Franz Peter i ja. A ciszy wciąż za mało

Gram na skrzypcach w przejściu podziemnym. To mój chleb i moja pasja. Idzie mi nieźle, ale czy gram jak Heifetz? Wątpię. Żyjemy w świecie, w którym zawsze jest ktoś od ciebie lepszy. Wszystko już było, tylko krąży dalej w innych rękach, kieszeniach i gardłach.

A jednak ktoś kiedyś wydobył z ciszy pierwszy dźwięk i zrobił to najlepiej.

Gram „Serenadę” Schuberta.

Ludzie mijają mnie szczególnym podziemnym krokiem: szybkim, opuszczonogłowym, jakby schodzili do kopalni codzienności. W tle krążą zbieracze runa butelkowego. To nowy folklor polskich miast. Plastik także wraca do obiegu. Ot, taki kapitalizm recyklingowy.

Wtedy pojawia się ona — białokurtkowa. Ja też mam białą kurtkę. Zatrzymuje się na chwilę i słucha. Nasze spojrzenia się spotykają.

— Ładne — mówi. — Smutne trochę.

— Bo Schubert chyba nigdy nie był naprawdę wesoły.

Uśmiecha się.

— Pan też nie wygląda.

Wrzucone dwa złote dźwięczą w futerale prawie tak samo czysto jak struny. Dziewczyna odchodzi, jeszcze raz oglądając się przez ramię, jakby chciała sprawdzić, czy wciąż istnieję.

Gram dalej.

I wtedy ktoś staje obok mnie. Nie słyszałem jego kroków.

Długi ciemny płaszcz, pod szyją związany czarnym halsztukiem. Twarz pełna, o miękkich policzkach i zmęczonych oczach człowieka, który lubił wino, muzykę i zbyt późne powroty do domu. A jednak smutek trzyma się tej twarzy z uporem starej choroby. Słucha bardzo uważnie.

— Za szybko pan gra środek — mówi po chwili.

Mówi po niemiecku, miękko, z akcentem jakby wyjętym z innego wieku.

— Ludzie się spieszą — odpowiadam. — W przejściu trzeba grać szybciej.

Kiwa głową, jakby go to zasmuciło bardziej niż powinno.

— A jednak melodia musi mieć czas, żeby zaboleć.

Patrzy na smyczek w mojej dłoni.

— Dobry muzyk z pana — dodaje ciszej. — Tylko za mało ciszy między dźwiękami.

Rozmawiamy o skrzypcach, o wiedeńskich salach koncertowych, których nigdy nie widziałem, o tym, że muzyka najlepiej brzmi wtedy, kiedy człowiekowi pęka serce.

Potem odchodzi.

Nie wiem, kim był mój rozmówca, choć co do jego wyczucia muzyki nie mam najmniejszych wątpliwości.

Dopiero kiedy znika na schodach prowadzących ku miastu, zamykam oczy.

I przypominam sobie.

Wyszyte na jego płaszczu inicjały.

FPS.

Średnia ocena: 5.0  Głosów: 4

Zaloguj się, aby ocenić

Komentarze (3)

  • il cuore 2 miesiące temu

    Fajna impresja. I bardzo życiowa, wręcz unurzana sytością życia 🦥🛩️

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    Dzięki, Il Cuore. Dobrze, że bardzo życiowe. O tych zbieraczach butelek napisać musiałem. :) Pozdrawiam.

  • maciekzolnowski 2 miesiące temu

    No i spotkałem swego Schuberta. Przynajmniej na papierze. ;)

Napisz komentarz

Zaloguj się, aby mieć możliwość komentowania