nowy powód, by zawalczyć o lepszą przyszłość, albo wręcz przeciwnie - aby nie ryzykować. Która decyzja byłaby lepsza - do końca nigdy nie wiadomo na pewno.
    Dziękuję, Pasjo, za wizytę i komentarz. Pozdrawiam również. ;)
  • Bajkopisarz 6 dni temu
    „Potem położyła sobie moje palce na ustach i pokręciła przecząco głową”
    Sugeruję: przecząco moją głową. Gdyby pokręciła swoją, jak bohater mógłby to zobaczyć?

    Bardzo dobre rozwinięcie, lepsza część niż poprzednio. Zaczęło się coś dziać, tekst się mocno ożywił. Trójka ułomnych bohaterów świetnie się uzupełnia. Niby są we troje, ale razem stanowią jedną siłę. Osobno zdają się nie mieć szans na poprawę egzystencji, lecz razem, kto wie?
    Ciekawi mnie Hugo Trapp, wycofany geniusz. Sprytnie nie zdadzasz o nim zbyt wiele, a pewnie i on ma jakąś tajemnicę.
  • alfonsyna 6 dni temu
    Racja z tą głową, poprawię, bo to błąd logiczny, na który nie zwróciłam uwagi, dzięki za wyłapanie. No, przyznaję, że Hugo Trapp ma chyba niejedną tajemnicę, właściwie każdy jakąś ma. Trójce bohaterów na pewno byłoby trudniej w pojedynkę, więc dobrze, że mają siebie nawzajem, choć i to szczęście jest bardzo kruche.
    Dziękuję za wizytę i komentarz, cieszy mnie taki odbiór. ;)
  • alfonsyna 6 dni temu
    Już wiem, o co chodziło mi z tą głową - ona położyła jego palce na swoich ustach, więc zapewne chodziło mi o to, że skoro jej dotykał, to mógł wyczuć jej ruch, gdy kręciła swoją głową. Aczkolwiek chyba zmienię ten koncept tak czy siak. ;)
  • ausek 6 dni temu
    Afonsyna, jakoś nie miałam problemu z załapaniem o co Ci chodzi ;) Piszesz obrazowo, więc dałam radę wyobrazić sobie tę scenę.
  • alfonsyna 6 dni temu
    Ausek, na razie to zostawiam jak jest, jak będę robić poprawki po całości to przemyślę, bo może nie jest takie do końca jasne, nie wiem już sama. Jednak trzeba się pilnować, jak się ma niewidomego bohatera, bo różne kwiatki mogą wyniknąć. ;)
  • ausek 6 dni temu
    Alfonsyna, nie musisz mi mówić o kwiatkach... Jestem na etapie redakcji powieści. Pisząc, skakałam po scenach jak niezdecydowany zając ;) I teraz to widać. Trzeba nabrać dystansu, by dostrzec potknięcia - zwłaszcza własne. Jakoś w cudzym tekście łatwiej wyłapać, co nie gra. U siebie staję się niewidoma nawet na literówki :(
  • alfonsyna 6 dni temu
    Ausek, mam to samo - u kogoś to znajdę praktycznie wszystko, u siebie czytam po pięć razy i nie widzę, to chyba taki urok pisania, ale najważniejsze to się nie poddawać. ;) Jak już jesteś na etapie redakcji to jeszcze tylko trochę wysiłku i będzie z górki. Ważne, że jest na czym pracować. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania