Zielony Deszcz: "Zwierciadło przeszłości #2 "

Jasnawy poświt przebijał się przez drzewa, które lekko chwiały się to w lewą to na prawą stronę. Powoli las zaczął nabierać życia, odgłosy ptaków i trzepotania ich skrzydeł, galop dzikich koni, rżenie, mówiło, że to już czas na przywitanie nowego dnia.

 

"-Co to kurde było?! -Rzuciła z miną, jakby dotknęła właśnie czegoś bardzo obrzydliwego. Jednocześnie narzucała na siebie od góry szarą tkaninę. - Zabiłam? Pff... Phmrr..." - wydawała dźwięki podobny do dzika.

 

"-Jakie to szerokie!" -naciągnęła materiał i obróciła się wokół, przez co dzianina zaczęła kręcić się jak bąk zabawka.

 

Stała teraz w pościeranej sukni, długiej aż do kostek. Była szarawa z plamami błota na rękawach i na dolnych partiach materiału. Ubranie wiązane było na biuście cieniutkim sznureczkiem, wytartymi i niechlujnie zwisającymi końcami na piersi.

 

Teraz ogarniając oczami las, zaczęła pojmować sytuację, w której się znajduje.

 

"-Zaraz... zaraz. Co to za okolica? Przez te wariatki nie zwróciłam uwagi, gdzie poszłam! Ten las. Ten wodospad... -powoli zaczęła ruszać rękoma, to w stronę ust to ściskając rękawy.

 

" -Nic nie pamiętam! Stałam na moście... Co do...! " - jej oddech robił się coraz cięższy, oparła plecy o drzewo i zgięła się podtrzymując dłonie na kolanach.

 

Nie mogła skojarzyć okolicy ani przywołać wydarzeń mających miejsce po spoglądaniu w otchłań rzeki. Wszystko nagle zaczęło wydawać się obce, dziwne i niebezpieczne.

 

"-Czemu byłam naga? Ten ból brzucha... Czy ja... zostałam... zgwałcona?" - ta myśl sprawiła, że poczuła obrzydzenie i bezgraniczna niemoc. Zaczęła sobie przypominać fragmenty czarnej postaci, jej dotyk, posturę. Upadła na ziemię...

 

"-Czemu ja? Czemu ja? CZEMU JA? C Z E M U?" - coraz głośniej mówiąc, bardziej spragniona tlenu z każdą sekundą, a przecież było go tak wiele.

 

Ostatnie słowa wypowiadała już pół tonem, ściskała przy tym trawę tak mocno, że ta zaczęła nabierać czerwonej barwy. Wyobrażała sobie coraz gorsze sceny. Cała jej twarz zaczęła błyszczeć w świetle słońca jak obsypana drobnym brokatem i chociaż to były tylko łzy, to jednak nikt prócz Samanty nie mógłby wiedzieć, że nimi są.

 

Sama pośrodku lasu, sama z własnymi myślami.

-------------------------------------------------------------------------------------------------

 

"-Kim teraz jestem? Straciłam ciebie i siebie, czy to był ten plan, o którym mówiłeś? -Patrzyła przymrużonymi oczyma w stronę galopujących przez las koni.

 

-Musisz mi to robić? Nie poradzę sobie sama! Rozumiesz? Słyszysz?

 

-Musisz mi to robić? Nie poradzę sobie sama! Rozumiesz? Słyszysz?

 

-To jest plan. -Szept był z każdym słowem coraz mniej wyrazny. -Musimy się z tym pogodzić. Według niego masz -twarz bardziej nachyliła się w jej stronę- jeszcze wiele do zrobienia.

 

--------------------------------------------------------------------------------------------------

Szelest deptanych gałęzi pod jej stopami był jak odliczanie do następnej chwili zwątpienia. Nie wiedziała, ile już tak idzie. Godzinę? Dwie? A może już cały dzień? Nie odliczała tego. Bo i jak? Brak chęci, brak zegarka. Obie zarazem te kwestie sprawiały, że szła przed siebie, otumaniona dźwiękami lasu i biciem serca. Co jakiś czas opierała się bezwładnie o jakieś drzewo i patrzyła na jego koronę, jakby widziała ją po raz pierwszy, a zarazem ostatni. Uśmiechała się szeroko, chociaż do ust spływały kolejne łzy, słone, bolesne.

 

"-Nie miałeś racji. Nie tym razem." -wypowiedziała te słowa, patrząc na małą polankę bujniej trawy, będącej pod niebem czystym, niezakrytym drzewami, ani przysłoniętym chmurami.

 

"-Ha! Tak chcę! Tego chcę!" -podeszła chwiejnym krokiem, nadal z uniesionymi kącikami błyszczących ust.

 

Leżała w miękkiej, wysokiej trawie zakrywającej ją przed całym światem. Tylko ona i niebieski Eden. Przeczesywała zieleń od czasu do czasu palcami, by wyczuć czy nadal znajduje się w tym samym miejscu.

 

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

 

Jej powieki powoli zbliżały się ku sobie, by mogła zapaść w błogi sen. Samanta wczuła się w dźwięki przyrody, chciała się w nich utopić. Między śpiewem ptaków, porykiwaniem jeleni zaczęła wyłapywać coraz dalsze odgłosy. Zrywanie trawy przez dzikie konie, skakanie zajęcy, aż doszła do tego, do ludzkich odgłosów. Wielu głosów.

 

Otworzyła gwałtownie oczy, poczuła nagle siłę, chęć do walki przeciw sobie. Zacisnęła zęby, wpatrzyła się w lewą stronę, z której dochodziły te dzwięki.

 

"- Jeśli to zrobię, to wygra tylko on! -szybkim, zamaszystym ruchem wstała z ziemi, po czym jeszcze szybciej na nią wróciła. Na chwilę ukazały jej się czarne plamki i świtające kropki niczym małe gwiazdeczki.

 

"-Za szybko! Za szybko." - powtórzyła sobie w duchu.

 

"-Jeszcze raz!" -tym razem wstała wolniej, przeczekując chwilkę w zgiętej postawie. "-Jedziemy!"

 

Biegła ile siły na to pozwalały. Cała energia, jak miała już dawno wyparować, powróciła. Nadzieja, że mimo wszystko, cokolwiek da się naprawić, albo chociaż spróbować rozwiązać, wróciła. -Przecież nic nie jest czarno białe! -Biegła z uśmiechem, szczerym, wypełnionym chęcią do działania.

 

"-Ja nie jestem taką osobą! Na pewno!"

 

Wyskoczyła niczym sarna przed maskę samochodu. Stanęła na środku ubitej leśnej drogi, nad którą wznosiło się słońce, opiekające cały jej lewy profil. Samanta zwróciła się cała w tę stronę.

 

"-Stać!" -krzyknęła, ale po chwili zachwiała się do tyłu. Jej oczy zrobiły się jak pięciozłotowe monety, twarz wykazywała przerażenie z nie mniejszym zaskoczeniem.

Średnia ocena: 0.0  Głosów: 0

Zaloguj się, aby ocenić opowiadanie

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania