wesołe

Dalej mówią na mnie "Rolnik". Chyba z rozpędu. Jaki tam ze mnie rolnik! Wszystko sprzedałem i przepiłem. Sprzedałem konia, sprzedałem krowy, sprzedałem świnie, owce, sprzedałem kury, kaczki, gęsi, sprzedałem króliki i klatki po królikach, nawet karaski ze stawu przydomowego wyłowiłem i sprzedałem. Wszystko co mogłem sprzedałem i przepiłem. Wcześniej odeszła ode mnie żona. Zmartwiłem się, ale nie za bardzo. Jestem z natury optymistą. Z jednej strony źle bez kobity, bo ciepła, miękka. Z drugiej drażniło mnie jej ciągłe zrzędzenie. Nie potrafiła zamknąć kłapaczki dłużej niż na pięć minut. Ciągle coś jej było nie tak. Nie, nie. Nie było tak, że zacząłem pić, kiedy odeszła Stefka. Raczej na odwrót było. Stefka odeszła, bo piłem. Bezpośrednim powodem, zapalnikiem była niechlubna noc, kiedy zasnąłem na niej podczas stosunku. Piłem od dawna, odkąd pamiętam nie wylewałem za kołnierz. A kiedy odeszła Stefka skończyło się zrzędzenie i mogłem oddawać się pijaństwu na większym luzie. Mówię na większym, a nie na całkowitym z powodów finansowych. Pieniądze ze sprzedaży inwentarza szybko się skończyły. Jedynym stałym dochodem była renta teściowej, zasuszonej, wątroboplamistej, gośćcowopowykręcanej, mętnookiej, haczykonosej staruszki z postępującą demencją, która nawet nie zauważyła, że córeczka odeszła w siną dal. Teściowa siedziała cały dzień w zatęchłej, nigdy nie wietrzonej izbie i słuchała bez przerwy radia Maryja. Na szczęście, mimo podeszłego wieku, słuch miała dobry i nie katowała mnie nadmiernie rydzykowym przekazem. A może, z powodu demencji, nie musiała już słyszeć dokładnie co gadają i radio służyło jej bardziej jako podkład dźwiękowy, niczym szmer strumyka, albo szum morskich fal.

Renta teściowej ledwo starczała nam na niewyszukane jedzenie dla dwojga i alkohol dla mnie. Jedliśmy głównie chleb, cebulę i tłustą mielonkę, którą kupowałem w hurtowni spożywczej w zgrzewkach po dziesięć kilogramowych puszek. Trułem się alkoholem z najniższej półki.

Na szczęście teściowa umarła i od tej pory nie musiałem już się dzielić jej rentą z nikim.

Spytacie, skąd renta, skoro teściowa przeniosła się na tamten świat? Otóż nie zgłosiłem zgonu teściowej. Umarła w nocy. W łóżku. Pomyślałem, że jej przecież wszystko jedno, czy będzie nadal dostawać rentę, czy nie. Pożyczyłem od starego Józwy Wartburga i objeździłem wszystkie większe sklepy i hurtownie chemiczne w promieniu stu kilometrów od Stęchlewa. Stęchlewo to miejscowość, w której mieszkam, chyba zapomniałem o tym powiedzieć na początku, więc ogłaszam to teraz. W każdym sklepie i hurtowni kupowałem jeden litr (nie więcej) stężonego kwasu solnego. Robiłem tak, aby uniknąć podejrzeń i wścibskich domysłów typu, po co zwykłemu (he he) rolnikowi tyle kwasu. A litr, to każdy przecież może sobie kupić.

Jak się pewnie domyślacie rozpuściłem teściową w kwasie. Starsza pani syczała podczas kąpieli, uciekłem z ciasnej łazienki przed trującymi wyziewami, śmierdziało straszliwie ludzkim mięsem i oparami kwasu. Zostawiłem teściową na trzy dni w wannie. Myślę, że nie robiłem jej żadnej krzywdy. Nie żyła już. To chyba nawet lepiej, że nie będzie gniła w taniej trumnie, dwa metry pod ziemią, w ciemności, wilgoci i zimnie. Że robaki nie wyżrą jej oczu i ust, że śliskie glisty nie wpełzną jej przełykiem do napuchłego od sfermentowanej brei rozpadających się organów wewnętrznych torsu, wzdętego od gazów gnilnych. Zamiast tego rozpuściła się estetycznie w wannie w zaciszu domowej łazienki. Po trzech dniach została po niej tylko garstka nie do końca zetlałych kości, czaszka, zeschłe piszczele i niewielka górka wapiennego piasku. Spuściłem kwas, poczekałem aż resztki wyparują, po czym włożyłem składaną łopatę-saperkę i resztki teściowej do plecaka i zaniosłem do lasu, zapuściłem się naprawdę daleko, w największą gęstwinę, przedzierałem się przez kłujące zasieki jeżynowych krzewów, przez chaszcze, dzikie trawy, osty, krzaczole. A potem wykopałem głęboki dół i zostawiłem tam doczesne szczątki mojej świętej pamięci teściowej. Dół zasypałem i przykryłem liśćmi.

Po pozbyciu się teściowej musiałem przygotować się na comiesięczną wizytę listonosza. Listonosz, a właściwie renta, którą przyniesie była w tym wszystkim najważniejsza. Rozpuszczenie teściowej to tylko preludium. Dużo pracy miałem jeszcze przed sobą.

Wygrzebałem z najgłębszych, najbardziej zakurzonych czeluści piwnicy kaseciaka typu "jamnik". Po odkurzeniu mokrą szmatką okazało się, ku mojej radości, że działa. W środku była nawet kaseta.

Wyszukałem na youtubie filmik, ze szczekaniem psa. Nie było to wcale tak łatwe jak się wydawało. To musiał być bardzo duży i groźny pies, a jego szczekanie straszne jak z filmów grozy. W końcu znalazłem odpowiedni film, a właściwie odpowiedni podkład dźwiękowy. Szczekanie było straszne. Ale niestety trwało zbyt krótko. Miałem tylko niewiele ponad pół minuty dobrego szczekania. Uznałem, że to za mało.

Odpaliłem google i wpisałem hasło: prosty program do tworzenia muzyki. Wyskoczyły mi tysiące stron z programami. Niestety żaden nie był prosty, za to wszystkie po angielsku! Po wielu godzinach poszukiwań wreszcie udało mi się znaleźć jakiś w miarę nieskomplikowany. Potem męczyłem się ze ściągnięciem programu na kompa. Jestem analfabetą komputerowym i najprostsze czynności stanowią dla mnie przeszkodę tragiczną... Ale jakoś mi się udało. Po następnych paru godzinach udało mi się w programie do tworzenia muzyki zapętlić znalezione na youtubie szczekanie psa. Powieliłem dwudziestokrotnie pętlę. Miałem wspaniałego, groźnego, przyprawiającego o drżenie serca dziesięciominutowego loopa. Włączyłem komputer z nagraniem. Uruchomiłem kaseciaka "jamnika", wcisnąłem guzik "rec" i zapisałem loopa na kasetę.

 

Tak jak przewidziałem listonosz przestraszył się wściekłego, nieustającego nawet na chwilę, ujadania. Bał się wejść do środka. Stał w drzwiach z niepewną miną. Kiedy, aby podkręcić efekt, powiedziałem mu, że pies specjalnie nie lubi pracowników poczty, bo zabrano go interwencyjnie jakiemuś listonoszowi, który trzymał psa na krótkim łańcuchu i głodził, facet obciągnął nerwowo pocztowy uniform i poprosił mnie o podpisanie odbioru renty w zastępstwie starszej pani.

 

I tak to leciało potem miesiącami.

Mając całą rentę dla siebie i święty spokój, mogłem oddawać się swemu nałogowi bez żadnych ograniczeń. Raz w miesiącu przychodził listonosz, włączałem kasetę z psem i łatwy szmal wpadał mi do kieszeni.

 

A więc w całkowitym spokoju, bez jazgotu byłej żony, powoli pogrążałem się w różowej mgle. Butelkowy czas! Butelkowy czas! Bateria butelek po winie i wódce, zastępy puszek po piwie. Piramidy petów na talerzach, półmiskach, salaterkach, zakrętkach do słoików, kubkach, szklankach, spodkach. Koło łóżka sterta używanych skarpetek, majtek i koszulek. Zarastałem kurzem i brudem, miodouszniałem, żałobę zapaznokciową hodowałem. Na łóżku całymi dniami się wylegiwałem w sufit patrzyłem i z boku na bok przewracałem. Zapomniałem o kinie, teatrze, literaturze. Redukowałem się i upraszczałem. Obstawiony baterią piw przed telewizorem jak sfinks trwałem. Brak żony kompensowałem sobie seansami porno. Siadałem na fotelu przed komputerem z papierosem w jednej ręce i z fujarą w drugiej i samołajdaczyłem się przy filmiku z Sashą Grey.

 

Po dwóch, trzech miesiącach zorientowałem się, że seanse masturbacyjne zabierają mi coraz więcej czasu. Najwyraźniej spodobał mi się ten nowy rodzaj rozrywki. Będąc z żoną, musiałem dbać także o jej przyjemność ze zbliżenia, respektować i akceptować jej prawo do mówienia "nie", jej bóle głowy, dąsy, fochy i foszki. Nie mówiąc o nadmiernym klamkowaniu przez cały dzień. Teraz robiłem to sam i wszystko było (dosłownie!) w moich rękach.

Nauczyłem się trwać w skrajnym pobudzeniu seksualnym, na samej granicy orgazmu, całymi godzinami. Moje ciało stało się precyzyjną maszyną do nieustannej produkcji endorfin.

Patrzyłem na rozbierającą się Sashę Grey, na obciągającą fiuta Sashę Grey, na rżnącą się Sashę Grey. Ach! Co za laska! Młoda, ładna, zgrabna. Bez tatuaży, sztucznych cycków, botoksu. Bez ohydnego żelastwa na twarzy i w miejscach intymnych.

Patrzyłem w monitor komputera, popijałem wino z butelki, paliłem fajki, cały czas na granicy spełnienia, którego nie chciałem, przed którym się broniłem, bo nie spełnienia pragnąłem, tylko drogi do niego. Byłem maratończykiem, który czerpie radość z biegu, a nie dotarcia do mety. Trzymałem w dłoni penisa z czujną uwagą, manipulowałem nim precyzyjnie, niczym astronauta joistickiem podczas dokowania kapsuły kosmicznej do statku matki, albo operator drona wojskowego w trakcie ważnej akcji na obcym terenie. Jeden nierozważny ruch groził katastrofą! Kiedy czułem, że orgazm nastąpi tak czy siak, nawet bez fizycznej manipulacji przy członku, wyłączałem dźwięk w pornolu i uruchomiałem odtwarzacz CD. Najczęściej puszczałem jakąś płytę z muzyką poważną. Świetny był Philip Glass - amerykański kompozytor z kręgu minimalistów. Uwielbiałem jego płynące, melodyjne, melancholijne, pełne smutku utwory. Idealnie pasowały do sytuacji.

To była niesamowita faza. Mój mózg, komputer pokładowy w mojej głowie, zalewany był kaskadą skrajnie różnych bodźców. Przez oczy wlewało się tsunami perwersyjnej rozpusty. Przez uszy sztuka wysoka, wysublimowane frazy muzyczne wybitnego kompozytora. Muzyka poważna zamiast stękania Sashy Grey, odgłosów siorbania przy obciąganiu fiuta albo klaskania ciała o ciało, sprawiała, że napięcie seksualne nieco się obniżało. Przesuwałem nieuchronny orgazm jeszcze trochę w czasie. Przy okazji obcowałem z wysoką sztuką, co też nie było bez znaczenia, bo godziny trwania w bezustannym napięciu seksualnym robiły się koniec końców, tak jak wszystko co trwa w nadmiarze, nudne.

 

Tak zredukowany, uproszczony i złajdaczony staczałem się po równi pochyłej. W stronę dna turlałem się, piłem, żarłem jak świnia, łajdaczyłem się, wtaczałem do łazienki, rzygałem, wytaczałem, zalegałem i dalej się upadlałem. Staczałem się i staczałem, ciągle w stronę dna zmierzałem ale dosięgnąć go nie byłem w stanie. Dno było zawsze jeden krok przede mną. Zawsze o dzień do przodu. Starałem się jak mogłem ale upaść na samo dno nie potrafiłem. Było na wyciągnięcie ręki i jednocześnie nieosiągalne. Pragnąłem już tam być. Być na dnie. Aby móc się od niego odbić. I zacząć nowe życie. Zrozumiałem jak każdy pijak po niewczasie, że redukcja i uproszczenie, że złajdaczenie totalne i upodlenie dospodne, mogą stać się bardzo męczące.

 

W końcu, kiedy zrozumiałem, że nigdy o własnych siłach nie sięgnę dna, postanowiłem kupić dno przez internet. Znalazłem ciekawą ofertę na allegro. Przed zakupem upewniłem się mailowo u sprzedawcy, że to jest KOMPLETNE DNO. Tylko kompletne dno mnie interesowało. Od takiego dna, będę się mógł wreszcie odbić. Jak Małysz od progu skoczni, i polecieć, polecieć daleko w stronę życia bez upodlenia i czuć na twarzy mroźny i rześki powiew wiatru zmian.

 

Po kilku dniach kurier dostarczył zamówione przez internet dno. Jakież było moje rozczarowanie, kiedy po rozpakowaniu przesyłki okazało się, że DNO JEST NIEKOMPLETNE! Brakowało przewodu zasilającego i instrukcji obsługi! Zadzwoniłem do sprzedawcy i zażądałem instrukcji. Średnio uprzejmy typek, po długich minutach wyczerpujących negocjacji zgodził się niechętnie na wysłanie mi instrukcji mailem. Przewód z wtyczką odciąłem od żelazka, którego i tak nie używałem. Zdarłem izolacje z końców przewodów i jakoś udało mi się podłączyć dno do prądu. Niestety, dno było zepsute. Świeciły się jakieś lampki na czerwono, jedna zielona migała. Ale dno nie działało! Zajrzałem do skrzynki mailowej. Tak! Był mail od sprzedawcy z instrukcją obsługi dna. Kiedy otworzyłem maila, poczułem jak fala złości oblewa mi twarz gorącym rumieńcem. Instrukcja była, ale po węgiersku!

 

Poszedłem do kuchni i rozpieczętowałem flaszkę czyściochy. Wypiłem parę solidnych łyków i postanowiłem pójść jednak na ten obciachowy wielkanocny festyn urządzany jak co roku na stadionie Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Wybrałem ze sterty używanych skarpetek i majtek najlepsze (najświeższe) sztuki. Ubrałem się i wyszedłem z domu. Pomyślałem, że nie od rzeczy będzie napić się piwa z kranu. Na pewno pośród straganów z pieczywem wiejskim, pseudooscypkiem, dżemami, konfiturami własnej roboty i powidłami, pomiędzy dymiącymi grillami z kaszanką i kiełbasą, będą też krany z piwem. Napiję się piwa i popatrzę na konkurs malowania jaj, puszczanie mega baniek, pokaz prestigitatorski, na lecące w niebo wypełnione helem baloniki. Odprężę się trochę, popiję i zapomnę o oszuście, który wcisnął mi przez internet niekompletne dno.

 

Festyn skończył się ogólną zadymą i mordobiciem. Kto by pomyślał, że zarzewiem konfliktu będzie niewinny (pozornie) konkurs malowania jaj! Na długim drewnianym stole pokrytym śnieżnobiałym obrusem stało wiklinowe kosze pełne kolorowych jaj. Cała paleta barw i wzorów przeróżnych naniesionych pieczołowicie na kruche skorupki cieszyła oczy uczestników festynu. W jednym z koszyków wznosiła się piramidka jajek pomalowanych w kolory tęczy. Nie spodobało to napompowanemu sterydami młodzieńcowi w koszulce z napisem "Śmierć wrogom ojczyzny". Podszedł do stołu. Chwycił za koszyk. Właścicielka koszyka, dziewczyna w kwiecistej sukience i różowych krótkich włosach, również złapała za wiklinowy uchwyt. Sterydowiec anabol był silniejszy, wyrwał koszyk z rąk dziewczyny, po czym odwrócił go "do góry nogami". Wszystkie tęczowe jajka wysypały się i rozbiły o ziemię. Dziewczyna podeszła do rechoczącego osiłka. "No i co kurwa?" powiedział typ. "Pstro" odparła dziewczyna i z całej siły kopnęła go w (nomen omen) jaja. Ból i zdziwienie rozkwitły na prostej fizjonomii mężczyzny. Jego kompani zbiegli się z różnych stron i zaczęli demolować stragany, kopać kogo popadnie, tłuc pięściami i wyprowadzać ciosy karate z półobrotu. Zaatakowani odpowiedzieli przemocą. Przewrócone grille sypały iskrami i buchały kłębami siwego dymu. Ktoś poparzony podskakiwał na jednej nodze i strasznie krzyczał. W powietrzu fruwały kufle i jajka przyniesione na konkurs. Z rozbitej kanki sączyło się piwo i wsiąkało w ziemię. Pozbawione uwięzi baloniki szybowały w stronę słońca.

"Zwijamy się" powiedziałem do Mietka Papciaka, którego spotkałem na festynie.

Uciekliśmy w bezpieczne miejsce. To znaczy do sklepu monopolowego. Po tych wszystkich emocjach należało nam się coś na uspokojenie. Kupiliśmy sześć win marki "Caro" i cztery paczki papierosów "Marlboro". Poszliśmy na polankę pod lasem, który rozciągał się od lewej strony do prawej, albo od prawej strony do lewej. Zależy jak kto popatrzył. Czuliśmy się wreszcie bezpiecznie, nikt się nie awanturował, nikt nie miotał kuflami. Alkoholu i fajek mieliśmy tyle, że mogliśmy być pewni, że na pewno nam nie zbraknie. Taka pewność daje poczucie spokoju.

Piliśmy, paliliśmy i rozmawialiśmy o kurestwie polityków i podłości kobiet. Snuliśmy biznesowe plany. A może gadaliśmy o podłości polityków i kurestwie kobiet? Nie pamiętam już. W trakcie obalania szóstego wina urwał mi się film. Zaliczyłem zgon.

 

A potem był nalot bombowców B-52. Bomby musiały spadać gdzieś blisko, bo huk był potworny, wydawało się, że powinien rozerwać czarną przestrzeń nocy na strzępy.

 

Kiedy otworzyłem oczy ujrzałem bladą tarczę niskiego słońca i nasiąkające błękitem niebo. Świtało. Bombowce gdzieś zniknęły, ale huk bomb i wycie silników pozostały, dopiero po chwili zrozumiałem, że to w głowie tak strasznie mi huczy. Podparłem się na łokciach. Leżałem w rowie melioracyjnym biegnącym wzdłuż cmentarnego płotu. Musiałem przespać tu całą noc. Z trudem podźwignąłem się do pozycji siedzącej. Na brudnej, niegdyś białej koszulce, rozlewała się od szyi po pępek, niczym krawat zetesempowca, wielka szkarłatna plama zaschniętej krwi. Rój much krążył nade mną. To ich brzęczenie musiałem wziąć za dźwięk atakujących bombowców. W kroczu i na udach czułem zimną wilgoć. Druga wielka plama znaczyła spodnie. Ale było w nich, w oblepionych mokrą gliną cmentarnego rowu portkach coś jeszcze. Coś cuchnącego i lepkiego. Dotarło do mnie, że zeszczałem i zesrałem się w spodnie. Zrobiło mi się niedobrze i zwymiotowałem na zakrwawioną na torsie koszulkę. Padłem wyczerpany na plecy. Jakiś pies pojawił się nie wiadomo skąd, obwąchał mnie, a potem zadarł tylną łapą i obsikał. Spojrzałem na lewą dłoń. Nie było na niej zegarka. Kilka razy przewróciłem się próbując stanąć na nogi. Wreszcie jakoś się udało. Sprawdziłem kieszenie. Nie było w nich telefonu, kluczy do mieszkania, ani pieniędzy. Powoli, krok za krokiem szedłem rowem w stronę ulicy. Znowu mnie zemdliło i zwymiotowałem. Na szczęście huk bombowców w głowie zelżał i mogłem zebrać myśli. Próbowałem w sytuacji, w której się znalazłem, znaleźć jakiś jaśniejszy punkt. Jak już mówiłem jestem optymistą i zawsze staram się patrzeć na rzeczywistość pozytywnie. Teraz nie było łatwo. Zesrany, zaszczany i obrzygany, bez komórki, zegarka i pieniędzy, bez kluczy do własnego domu, z potwornym bólem pod czaszką, nie bardzo wiedziałem czego się złapać, za co się chwycić. Słońce pięło się po niebie i coraz mocniej grzało. Wlokłem się upodlony, musiałem strasznie cuchnąć, niełatwo było myśleć pozytywnie w takiej chwili...

A jednak, udało się! Nagle doznałem olśnienia! To była właśnie ta chwila. SIĘGNĄŁEM DNA! Upadłem na dno. Wreszcie dotarłem do celu długiej, krętej i wąskiej drogi, której krańcem było KOMPLETNE DNO! Byłem tam, byłem na dnie i nie musiałem się już przejmować, że dno które kupiłem w chwili słabości i zwątpienia przez internet jest niekompletne i zepsute. Nie potrzebowałem go już. Poza tym, ponieważ byłem na samym dnie, mogłem się od niego odbić i wreszcie zacząć nowe życie.

Gdzieś w najciemniejszym zakamarku mojej skołatanej głowy błysnęła myśl, że takie odbijanie się od dna to nie w kij dmuchał, nie codziennie człowiek upada na dno, a potem się od niego odbija. Czy to nie jest aby okazja, aby się napić?

Uśmiechnąłem się do siebie po raz pierwszy tego dnia. A potem zapłakałem. Łzy płynęły mi ciurkiem na obrzyganą i zakrwawioną koszulkę. "Ja jestem King Bruce Lee karate mistrz" - zanuciłem trochę od rzeczy stary przebój. Jakiś ptak siedział na gałęzi cmentarnego drzewa. Wydawało mi się, że patrzy na mnie. Pokazałem mu "faka" i poszedłem w swoją stronę.

Średnia ocena: 1.7  Głosów: 9

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

Komentarze

  • spirytysta 3 miesiące temu
    Zło istnieje póki istnieją ludzie, którzy w nie wierzą :)
  • fanthomas 3 miesiące temu
    A już kiedyś było wesołe ale inne
  • Dariusz 3 miesiące temu
    metoda Göringa
  • sensol 3 miesiące temu
    chyba Goebelsa jeśli już. goeringa to jest bielizna!
  • Dariusz 3 miesiące temu
    sensol a mozliwe
  • Pan Buczybór 3 miesiące temu
    Piękne
  • Tjeri 3 miesiące temu
    Mnie akurat to się nie spodobieło. Za to wspominam z
    rozrzewnieniem Irenkę i to że dla niej sarenkę... :))

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania