Dzień płonących dzwonów

Trochę inna wersja dawnego tekstu

   

 

Dudniące dźwięki dzwonów, słychać z wierzchołka wysokiej góry. Po zboczu zjeżdżają tętniące zjawy karawanów, zaprzężonych do tysiąca galopujących nut, a ogromny, bogato zdobiony w czarno srebrne wstęgi klucz wiolinowy, szybuje przed nimi w podmuchach gorącego wiatru.

  

Otwiera niewidzialne drzwi do rozwścieczonych w swym pędzie, fałszywych dźwięków. Spod kopyt w kształcie odwróconych krzyży, wylatują błyszczące skrawki złotej rzeźby, znacząc w niedalekiej przyszłości, to co ma niebawem nastąpić, zmieniając zieloną trawę w połyskującą ciemność ostatecznej prawdy.

 

Donośnie echo krąży po okolicznych wzniesieniach, a nieboskłon drga nieustannie, pulsując nerwami przeznaczenia, w których to błękitno krwawa skóra bestii, jest gotowa do ataku.

    

A słońce jest krwisto czerwone, niczym średnio wypieczony befsztyk o kształcie gorącego serca. Wiruje nieustannie, przepompowując wszystkie ludzkie poczynania, zarówno te dobre jak i złe oraz nie mające żadnego znaczenia, w ostatecznym rozrachunku.

  

Wrzące krople kapią na ziemie, paląc niszcząc burzą oraz dzieląc, cokolwiek jest połączone. Zwęglone, parujące ciała ptaków leżą na umęczonej ziemi. Nie zawiniły czemukolwiek, lecz ich lot został niespodziewanie wmanewrowany, w cudze winy drapieżników.

  

Skrzydła po raz ostatni wgryzły się między cząsteczki powietrza, by się z nimi pożegnać i już nigdy nie powrócić. Wiele otwartych okopconych dziobków, zastygło w ostatnim ćwierknięciu a setki pustych oczu wypełzło wrzącym strumyczkiem na zwęglone pierzaste ciała, przypominający rozłożysto-cuchnący kubeł na biologiczne odpadki. A ludzie muszą patrzeć w wielkie lustra, które się nagle ukazały i każdy bez wyjątku jest zdziwiony.

  

Okrwawione dzwony, płoną nadal na szczycie góry a dźwięki rozcinają przestrzeń, ostrymi nożami zwątpienia i bezsilności. Zalatują spalenizną przypalonych nut, na ruszcie zwęglonej pięciolinii, na której już cokolwiek nie można naprawić, wybaczyć i cofnąć. Ludzie stoją póki co nienaruszeni, lecz sytuacja ulega radykalnej zmianie.

  

Na części nieba ukazuje się ogromna podwieszona pajęczyna. Zwisa ciężko w kierunku ziemi, przygnieciona ciężarem much i chociaż niektóre są jeszcze żywe, to z większości pozostały puste skorupy lub nawet tego nie ma. Chrobotanie nad głowami przygnębia beznadzieją.

  

Właśnie jeden owad pragnie się wydostać. Nic z tego. Oderwane ciężkie skrzydło koloru ołowiu, przygniata małą dziewczynkę. Słychać urwany jęk i cichy trzask, miażdżonych dziecięcych kości. Poprzez chmury prześwituje nieruchomy cień pająka. Jest najedzony. Chwilowo. Żadna już mu nie ucieknie. Może spokojnie odpoczywać i czekać aż zgłodnieje.

   

Od czasu do czasu nisko nad ziemią, szybują prawie niewidoczne, bardzo wytrzymałe stalowe linie. Wielu ludzi jest przeciętych na pół. Nawet nie zdążyli zajrzeć na stronę szaleństwa. Może to i dobrze, z uwagi na to, co by tam zobaczyli. Swoją przyszłość. Bardzo bliską i niekoniecznie miłą. Jest na wyciągnięcie ręki, lecz ręce pozostają puste. Szczególnie te w odciętych tułowiach.

  

Wtem ziemia drży w posadach, aż jedni na drugich wpadają i już nie wiadomo, kto pod kim dołki kopał lub pod nim kopano. Góra unosi swoje ociężałe cielsko. Między podłożem a jej dnem pojawiają się kleiste kolumny, jakby ziemia nie chciała je wypuścić ze swoich szponów.

 

W końcu pękają a z wnętrza wylatują: obleśne owłosione robaki: białe, czarne i szare. A pod teraz lżejszym kopcem wielka kałuża krwi bulgocze czerwienią, jakby olbrzymowi z palca popuściło, powiedzmy na oko: bulgocząca zerówa.

  

Na szkarłatnym jeziorze w cieniu spodu góry, wyjące parodie bałwanów ze wściekłej piany, szarpią małe statki wystrugane z białych zgrzytających zębów i zapłakanych gałek ocznych, obleczonych w udrękę: zdziwienia i niedowierzania.

 

Niewielkie łódki utkane z rozwałkowanych ludzkich spojrzeń, wpływają do oczodołów czaszek zanurzonych w lepkiej wrzącej kipieli. Malutkie martwe źrenice w których odbija się ostateczne rozwiązanie, przed którym droga ucieczki została na wieki zablokowana.

   

Zatem ludzie stoją u podnóża góry i nie mają gdzie uciec, albowiem na złudzeniu horyzontu przepaść się wytworzyła, gdzie dno można dostrzec jedynie wtedy, gdy tam się wpada, lecz możliwość odbicia minęła raz na zawsze.

  

Szalejąca wichura roznosi porywy na prawo i lewo, wszędzie tam gdzie dosięgają jej rozedrgane szpony. Tudzież grzmoty słychać zewsząd a i deszcz rzęsisty z gorejących popiołów pokrapia zamaszyście, robiąc ludzi ostatecznie na szaro.

 

Błyskawice na wierzchołku góry przepalają zygzakami obejście dzwonów, czyniąc w nich głębokie dziury, z których zielona posoka spływa po pulsującym zboczu. Wijące ciało węża doświetla falujący blask czerni, płynący jak rzeka z fragmentu nieba, z której wystają szare, postrzępione kości i mlaskające części rozkładających się trupów.

  

U podnóża góry wyrastają drgające ciernie. Niektórzy mogą w nich ujrzeć, całe swoje życie, a inni, tylko to co widzą. Cienie rosną bardzo szybko, sunąc w stronę płonących dzwonów. Oplatają pnączami niczym czułe ramiona matki, czyniąc na drżącym żelazie, głębokie niewygodne bruzdy.

 

Te jęcząc i zawodząc zakłócają jakość dźwięków, przez to dzwony zaczynają fałszować tak bardzo, że niektóre uszy od głów odpadają a biedne ślimaki nie mogąc się wydostać, złorzeczą, zawodzą i marudzą, wiercąc się w wnętrzu głowy. Niewinne ofiary winnych.

  

Z góry zwisają strzępy błękitu. Farba odpadająca od sufitu już nigdy nie mających się spełnić marzeń. Niektóre spadają na ziemię a owe sufity są czasami bardzo nierówne. Parodia białych płatków śniegu, brudzi kolor nienawistną czernią. Po zboczu góry toczą się ogniste kamienie, lecz nie na wszystkich, jeno wybranych, którzy je kiedyś rzucili.

 

Ranią boleśnie ciała oraz przypalają pozostałe członki, wyganiając na poniewierkę: skwierczące ścierwa zepsutych dusz. One zaś, szybują w kierunku dzwonów i płoną we wrzącym pulsującym dudnieniu. Ludzie mogą tylko patrzeć. Nic poza tym. Poza tym, zostało bezpowrotnie zaprzepaszczone, kiedy jeszcze można było coś; zmienić, naprawić, wybaczyć.

  

Na tle czerwonego słońca powstaje symbol rozwidlenia dróg, bez żadnych drogowskazów. Przeminął czas dokonywania wyborów. Drogi różnią się od siebie a jednocześnie są: podobne. Każdy je dostrzega po swojemu i wie, którą ścieżką będzie musiał podążyć, czy to go cieszy czy przeraża.

 

A wokół jest las. Z ciemnych rosochatych pni wypływa wrząca lawa, niczym mokre jelita z rozciętego brzucha. Snuje się wolno i metodycznie bulgocząc i mlaskając. Gorące bąble pykają fajkę śmierci. A w ciemnych zakamarkach konarów, zaczynają połyskiwać żółte ślepia wygłodniałych duszojadów.

  

Czekają na sygnał, by zaatakować. Spełnić swoje przeznaczenie. Nie wszystkie dusze poszybowały w zbawcze płomienie, by pocierpieć i się odrodzić kiedyś na nowo. Te spotka gorszy los. Gdy znikną w czeluściach owych bestii, to już nigdy stamtąd nie powrócą. Chociaż pewności nie ma. Tutaj nic nie jest pewne, chociaż wszystko nastąpi.

  

Wtem nieboskłon z lekka jaśnieje i wyłania się wielka świetlista dłoń. Wyłapuje niektórych ludzi, wznosząc ich wysoko, poza granicę cierpienia i pojmowania. Wielu chce się tam dostać, ale chcenie nie ma tu nic do rzeczy. Trzeba było pomyśleć o tej windzie wcześniej. W obecnej sytuacji można tylko czekać.

  

Wielu już szybuje w kierunku: białych pierzastych baranków. Na ich śnieżnobiałych ciałach, widoczne są ślady krwi i drewniane drzazgi. A tam w dole: pożoga i zniszczenie, wielka góra, płonące dzwony, białe kości i grasujące, wiecznie głodne: duszojady. Coraz większe i większe. Dokładnie wiedzą co czynią.

   

Małe dziecko rozpaczliwie płacząc, jest samotnie unoszone w bezkres nieba. Rodzice zostali na dole. Zdecydowali kiedyś o jego śmierci. Nie zna wszystkich docelowych planów oraz prawdziwych motywacji, jakie nimi kierowały. Nie osądza. Tutaj nie ma kamieni. Zadaje jedynie pytanie: czy mamusia i tatuś zostali na zawsze wyskrobani ze zbawienia?

 

Nie słyszy odpowiedzi. Wie tylko, że będąc tu, w białej dłoni, jest gotowe na ponowne spotkanie i przebaczenie.

   

Nagle wszelkie dźwięki milkną. Cisza jak śpiącym makiem zasiał. Robi się jasno i przyjemnie. Z wielkiego megafonu na szczycie góry słychać głos:

   

–– Bardzo dziękujemy za udział w ćwiczeniach na wypadek: końca świata. Dołożyliśmy wszelkich starań, żeby doznania: wzrokowo - czuciowe, były jak najlepszej jakości i sprostały państwa oczekiwaniom. Pragniemy też nadmienić, że wszystko co państwo przeżyli, to jedynie nasza wersja wydarzeń, opracowana i przygotowana, przez najlepszych dostępnych specjalistów, pałających się tą niezbadaną wciąż dziedziną.

  

Jeżeli ktoś się poczuł zawiedziony lub jego światopogląd został niezgodnie z wolą naruszony, to z góry najmocniej przepraszamy. Także za ewentualne: prawdziwe rany, które niestety miały miejsce. Bardzo nad tym ubolewamy i jest nam niezmiernie przykro. Do karetek należy się udać, zgodnie ze wskazaniami drogowskazów, których hologramy właśnie wyrastają jak grzyby po burzy. Opatrunki są gratis.

  

Zapewne państwo nie pamiętają, że podpisali umowy, opiewające na określone kwoty do zapłacenia. Proszę się nie martwić. Każdy otrzyma fakturę z terminem płatności: czternastu dni. Za przekroczenie wspomnianego terminu zostaną naliczone odsetki.

   

No cóż. Wierzymy, że wielu te ćwiczenia czegoś nauczyły, lecz żałujemy, że zapewne nie wszystkich. Dziękujemy za uwagę i życzymy miłego dnia.

Kolekcja niepowtarzalnej biżuterii: „Apokalipsa”, dostępna u podnóża góry, po cenach promocyjnych.

  

***

–– Zadzwoń, że byliśmy na imprezie i możemy się spóźnić.

–– Jest pewien problem. Stąd nie ma zasięgu.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 2

Zaloguj się, aby ocenić

    Napisz komentarz

    Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania