143 – pierwszy poranek, kantyna i smak Nowej Ameryki.
Obudził go dźwięk, którego nie potrafił zidentyfikować. Nie był to ryk silników latacza ani wysoki pisk syreny alarmowej, do którego przywykł przez ostatnie tygodnie na powierzchni. To było niskie, niemal niesłyszalne buczenie, które rezonowało prosto w metalowej ramie łóżka, przechodziło przez cienki materac i wibrowało w jego kościach.
Reaktor. Serce Krypty 143, ukryte gdzieś głęboko pod ich stopami.
Otworzył oczy. Nad nim nie było nieba, ani tego błękitnego z Bostonu, ani tego brudnożółtego, zasnutego pyłem nad Gobi. Był tylko surowy, tłoczony profil blachy falistej, pomalowany na matową biel. Lampy sufitowe w kwaterze mieszkalnej właśnie przechodziły z nocnego trybu ściemnienia w fazę poranną. Światło nie wschodziło jednak jak słońce; rozbłyskiwało stopniowo, zimnym, fluorescencyjnym blaskiem, który natychmiast wycisnął mu łzy pod powiekami.
Usiadł na brzegu łóżka, starając się nie budzić żony. Spojrzał na swoje bose stopy oparte o idealnie gładką, szarą podłogę z winylu. Była nienaturalnie ciepła. Vault-Tec zadbał o ogrzewanie podłogowe – luksus, na który na powierzchni mało kto mógł sobie pozwolić w czasach kryzysu zasobów. Dla zwykłego człowieka był to dowód troski. Dla niego, nawykłego do analizowania terenu, oznaczało to jedno: pod tą warstwą biegły setki grubych przewodów grzewczych i rur z gorącą wodą. Jeśli system kiedykolwiek by się przegrzał, ta sekcja stałaby się patelnią.
Wstał i podszedł do ściennego panelu wentylacyjnego. Przyłożył dłoń do gęstej kratki. Strumień powietrza był silny, wręcz agresywny. Powietrze pachniało nowością, plastikiem i czymś jeszcze... ostrym, chemicznym, jakby środkiem odkażającym używanym w szpitalach polowych.
„Trzystopniowa filtracja cząsteczkowa"
Przypomniał sobie słowa sympatycznego akwizytora w garniturze.
„Całkowita izolacja od atmosfery zewnętrznej”.
Sprawdził ciąg. Powietrze było tłoczone do pokoju, ale nigdzie nie widział kratki wywiewnej. To oznaczało, że cyrkulacja w całej sekcji była wymuszona centralnie. Jeden zawór na głównej magistrali, kontrolowany z poziomu Nadzorcy, i całe to skrzydło mogło zostać pozbawione tlenu w niecałe pięć minut, zabezpieczenie przeciwpożarowe. Mogło też zostać napompowane czymś innym.
Przeszedł do miniaturowej łazienki. Nad umywalką wisiało lustro – grube, osadzone w stalowej ramie bez widocznych śrub. Spojrzał w swoje odbicie. Zmęczona twarz, siwizna na skroniach, głęboka blizna nad prawą brwią – pamiątka po odłamku z chińskiego moździerza.
Odkręcił kurek z wodą. Ciecz poleciała natychmiast, krystalicznie czysta, bez zapachu rdzy czy chloru, tak powszechnego w miejskich wodociągach przed wojną. Woda w krypcie krążyła w zamkniętym obiegu, filtrowana i destylowana nieskończoną ilość razy. Nabierając ją w dłonie, pomyślał o setkach filtrów, do których nikt z mieszkańców nie będzie miał dostępu. Byli całkowicie zależni od tego, co przepuści maszyna.
Na małej półce pod lustrem leżało zapakowane w folię urządzenie. Pip-Boy 3000. Ciężki, toporny mankiet z zielonym ekranem katodowym. Vault-Tec wymagał, by każdy dorosły nosił go na lewym przedramieniu. Oficjalnie: dla monitorowania stanu zdrowia, liczenia kroków i odbierania komunikatów wewnętrznych.
Nate wziął go do ręki. Metal był zimny. Zapiął zatrzaski na ramieniu, czując, jak wewnętrzne sensory delikatnie kłują jego skórę, dopasowując się do tętna. Ekran rozbłysnął zielenią, wyświetlając proste linie jego pulsu i temperaturę ciała. Dopiero teraz, gdy przyjrzał się obudowie z bliska, zauważył małą, czerwoną diodę przy module komunikacyjnym. Nie migała. Świeciła światłem ciągłym. Urządzenie nie tylko odbierało sygnały – ono bez przerwy nadawało. Każdy jego krok, każdy skok ciśnienia, każda godzina snu była w tej samej sekundzie zapisywana na serwerach Nadzorcy. To, co delikatnie poprawiło mu humor, to brak trzeszczenia. Wbudowany licznik Geigera milczał...
Wrócił do pokoju. Dzieci już się budziły, z zaciekawieniem dotykając gładkich, zaokrąglonych krawędzi plastikowych mebli. Wszystko tutaj było zaprojektowane tak, by nie można było zrobić sobie krzywdy. Brak ostrych kantów, brak ciężkich przedmiotów, które można by podnieść i rzucić. Bezpieczeństwo? Też. Ale także idealne środowisko do pacyfikacji tłumu.
– Nate? – cichy głos żony wyrwał go z odrętwienia. Siedziała na łóżku, tuląc do siebie młodszego syna – Jak myślisz, która może być godzina na górze?
Spojrzał na zielony wyświetlacz Pip-Boya.
07:15.
– Poranek, kochanie – odpowiedział, zmuszając się do uśmiechu, który miał ukryć nagły skurcz w żołądku – Czas na śniadanie. Pokażemy dzieciom tę wielką kantynę.
Wychodząc z kwatery, jako ostatni, zatrzasnął ciężkie, stalowe drzwi. Magnetyczny zamek kliknął z suchym, ostatecznym dźwiękiem. Odciął ich od prywatności, wypychając wprost w korytarz, gdzie z innych kwater zaczęli wyłaniać się pierwsi z trzystu pięćdziesięciu siedmiu mieszkańców.
Wszyscy w tym samym, jaskrawym niebiesko-żółtym kombinezonie.
Droga do kantyny przypominała wymarsz z koszarów, Nate trzymał się z tyłu, obserwując plecy swoich dzieci, na których dumnie żółcił się numer 143.
Główna hala jadalna uderzyła ich zapachem, który Nate znał aż za dobrze z kantyn wojskowych – miksem rozgrzanej blachy, ozonu z automatów kuchennych i specyficznej, słodkawej nuty przetworzonej żywności. Kolejka mieszkańców posuwała się powoli wzdłuż lśniącego, metalowego kontuaru, za którym roboty kuchenne z serii Pan Złota Rączka oraz pracownicy w białych fartuchach nakładali porcje na plastikowe tacki.
Nate wziął cztery tacki i podał je rodzinie. Przyglądał się temu, co lądowało na ich talerzach.
Dla dzieciaków to był raj – rzadki luksus w czasach przedwojennego kryzysu, gdy na powierzchni brakowało wszystkiego, a ceny naturalnego mięsa i warzyw osiągały astronomiczne kwoty. Starszy syn natychmiast chwycił za jaskrawo-różowe pudełko BlamCo Brand Mac & Cheese. Chemiczny, niemal fosforyzujący żółty odcień sproszkowanego sera idealnie pasował do pasów na ich kombinezonach. Na powierzchni to danie potrafiło stać na półce sklepu przez lata i nigdy się nie psuło. Tutaj, w schronie, miało stać się podstawą ich diety.
Córka z zachwytem wpatrywała się w małe, puszyste ciastko z dziurką, oblane lśniącym, różowym lukrem – kultowe Fancy Lads Snack Cakes.
„Przekąska dla młodych dżentelmenów i dam”, głosił przedwojenny slogan reklamowy. Nate pamiętał te reklamy z telewizji. Pakowane próżniowo w grubą folię, naszpikowane konserwantami tak mocno, że mogłyby prawdopodobnie przetrwać bezpośrednie uderzenie atomowe bez zmiany smaku.
Dla dorosłych menu było nieco bardziej surowe. Pracownik krypty wrzucił na tackę Nate’a i jego żony szarawą, parującą papkę.
— Dzisiaj serwujemy mielonkę, proszę pana — uśmiechnął się mechanicznie chłopak za ladą, poprawiając furażerkę z logo Vault-Tec. — Prasowana, mielona wieprzowina z dodatkami. Pełnowartościowe białko. Do tego syntetyczne purée z ziemniaków InstaMash. Smacznego!
Nate spojrzał na prostokątny, różowawy blok mielonki. Cram. Standardowe racje polowe piechoty morskiej. Na pustyni Gobi rzygali tym po dwóch miesiącach jedzenia trzy razy dziennie. Puszkowane mięso o smaku soli i tłuszczu, które potrafiło oblepić podniebienie na długie godziny. Vault-Tec musiał wykupić gigantyczne, wojskowe nadwyżki magazynowe, skoro ładowali to do schronów jako „ekskluzywne menu”.
Na koniec, zamiast kawy, automat nalał im do plastikowych kubków ciemny, gazowany płyn, który głośno syczał i bąbelkował. Nuka-Cola. Klasyczna, standardowa wersja, wciąż z tą samą unikalną recepturą zawierającą esencję z owoców tropikalnych i gigantyczną dawkę kofeiny.
Nate wziął łyk. Płyn był lodowaty, wręcz parzył w gardło. Przez chwilę cukier i kofeina dały mu przyjemny, znajomy zastrzyk energii, ale zaraz potem przyszedł chłód analitycznego myślenia. Spojrzał na bąbelki uderzające o ścianki kubka. Nuka-Cola była idealnym napojem dla społeczności krypty. Trzymała ludzi w stanie ciągłego, lekkiego pobudzenia, maskując zmęczenie psychiczne i brak naturalnego światła. Napędzała optymizm, którego Vault-Tec tak bardzo tutaj potrzebował.
Usiedli przy jednym z długich, przytwierdzonych do podłogi stołów. Dzieci z zapałem rozrywały foliowe opakowania ciastek Fancy Lads, a ich palce szybko pokryły się lepkim, różowym cukrem.
Nate dłubał widelcem w InstaMash. Ziemniaczany proszek, który po wymieszaniu z gorącą wodą stawał się idealnie gładką, pozbawioną grudek masą. Perfekcyjna, sztuczna tekstura. Zero natury. Wszystko syntetyzowane, przetworzone, zamknięte w hermetycznych puszkach.
Popatrzył na żonę. Przeżuwała kawałek Cramu z miną osoby, która bardzo stara się wmówić sobie, że jest bezpieczna.
– Dobre – skłamała cicho, napotykając jego wzrok. – Naprawdę dobre, Nate. Mamy co jeść. Mamy czystą wodę. Żyjemy.
Skinął głową, nie chcąc psuć tej chwili. Napił się kolejnego łyka Nuka-Coli. Słodki smak oblepiał mu zęby, a w głębi żołądka Cram powoli zamieniał się w ciężką, tłustą kulę. Byli nakarmieni, napojeni i bezpieczni. Zamknięci w podziemnym świecie pełnym konserwantów i sztucznego cukru.
Dopiero gdy odłożył plastikowy kubek, zauważył, że na dnie tacy, pod papierową serwetką z uśmiechniętym Vault Boyem, widnieje mały, tłoczony w plastiku napis: Własność Vault-Tec. Nie wynosić poza strefę kantyny.
Komentarze (4)
Aaa, rzucam link do wprowadzenia:
https://www.opowi.pl/143-a120190/
Nie wiem czemu, nie złączyło w serię.
Przy 143 dopisz puerwszy poranek i wyjdzie lista
"Nie był to ryk silników Vertibirda ani wysoki pisk syreny alarmowej" - w oficjalnych tłumaczeniach był "latacz", więc lepiej się tego trzymać - no i polskie słówka zawsze wyglądają lepiej niż angielskie xd
"kuchenne serii Handy" - tu tak samo... Eee, jak to się nazywało po polsku? "Pan Złota Rączka". Teraz wykombinuj jak to wpleść w zdanie xd
"ciasttek Fancy Lads" - literówka
no, nasz bohater jest zdrowo podejrzliwy, więc jak się zacznie coś dziać to pewnie będzie wiedział jako jeden z pierwszych. Ogólnie napisane ładne, z odpowiednią liczbą szczegółów i bez przynudzania.
Niby tak, ale pomyślałem że jeśli wstawię oryginalne nazwy to będzie łatwiej komuś, kto nie siedzi w uniwersum na zorientowanie przy sprawdzaniu.
Ok, poprawione. Znaczy, tam masz naprowadzenie gdzie był, w czym brał udział. Daleko poza kanonem ale dosyć ważne wydarzenie.
Napisz komentarz
Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania